Przejdź do głównej zawartości

335. Matka-artystka. „Macocha” Petra Hůlová

Długo zastanawiałem się nad tym, jak zacząć tę recenzję. Trudno pisać o świetnych książkach, by wyrazić zachwyt, nie popadając przy tym w banał. A w wypadku Macochy problem jest taki, że odnośnie do tej pozycji wypada używać wyłącznie wielkich kwalifikatorów. Petra Hůlová napisała bowiem powieść, która pod każdym względem zachwyca.

Machoca, co najpewniej polski czytelnik zawdzięcza Julii Różewicz, tłumaczce, porywa przede wszystkim językiem, frazą i lotnością słowa. Jestem w stanie zaryzykować nawet przypuszczenie, że gdyby nie fenomenalne tłumaczenie, ta powieść mogłaby wydawać się nie tyle nieudana, ile nudna. Tak naprawdę na poziomie fabularnym nie dzieje się za dużo, bo obserwujemy główną bohaterką, narratorkę, która, tkwiąc we własnym mieszkaniu lub przebywając na balkonie, podsumowuje wszystko to, co przeżyła, bynajmniej nie w porządku chronologicznym czy logicznym. W jej potoku myśli niekontrolowanie nachodzą na siebie obrazy, czasy, miejsca, postaci i sytuacje, prawda miesza się z nieprawdą, a świat realny z wykreowanym tudzież wyobrażonym. Przeszłość, naznaczona nieudanym macierzyństwem i jeszcze wcześniejszymi młodzieńczymi latami, upływającymi w towarzystwie środowisk artystycznych, determinuje postrzeganie teraźniejszości. Krzywda, której bohaterka zaznała, nachodzi na krzywdę wyrządzoną innym, a w trakcie narracji wartości, które w naszym postrzeganiu wydają się stałe – takie jak uczucie, rodzina, związek – podlegają nieustannemu przedefiniowaniu, naznaczonemu doświadczeniami bohaterki. W jej mieszkaniu pojawiają się kolejne postaci, z którymi wiążą się określone przeżycia, historie czy emocje, a między nimi dochodzi do różnych tarć, nieporozumień czy rozbieżności. Jednak, mimo całej złożoności w przedstawianiu wydarzeń, tkania historii z wielu perspektyw i przenikających się opowieści, fabularnie nie dzieje się za wiele – to po prostu (a może aż?) swoiste podsumowanie własnych doświadczeń, relacji z rodziną i bliskimi, wyraz stanowiska do świata, rzeczywistości i reguł, które determinują życie. Cała wyjątkowość i atrakcyjność tego tekstu wynika właśnie ze sposobu przedstawiania tej opowieści, którego istota tkwi w języku – jego plastyczności, dźwięczności, obrazowości oraz potencjale. Czytając, cały czas zastanawiałem się, jak Macocha brzmi w oryginale, czyli w języku czeskim, bo Julia Różewicz, przekładając na polski, wykazała się absolutnie głęboką znajomością naszego języka i wielką świadomością tego, co można z nim zrobić. Przede wszystkim stawia na wyjątkowość frazy, zdecydowanie myśląc nawet nie tyle akapitami czy rozdziałami, ile poszczególnymi zdaniami. Wykorzystuje głównie możliwość zabawy słowem, żonglowania nim, na przykład rozbijając pierwotne znaczenia związków frazeologicznych, wplątując naddane treści w konkretną sytuację literacką, dzięki czemu buduje albo lotną, ironiczną postawę narratorki względem wykreowanej rzeczywistości, albo zaskakuje i rozbawia czytelnika.

