wtorek, 29 sierpnia 2017

316. Michał Piedziewicz „Dakota”

Z pewną goryczą przychodzi mi pisać ten tekst. Dakota domyka bowiem trylogię o losach bohaterów z Gdynią w tle, znanych z poprzednich części – Dżokera i Domina. Tym razem, zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, przenosimy się aż do współczesności, śledząc dzieje najmłodszych postaci, m.in. wnuków Łucji, głównej bohaterki pierwszej części.

Dakota to powieść, podobnie jak inne, stanowiące finał ulubionych serii, którą czyta się z wyraźnym smutkiem i nostalgią, a także w specyficznym podejściu, wyrażonym swobodą w poruszaniu się po literackiej rzeczywistości. Wynika to najpewniej z jej znajomości, przyzwyczajenia do poszczególnych bohaterów,  wizji fikcyjnego świata oraz języka, którym posługuje się autor, ale także z klarowności obrazu, który zostaje przedstawiony. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że coś się zmieniło – zwłaszcza na poziomie języka. Choć książka utrzymuje stylistykę czy też konwencje poprzednich, nieśpiesznych pod względem akcji, raczej opowiadanych, przegadanych, klimatycznych, refleksyjnych, tym razem narracja prowadzona jest nieco inaczej – momentami, przynajmniej w moim odczuciu, skręcając w stronę witkowszczyzny, czyli stylu Michała Witkowskiego. Głównie za sprawą ironii, obecnej zwłaszcza w drugiej części utworu, dotyczącej współczesnych nam czasów, rozbudowanych zdań oraz ich konstrukcji, w których obecne są liczne wtrącenia i odejścia od głównego wątku. Należy także zaznaczyć, że Piedziewicz, w porównaniu z poprzednimi książkami, nieco inaczej uposaża przedstawianą rzeczywistość, obrazując ją nie tyle klimatem wynikającym z relacji bohater-otoczenie czy bohater-wrażenie, ogólnych impresyjnych obrazów (tak jak w przypadku pierwszej części, panoramy budującej się Gdyni), ile konkretnymi osobami, nazwami, miejscami, tekstami kultury czy sytuacjami, mającymi miejsce w analogicznym czasie w rzeczywistości. To zaleta i mankament – w jednym. Z jednej strony, pisząc o niedawnej Polsce, o jej siermiężnych losach w drugiej połowie XX wieku, zwraca uwagę nie tylko na kolejki, skądinąd realizujące powód do snucia refleksji nad losami starszego pokolenia, ale także uprawdopodabnia i nacechowuje opowieść szeregiem nazw własnych i realnych postaci, tworząc wyraźną panoramę kulturowo-społeczną, wyrażającą i naturę, istotę tamtych lat, i pewną tęsknotę za tym, co minione. Jednak, z drugiej strony, nie wiem, czy taka strategia – ewidentnie oparta na naszpikowaniu tekstu bardzo wieloma nazwami własnymi, realnymi obrazami i licznymi nazwiskami – ostatecznie nie wychodzi na minus, gdyż przypomina nieudolne, pseudonostalgiczne, obecne we wspomnieniach czy ckliwych uniesieniach,  narracje o minionych, na ogół odbieranych jako lepszych, czasach; podobnie tutaj – świat tak mocno uposażony konkretnymi nazwiskami, zespołami czy piosenkami przestaje intrygować, bo przestaje jawić się opisowo, klimatycznie, nie odgrywa w oczach czytelnika żadnej sceny, a zaczyna być kroniką, rodzajem przypisu do konkretnej epoki.

