wtorek, 19 września 2017

320. Johanna Mo „Tak sobie wyobrażałam śmierć”

Nie tak sobie wyobrażałem śmierć. Oczywiście tę, o której mowa w tytule recenzowanej książki. Nie tak, inaczej. Zupełnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem rozczarowany, niezadowolony z tego, że poświęciłem trochę czasu tej pozycji, jednak musiałbym skłamać, mówiąc, że polecam ten kryminał.

Helena Mobacke, policjantka, wraca do pracy po długiej przerwie, spowodowanej tragedią rodzinną. Bohaterka, wciąż zmagając się z traumą, którą ów wydarzenie wywołało, mimo dawnego zaangażowania w dochodzenia oraz wysokiej pozycji zawodowej, nie do końca radzi sobie z zadaniami, które ponownie stawia przed nią zawód w policji. Walcząc z wewnętrznym załamaniem i głosami przeszłości, wyjaśnia sprawę wtrącenia pod metro młodego chłopaka, którego śmierć niesie ze sobą nie tylko chaos w mieście, ale także kolejne morderstwa.

Tak sobie wyobrażałam śmierć to książka typowa dla swojego gatunku. Niestety, niepoprawnie typowa. Wszystko, co się dzieje, realizuje się podług scenariusza czy planu, którego treść mości się w świadomości czytelnika, znającego choć trochę prawidła współczesnych kryminałów. Dostając opowieść o niespodziewanym przestępstwie, wepchnięciu młodego chłopaka pod pociąg, które stara się wyjaśnić wypalona, doświadczona przez los policjantka, tak naprawdę dostajemy cały zarys tego, co nas czeka – aż do samego końca. Tu nie chodzi o samą konwencję, podstawę tego rodzaju powieści, ale o pewną oczywistość, sposób przedstawiania i świata, i akcji, który, jak się zdaje, bazuje na dobrze znanych, naiwnych wręcz, taktykach. Mamy policjantkę po przejściach, zmagającą się z pracą zarówno na płaszczyźnie stricte zawodowej, jak i prywatnej, walczącej z rozpadem wewnętrznym, która, poznając coraz szerzej prowadzone śledztwo, obcuje z własnymi lękami i obawami. Nie byłoby to w istocie złe, można by wykorzystać – także w znany sposób – tę sposobność do kreślenia wielowarstwowego portretu psychologicznego, gdyby osobowość bohaterki była nie tyle spostrzeżona, zauważona, ile po prostu przedstawiona. Bo choć wiele mowa o Helenie Mobacke, o jej losach i przeżyciach, a trauma, która jej towarzyszy, powraca w narracji – nieco nachalnie – jak bumerang, tak naprawdę nic nam o niej nie powiedziano, niczego nie pokazano. Owszem, narrator kreuje opowieść o policjantce-zrozpaczonej matce, żyjącej na progu dwóch światów, dzisiejszego i dawnego, ale to jedynie jego uwagi, jego słowa – ciągle podkreśla bowiem świadomość braku syna, poczucie pustki, która wynika z nieobecności ukochanego dziecka. Nie ma to jednak nic wspólnego z decyzjami czy zachowaniami bohaterki, bo ta zdaje się postacią wyłącznie nakłutą kilkoma cechami i stanami, żyjącą jednak dość standardowo, schematycznie – bez szczególnych rys czy pęknięć. To, co o niej wiemy, to uwagi narratora, nie czytelnicze obserwacje. Poznajemy ją przez słowa, nie czyny, co sprawia, że jej odbiór ma charakter powierzchowny, przejrzysty, raczej mało wielowymiarowy. Brakuje takich scen, jak ta, gdy Helena nie wytrzymuje emocji, które towarzyszą przekazywaniu informacji o śmierci dziecka, i wychodzi z pomieszczenia, zostawiając tym swojego współpracownika bez wsparcia. Takie wydarzenia pozwalają spostrzec bohatera inaczej, dostrzegając, że jest nie tylko elementem opowiadanego świata, ale i jego usposobieniem – właśnie poprzez czyny czy zachowania, które w jakiś sposób świadczą o specyfice postaci. Ma miejsce natomiast natłok, w pewnym momencie nieznośnych już, uwag, dotyczących Antona – syna bohaterki. Zdaję sobie sprawę, że jest on tu postacią istotną, gdyż z jego braku wynika emocjonalny stan policjantki, jednak tak nieudolnie i nachalnie przemycana jest opowieść o nim, przewijająca się dosłownie co rusz, co chwilę, wciąż w tym samym kontekście, że zaczyna odgrywać nie tyle drugi plan, źródło zachowań Heleny, ile objaw nieudolnego budowania literackiego świata oraz osobowości Mobacke.

O ile mało można powiedzieć o samych bohaterach, gdyż są nie dość przedstawieni, ukazani, o tyle nie sposób powiedzieć, że samo dochodzenie nie wciąga lub nudzi. Racja, jest równie typowe, co cała opowieść, bazuje bowiem na znanych prawach i sposobach konstruowania tego typu narracji, jednak ze względu na tempo porywa. Tę książkę czyta się prędko, raczej bez wysiłku, poświęcając jej odpowiednio dużo uwagi, by oderwać się od doczesności na kilka godzin. Tak sobie wyobrażałam śmierć kładzie nacisk na postępowanie, nie zaś na same zabójstwa, naturę antagonisty czy pościgi. To raczej powieść, której akcja dzieje w murach komendy, gdzie zespół funkcjonariuszy bada i rozpatruje nie tylko powody dokonanych przestępstw, ale również potencjalne następne uderzenia – na kolejne ofiary. Szukanie powiązań między tymi, którzy już skończyli na torach metra, wnikanie w ich życie i szukanie ewentualnych wydarzeń z przeszłości, będących źródłem ich nieszczęścia, robienie wywiadów oraz badań terenowo-społecznych to zadania, którymi głównie zajmują się bohaterowie powieści. Poświęcając się w pełni tym wyzwaniom, zatracają właściwie własne osobowości. Śledzimy ich bowiem wyłącznie w kontekście zawodowych czynności – cała książka została ograniczona zatem do tego, nie pozostawiając miejsca np. na portrety psychologiczne postaci. Dlatego uważam, że grubą przesadą jest opis wydawcy, głoszący, że Tak sobie wyobrażałam śmierć nikogo nie pozostawi obojętnym. Zostawi, i to w moim przekonaniu nie jedną osobę. Wynika to właśnie z przejrzystości tudzież miałkości postaci (w tym głównej bohaterki), braku tego czegoś, tej iskierki, która napędzałaby literacki świat, wyróżniając go z wielu innych. Czyta się jednak tę książkę swobodnie, raczej bez literackich czy emocjonalnych uniesień, ale – co ważne – z poczuciem zainteresowania. Dla zabicia czasu lub w trakcie dłuższej podróży.

3/6

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 15 września 2017

319. Ołeksij Czupa „Dziesięć słów o ojczyźnie”

Problemem Dziesięciu słów o ojczyźnie jest budowanie prawdziwego obrazu na zupełnie nierealnym fundamencie, oderwanej od rzeczywistości podstawie. To frapujące, ale tak w istocie jest. Narracja snuta przez autora kieruje się w stronę aktualnego portretu zarówno – powiedzmy – konkretnego ukraińskiego problemu, jak i pewnych wyobrażeń, krocząc po drodze zupełnie dalekiej od tego, co możliwe. Bo wszystko, co opowiedziane, choć sili się na to, by brzmieć wiarygodnie, obraca się w przerysowaną historię, niekoniecznie zakończoną wnioskiem czy morałem.

