Przejdź do głównej zawartości

339. Przedpremierowo. Belinda Bauer „Martwa jesteś piękna”

Książka Belindy Bauer wciąga od początku. Dosłownie. To jedna z tych lektur, których nie sposób przerwać, niezależnie od okoliczności czy świata zewnętrznego. Po prostu. Zasysa i nie pozwala odejść, obciążając czytelnika przekonaniem, że jeszcze tylko jeden rozdział, tylko jeden wątek...

Eve Singer, główna bohaterka powieści, to dziennikarka, żyjąca z sensacji. Pracuje w telewizji jako reporterka, na co dzień trudzi się więc opisywaniem zbrodni, których tak naprawdę – o ironio! – nie tyle się brzydzi, ile nie może znieść. Jej reakcja na krew i okrucieństwo jest na ogół stała, związana z mocno fizycznymi odruchami, znacznie utrudniającymi pracę na wizji, która – jak się okazuje – wymaga nie tylko dziennikarskiego warsztatu, charyzmy, zapału i rzetelności, ale również wyzbycia się z moralnych czy etycznych naleciałości, a także nieustannej predyspozycji, tożsamej z urodą i dobrym wyglądem. Jej kariera zdaje się tkwić w martwym punkcie (Eve niezbyt radzi sobie z kreowaniem sensacji, a do tego jej relacje z nadgorliwym przełożonym nie układają się za dobrze), co spotęgowane jest również niełatwą sytuacją rodziną (opieką nad schorowanym ojcem, u którego choroba, odbierająca pamięć i ograniczająca rzeczywiste relacje z otoczeniem, nieustannie postępuje). Wszystko zmienia się w chwili, gdy w mieście dochodzi do pierwszego, a potem kolejnego i jeszcze kolejnego, brutalnego mordu, w który – nie tylko w sposób reporterski, zawodowy – zostaje uwikłana bohaterka.

Martwa jesteś piękna to kryminał, który został przede wszystkim dobrze napisany. Być może nie jest to zaleta, o której warto rozprawiać, wszak powieść powinna być dobrze skonstruowana, w zasadzie tylko takie utwory powinny być wydawane, jednak pisząc to mam na myśli nie tyle logiczność czy spójność kolejnych zdarzeń i rozdziałów, ile świetnie poprowadzoną linię fabularną oraz umiejętność panowania nad napięciem i zupełnie świadomym sterowaniem akcją utworu. Recenzowana książka realizuje się po prostu z pomysłem, zdecydowanie zapada w pamięć, bo Belinda Bauer wykreowała historię, która nie jest ani oczywista, ani banalna, choć – prawdę mówiąc – nieco namieszała przy końcu, nie dość wiarygodnie czy interesująco domykając i finalizując poszczególne wątki. Ale o tym później. Biorąc pod uwagę oś fabularną, mamy do czynienia z kryminałem jak najbardziej oczywistym: ktoś zabija, choć nie wiadomo kto i dlaczego, ktoś inny ściga, dopatrując się powiązań między ofiarami. Wplątanie jednak między kolejne zabójstwa dobrze poprowadzonych i przedstawionych wątków psychologiczno-rodzinno-moralnych sprawia, że powieść nabiera po pierwsze odpowiedniego tempa, a po drugie wyrazu, dalekiego od sztampy czy czytadła do snu. Duncan, morderca, zabija w imię tylko sobie znanych powodów, powołując się na nieśmiertelność i sztukę. Tak, każdy jego występek – im dalej posunięty w czasie, tym bardziej przerażający – nazwany jest przez niego „wystawą”, zapowiedzianą zresztą odpowiednio wcześniej stosowanym ogłoszeniem, zamieszczonym w przyszłym miejscu zbrodni. Ta sytuacja – jawnego zapowiadania morderstwa – staje się nie tylko bodźcem do różnych dyskusji medialnych i społecznego przerażenia, ale również sposobem na próbę dotarcia do złoczyńcy, odkrycia jego pobudek oraz zamiarów. Niestety, nie okazuje się to takie łatwe i oczywiste, a sam zabójca, choć kontaktuje się z przerażoną dziennikarką i daje się w pewien sposób przewidzieć, postępuje dla zwykłego, zdrowego człowieka zupełnie nieracjonalnie. Im Eve bliżej jest sprawcy i powodów jego postępowania, tym bardziej uwikłana jest w zbrodnie – staje się współodpowiedzialna za kolejne zbrodnie, nie tylko w wymiarze napędzania (za sprawą medialnych relacji) motywacji mężczyzny, ale również czysto moralnym. Zajmując się zawodowo tą sprawą, musi zmierzyć się zarówno z ogromem tragedii i strachu, jak i wyborami, związanymi z różnego rodzaju powinnościami.

