wtorek, 29 sierpnia 2017

316. Michał Piedziewicz „Dakota”

Z pewną goryczą przychodzi mi pisać ten tekst. Dakota domyka bowiem trylogię o losach bohaterów z Gdynią w tle, znanych z poprzednich części – Dżokera i Domina. Tym razem, zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, przenosimy się aż do współczesności, śledząc dzieje najmłodszych postaci, m.in. wnuków Łucji, głównej bohaterki pierwszej części.

Dakota to powieść, podobnie jak inne, stanowiące finał ulubionych serii, którą czyta się z wyraźnym smutkiem i nostalgią, a także w specyficznym podejściu, wyrażonym swobodą w poruszaniu się po literackiej rzeczywistości. Wynika to najpewniej z jej znajomości, przyzwyczajenia do poszczególnych bohaterów,  wizji fikcyjnego świata oraz języka, którym posługuje się autor, ale także z klarowności obrazu, który zostaje przedstawiony. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że coś się zmieniło – zwłaszcza na poziomie języka. Choć książka utrzymuje stylistykę czy też konwencje poprzednich, nieśpiesznych pod względem akcji, raczej opowiadanych, przegadanych, klimatycznych, refleksyjnych, tym razem narracja prowadzona jest nieco inaczej – momentami, przynajmniej w moim odczuciu, skręcając w stronę witkowszczyzny, czyli stylu Michała Witkowskiego. Głównie za sprawą ironii, obecnej zwłaszcza w drugiej części utworu, dotyczącej współczesnych nam czasów, rozbudowanych zdań oraz ich konstrukcji, w których obecne są liczne wtrącenia i odejścia od głównego wątku. Należy także zaznaczyć, że Piedziewicz, w porównaniu z poprzednimi książkami, nieco inaczej uposaża przedstawianą rzeczywistość, obrazując ją nie tyle klimatem wynikającym z relacji bohater-otoczenie czy bohater-wrażenie, ogólnych impresyjnych obrazów (tak jak w przypadku pierwszej części, panoramy budującej się Gdyni), ile konkretnymi osobami, nazwami, miejscami, tekstami kultury czy sytuacjami, mającymi miejsce w analogicznym czasie w rzeczywistości. To zaleta i mankament – w jednym. Z jednej strony, pisząc o niedawnej Polsce, o jej siermiężnych losach w drugiej połowie XX wieku, zwraca uwagę nie tylko na kolejki, skądinąd realizujące powód do snucia refleksji nad losami starszego pokolenia, ale także uprawdopodabnia i nacechowuje opowieść szeregiem nazw własnych i realnych postaci, tworząc wyraźną panoramę kulturowo-społeczną, wyrażającą i naturę, istotę tamtych lat, i pewną tęsknotę za tym, co minione. Jednak, z drugiej strony, nie wiem, czy taka strategia – ewidentnie oparta na naszpikowaniu tekstu bardzo wieloma nazwami własnymi, realnymi obrazami i licznymi nazwiskami – ostatecznie nie wychodzi na minus, gdyż przypomina nieudolne, pseudonostalgiczne, obecne we wspomnieniach czy ckliwych uniesieniach,  narracje o minionych, na ogół odbieranych jako lepszych, czasach; podobnie tutaj – świat tak mocno uposażony konkretnymi nazwiskami, zespołami czy piosenkami przestaje intrygować, bo przestaje jawić się opisowo, klimatycznie, nie odgrywa w oczach czytelnika żadnej sceny, a zaczyna być kroniką, rodzajem przypisu do konkretnej epoki.

To, co stanowi charakterystyczną cechę zarówno tej książki, jak i całej serii, to klimat – nostalgiczny, ulotny, nieuchwytny. W tej całej opowieści, od pierwszej części stopniowo kroczącej ku teraźniejszości, właśnie nastrój odgrywa niebywale ważną rolę. Umożliwia on bowiem szersze poznanie i przeżycie tego, czym żyją bohaterowie. Bo ta historia to nie tylko zapis splotu konkretnych wydarzeń naniesionych na wskazaną przestrzeń, miejsce i czas, ale też wszystko to, co stanowi owoc zderzenia tych zjawisk i sytuacji – tym czymś jest właśnie odczuwalny nastrój. Postaci zmagają się i z różnymi stanami emocjonalnymi, i różnymi warunkami, wynikającymi z wielu postaw, pragnień oraz warunków, w których dane im żyć. Piedziewicz sytuuje ich i przed wojną, i w trakcie, i po, a także w nowym, rzekomo lepszym, świecie, który również przynosi wyzwania, i z którym także należy sobie poradzić – zwłaszcza pamiętając o trudnej przeszłości i własnych losach. Bohaterowie, którzy kiedyś, na początku serii, stanowili źródło poznania i koncentrowali na sobie główny snop uwagi czytelnika, na przykład Łucja, dawna przybyszka do powstającej Gdyni, wygasają, dożywając własnych dni, tworząc tym nie tylko specyficzny nastrój, ale także poczucie realności, ciągłości tej opowieści – znaczenia nabierają kolejni i ich specyfika oraz realia, które próbują ujarzmić. Niewątpliwie należy tutaj zwrócić uwagę na grę, powiedziałbym intelektualno-spostrzegawczą, w której siłą rzeczy uczestniczy bardziej świadomy czytelnik. Bohaterowie, najmłodsze pokolenie, porządkując przeszłość w sposób bardzo dosłowny, sprzątając bowiem piwnicę, przeglądając przy tym rzeczy, które ostały się czasowi (w tym notatnik babci), odczytują historię dziadków i rodziców. Dochodzą wówczas do wniosku, że należałoby ubrać ją w słowa, rozbudować realia (powstającej i powojennej Gdyni), dając tym początek... powieści. To zupełnie niesamowite, zważywszy na to, że tematy, które chcieliby opisać, opisane są w Dżokerze i Dominie. Można odnieść wrażenie (zresztą, jestem przekonany, że taki był cel samego autora), co świetnie umacnia odbiór całej serii, że czas – nie tylko ten książkowy, literacki, ale uniwersalny – ma charakter kolisty, powtarzalny.