Ołeksij Czupa napisał powieść jak najbardziej na czasie. I nie tylko ze względu na to, że dotyczy wyzwań, przed którymi stoi współczesna Ukraina, ale także dlatego, że porusza temat emigracji i wszystkiego tego, co związane z ojczyzną. Samo pojęcie ojczyzny, rozumiane tutaj naprawdę szeroko, zdaje się słowo-kluczem, przewijającym się na kilku płaszczyznach: konkretnego znaczenia, tożsamości, wyobrażenia oraz pochodzenia. Wszystkie te perspektywy nakładają się na siebie, tworząc coś, co można odbierać w kategoriach więzi, które łączą każdego nas nie tyle z daną przestrzenią, ile sumą obrazów i doświadczeń, umiejscawiających nasze pochodzenie w konkretnym regionie. Przynależność realizuje w tej opowieści ważną rolę, związaną z ojczyzną – jednak, jak już pisałem, nie narzuconą, a nieświadomie wybraną, np. jako skutek pewnych decyzji czy wyborów, niekoniecznie naszych, których źródła możemy szukać we wczesnym dzieciństwie. Należałoby się tutaj zastanowić, co tak naprawdę sprawia, że pewne miejsca traktujemy jako swoje, jako wybrane do tego, by w nich mieszkać, powołując się na przykład na powinność względem siebie czy historii, a co deklaruje nas do wiązania się z danym regionem czy miejscem. W świecie Czupy brak refleksji nad tymi zagadnieniami, nad ogólnie rozumianym pochodzeniem, a występuje wyłącznie coś znacznie silniejszego – osobliwy pociąg, niezdarte przekonanie o konieczności decyzji o powrocie do macierzy, determinujący postanowienia. Dziesięć słów o ojczyźnie to pod tym względem powieść o przemianach, a właściwie – gdyby spojrzeć na to odwrotnie, z drugiej strony – o ich braku. Przebywanie  na obczyźnie, choćby i długie, nie jest w stanie pozbawić człowieka tego, co – zdaje się mówić książka – najcenniejsze – tożsamości czy poczucia przynależności. Można cieszyć się lepszymi warunkami, wyglądać nawet perspektyw, jednak świadomość pochodzenia czy przeznaczenia (związanego właśnie z miejscem, z którym czuje się więź) zwycięża, ostatecznie wpływając na decyzje czy wnioski. I dotyczy t nie tylko przebywania na emigracji. Także przeszłość, choćby już „załatwiona”. „ustalona”, nie jest poza nami – to, co identyfikowaliśmy za własne, co naznaczone jest naszą – powiedzmy, że w tym przypadku ojczystą, narodową czy rodzinną – ofiarą, zawsze będzie pobrzmiewać nutą nostalgii czy tęsknoty, niezależnie od poprawności politycznej czy uwarunkowań, które wynikają z nowego porządku lub ustaleń. W takich sytuacjach znajduje się zarówno Roman, przybysz ze wschodu, z Ukrainy, jak i Kochanowska, pisarka mieszkająca w Polsce. On, będąc dość długo za granicą, coraz mocniej – mimo wysokiej stopy życia – tęskni za ojczyzną, ona zaś, mówiąc o Lwowie, podkreśla jego polskość oraz wartość. 

Dziesięć słów o ojczyźnie, wbrew oczekiwaniom, popada w schemat, sentyment. Mamy do czynienia z dość przewidywalną – mimo próby zagrania podrzędnym utworem (pisanym przez bohaterkę) w głównej opowieści – narracją, podpartą niezłożonymi skrótami myślowymi, istniejącymi w imię takich przeżyć i wartości, jak pochodzenie, ojczyzna, tęsknota czy emigracyjna przemiana. Główny bohater doświadcza nieszczęścia, przypadkowo jednak trafia na kobietę, która oferuje mu w obcym kraju pomoc. Z czasem zaczyna ich łączyć coraz głębsza relacja, którą Roman stara się skrzętnie ukryć, wszak wyjechał z Ukrainy nie sam, a z ukochaną narzeczoną. Rozmowy, które toczy z Polką, oczywiście, dotyczą emigracji, wątków patriotycznych, poczucia tożsamości oraz historii, i choć ułożone są rzekomo pod książkę, którą Kochanowska pisze, to tak naprawdę to one, wraz z enigmatyczną relacją, grają pierwsze skrzypce w opowieści. Spostrzegam to nie bez powodu, ponieważ właśnie ten obraz bohatera – będącego z ukochaną w obcym kraju, decydującego się na wyjazd ze względu na trudne warunki i brak perspektyw, tęskniącego, mimo wszystko, za ojczyzną – jawi się dość przewidywalnie, co sprawia, że niepodobna nie przewidzieć, co będzie miało miejsce dalej, na jakie tory zejdą opowieść o Kochanowskiej i Romanie. Oczywiście, to powieść prawdziwa i smutna, bo czerpiąca z przykrych ludzkich doświadczeń, ale przez poprowadzenie i sposób opowiadania także nieodkrywcza, wtórna. To, o czym pisałem wcześniej, czyli budowanie realnej opowieści na mało prawdopodobnych fundamentach, wpisuje się w listę mankamentów tej książki, gdyż zabiera jej specyficzny rodzaj prawdomówności. Oczywiście, może się zdarzyć tak, jak najbardziej, że komuś, kto zdecydował się na emigrację i kogo okradli w obcym kraju, pomaga zupełnie obca kobieta, oferująca mieszkanie i pieniądze, w zamian za pomoc przy pisaniu książki, ale nagromadzenie dość niemożliwych zdarzeń (np. półroczne przebywanie niewidomej bohaterki, Ołeny, w Polsce, związane z licznymi spacerami po mieście, naznaczone przekonaniem, że przebywa w.... Pradze (a przecież na ulicach słychać np. polski język)) niszczy rodzaj możliwego współczucia czy utożsamiania się problemami bohaterów. Książka, którą pisze jedna z postaci, z czasem wkracza we właściwą akcję powieści, próbując przechytrzyć czytelnika, sprawiając, że zacierają się dwa plany – literacki, czyli ten właściwy, głównej opowieści, oraz podrzędny, czyli wynikający z powstającego w trakcie akcji utworu. Niestety, okazuje się to nieskutecznym sposobem gry z odbiorcą, ponieważ „książka w książce” nie wydaje się interesująca, a sytuacja, gdy jej akcja wkracza w akcję utworu nadrzędnego, zdaje się bardzo naciągana i nierealna.

