Przejdź do głównej zawartości

330. Niekoniecznie mocno o namiętnościach. Arek Borowik „Wnętrza wypalone lodem”

Zupełnie niebywała okazała się dla mnie lektura debiutu Arka Borowika, książki Z góry widać tylko nic, którą miałem okazję przeczytać w ubiegłym roku. Nic więc dziwnego, że z wielkim zainteresowaniem zasiadłem do Wnętrz wypalonych lodem, ostatniej pozycji tego autora.

Wnętrza wypalone lodem, podobnie jak wspomniana wcześniej książka, korzysta z baśniowych motywów, konstrukcji, na których tworzone są nowe historie – z emocjami, namiętnościami i ludzkimi słabościami na pierwszym planie.

To, co przede wszystkim wadzi w czytaniu, to poczucie zupełnego oderwania przedstawianych historii od rzeczywistości.  Trudno w nie uwierzyć, choć nie tak łatwo powiedzieć, z czego ta niemożność właściwie wynika – czy z samej historii, jako ciągu przyczynowo-skutkowego, następujących po sobie wydarzeń, czy raczej z przedstawienia, formy. Nie sposób uwolnić się od wrażenia, że fabularne konstrukcje są nad wyraz naciągane i nieprawdopodobne – nie tylko pod względem rozwoju akcji, ale i kluczowych punktów, samych w sobie. Sytuacje i relacje, które określają zarówno relacje między postaciami, jak i jądro tych literackich rzeczywistości, wydają się nie tyle przejaskrawione czy nie do uwierzenia, ile po prostu nierealne – zupełnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie realność jest cechą, która stanowi o literaturze, jednak należy zauważyć, że w świecie Borowika, raczej dość wiernie odzwierciedlającym nasze realia, gdzie bohaterowie wydają się prawdziwi, a ich zachowania są jak najbardziej ludzkie i zrozumiałe, bo determinowane przez emocje i pragnienia, również podświadome, możliwość utożsamiania się z postaciami czy dostrzeżenia ich realności wydaje się kluczowa. Niestety w tym wypadku trudno o to. Zastanawiające jest, dlaczego w niektórych momentach – na przykład w walce o dziecko – narracja tak przedobrza. Mam na myśli z jednej strony pewne bogactwo rozwiązań fabularnych, zupełnie zbędne, które nie „popycha”, a wręcz przeciwnie – spowalnia akcję, a z drugiej ewidentną powierzchowność w realizacji wątków czy rozwoju wydarzeń. To, co się dzieje, choćby na przykładzie jednej ze scen, gdy bohaterka, przybrana matka, próbuje odzyskać syna, który został porwany przez biologiczną matkę, zdaje się nie tyle pobudzać emocje czy koncentrować uwagę czytelnika lub czytelniczki, ile... bawić. W związku z przytaczanymi sytuacjami dzieje się bardzo dużo, a cała ta mnogość wątków, i głównych, i pobocznych, prowadzona jest bez ładu i składu, a co gorsze – jak się wydaje – również bez żadnego zamiaru. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy Arek Borowik nie poszedł w campową stylistykę (choć trzeba mieć ciągle na uwadze, że wykorzystywane są baśniowe, podobnie jak w przypadku poprzedniej książki, konstrukcje!), wykorzystując na przykład pewne strategie prowadzenia akcji, wyraźnie wpisujące się w powieści kryminalne – stosowanie licznych zwrotów akcji, dochodzenie (sic!) do rozwiązania różnymi drogami, podczas których penetruje się inne, na ogół mniej istotne, zagadnienia i stawia się czoło różnym wyzwaniom, które finalnie – po osiągnięciu głównego celu – konsolidują się, tworząc jedną spójną, zamkniętą całość. Bo jak inaczej, jeśli nie mianem swoistego campu (oczywiście w kontekście tych konkretnych, recenzowanych historii), określić następującą sekwencję zdarzeń: porwanie, przetrzymywanie w bunkrze, z którego ostatecznie bohaterka wydostaje się, dzięki stworzeniu relacji z dzieckiem-oprawcą, odnalezienie miejsca, w którym znajduje się porwane dziecko, zwycięstwo nad biologiczną matką, która, widząc relację z przybraną, choć prawną, matką, daje za wygraną? Być może sama ta oś fabularna, gdyby została rozpisana na dłuższy utwór i gdyby pojedyncze sekwencje nie były zrealizowane tak schematycznie, mogłaby być zalążkiem czegoś ciekawego, co nie wzbudzałoby politowania, jednak w tym wypadku trudno mówić o trzymającej w napięciu czy zainteresowaniu historii.

Mając nawet na uwadze i dostrzegając wykorzystywanie baśniowych motywów, które w wypadku Z góry widać tylko nic wywierały bardzo duże wrażenie i zostawały ponownie odczytywane, w mniej mitycznym, uniwersalnym, a bardziej ludzkim, emocjonalnym znaczeniu, trudno mi przekonać się do Wnętrz wypalonych lodem. Doceniam koncept, zamiary i to, co Arek Borowik robi między innymi na płaszczyźnie językowej (choćby w tytule), na przykład pisząc, że jednej z bohaterów (...) traktował Drzazgę jak ostatnią deskę ratunku, jednak to za mało, by móc dać się porwać tej książce. Wiele w tych opowieściach inteligentnego, przewrotnego humoru, niemało też interesujących myśli i uwag, świetnie wykreowanych postaci (uwagę zwraca na przykład chłopiec z domu dziecka), jednak przewidywalność, powierzchowność i nienaturalność tych opowieści odbiera radość z czytania. Muszę przyznać, że o ile początkowo czytało mi się tę książkę dobrze, o tyle później zacząłem się męczyć – głównie za sprawą rozwiązań fabularnych. Widząc stopień naciągania tych historii pod baśniowe motywy, idące w parze z powierzchownym traktowaniem kolejnych wątków, ich szybką realizacją i wygaszaniem, traci się zaufanie do tego, co przedstawienie, a więc z dużą dozą nieufności i dystansu traktuje się emocje oraz przeżycia, trapiące bohaterów. Obie matki, w równym stopniu roszczące sobie prawo do dziecka, nie wzbudzają żadnych emocji, a już zwłaszcza skrajnych. Nie jest żal prawnej, nie jest się wściekłym na biologiczną – nic, zupełnie nic, brak jakichkolwiek emocji. Podobnie w przypadku bohaterów przetrzymywanych w niewoli czy mieszkańców domu dziecka. Być może wynika to z mnogości postaci, a należy zaznaczyć, że każda z nich pretenduje do tego, żeby być zupełnie osobnym charakterem i oddzielną osobowością, co, biorąc pod uwagę liczbę postaci, powoduje zacieranie się ich wyrazistości. 

Zastanawiam się, jak można by spuentować recenzję Wnętrz wypalonych lodem. Jest to o tyle trudne, o ile wciąż jestem pod wielkim – proszę mi wierzyć, naprawdę dużym! – wrażeniem poprzedniej książki Borowika, która przecież opiera się na podobnych motywach, na podobnych założeniach, co ta, recenzowana. Myślę, że największym mankamentem tego wydawnictwa jest powierzchowność przedstawiania życia wewnętrznego bohaterów oraz relacji, tak przecież istotnych w tych historiach. To książka, przez którą trudno przebrnąć przez dość duży dystans, tworzący się w związku z nierealnością (choć raczej dostrzeganiem tej nierealności) przedstawianych opowieści. Z niecierpliwością wyglądam kolejnych pozycji Borowika, bo, choć tym razem raczej się rozczarowałem, nie da się zarzucić autorowi wiele na poziomie języka, kreacji wydarzeń literackich czy samego prowadzenia narracji. Wadliwa jest tu bowiem tylko konstrukcja.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

Komentarze