Petra Hůlová proponuje książkę, która w moim przekonaniu bardzo dobrze wpisuje się w obecną dyskusję na temat nie tylko kobiet, ich praw oraz macierzyństwa, ale także szeroko rozumianej kobiecości, pojmowania płci przez pryzmat patriarchalnych tudzież konserwatywnych ról społecznych. Bohaterka Macochy to postać świetnie skrojona, bo z jednej strony niby prosta, sama definiująca siebie i w pewnym sensie całkowicie odsłaniająca się przed czytelnikiem, a z drugiej zupełnie niebanalna, wymykająca jednoznacznej definicji czy prostym podziałom. Jest bowiem matką – a dokładniej macochą – niekoniecznie wpisująca się w nasze wyobrażenie o rodzicielce, z czego – co ważne – zupełnie zdaje sobie sprawę i o czym otwarcie mówi. Mając dwoje dzieci, nie odstawiła życia osobistego, kariery i własnych przyjemności na drugi plan. Nie oddała się w pełni pociechom, tylko niestrudzenie realizowała własne zamiary, narażając się tym – jak sama twierdzi, bezpodstawnie – opiece społecznej. Co więcej, zmagając się z alkoholizmem (który dla niej zresztą przeszkodą nie jest), jeszcze bardziej komplikuje czytelnikowi recepcje jej życia i doświadczeń. Nie bez powodu piszę o tym problemie, bo cała opowieść skonstruowana jest na podstawie nietrwałych i ulotnych granic między tym, co „trzeźwe” i realne, a tym, co albo wyimaginowane i wykreowane, albo poalkoholowe. Wydarzenia, które naznaczają Julie, główną bohaterkę, pochodzące z dzieciństwa, gdy sama zaznała wielu krzywd i traum, oraz jej sposób wychowywania dzieci, wzmocnione przez dość swobodne podejście do życia i zakorzenienie w dwóch światach, realnym i fikcyjnym, sprawiają, że panorama mieszkania, będącego tu w pewnym sensie skondensowanym uniwersum, staje się chaotyczna, niejaskrawa, pogmatwana, ale nie nieczytelna. Wręcz przeciwnie – absolutnie wymowna. Bohaterka jako świadoma alkoholiczka, wykreowana zgodnie ze stereotypowymi wyobrażeniami artysty-pijaka i artysty-samotnika, prowadzi narrację momentami niespójną, nieciągłą, ale tożsamą z tym, kim jest – osobą z wieloma problemami, zaburzeniami w odbiorze rzeczywistości i w radzeniu sobie z przeszłością, na którą społeczeństwo próbuje naciskać, wymagając realizacji odpowiednich zadań i ról społecznych. Dlatego, kreując główną postać, autorka powołuje do życia tylu „realnych”, rzeczywistych bohaterów, jakby z krwi i kości, zupełnie wpisujących się w społeczne wymogi i standardy – filistrów, wszystkowiedzącą sąsiadkę, zaradnego mężczyznę, bezustannie dłubiącego coś przy obejściu – by skonfrontować obydwa podejścia do życia, pokazując skomplikowaną osobowość Julie i jej potrzeby; nie radząc sobie z tym, co przyziemne, związuje życie z Jardą, który potrafi wszystkiemu sprostać – jak patriarchalny mężczyzna – poza intelektualnym i emocjonalnym zrozumieniem partnerki.

Macocha to jednak nie tylko powieść o relacjach międzyludzkich (z naciskiem na rodzinne), ale również o potrzebie ostatnia się czasowi, ratunku przed przemijaniem oraz śmiercią. Dużo w tej książce autotematyzmu, pisania o pisaniu, jak się wydaje – nie bez powodu. To, czego bohaterka nie doświadcza w realnym życiu, jakże szarym, monotonnym i żmudnym (co ciekawe, nawet sam proces tworzenia zostaje tak ukazany), umieszczone zostaje w kreowanych przez nią historiach. Gdy jej postaci przeżywają romanse, burzliwe związki i wdają się w zdrady, ona pisze w fabrycznym, zmianowym tempie, mając za drzwiami przyziemnego mężczyznę i dzieci, nad którymi nie potrafi zapanować, a za ścianą stereotypową, wścibską sąsiadkę. Wszystko, co niezwykłe, bujne, wyjątkowe, przychodzi do niej albo po alkoholu, albo za sprawą opowiadania – jako czynności. Dlatego pod wieloma względami wszystko to, co przez nią zrelacjonowane, ukazane, ma znamiona autobiograficznej walki o przetrwanie, próby zawalczenia o siebie i o to, co wymarzone, a przy tym wciąż dalekie.

Petra Hůlová napisała książkę gorzką i manifestacyjną, a przy tym w wielu miejscach zabawną, choć to raczej śmiech przez łzy. Autorka oddając głos niespełnionej, nie dość zrealizowanej bohaterce, zwraca uwagę na deprawującą ludzką ułomność, związaną z niemożnością pełnego zaspokojenia czy wyrażenia własnych potrzeb. Czeska pisarka spostrzega opresyjny charakter przemijania oraz bezradność względem tego procesu. Bohaterka powieści, snując rwaną narrację o sobie, ulokowaną w wielu miejscach, czasach, przestrzeniach i relacjach, kreśli przejmujący dramat jednostki, uwięzionej z jednej strony w przeszłości i w tym, co się już wydarzyło, a z drugiej strony w przyszłości i nieznanym, z dużym naciskiem na świadomość tego, że pewne rzeczy czy sytuacje po prostu nigdy nie nadejdą.

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Afera.

Komentarze