Ołeksij Czupa zabiera tą książką głos w sprawach ważnych i aktualnych. Robi to jednak nie dość wyraźnie i nie dość wymownie, zarysowując wyłącznie jakiś kontur myśli czy sytuacji, pozostawiając przy tym problemy w stanie niedopowiedzianym. Bohaterowie, o których opowiada, zdają się istnieć jednocześnie i w konkretnym świecie, i w pewnej uniwersalnej krainie, jakby bez wyrazu. Bo choć wiadomo, gdzie żyją, skąd pochodzą, ta ich „tutejszość” nie jest widoczna, nie jest rozpatrzona – jest jedynie wspomniana. Ich czyny nie świadczą o wyraźnej osobowości czy tożsamości, odzwierciedlają wyłącznie pojedyncze sytuacje, w których uczestniczą. To książka bardziej o niecodziennym splocie wydarzeń z życia trójki bohaterów niż opowieść o tożsamości i narodowości, Polsce i Ukrainie.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 11 września 2017

318. Maurice Maeterlinck „Życie pszczół”

Doceniam zauważalną popularność książek dotyczących natury. Nie da się ukryć, że półki w księgarniach, za sprawą kilku znaczących premier, zapełniają się tego rodzaju wydawnictwami, serwując tym czytelnikom opowieści o świecie, który, choć dobrze znamy, okazuje się równie niezwykły, niejednoznaczny i enigmatyczny, co nasz, ludzki. Wśród tego typu pozycji istotną rolę odgrywają dla mnie te autorstwa Maeterlincka, noblisty, ponieważ proponują fascynującą wyprawę w świat roślin lub zwierząt, przynoszącą refleksję nie tylko nad badanym zjawiskiem czy życiem, ale także nad nami – naszą istotą i rolą.
 
