Przejdź do głównej zawartości

Jeden krok do przodu, dwa kroki wstecz. Dominika Słowik „Zimowla”

Dominika Słowik w swojej drugiej książce ciekawie przedstawia czas. W „Zimowli” trudno bowiem wyznaczyć granicę między minionym a obecnym: bohaterowie, cały czas wracając do zdarzeń z przeszłości, funkcjonują jakby w zapętleniu, poza kontekstem upływu lat i przemian polityczno-gospodarczych.

Opowiadam, więc jestem

Dla „Zimwoli” kluczowa okazuje się koncepcja tożsamości narracyjnej Paula Ricoeura: człowiek, by zaistnieć i posiadać tożsamość, musi sam (sobie) siebie opowiedzieć – właśnie poprzez narracyjną historię. Myśliciel w „Filozofii osoby” przekonuje: „Zrozumieć samego siebie to być zdolnym do opowiadania o samym sobie historii zrozumiałych i  zarazem możliwych do przyjęcia przez innych, przede wszystkim możliwych do przyjęcia”. Ten sposób myślenia wydaje się wpisany w książkę Słowik bardzo głęboko, staje się niejako źródłem i powodem całej opowieści. „Zimwola” jawi się bowiem jako próba uporządkowania przeszłości, a w rezultacie – zrozumienia samego siebie. Dzieje się to poprzez układanie przez postaci takiego scenariusza własnego życia, który z jednej strony wyjaśniałby różne decyzje (choćby za sprawą odwoływania się do konieczności wynikających z historii, zewnętrznych, odgórnych wymogów), a z drugiej pozostawał logiczny i przejrzysty dla innych. Widać to na poziomie zarówno psychologicznym (po sposobie kreacji bohaterów), narracyjnym, jak i językowym – Słowik, podobnie jak Kristina Sabaliauskaitė w „Silvie rerum”, oddaje w tekście porządkowanie rzeczywistości poprzez stosowanie długich wyliczeń oraz paralel składniowych, które zdają się klasyfikować, układać, a ostatecznie objaśniać ukazywany świat.

Granice i graniczność

Narratorka, opisując przeżycia oraz zachowania bohaterów, nieustannie odwołuje się do kategorii przełomu i granicy: pełno w recenzowanej powieści momentów, które coś zmieniły, które sprawiły, że losy postaci potoczyły się tak, a nie inaczej. Należą do nich nie tylko wielkie historyczne zdarzenia i wynikające z nich następstwa, ale także prywatne dramaty: czasem są to sytuacje dość oczywiste, codzienne (takie jak ciąża, zmiana pracy czy miejsca zamieszkania), innym razem bardziej tajemnicze, nie do końca jasne  (jak to, że „ojciec zwariował 16 marca 1999 roku”). W „Zimowli” cały czas, jakby bez końca, ciągle na nowo, dochodzi do układania chronologii, coraz dalszego wracania w przeszłość i przywoływania tego, co minione. Odbywa się to jednak nie na zasadzie redefiniowania dawnych wydarzeń i zachowań, tylko na poziomie szukania powodów i zalążków różnych procesów – rozpadów osobowości, związków, relacji i społeczności. Tą destrukcyjną siłą okazuje się historia i jej zawrotne tempo – zmiany ustrojowe zaszły dla bohaterów zbyt szybko, a polityka pozostaje obojętna na ich dramaty. Słowik, co ważne, nie portretuje alienacji postaci przez pryzmat ich prowincjonalności – wykluczenie w tym wypadku nie wynika z życia w małym mieście (choć również), gdzie nie rozgrywa się Wielka Historia, tylko z pojedynczych, niekiedy intymnych kapitulacji i porażek. Niektórzy z bohaterów zostali wyrzuceni poza społeczeństwo przez przemiany polityczne, inni przez załamania psychiczne, a jeszcze inni przez własną „dziwaczność” – jak Pszczelarz, którego zachowania wydawały się lokalnej społeczności na tyle osobliwe, że został zepchnięty na jej margines. Mamy zatem w tej powieści obraz wielu wykluczeń, szeroką panoramę nieprzystawalności oraz odrzucenia.

Jeden krok do przodu, dwa kroki wstecz

To, co wyróżnia „Zimowle”, to specyficzne tempo opowieści, które można by określić mianem „jednego kroku do przodu i dwóch kroków wstecz”: więcej w tej książce retrospekcji, analiz przeszłości i refleksji nad tym, co minione, niż wydarzeń osadzonych w teraźniejszości. Dotyczy to nie tylko sposobu prowadzenia akcji, ale również obrazu samej Cukrówki – wydaje się ona bowiem istnieć bardziej w przeszłości, niż w czasie, w którym rozgrywają się bieżące wydarzenia. Wielka Historia, której istnienia nie pominiemy, mówiąc o recenzowanej powieści, przeszła jakby bokiem, pozostawiając wielu mieszkańcom dużo spraw i problemów bez rozwiązania. Podobnie jak w „Bożym ciele”, filmie Jana Komasy, w którym dochodzi do rozpadu prowincjonalnej społeczności przez nieprzepracowanie dawnych traum, tak w „Zimowli” źródłem nieszczęść okazuje się rozdźwięk, jaki ma miejsce między dwoma biegami zdarzeń: tym uniwersalnym, wspólnym, narodowym a indywidualnym, prywatnym, o ograniczonym zasięgu. Słowik, by dobitnie ukazać pojedyncze dramaty bohaterów, umieszcza ich we własnych – jakkolwiek osobliwie to nie zabrzmi – boksach cierpień i doświadczeń: ojciec jednej z bohaterek żyje w tylko sobie znanym świecie lęków i urojonych strachów, jej babka tkwi mentalnie w realiach komunistycznej Polski (nawet wciąż określa się ją mianem „towarzyszki”), lunatykująca Magda większość czasu przebywa w zamykanym od zewnątrz pokoju, a przywołany wcześniej Pszczelarz prowadzi życie w odosobnieniu. Te pojedyncze obrazy odosobnień wzmacniają w czytelniku poczucie niezwykłości Cukrówki (co Słowik podsyca niekiedy nierealnymi, bardzo poetyckimi ustępami – na przykład o kościelnej dzwonnicy, której przedstawienie przypomina opowieść o biblijnej Wieży Babel) – staje się ona miejscem wyjętym z dziejów, zawieszonym w czasie, które – jak w przywołanym „Bożym ciele” – zapada się w sobie, ulega degradacji i stopniowemu rozpadowi.

Wprawdzie Słowik wykorzystuje wiele ogranych konceptów, a kolejne rozdziały powieści realizują podobny, jeżeli nawet nie ten sam, schemat fabularny, co z czasem nieco irytuje, to „Zimwolę” czyta się w dużym zaintrygowaniu. Świetna książka! Będzie się o niej jeszcze długo mówiło. Warto przeczytać.

5/6

Komentarze