To, co stanowi charakterystyczną cechę zarówno tej książki, jak i całej serii, to klimat – nostalgiczny, ulotny, nieuchwytny. W tej całej opowieści, od pierwszej części stopniowo kroczącej ku teraźniejszości, właśnie nastrój odgrywa niebywale ważną rolę. Umożliwia on bowiem szersze poznanie i przeżycie tego, czym żyją bohaterowie. Bo ta historia to nie tylko zapis splotu konkretnych wydarzeń naniesionych na wskazaną przestrzeń, miejsce i czas, ale też wszystko to, co stanowi owoc zderzenia tych zjawisk i sytuacji – tym czymś jest właśnie odczuwalny nastrój. Postaci zmagają się i z różnymi stanami emocjonalnymi, i różnymi warunkami, wynikającymi z wielu postaw, pragnień oraz warunków, w których dane im żyć. Piedziewicz sytuuje ich i przed wojną, i w trakcie, i po, a także w nowym, rzekomo lepszym, świecie, który również przynosi wyzwania, i z którym także należy sobie poradzić – zwłaszcza pamiętając o trudnej przeszłości i własnych losach. Bohaterowie, którzy kiedyś, na początku serii, stanowili źródło poznania i koncentrowali na sobie główny snop uwagi czytelnika, na przykład Łucja, dawna przybyszka do powstającej Gdyni, wygasają, dożywając własnych dni, tworząc tym nie tylko specyficzny nastrój, ale także poczucie realności, ciągłości tej opowieści – znaczenia nabierają kolejni i ich specyfika oraz realia, które próbują ujarzmić. Niewątpliwie należy tutaj zwrócić uwagę na grę, powiedziałbym intelektualno-spostrzegawczą, w której siłą rzeczy uczestniczy bardziej świadomy czytelnik. Bohaterowie, najmłodsze pokolenie, porządkując przeszłość w sposób bardzo dosłowny, sprzątając bowiem piwnicę, przeglądając przy tym rzeczy, które ostały się czasowi (w tym notatnik babci), odczytują historię dziadków i rodziców. Dochodzą wówczas do wniosku, że należałoby ubrać ją w słowa, rozbudować realia (powstającej i powojennej Gdyni), dając tym początek... powieści. To zupełnie niesamowite, zważywszy na to, że tematy, które chcieliby opisać, opisane są w Dżokerze i Dominie. Można odnieść wrażenie (zresztą, jestem przekonany, że taki był cel samego autora), co świetnie umacnia odbiór całej serii, że czas – nie tylko ten książkowy, literacki, ale uniwersalny – ma charakter kolisty, powtarzalny.

Uniwersalnością czasu chciałbym zająć się trochę szerzej, jednak w nieco innym znaczeniu, niż wcześniej. Abstrahując od moich poglądów polityczno-ideologicznych, trudno mi było – a właściwie wciąż jest – zrozumieć, dlaczego Dakota, a konkretnie to, co się dzieje w niej współcześnie, została tak upolityczniona. O ile poprzednie książki, początki doświadczeń przedstawianych bohaterów, stanowią pewną esencję tego, co minione, a związane z konkretnym miejscem i czasem (początkami i dalszymi losami Gdyni, konkretną epoką i konkretnym pokoleniem), odczytywać można nie tylko dosłownie (jako fikcyjną opowieść), ale także jako panoramę tamtych lat, odczuwalną za sprawą klimatu, dostrzegalną dzięki detalom i szczegółom, o tyle opowieść o „dzisiejszych” postaciach Piedziewicza nieco traci, właśnie ze względu na polityczne – współczesne – konteksty. Być może wynika to z zaangażowanego charakteru recenzowanej książki, dostrzegalnej stronniczości (a przecież nie każdy czytelnik musi nie tylko podzielać danych poglądów, ale także samego zainteresowania polityką), a być może z krótkiego dystansu, który dzieli nas od tego, co opisywane – uniemożliwia on pełną ocenę danych wydarzeń, a zatem nacechowuje to, co przedstawione, subiektywnością. Stoi to z kolei w opozycji do tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, i w Dżokerze, i w Dominie, gdy tło, choć współtworzyło losy bohaterów, było bardziej uniwersalne (rodząca się Gdynia, upadający komunizm itp.).