Inteligencja roślin, poprzednia książka tego autora, także wydana nakładem MG, zabierała czytelnika między innymi w świat kwiatów, przedstawiając narrację o tytułowej inteligencji, o prawach, które determinują życie roślin, o przyzwyczajeniach i metodach, które pozwalają na bezpieczne istnienie i przystosowywanie się do zewnętrznych warunków. Lektura Życia pszczół, podobnie jak wspomnianej poprzedniczki, osadza nas nie tyle w roli obserwatora czy ucznia, zobligowanego do tego, by przyjmować z uznaniem przekazywaną wiedzę, ile w pozycji współuczestnika opowieści, któremu zadawane są pytania (nie zawsze wprost), odwołujące się do jego obserwacji czy doświadczeń. To ważne, bo Maurice Maeterlinck wchodzi w dyskusję z odbiorcami, w pewien sposób będącymi współtwórcami nie samej treści, ale wydźwięku tej książki. Z czego to wynika? Ano z tego, że autor, jak wspomniałem wcześniej, mówiąc o samej książce, nie jest mędrcem, postacią, która każe nam usiąść i słuchać, tylko współrozmówcą, opowiadającym nam nie akademicko, a zwyczajnie, bez nadęcia i przesady, o świecie, który jest z jednej strony tak bliski, a z drugiej tak odległy. Pszczoły, bo to one są bohaterkami, jawią się nam – i za sprawą własnych zachowań czy cech, i za sprawą sposobu narracji – wyjątkowo, jako te, którym przypisujemy nie dość inteligencji, nie dość kultury, upraszając ich rolę do podstawowych zadań, opisanych w szkolnych podręcznikach. Mało tego, autor nie tylko opowiada, ale przede wszystkim fascynuje – najpewniej za sprawą podejścia. Stawiając te dwa światy, nasz i pszczeli, w jakiś sposób na równi, tworzy szeroki obraz rzeczywistości, która roi się od pytań – o nasz sens i rolę. Bo skoro potrafimy, odpowiednio zanurzając się w temacie, wyzbywając się podejścia, w myśl którego jesteśmy najwspanialsi i najważniejsi, dostrzec już nie tylko pierwiastek idealności (który związany jest z każdym istnieniem), ale i pewnego rodzaju organizację oraz kulturę w ulu, czy nie powinniśmy przedefiniować lub choćby zastanowić się nad własnym gatunkiem, a zwłaszcza nad tym, co sobie – jako ludzie – przypisujemy? Być może dlatego autor bada pszczoły okiem człowieka, jednak nie człowieka-pana czy człowieka-wodza, ale takiego, który ani nie wyklucza, ani nie dzieli – zauważa jedynie, jak wiele w tym, czemu nie przypisujemy wielkiej inteligencji czy zamysłu, geniuszu i przemyślenia.

Życie pszczół jest tak naprawdę książką pograniczną, bo na poły naukową, biologiczną, na poły filozoficzno-humanistyczną. To przede wszystkim rzetelnie napisana pozycja, nie tylko na płaszczyźnie naukowej. Sam język, sformułowania, sposób przedstawiania obserwacji i wniosków także zachwycają – głównie wysublimowaniem i lekkością, która jest znamienna dla wielkich pisarzy, lepiących, jakby bez wysiłku, ze słów wielkie opowieści. Właśnie tak, w ten sposób, odbiera się recenzowaną książkę, gdyż czytanie owocuje nie tylko, jak już mówiłem, w informacje stricte naukowe, ale także w literacki zachwyt oraz filozoficzne przemyślenia. I tutaj należałoby się przyjrzeć tym przemyśleniom, bo do tych – co piękne – dochodzi się w niebywały sposób. Maurice Maeterlinck, opowiadając o pszczołach, kreśli dwutorową narrację, sklejoną – jakby się mogło wydawać – z dwóch odległych dziedzin, tworzącą w tym wypadku jedną integralną i przekonującą historię, rzeczywiście wpływającą na czytelnika. Co mam na myśli? A to, że obserwacje, które są prowadzone, łączą w sobie różne sposoby percepcji – w tym zdeterminowaną na konkret i otwartą na dywagacje, naukową i humanistyczną, pragnącą szczegółu i wyrażającą się w braku oczywistości. To niezwykłe, ale właśnie dzięki takiemu podejściu dostajemy dzieło, które wykracza poza zwykłe odnotowywanie faktów – co być może byłoby praktyczniejsze dla autora, bo stawiałoby to czytelnika przed czymś, co jest z góry założone, z czym niepodobna polemizować – i zahacza o niewybrzmiałe dyskusje o sens i o naszą kondycję. Autor ciągle przypomina o tym, że to, co może wydawać się nieprzemyślane, nieidealne lub przypadkowe, tak naprawdę takie nie musi być – bo gdyby postawić (a być może taki ktoś już stoi, o czym po prostu nie wiemy?) nad nami istotę wyższą w rozwoju, która oceniałaby nasze zachowania, czyż to, co dziś uważamy za genialne, nie mogłoby uchodzić za głupie? Zadane pytanie nieustannie pojawia się w książce, sprawiając, że narracja wyzbyta jest z antropocentryzmu, a nacechowana obiektywnością i słusznym założeniem, że nie jesteśmy najważniejsi.

Życie pszczół wydaje się pozycją ważną i niezmiernie ciekawą. Śledzi nie tylko los tytułowych owadów, opowiadając o ich życiu, o budowaniu ula, o zachowaniach i przyzwyczajeniach, o relacjach,  o powtarzalnych cyklach i właściwie plemiennych postawach (rywalizacjach czy walkach), ale także stara się opowiedzieć coś o ich istocie, czymś nieuchwytnym – duchu ula. To książka piękna i mądra, ważna i niezwykła. Dostarcza szeregu informacji, jednak zajmuje jak dobra powieść. I właśnie w tym, moim zdaniem, tkwi jej niezwykłość oraz urok – wznosząc się ponad detal i docierając absolutnie do jądra, choć chciałoby się powiedzieć, że do serca ula, kładzie nacisk na szczegół i konkret. Z jednej strony opowiada filozoficznie usposobioną historię o mądrych pszczołach, skupiając się i na ich cechach, i naturze, a z drugiej pozwala się przejrzeć czytelnikowi w zwierciadle, weryfikującym przekonanie o jego wyjątkowości.

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

środa, 6 września 2017

317. Julian Hardy „Jazda na rydwanie”

Z naprawdę dużą przyjemnością zasiadłem do lektury Jazdy na rydwanie. Wynikało to zapewne z pokaźnych rozmiarów tej książki, liczącej – przy dość dużym formacie – aż 550 stron. Prędko się jednak okazało, że powieść nie do końca mi odpowiada, co sprawiło, że czas czytania był proporcjonalny do długości samej powieści. 

Myślę, że należałoby powiedzieć to na początku, by wyciągnąć karty na stół, demaskując główny mankament tej książki: widoczny jest brak redaktora. Takiego, który powiedziałby, co jest złe lub niepotrzebne, co sprawia, że czytanie może nastręczać trudności, zniechęcających lub nudzących czytelnika. Nie da się ukryć, że Julian Hardy prezentuje odbiorcy dużo. Właściwie – za dużo. Jego opowieść to szeroka historia, płynąca nie tyle pokaźnym, dużym korytem, ile zupełnie poza formą, rozlewająca się niekontrolowanie poza właściwą sobie przestrzeń. Ta metafora w moim przekonaniu dość dobrze obrazuje to, co ciąży Jeździe na rydwanie – nadmiar i niepanowanie nad sytuacją. Pierwszy mankament związany jest z brakiem segregacji, selekcji, która sprawiłaby, że do powieści weszłoby tylko to, co albo tworzy sens fabularny, albo jakoś wyposaża literacką rzeczywistość, tworząc klimat czy obraz przedstawianego świata. Oczywiście, w różnych wypadkach ta płaszczyzna może być mniej lub bardziej rozbudowana, jednak zawsze powinna być w jakiś sposób odpowiednia czy adekwatna do tego, co dzieje się na wyższym poziomie opowiadania, czyli do samej opowieści. Ta z kolei – co wpisuje się w drugi mankament, związany z nieporadnością prowadzenia narracji – toczy się w sposób znany tylko sobie, zalewając czytelnika nie tyle wielowątkową historią, ile nieustannie powielanymi tymi samymi zdarzeniami, nieśpiesznie posuwanymi w czasie. Mam wrażenie, że niepodobna nazwać to taktyką literacką, sposobem na budowanie napięcia (którego tutaj, o czym później, brak), tylko właśnie nieporadnością lub przekonaniem, że wszystko jest ważne, że każdy opowiedziany element zaintryguje, czyniąc książkę lepszą lub ważniejszą. Właśnie dlatego uważam, że wręcz namacalny jest brak dobrego redaktora, cechującego się wyczuciem i odwagą, związaną z radykalnym podejściem do tekstu – to, co nie pomaga, przeszkadza, wyrzucamy, dynamizując i uświetniając tym powieść. Bo jest w tej książce – co należy podkreślić – potencjał, jednak zanikający w natłoku opowieści  i podopowieści, najzwyczajniej w świecie zalewających i nużących czytelnika miałkością.