Powieść Belindy Bauer rozgrywa się tak naprawdę w dwóch porządkach. Pierwszym niewątpliwie jest etos dziennikarski, każący zastanowić się – zarówno nam, odbiorcom, jak i samym bohaterom – nad wyższością racji czysto etycznych nad zarobkiem czy sławą. Śledząc medialnie postępowania mordercy, Eve uskrzydla własną karierę, przyczyniając się tym do kolejnych nieszczęść i tragicznych zabójstw. Ta niejasna i zbierająca ofiary relacja, właściwie nie wiadomo z której strony wynikająca (czy została narzucona przez bestialsko postępującego mężczyznę, wobec którego reporter jest wyłącznie uległy, czy powstała wskutek zależności, zgodnie z którą im większa ilość zabójstw i ofiar, tym lepsza oglądalność), z czasem staje się nie tyle wewnętrznym, czysto moralnym, problemem głównej bohaterki, ile jej realnym zagrożeniem – bezpośrednio bezpieczeństwo Eve zostaje zagrożone, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i psychicznym. Drugim porządkiem, wobec którego skonstruowana jest akcja powieści, jest oczywiście ciąg przyczynowo-skutkowy, realizowany za sprawą policyjno-dziennikarskiego śledztwa. Im bliżej zakończenia, to znaczy finalnej konfrontacji z mordercą, tym mniej tajemnic skrywa jego postępowanie. Co więcej – z czasem Eve staje się na tyle świadoma własnego udziału w całym tym straszliwym procesie, że jest w stanie nie tylko przewidywać, ale również kierować zachowaniami mordercy. Wtedy – jak się okazuje – rozgrywa się najbardziej emocjonująca część powieści, decydująca o losach wszystkich bohaterów. 

Martwa jesteś piękna, jak już pisałem, pod względem fabularnym stroni od sztampy. Na szczęście brakuje tutaj „typowych” zbrodni, których okrucieństwo jest wyłącznie umowne – wiadomo, im częściej dany motyw pojawia się w literaturze czy w kinie, tym bardziej staje się przeźroczysty, bezpłciowy dla czytelnika lub widza. W wypadku tej historii sporo jest zaskakujących rozwiązań, morderstw oraz decyzji, które – ku uciesze i przerażeniu odbiorcy – po prostu zaskakują. Belinda Bauer tak prowadzi narrację, by napięcie nie malało, ale by z drugiej strony też nie rosło. Czytając, odnosiłem wrażenie, że istotna w tej powieści jest pewna stałość w nastrojach i w tempie akcji. Postaci nie funkcjonują od zdarzenia do zdarzenia, a autorka – o ile się nie mylę – rezygnuje też ze stosowania fałszywych tropów i nagłych zwrotów akcji, na ogół urządzających w kryminałach fabułę czy determinujących napięcie. Stawia raczej na potoczystość akcji, utrzymanie czytelnika w ciągłej gotowości i poruszeniu, co wcale takie oczywiste czy łatwe nie jest. Muszę jednak przyznać, że samo zakończenie (i nie mówię nawet o konkretnej scenie, tylko właściwie o końcowym etapie powieści, wyjaśniającym poszczególne wątki) mocno rozczarowuje banalnością, nierealnością i powierzchownością. Nie będę oczywiście zdradzał, jak konkretne sytuacje się układają, kto wychodzi cało, a kto zostaje ukarany, jednak domknięcie tej powieści wydawało mi się na wskroś naciągnięte i przedobrzone. Oczywiście – uwaga, mały spoiler – najlepsze są te historie, gdzie wszystko dobrze się kończy, jednak nie kosztem zerwania z rzeczywistością, możliwym prawdopodobieństwem.

4,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MUZA.

Komentarze