Michał Piedziewicz zamyka trylogię w sposób przemyślany, opanowany i utrzymujący poziom poprzednich książek. Piszę o tym nie bez powodu, ponieważ Dakota domyka nie tylko wszystkie wątki, pozostawiając tym bohaterów albo zrealizowanych, albo rzutujących na przyszłość, wieńcząc lub sugerując ich losy, ale pozostawia także czytelnika z wrażeniem wyczerpania tematu. To, o czym pisałem wcześniej, czyli dostrzeganie kulistości czasu, odgrywa w tym niemałą rolę. Zwłaszcza że także decyzje bohaterów realizują pewien kolisty schemat, pokazując przy tym, jak niespodziewane okazują się nasze losy. To opowieść o prostym, choć nie nudnym, życiu, toczona w taki sposób, by z prozaicznych wydarzeń i decyzji budować wielką, interesującą narrację, poświęconą zwyczajnemu człowiekowi, jego doświadczeniom i relacjom. Znajomości, kontakty, związki i pokrewieństwa znacząco kształtują ten literacki świat, czyniąc go nie tylko realnym, ale także wielowymiarowym – pokazują bowiem, jak wiele niezwykłości skrywa się w tym, co pozornie zwyczajne, codzienne. Autorowi udało się także niesamowicie dobitnie zespolić losy postaci z biegiem historii, uwypuklając powiązania, z których często nie zdajemy sobie sprawy, a które przecież działają w dwie strony – my determinujemy i urządzamy rzeczywistość, która z kolei w bardzo dużym stopniu wpływa na nasze życie, dyktując jego przebieg.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

Dżoker –> Domino –> Dakota

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

315. Sabaa Tabir „Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku”

Miłe złego początki, lecz koniec żałosny, chciałoby się powiedzieć w kontekście książki Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku. Nie sposób nie zauważyć, że kontynuacja popularnej serii, niestety, zawodzi. Szeregiem rzeczy, którym zachwycała z początku – w pierwszym tomie sagi.

Elias i Laia, uciekinierzy, mają przed sobą niełatwe wyzwanie: dobro Imperium. Uciekając przed wyszkolonymi, sprawdzonymi żołnierzami oraz stawiając czoła nadprzyrodzonym siłom, muszą liczyć wyłącznie na siebie. 

Różnymi sposobami można dynamizować powieść, potęgując tym napięcie, które występuje między czytelnikiem a przedstawianą historią. Sabaa Tabir tym razem stawia na jedno – na dialog. Cała ta książka, co stanowi jej niemały mankament, została podporządkowana właśnie dialogowi, co sprawia, że na rzecz prędkiego tempa, ciągłego przechodzenia z sytuacji w sytuację, autorka odchodzi od budowania nastroju, klimatu i uposażania wykreowanego świata, pozbawiając tym powieść rysu realności, prawa do istnienia – nic bowiem nie wynika z poznawanej rzeczywistości, trudno ją jakoś usadowić, poznać, opisać. Wszystko, co wiemy o tym miejscu, o tej przestrzeni, wynika z relacji antagonista-protagonista oraz rozmów i spostrzeżeń bohaterów – niestety dość ubogich. Dialogi ciągną się niekiedy całymi rozdziałami, na przykład tak, jak na stronach 124-128, i przerywane są krótkimi opisami, na ogół dotyczącymi wyglądu lub zachowania postaci. Mogłoby się wydawać, że skoro postawiono na budowanie akcji na podstawie rozmów bohaterów, dialogi powinny być prowadzone w sposób interesujący. Niestety, i to zawodzi. Autorka osadza postaci w sytuacjach niezwykłych, sam świat zresztą za taki uchodzi – fantastyczny, dziejący się podług niesamowitych zdarzeń, niespotykanych rozgrywek i rywalizacji, od których zależy nie tylko jego przyszłość, ale i losy poszczególnych bohaterów. Jednak cała ta osobliwość, złożoność relacji i oryginalność nie przekładają się na poziom rozmów, owocność dialogów, które zdają się stać w opozycji, prezentując serialowy, mydlany poziom. To straszne, ale takie można odnieść wrażenia, śledząc dyskusje o kluczowych dla życia fikcyjnych postaci zdarzeniach. Zastanawiam się, w jakim stopniu to kwestia tłumaczenia, a na ile kreatywności i wysmakowania samej autorki, jednak wypowiedzi typu „Wszędzie śmierć dookoła [...]. Po cóż w takim razie żyć? Czy kiedyś przed tym ucieknę?”* zatrważają, porażając banałem i pseudotragicznym wymiarem. Właśnie, tragizm – a raczej próba takiego przedstawiania konkretnych sytuacji – to kolejny minus recenzowanej powieści. Można odnieść wrażenie, że każde następujące zdarzenia – między innymi za sprawą takich, jak cytowana wypowiedź – przedstawiane jest jako przełomowe, najważniejsze, co, biorąc pod uwagę mnogość pewnych punktów, które stopniowo prowadzą do większych rozwiązań, męczy. Zresztą, Pochodnia mroku, w przeciwieństwie do Imperium ognia, poprzedniej części, realizuje się bardziej w kategoriach powieści drogi. Bohaterowie ciągle przemieszczają się, a narracja skupia się przede wszystkim na procesie ucieczki, kładąc nacisk na niebezpieczeństwa, które są z nim związane – głównie wynikających z dwóch postaw: śledzonego i uciekającego. Muszę przyznać, że i to naręcza pewnych czytelniczych problemów, wynikających głównie z poczucia nieustannego, bezowocnego zmierzania i zakradania się.

Zastanawiam się również, w jakim stopniu rozczarowanie, którym skończyła się dla mnie lektura tej powieści, wynika z niej samej, a w jakim z niedopasowania książki do wieku tudzież preferencji. To interesujące o tyle, o ile poprzednia część, wspominane Imperium ognia, zachwycało, przynosząc nie tylko godną, intrygującą rozrywkę, ale także stricte literacką satysfakcję z samego procesu czytania. Niestety, tym razem tak nie jest. Być może oczekiwałem zbyt wiele, ale trudno nie spostrzec, że ta pozycja zawodzi na wielu polach – nie tylko na tych, o których wspominam wcześniej. Przede wszystkim pewnego rodzaju miałkością, przejawiającą się i w opisach (których zresztą jest jak na lekarstwo), i dialogach,  i całym obrazie przedstawianego świata, która sprawia, że opowiedziana historia nie zostaje w pamięci, a poszczególne sceny – choćby tragiczne lub ważne dla przebiegu powieści – tracą na znaczeniu. Brak w tej książce czegoś wyrazistego, szczególnego, co uczyniłoby ją nie tyle wyjątkową, ile godną zapamiętania i wartą polecenia. Analizując zarówno całą Pochodnię w mroku, jak i poszczególne sceny, łatwo dostrzec literackie banały i nieporadnie, niekiedy karykaturalnie, poprowadzone wątki: choćby w przypadku Eliasa, zatrutego przez Komendantkę. Cała ta sytuacja oraz to, co po niej następuje, czyli dochodzenie do prawdy, rozmowy bohaterów, które poświęcone są analizie tej sytuacji, a także przechodzenie ze świata żywych do świata umarłych oraz próby zdobycia lekarstwa, prowadzone są niezdarnie, w sposób niedopracowany i nieciekawy, reprezentując naiwną, serialową narrację, skierowaną – jak się zdaje – do niewyrobionego czytelniczo odbiorcy.

Pochodnia w mroku w moim przekonaniu to książka mało interesująca, nie tyle źle napisana, ile źle poprowadzona. Bo ta opowieść, zwłaszcza w oparciu o jej źródło, początek, czyli pierwszy tom, brzmi naprawdę ciekawie, jednak sama realizacja pozostawia wiele do życzenia. Dużo tutaj banału i przekonania, że czytelnik nie będzie drążył, nie będzie oczekiwał głębi i czegoś więcej, niż posuwającej się do przodu akcji. Zdecydowanie można by wyłuskać z tej historii więcej, jednak należałoby poświęcić jej więcej pracy, głównie opisowo-redakcyjnej; tak, by przedstawiany świat był jakiś, prezentował się w określony sposób, a bohaterowie zwracali na siebie uwagę nie tylko za sprawą własnych czynów, ale także relacji i osobowości.

