środa, 6 września 2017

317. Julian Hardy „Jazda na rydwanie”

Z naprawdę dużą przyjemnością zasiadłem do lektury Jazdy na rydwanie. Wynikało to zapewne z pokaźnych rozmiarów tej książki, liczącej – przy dość dużym formacie – aż 550 stron. Prędko się jednak okazało, że powieść nie do końca mi odpowiada, co sprawiło, że czas czytania był proporcjonalny do długości samej powieści. 

Myślę, że należałoby powiedzieć to na początku, by wyciągnąć karty na stół, demaskując główny mankament tej książki: widoczny jest brak redaktora. Takiego, który powiedziałby, co jest złe lub niepotrzebne, co sprawia, że czytanie może nastręczać trudności, zniechęcających lub nudzących czytelnika. Nie da się ukryć, że Julian Hardy prezentuje odbiorcy dużo. Właściwie – za dużo. Jego opowieść to szeroka historia, płynąca nie tyle pokaźnym, dużym korytem, ile zupełnie poza formą, rozlewająca się niekontrolowanie poza właściwą sobie przestrzeń. Ta metafora w moim przekonaniu dość dobrze obrazuje to, co ciąży Jeździe na rydwanie – nadmiar i niepanowanie nad sytuacją. Pierwszy mankament związany jest z brakiem segregacji, selekcji, która sprawiłaby, że do powieści weszłoby tylko to, co albo tworzy sens fabularny, albo jakoś wyposaża literacką rzeczywistość, tworząc klimat czy obraz przedstawianego świata. Oczywiście, w różnych wypadkach ta płaszczyzna może być mniej lub bardziej rozbudowana, jednak zawsze powinna być w jakiś sposób odpowiednia czy adekwatna do tego, co dzieje się na wyższym poziomie opowiadania, czyli do samej opowieści. Ta z kolei – co wpisuje się w drugi mankament, związany z nieporadnością prowadzenia narracji – toczy się w sposób znany tylko sobie, zalewając czytelnika nie tyle wielowątkową historią, ile nieustannie powielanymi tymi samymi zdarzeniami, nieśpiesznie posuwanymi w czasie. Mam wrażenie, że niepodobna nazwać to taktyką literacką, sposobem na budowanie napięcia (którego tutaj, o czym później, brak), tylko właśnie nieporadnością lub przekonaniem, że wszystko jest ważne, że każdy opowiedziany element zaintryguje, czyniąc książkę lepszą lub ważniejszą. Właśnie dlatego uważam, że wręcz namacalny jest brak dobrego redaktora, cechującego się wyczuciem i odwagą, związaną z radykalnym podejściem do tekstu – to, co nie pomaga, przeszkadza, wyrzucamy, dynamizując i uświetniając tym powieść. Bo jest w tej książce – co należy podkreślić – potencjał, jednak zanikający w natłoku opowieści  i podopowieści, najzwyczajniej w świecie zalewających i nużących czytelnika miałkością.

Sam początek – powiem dość brutalnie – jest nudny jak flaki z olejem. Zaczynając od tego, że poznajemy bohaterów, którzy z biegiem akcji nie stają się bardziej wyposażeni w cechy osobowości, kończąc na ciągłym rozwijaniu wątków, które można by jedynie nakreślić i zostawić w spokoju, przyśpieszając tym tempo opowieści. Głównego bohatera, Roberta Meissnera, poznajemy w sytuacji nie dość dla niego komfortowej, wynikającej z tragicznej relacji z samotną matką, wychowującej syna w sposób daleki od odpowiedniego. Jak można się spodziewać, to, z czym spotyka się w domu, rzutuje na całego jego życie (szkolne, towarzyskie, osobiste) nie tylko w sposób wynikający z uwarunkowań wewnętrznych, psychicznych bohatera, ale także z konkretnych decyzji matki, która bezpośrednio, zupełnie świadomie, niszczy jego pozycję społeczną, mieszając się np. w sprawy wewnątrzszkolne. Robert nie pozostaje jednak sam, gdyż otuchę znajduje w starszej kobiecie, z którą rozmowy zapewniają mu jakąś życiową stabilność. Jednak i tę przystań prędko niszczy złowrogi rodzic, zakazując tej relacji. Tłem dla całych tych zdarzeń jest bieda oraz społeczna alienacja, która jakiś czas później zostaje przełamana relacją z pewną młodą dziewczyną ze szkoły, która – bynajmniej nie w sposób bezinteresowny – wykazuje zainteresowanie chłopcem, zmotywowane tylko sobie znanym powodem. Ta znajomość prędko przeradza się w coś więcej – i dla niej, i dla niego. Dla młodej kobiety, która chciała wyłącznie ugrać związkiem coś więcej, chłopak zaczyna się liczyć, a dla niego – dotąd samotnego i marginalizowanego – bohaterka staje się sensem życia. Prędko – by spełniać jej oczekiwania, zwłaszcza te finansowe – decyduje się na radykalny, nielegalny krok – dokonuje kradzieży. Zrabowane łupy pozwolą przez jakiś czas na zapewnienie wysokiego komfortu życia nie tylko jemu, zapraszającemu w różne miejsca swoją wybrankę, ale też chorującej matce, wobec której chłopak, wbrew wcześniejszemu nastawieniu, decyduje się na pomoc. Cała ta początkowa opowieść, która w dalszych etapach powieści przekształci się w inną historię, choć nie wydaje się intrygująca czy odkrywcza – powiela wszak dobrze znane wątki o postaciach, które mimo trudnej sytuacji rodzinnej, biedzie, wychodzą na prostą dzięki miłosnej relacji – została rozpisana tak, jakby miała realizować cechy powieści psychologicznej lub sagi – niestety, nie wpisując się w żadną z powyższych konwencji. Bohaterowie są nie dość przedstawieni, nic właściwie nie wiemy o ich osobowości. Zastajemy ich wyłącznie w konkretnych sytuacjach, które z czasem ewoluują w inne. Widzimy tyle, ile możemy widzieć, patrząc na ich zachowania, które nie niosą żadnych głębszych treści, niczego nie mówią ani o psychice, ani o pragnieniach tych postaci.

Kluczowym problemem tej książki jest brak napięcia, które – jak wiemy z teorii powieści – stanowi podstawę tego gatunku literackiego. Nic się nie dzieje, brakuje napięcia czy to między narratorem a bohaterami, czy czytelnikiem a postaciami. Opowieść – choć momentami ciekawa – prowadzona jest żmudnie i nieśpiesznie, co wynika z wielu, naprawdę wielu, niepotrzebnych wątków, historii, przedłużeń, które sprawiają, że powieść wcale nie jest ciekawsza czy bardziej wartościowa. Wręcz przeciwnie – obciążająca i nużąca. Myślę, że gdyby ponownie popracować nad tym utworem – wszak po pracach nad poprzednią wersją zniknęło wiele tekstu – zostawiając tylko to, co ważne i ciekawe, Jazda na rydwanie mogłaby zostać odczytana zupełnie inaczej – zdecydowanie jako ciekawsza. 

2,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję autorowi.

1 komentarz:

  1. Normalnie nie zwróciłabym większej uwagi na tę książkę, a po Twojej recenzji niechęć do niej pogłębiła się, więc raczej sama nie zapoznam się z jej treścią...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń