Przejdź do głównej zawartości

367. Omamy, fobie i smutki. Olga Hund „Psy ras drobnych”

Myślę, że Psy ras drobnych Olgi Hund to jedna z ważniejszych książek ostatnich tygodni. Sporo się o niej mówi, głównie w kontekście poruszanego tematu – pobytu w zakładzie psychiatrycznym. Autorka, pisząca zresztą pod pseudonimem, przedstawia problem hospitalizacji w sposób bardzo oszczędny pod względem narracyjnym, decydując się na formę ni to diariusza, ni impresji – krótkich, zarysowujących wydarzenia tekstów. 

To, co wydaje się kluczowe w recepcji tej prozy, to forma, sposób narracji. Hund opowiada bardzo lapidarnie, esencjonalnie, skupiając się na relacjonowaniu czy komunikowaniu faktów oraz przedstawianiu obserwacji bohaterki-narratorki. Świat, który ukazuje, sprowadzony jest do prostych czynności, to na ich przebiegu funkcjonuje cała literacka rzeczywistość, a ich chronologiczność – mniej lub bardziej widoczna – podszyta jest perspektywą dwóch porządków: szpitalnego i zewnętrznego, poza murami. Choć między kolejnymi fragmentami Psów ras drobnych nie zachodzi większa ciągłość, rozumiana jako rozwijanie konkretnego wątku czy sytuacji, bo też żadne z wydarzeń nie uchodzi za najważniejsze, to wspomniana już chronologia wysuwa się na pierwszy plan. Zresztą już w jednym z pierwszych fragmentów czytamy o tym, że bohaterka starała się uporządkować chorobę w czasie, co oczywiście okazuje się fundamentalne dla formy tej prozy. Pisałem wcześniej, że książka zdaje się przypominać diariusz i wydaje mi się, że jest to skojarzenie cokolwiek dobre – właśnie za sprawą oszczędnej narracji oraz dążenia do wynikowego, prostego relacjonowania. Opowieść Olgi Hund skonstruowana jest na przywołaniach, retrospekcjach i typowo pamiętnikowych sprawozdaniach, wyrażonych w dużej mierze określeniami oddającymi czas i przebieg zdarzeń (m.in. najpierw, później, potem, kolejny, pierwszy czy następny). Bohaterka tkwi między różnymi sytuacjami, na ogół dość prozaicznymi, a upływ czasu mierzony jest nie datami, a tokiem hospitalizacji  – odwiedzinami, przepustkami czy porą gaszenia świateł na oddziale. Osiągnięte jest dzięki temu nie tylko wrażenie odrębności przedstawianego świata, bo rządzonego szpitalnym cyklem, ale także wyraźnie nerwowego, niepewnego, rwanego i fragmentarycznego przebiegu narracji, skupiającej się na „tu i teraz” wydarzeń, ich chronologicznym wymiarze. Wspomniana „inność” osadzona jest głównie na podwójnej perspektywie, o której pisałem wcześniej, związanej ze świadomością pozaszpitalnej rzeczywistości, za którą – co wymowne – postaci Hund nie tęsknią. Zestawienie tych dwóch porządków służy po pierwsze uwypukleniu tempa życia w zakładzie psychiatrycznym, a po drugie podkreśleniu odrealnienia, które idzie w parze z pobytem: (...) Świat na zewnątrz jest serio szybki. Dopiero na przepustce odczuwa się, jak bardzo leki otępiają. Ludzie jedzą w domach używając noży, mają kable do telewizorów i ładowarki do telefonów.  Pojęcia >>na zewnątrz<< bardzo się tu zresztą boimy (...).

Oczywiście można by szeroko opisać obraz szpitala, który przedstawia autorka, jednak zastanawiam się, na ile jest to ciekawe, ważne w kontekście tego tytułu. Pod tym względem Psy ras drobnych nie wydają się specjalnie odkrywcze czy osobliwe, ale wydaje mi się, że Olga Hund bynajmniej nie żywiła takich ambicji. Książka, dotykając problemu pobytu w zakładzie psychiatrycznym, bazuje na poczuciu intymności i neurotyczności, dlatego też przywołana wcześniej forma diariusza wydaje się zasadna. Jak słusznie zauważyła Sylwia Chutnik w Barłogu Literackim, ta opowieść mogłaby nigdy się nie kończyć – ze względu na brak konkretnego punktu, zdarzenia, do którego dąży akcja. Ta ciągłość, diariuszowe niewymuszenie oraz fragmentaryczność narracji sprzyjają pamiętnikowej próbie zrozumienia i nazwania własnych doświadczeń, jakże charakterystycznej dla postawy bohaterki, ale z drugiej strony – ze względu na odtwórczy, relacjonujący charakter – podkreślają bezradność i bierność postaci względem rzeczywistości. W tym wypadku wszelkiego rodzaju niemożność i niemożliwość (w tym niewydolność systemu – choćby szpitalnego) wydają się kluczowe w rozumieniu bohaterów. Gdy test na depresję polega na tym, że należy odpowiedzieć twierdząco lub przecząco na pytanie Czy masz depresję?, a pielęgniarki po raz kolejny protestują, uwypukla się obraz nijakości szpitala. Relacje, które przedstawia Olga Hund, w gruncie rzeczy można sprowadzić do wzajemnego obijania się o siebie – pacjentów, lekarzy i odwiedzających. Jako czytelnicy obserwujemy niedorzeczność procesu hospitalizacji, czego przykładem jest przywołana wcześniej ankieta i groteskowy przebieg rozmów podczas obchodów, a także współwystępującą konieczność pobytu i niechęć do tego miejsca.

Jednak o ile diariuszowa forma podkreśla prywatność i intymność opowieści, o tyle Psy rasy drobnych okazują się ostatecznie próbą publicznego zaistnienia, zwrócenia na siebie uwagi, co wymownie podkreśla wyznanie narratorki: (...) nie chcę zostać całkiem sama (...). Choć proza Hund ma wydźwięk dość depresyjny, bo monotonny, odrzucający afirmację i skupiony na jednostkowych, niełatwych doświadczeniach, a w książce pojawiają się tak nihilistyczne fragmenty, jak opis ogrodu, w którym znajdują się  (...) piękny kasztan, na którym się można powiesić, wiatrak, na którym się można powiesić, szkło ze szklarni, którym można podciąć żyły, i ogrodzenie do sforsowania (...), to recenzowana książka stanowi obraz ogromnej siły i walki o to, by wciąż stawiać kroki w staraniach o własne dobro i przetrwanie.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

Komentarze