2/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MUZA.

*s. 125

piątek, 18 sierpnia 2017

314. red. Dorota Majka-Rostek, Ewa Banaszak, Robert Florkowski, Paweł Czajkowski „Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała”

Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to książka o ciele i o tym, co z nim związane. Autorzy poszczególnych prac, wchodzących w skład recenzowanej pozycji, przyglądają się naszej fizyczności z wielu – naprawdę wielu – stron, tworząc szeroką perspektywę poznawczą: bo i o ciele w kontekście jego percepcji, i w aspektach filologicznych, językowych, i kulturowych, zarówno w odniesieniu jednostkowym, jak i zbiorowym – np. danych kultur czy społeczności. To praca, której czytanie związane może być nie tylko z akademią, ale także z codziennym użytkiem.

Teksty, które stanowią zawartość wydawnictwa pod redakcją m.in. Doroty Majek-Rostek, skoncentrowane są na ciele, zwłaszcza w odniesieniu do tytułowych kontekstów. To, co stanowi obiekt zainteresowań badaczy, to ciało umiejscowione w centrum różnych dziedzin czy metodologii, poddane refleksji, interpretacji i analizie, opierającej się przede wszystkim na relacji – z innymi ciałami, osadzonymi np. w innych kulturach, epokach czy orientacjach. Autorzy prac przypatrują się szeregom zjawisk i pewnej ewolucji, mniej biologicznej, a bardziej – na co wskazuje już sam tytuł – społeczno-kulturowej, dziejącej się i wewnątrz ciała, bo w jednostkowym postrzeganiu (zarówno samego siebie, jak i innych), i poza nim (na przykładzie konkretnych środowisk czy epok, jako swoisty portret). Ukazane zależności i cechy, wyrażające dążenia i perspektywy różnych nauk, kreślą znaczący obraz cielesności jako tej, która podlega nie tylko ciągłym przemianom, ale także nieustannej percepcji – zdeterminowanej położeniem geograficznym, czasem, pochodzeniem, kulturą, wiekiem, orientacją oraz innymi istotnymi, mniej lub bardziej dostrzegalnymi, wyznacznikami. 

Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to naukowa opowieść, która dostarcza informacji o najnowszych odkryciach i badaniach, poświęconych ciału. Należy przede wszystkim zwrócić uwagę na rozpiętość tematyczną i głębię poznawczą, dzięki której informacje i zagadnienia, o których czytamy, prezentowane są w sposób szeroki, ze wszech miar humanistyczny, uwzględniający różne podejścia i percepcje, mieszający rozmaite wątpliwości oraz różnice. Z pewnością, sięgając po tę książkę, dostajemy porządnie poprowadzoną refleksje o ciele, rozumianym i jako zjawisko, i jako byt. Bo to, co kreśli pierwsze stanowisko, zahacza o szereg zjawisk kulturowo-historyczno-społecznych, i dotyczy przede wszystkim pojmowania fizyczności przez innych – nie tylko usytuowanych poza badanym obiektem (czyli, innymi słowami, oczami drugiego człowieka), ale także poza czasem czy przestrzenią, w której dany obiekt występuje. Autorzy prac podejmują się badań ważnych i znaczących, bo mówiących nam wiele o nas samych – nie bez powodu wspominam o tym teraz, po spostrzeżeniu o zajmowaniu się człowiekiem w kategorii zjawiska, czyli czegoś, co trwa, ma miejsce, realizuje się w czasie; w tej książce bowiem, co stanowi niemałą zaletę, ciało, rozpatrywane z wielu stron, z wielu perspektyw, rozumiane jest nie tylko fizycznie, ale także społecznie, jako pewien konstrukt, który postrzegany (i budowany) jest na podstawie konkretnego czasu oraz konkretnej przestrzeni. Badacze, zajmując się m.in. zapachem, językową percepcją, niepełnosprawnością, z jednej strony wyciągają naszą fizyczność z jakiegoś miejsca, zajmując się tylko nią, a z drugiej umiejscawiają ją w konkretnym obszarze, badając jej relację z danym środowiskiem. Podobnie jest w przypadku snucia konkretnych spostrzeżeń tudzież obserwacji, kiedy zauważa się, że niektóre poglądy ewoluowały z innych – bliższych lub dalszych współczesnym. Drugie stanowisko, związane bezpośrednio z fizycznymi cechami, podejmuje dyskusję z ciałem tu i teraz, zajmując się nim w kategoriach m.in. poznania, postrzegania oraz zależności wynikających np. z wieku.