Sam początek – powiem dość brutalnie – jest nudny jak flaki z olejem. Zaczynając od tego, że poznajemy bohaterów, którzy z biegiem akcji nie stają się bardziej wyposażeni w cechy osobowości, kończąc na ciągłym rozwijaniu wątków, które można by jedynie nakreślić i zostawić w spokoju, przyśpieszając tym tempo opowieści. Głównego bohatera, Roberta Meissnera, poznajemy w sytuacji nie dość dla niego komfortowej, wynikającej z tragicznej relacji z samotną matką, wychowującej syna w sposób daleki od odpowiedniego. Jak można się spodziewać, to, z czym spotyka się w domu, rzutuje na całego jego życie (szkolne, towarzyskie, osobiste) nie tylko w sposób wynikający z uwarunkowań wewnętrznych, psychicznych bohatera, ale także z konkretnych decyzji matki, która bezpośrednio, zupełnie świadomie, niszczy jego pozycję społeczną, mieszając się np. w sprawy wewnątrzszkolne. Robert nie pozostaje jednak sam, gdyż otuchę znajduje w starszej kobiecie, z którą rozmowy zapewniają mu jakąś życiową stabilność. Jednak i tę przystań prędko niszczy złowrogi rodzic, zakazując tej relacji. Tłem dla całych tych zdarzeń jest bieda oraz społeczna alienacja, która jakiś czas później zostaje przełamana relacją z pewną młodą dziewczyną ze szkoły, która – bynajmniej nie w sposób bezinteresowny – wykazuje zainteresowanie chłopcem, zmotywowane tylko sobie znanym powodem. Ta znajomość prędko przeradza się w coś więcej – i dla niej, i dla niego. Dla młodej kobiety, która chciała wyłącznie ugrać związkiem coś więcej, chłopak zaczyna się liczyć, a dla niego – dotąd samotnego i marginalizowanego – bohaterka staje się sensem życia. Prędko – by spełniać jej oczekiwania, zwłaszcza te finansowe – decyduje się na radykalny, nielegalny krok – dokonuje kradzieży. Zrabowane łupy pozwolą przez jakiś czas na zapewnienie wysokiego komfortu życia nie tylko jemu, zapraszającemu w różne miejsca swoją wybrankę, ale też chorującej matce, wobec której chłopak, wbrew wcześniejszemu nastawieniu, decyduje się na pomoc. Cała ta początkowa opowieść, która w dalszych etapach powieści przekształci się w inną historię, choć nie wydaje się intrygująca czy odkrywcza – powiela wszak dobrze znane wątki o postaciach, które mimo trudnej sytuacji rodzinnej, biedzie, wychodzą na prostą dzięki miłosnej relacji – została rozpisana tak, jakby miała realizować cechy powieści psychologicznej lub sagi – niestety, nie wpisując się w żadną z powyższych konwencji. Bohaterowie są nie dość przedstawieni, nic właściwie nie wiemy o ich osobowości. Zastajemy ich wyłącznie w konkretnych sytuacjach, które z czasem ewoluują w inne. Widzimy tyle, ile możemy widzieć, patrząc na ich zachowania, które nie niosą żadnych głębszych treści, niczego nie mówią ani o psychice, ani o pragnieniach tych postaci.

Kluczowym problemem tej książki jest brak napięcia, które – jak wiemy z teorii powieści – stanowi podstawę tego gatunku literackiego. Nic się nie dzieje, brakuje napięcia czy to między narratorem a bohaterami, czy czytelnikiem a postaciami. Opowieść – choć momentami ciekawa – prowadzona jest żmudnie i nieśpiesznie, co wynika z wielu, naprawdę wielu, niepotrzebnych wątków, historii, przedłużeń, które sprawiają, że powieść wcale nie jest ciekawsza czy bardziej wartościowa. Wręcz przeciwnie – obciążająca i nużąca. Myślę, że gdyby ponownie popracować nad tym utworem – wszak po pracach nad poprzednią wersją zniknęło wiele tekstu – zostawiając tylko to, co ważne i ciekawe, Jazda na rydwanie mogłaby zostać odczytana zupełnie inaczej – zdecydowanie jako ciekawsza. 

2,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję autorowi.