Uniwersalnością czasu chciałbym zająć się trochę szerzej, jednak w nieco innym znaczeniu, niż wcześniej. Abstrahując od moich poglądów polityczno-ideologicznych, trudno mi było – a właściwie wciąż jest – zrozumieć, dlaczego Dakota, a konkretnie to, co się dzieje w niej współcześnie, została tak upolityczniona. O ile poprzednie książki, początki doświadczeń przedstawianych bohaterów, stanowią pewną esencję tego, co minione, a związane z konkretnym miejscem i czasem (początkami i dalszymi losami Gdyni, konkretną epoką i konkretnym pokoleniem), odczytywać można nie tylko dosłownie (jako fikcyjną opowieść), ale także jako panoramę tamtych lat, odczuwalną za sprawą klimatu, dostrzegalną dzięki detalom i szczegółom, o tyle opowieść o „dzisiejszych” postaciach Piedziewicza nieco traci, właśnie ze względu na polityczne – współczesne – konteksty. Być może wynika to z zaangażowanego charakteru recenzowanej książki, dostrzegalnej stronniczości (a przecież nie każdy czytelnik musi nie tylko podzielać danych poglądów, ale także samego zainteresowania polityką), a być może z krótkiego dystansu, który dzieli nas od tego, co opisywane – uniemożliwia on pełną ocenę danych wydarzeń, a zatem nacechowuje to, co przedstawione, subiektywnością. Stoi to z kolei w opozycji do tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, i w Dżokerze, i w Dominie, gdy tło, choć współtworzyło losy bohaterów, było bardziej uniwersalne (rodząca się Gdynia, upadający komunizm itp.).

Michał Piedziewicz zamyka trylogię w sposób przemyślany, opanowany i utrzymujący poziom poprzednich książek. Piszę o tym nie bez powodu, ponieważ Dakota domyka nie tylko wszystkie wątki, pozostawiając tym bohaterów albo zrealizowanych, albo rzutujących na przyszłość, wieńcząc lub sugerując ich losy, ale pozostawia także czytelnika z wrażeniem wyczerpania tematu. To, o czym pisałem wcześniej, czyli dostrzeganie kulistości czasu, odgrywa w tym niemałą rolę. Zwłaszcza że także decyzje bohaterów realizują pewien kolisty schemat, pokazując przy tym, jak niespodziewane okazują się nasze losy. To opowieść o prostym, choć nie nudnym, życiu, toczona w taki sposób, by z prozaicznych wydarzeń i decyzji budować wielką, interesującą narrację, poświęconą zwyczajnemu człowiekowi, jego doświadczeniom i relacjom. Znajomości, kontakty, związki i pokrewieństwa znacząco kształtują ten literacki świat, czyniąc go nie tylko realnym, ale także wielowymiarowym – pokazują bowiem, jak wiele niezwykłości skrywa się w tym, co pozornie zwyczajne, codzienne. Autorowi udało się także niesamowicie dobitnie zespolić losy postaci z biegiem historii, uwypuklając powiązania, z których często nie zdajemy sobie sprawy, a które przecież działają w dwie strony – my determinujemy i urządzamy rzeczywistość, która z kolei w bardzo dużym stopniu wpływa na nasze życie, dyktując jego przebieg.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

Dżoker –> Domino –> Dakota

1 komentarz:

  1. Pierwsze, co sobie pomyślałem po przeczytaniu tej recenzji to, że masz niebywałą wrażliwość literacką i naprawdę trzeźwo podchodzisz do analizy książki. Strasznie mi tym zaimponowałeś, mam nadzieję, że kiedyś posiądę podobną wiedzę. Co do książki – nostalgia to takie zgrabne narzędzie, które zawsze potrafi mnie przyciągnąć. Takie nostalgiczne usposobienie. :)

    OdpowiedzUsuń