To, o czym należy również wspomnieć, to dwojakie podejście do omawianego tematu. Bo z jednej strony autorzy zajmują się ciałem dość uniwersalnym, mówiąc o pewnych cechach czy fenomenach, a z drugiej rozbijają je na czynniki pierwsze, badając poszczególne zdolności, role oraz funkcje. Mówią o nim w kategoriach i ogólnych, i jednostkowych, co sprawia, że mamy do czynienia z naprawdę dogłębną refleksją. To, co także wydaje się interesujące, to fakt, jak fizyczność została uchwycona – w trakcie wielu zjawisk czy czynności, takich jak podróżowanie lub taniec. Mowa również o jego ułomnościach oraz o tym, jak wpływają na odbiór świata i proces kształtowania się tożsamości. Jeden z tekstów poświęcony jest procesowi starzenia się homoseksualistów, co, w związku z niewielką liczbą prac na ten temat, stanowi rzadką okazję do przyjrzenia się temu zagadnieniu. Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to książka rzetelna i interesująca, będąca refleksją wielu badań, nauk i metodologii. Z pewnością warto po nią sięgnąć, chcąc być na bieżąco z nauką o postrzeganiu ciała i cielesności. Zwracając uwagą na różne zagadnienia i zjawiska, sytuuje ciało w centrum, w gradzie pytań, przypuszczeń i wątpliwości, co pozwala na wielotorowe i krytyczne rozpatrzenie omawianych problemów.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 4 sierpnia 2017

313. Maciej Duda „Dogmat płci. Polska wojna z gender”

Dogmat płci. Polska wojna z gender wprawiło mnie w nie lada problem. Dziwnie się czułem, czytając książkę naukową, o charakterze jak najbardziej akademickim, wzbudzającą we mnie salwy śmiechu. Dosłownie. Bo to, jak niektórzy, nie wiedząc (i nie chcąc wiedzieć), czym jest gender, reagowali na gender, powołując się na pseudonauki, podporządkowane konkretnym ideologiom, mogło spowodować wyłącznie dwie reakcje – w tym śmiech. Druga, niestety, wyrażona w wyraźnym rozczarowaniu, realizującym się blisko gniewu, pojawiła się także, zasadniczo determinując i postrzeganie pewnych kręgów społecznych, i postaw. 

Maciej Duda podjął się pracy niemal tytanicznej, gdyż związanej ze zebraniem i opracowaniem ogromnej ilości materiału – mniej lub bardziej rzetelnego – który powstawał kilka lat temu w związku z gorącym wówczas tematem gender – lub, jak to niektórzy lubią określać, ideologią gender. W swojej książce skrupulatnie przytacza szereg wypowiedzi, artykułów, wywiadów, książek, prac i słów, publikowanych lub wypowiadanych na wielu frontach, w wielu miejscach: od programów telewizyjnych przez ulice i szkoły po uczelnie oraz ośrodki badawcze. Skupia się na żarliwej dyskusji, przypatrując się głównie oponentom m.in. podręczników równościowych – środowiskom raczej prawicowym, konserwatywnym – wyciągając przy tym ogólny, jednak nie powierzchowny, obraz społeczeństwa, tytułowej polskiej wojny o gender.

