poniedziałek, 21 sierpnia 2017

315. Sabaa Tabir „Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku”

Miłe złego początki, lecz koniec żałosny, chciałoby się powiedzieć w kontekście książki Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku. Nie sposób nie zauważyć, że kontynuacja popularnej serii, niestety, zawodzi. Szeregiem rzeczy, którym zachwycała z początku – w pierwszym tomie sagi.

Elias i Laia, uciekinierzy, mają przed sobą niełatwe wyzwanie: dobro Imperium. Uciekając przed wyszkolonymi, sprawdzonymi żołnierzami oraz stawiając czoła nadprzyrodzonym siłom, muszą liczyć wyłącznie na siebie. 

Różnymi sposobami można dynamizować powieść, potęgując tym napięcie, które występuje między czytelnikiem a przedstawianą historią. Sabaa Tabir tym razem stawia na jedno – na dialog. Cała ta książka, co stanowi jej niemały mankament, została podporządkowana właśnie dialogowi, co sprawia, że na rzecz prędkiego tempa, ciągłego przechodzenia z sytuacji w sytuację, autorka odchodzi od budowania nastroju, klimatu i uposażania wykreowanego świata, pozbawiając tym powieść rysu realności, prawa do istnienia – nic bowiem nie wynika z poznawanej rzeczywistości, trudno ją jakoś usadowić, poznać, opisać. Wszystko, co wiemy o tym miejscu, o tej przestrzeni, wynika z relacji antagonista-protagonista oraz rozmów i spostrzeżeń bohaterów – niestety dość ubogich. Dialogi ciągną się niekiedy całymi rozdziałami, na przykład tak, jak na stronach 124-128, i przerywane są krótkimi opisami, na ogół dotyczącymi wyglądu lub zachowania postaci. Mogłoby się wydawać, że skoro postawiono na budowanie akcji na podstawie rozmów bohaterów, dialogi powinny być prowadzone w sposób interesujący. Niestety, i to zawodzi. Autorka osadza postaci w sytuacjach niezwykłych, sam świat zresztą za taki uchodzi – fantastyczny, dziejący się podług niesamowitych zdarzeń, niespotykanych rozgrywek i rywalizacji, od których zależy nie tylko jego przyszłość, ale i losy poszczególnych bohaterów. Jednak cała ta osobliwość, złożoność relacji i oryginalność nie przekładają się na poziom rozmów, owocność dialogów, które zdają się stać w opozycji, prezentując serialowy, mydlany poziom. To straszne, ale takie można odnieść wrażenia, śledząc dyskusje o kluczowych dla życia fikcyjnych postaci zdarzeniach. Zastanawiam się, w jakim stopniu to kwestia tłumaczenia, a na ile kreatywności i wysmakowania samej autorki, jednak wypowiedzi typu „Wszędzie śmierć dookoła [...]. Po cóż w takim razie żyć? Czy kiedyś przed tym ucieknę?”* zatrważają, porażając banałem i pseudotragicznym wymiarem. Właśnie, tragizm – a raczej próba takiego przedstawiania konkretnych sytuacji – to kolejny minus recenzowanej powieści. Można odnieść wrażenie, że każde następujące zdarzenia – między innymi za sprawą takich, jak cytowana wypowiedź – przedstawiane jest jako przełomowe, najważniejsze, co, biorąc pod uwagę mnogość pewnych punktów, które stopniowo prowadzą do większych rozwiązań, męczy. Zresztą, Pochodnia mroku, w przeciwieństwie do Imperium ognia, poprzedniej części, realizuje się bardziej w kategoriach powieści drogi. Bohaterowie ciągle przemieszczają się, a narracja skupia się przede wszystkim na procesie ucieczki, kładąc nacisk na niebezpieczeństwa, które są z nim związane – głównie wynikających z dwóch postaw: śledzonego i uciekającego. Muszę przyznać, że i to naręcza pewnych czytelniczych problemów, wynikających głównie z poczucia nieustannego, bezowocnego zmierzania i zakradania się.

Zastanawiam się również, w jakim stopniu rozczarowanie, którym skończyła się dla mnie lektura tej powieści, wynika z niej samej, a w jakim z niedopasowania książki do wieku tudzież preferencji. To interesujące o tyle, o ile poprzednia część, wspominane Imperium ognia, zachwycało, przynosząc nie tylko godną, intrygującą rozrywkę, ale także stricte literacką satysfakcję z samego procesu czytania. Niestety, tym razem tak nie jest. Być może oczekiwałem zbyt wiele, ale trudno nie spostrzec, że ta pozycja zawodzi na wielu polach – nie tylko na tych, o których wspominam wcześniej. Przede wszystkim pewnego rodzaju miałkością, przejawiającą się i w opisach (których zresztą jest jak na lekarstwo), i dialogach,  i całym obrazie przedstawianego świata, która sprawia, że opowiedziana historia nie zostaje w pamięci, a poszczególne sceny – choćby tragiczne lub ważne dla przebiegu powieści – tracą na znaczeniu. Brak w tej książce czegoś wyrazistego, szczególnego, co uczyniłoby ją nie tyle wyjątkową, ile godną zapamiętania i wartą polecenia. Analizując zarówno całą Pochodnię w mroku, jak i poszczególne sceny, łatwo dostrzec literackie banały i nieporadnie, niekiedy karykaturalnie, poprowadzone wątki: choćby w przypadku Eliasa, zatrutego przez Komendantkę. Cała ta sytuacja oraz to, co po niej następuje, czyli dochodzenie do prawdy, rozmowy bohaterów, które poświęcone są analizie tej sytuacji, a także przechodzenie ze świata żywych do świata umarłych oraz próby zdobycia lekarstwa, prowadzone są niezdarnie, w sposób niedopracowany i nieciekawy, reprezentując naiwną, serialową narrację, skierowaną – jak się zdaje – do niewyrobionego czytelniczo odbiorcy.

Pochodnia w mroku w moim przekonaniu to książka mało interesująca, nie tyle źle napisana, ile źle poprowadzona. Bo ta opowieść, zwłaszcza w oparciu o jej źródło, początek, czyli pierwszy tom, brzmi naprawdę ciekawie, jednak sama realizacja pozostawia wiele do życzenia. Dużo tutaj banału i przekonania, że czytelnik nie będzie drążył, nie będzie oczekiwał głębi i czegoś więcej, niż posuwającej się do przodu akcji. Zdecydowanie można by wyłuskać z tej historii więcej, jednak należałoby poświęcić jej więcej pracy, głównie opisowo-redakcyjnej; tak, by przedstawiany świat był jakiś, prezentował się w określony sposób, a bohaterowie zwracali na siebie uwagę nie tylko za sprawą własnych czynów, ale także relacji i osobowości.

2/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MUZA.

*s. 125

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz