Przejdź do głównej zawartości

371. Pod prąd. Jennifer Egan „Manhattan Beach”

Jennifer Egan napisała powieść tematycznie złożoną, pokazującą, jak wielotorowo toczy się życie, zwłaszcza w burzliwych pod względem politycznym czasach. Dla jej bohaterów wojna okazuje się żywiołem, w którym muszą się odnaleźć, jednak dla czytelnika najbardziej frapujący okazuje się wątek na wskroś feministyczny – kobiety, która nie dała się podporządkować mężczyznom, postępując podług własnego uznania. 

To, co wydaje się kluczowe w mówieniu o tej powieści, to właśnie wątek feministyczny. Główna bohaterka, Anna, okazuje się postacią, wokół której skonstruowana jest cała narracja, a losy jej rodziny stanowią kanwę opowieści o doświadczeniach wojennych, miłości i walce (nie tylko militarnej, ale również, co istotne, społecznej). Prawdę mówiąc, gdyby nie kwestia niezgody na męską dominację, ta książka nie byłaby warta większej uwagi. Dlaczego? Co w niej bowiem mamy? Niełatwe czasy wojny, rozbitą rodzinę, nieszczęścia, konieczność prędkiego dorastania, rekonstruowanie przeszłości, scalanie wspomnień, pracę na rzecz narodu oraz wspieranie żołnierzy walczących na froncie. Brzmi znajomo, czyż nie? No, właśnie. Ta powieść w gruncie rzeczy okazuje się pod tym względem kolejną quasi-ambitną literaturą o czasach wojennych, opowiadającą o pozostawionych w domach rodzinach, o osieroconych dzieciach, o fabrykach, w których wręcz żarzy się od pracy na rzecz narodu oraz o mężczyznach dzielnie walczących na froncie. Autorka, mając najpewniej świadomość potencjalnej banalności opisywanych realiów, zdecydowała się na poprowadzenie swojej opowieści wyrazistym, interesującym wątkiem – młodej dziewczyny, Anny, pragnącej pracować w absolutnie męskim jak na tamte czasy zawodzie. Bohaterka marzy bowiem o zostaniu nurkiem.

Pierwsza połowa dwudziestego wieku to nie tylko okres burzliwych konfliktów wojennych, ale także olbrzymich przemian społecznych, biedy, dochodzenia do głosu kobiet oraz formowania się nowych porządków. Wśród tych wszystkich procesów pozostawiane same sobie były rodziny, nierzadko pozbawione głównych żywicieli, wysłanych na wojenny front. W takiej sytuacji znaleźli się Kerriganowie, zmuszeni do rozstania z ojcem, marynarzem. Nim jednak doszło do niespodziewanego pozostawienia z matką dwóch córek, relacje między członkami rodziny nie były łatwe. Ed, głowa domu, nie potrafił bowiem uporać się z tym, że jedna z jego pociech zmaga się z niepełnosprawnością. Zachowywał się bowiem tak, jakby posiadał tylko jedną córkę, Annę – rezolutną, kochaną dziewczynkę, z którą spędzał czas, zabierając ją na przykład do Dextera Stylesa, szemranego biznesmena. To spotkanie z nim, pozornie nieistotne, przelotne, po latach okaże się dla trójki bohaterów niesłychanie ważne, jak najbardziej przełomowe i wiążące.

Manhattan Beach to książka uwodząca czytelnika przede wszystkim tempem i  klimatem. To, co składa się na pierwszy wspomniany element, to nieśpieszna akcja, sposób opowiadania nasycony opisem. Narracja powieści przebiega nieśpiesznie, nie dzieje się na tym poziomie wiele. Wydarzenia, których doświadczają bohaterowie, rozwijają się na tyle długo, że łatwo się z nimi „zaprzyjaźnić” – tak jak relacja Anny z jedną z wypatrzonych w zakładzie pracy kobiet. Znajomości czy poszczególne wątki rozpisywane są na wiele stron, na wiele rozdziałów, a konstrukcji tego utworu dalekie są wszelkie przeskoki czy przyśpieszenia. Jeśli bohaterce trudno dostać się do zespołu nurków, bo spotyka się z oporem przełożonych, niechęcią wynikającą z uprzedzeń na tle płciowym, to obserwujemy, jak wiele starań i czasu ją kosztuje, by udowodnić własne możliwości. Jeżeli niesamodzielna i niepełnosprawna siostra wymaga dużo atencji i cierpliwości, to poznajemy adekwatne zachowania i postawy przez rozległe opisy, uwzględniające po pierwsze stan potrzebującej ciągłego wsparcia postaci, a po drugie poświęcenia, na jakie decyduje się otoczenie. Słowem: wszystko, co Jennifer Egan przedstawia, oddane jest w strukturze utworu, dzięki czemu nie tylko w jakiś sposób utożsamiamy się z ukazywaną fikcją, ale także oczywistsza wydaje nam się jej potencjalna realność. Istotna z tego punktu wydaje się również kwestia kreacji bohaterów – autorka ukazuje wykreowane postaci przez pryzmat ich doświadczeń, postaw, a nie opisu, zauważeń narratora. Dzięki temu ich osobowości wydają się znacznie głębsze, a nawet jednoznacznie złe decyzje okazują się mieć drugie dno, na swój sposób usprawiedliwiające postępowanie. Czytając, ze względu na wymienione cechy powieści, można odnieść wrażenie, że Manhattan Beach w wyraźny sposób czerpie ze stylistyki sagi rodzinnej – nieśpiesznie prowadząc wątki, pozwalając bohaterom „sprawdzić” się w wielu sytuacjach i relacjach, szeroko rozwijając historię klanu. Pod wieloma względami właśnie to uczucie wydaje się nawigujące po przedstawionym świecie i choć druga połowa książki, wprowadzająca na powrót ojca Anny, niekiedy jawi się mało realnie i przekonująco, to dzieło Jennifer Egan jest przekonujące i interesujące.

Tak jak pisałem, gdyby nie wiodący wątek feministyczny, ta książka mogłaby okazać się banalna. Autorka, decydując się na wprowadzenie bohaterki-nurka, po pierwsze znalazła sposób na „sprzedanie”, opowiedzenie tej historii bez popadania w tendencyjność, a po drugie poszerzyła problematykę utworu. Na poziomie czysto fabularnym powieść dzięki temu wydaje się znacznie ciekawsza, bo obserwujemy konflikt interesów między Anną a męską częścią zespołu, stopniowe udowadnianie błędnego przekonania o tym, że bohaterka jako kobieta nie może wykonywać tego zawodu, a pod względem ideologiczno-społecznym bardzo czytelnie zostaje oddana dzięki temu społeczna panorama pierwszej połowy dwudziestego wieku. Ten obraz zdeterminowany jest w dużej mierze uporem głównej postaci, a samo pokonywanie kolejnych przeszkód, umotywowane nie tyle walką o równouprawnienie, ile prywatnymi względami, oddaje przemiany, jakie przyniósł ten wiek. Książka Jennifer Egan wydaje się jednak wciąż literaturą środka, propozycją, która choć nie rozczarowuje i nie nudzi, również nie zachwyca. Warto przeczytać, choć do miana „arcydzieła”, do którego marketingowe ujęcie zaklasyfikowało ten tytuł, zdecydowanie daleko.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak.

Komentarze