Ta książka, w mojej opinii, to nieoceniony wkład w rozwój badań nad naszym społeczeństwem – jego nastawieniem, istotą, charakterem oraz przemianą. Maciej Duda, dokumentując batalię o gender, która miała miejsce w latach 2007 – 2015, przedstawia nam coś znacznie więcej, niż kłótnie środowisk intelektualnych ze środowiskami katolickimi. Bo to, co opisuje, oddając tym prawdziwy stan rzecz, to problem, który dotyczył nie tylko akademii czy Kościoła, ale – co podkreśla tytuł, zupełnie niehiperbolizowany – całej Polski, wszystkich możliwych mediów i grup społecznych. Źródła, na które się powołuje, ludzi, których przywołuje, publikacje lub wypowiedzi, które cytuje, zdają się to potwierdzać – ten temat dotyczył wszystkich w równym stopniu, niezależnie od tego, czy chcieliśmy zabierać głos, wyrażać własne stanowisko, czy nie. Zarówno prasa i telewizja, jak i kościoły oraz szkoły stanowiły przestrzeń, w której prowadzono ostrą dyskusję. Już na tym etapie pojawia się obraz głównego problemu, stojącego u podstaw tego zjawiska – niezachwianego pragnienia postawienia na swoim, obojętnego na głos innych. Dogmat płci, poza treścią oskarżeń lub wniosków, do których dochodzili przeciwnicy m.in. równościowej polityki, pokazuje, jak niemerytoryczna, bo agresywna i wyzbyta z rozsądku, była ta dyskusja. Hierarchowie kościoła, obrońcy tradycyjnych wartości, prawicowi publicyści czy przeciętni obywatele, nie do końca rozumiejąc istoty gender, zdeterminowani zasadami wyznawanych wartości lub religii albo fałszywymi, nastawionymi na sprzedaż i skandal, doniesieniami medialnymi, wytoczyli otwartą wojnę środowiskom naukowym oraz aktywistom, nie przebierając w słowach, groźbach i czynach. Maciejowi Dudzie udaje się uchwycić główną myśl i przebieg tego sporu, w którym niekiedy niepodobna było  się odnaleźć – ze względu na mnogość wątków, odpowiedzi i polemik, istotnie wyolbrzymianych – w wymiernych celach – przez media.

Dogmat płci. Polska wojna z gender, o czym pisałem wcześniej, nie zamyka się w konkretnym środowisku, np. naukowym, a kreśli o wiele szerszą, właściwie całościową, panoramę, kładąc nacisk przede wszystkim na rzetelność przekazywanych informacji. Bo to, co pojawia się w narracji przeciwników, niekiedy zupełnie oderwanej od rzeczywistości, niepodpartej ani argumentami, ani naukowymi obserwacjami, autor na bieżąco weryfikuje, odpowiednio komentując. Zarysowuje tym interesującą – i dla antropologów, i socjologów, i psychologów, i filologów, i zwykłych czytelników – oś nagięć, oszczerstw i kłamstw, których dopuścili się przeciwnicy polityki, wychowania i edukacji równościowej, chcąc przekonać do własnych racji. Argumentacja, którą zbiera Maciej Duda, to wyraz absolutnego przekonania, że „moje jest słuszne”, że należy własnych prawd bronić  nawet w sposób radykalny. Mamy zatem do czynienia z analizą wypowiedzi, charakteryzujących się obrażaniem, naginaniem faktów, poniżaniem oraz wyolbrzymianiem, wystosowanych w celu osiągnięcia konkretnych korzyści – m.in. utrzymania panującego od dawna, monolitycznego, systemu poglądów i ideologii, zdeterminowanego konkretnym zestawem wartości oraz przekonań. I tutaj, poza płaszczyzną filologiczno-naukową, ukazuje się kolejny wymiar recenzowanej książki: szeroki  obraz polskiego społeczeństwa, podzielonego – w dużym uproszczeniu – na dwa obozy: pierwszy, otwarty na zmiany i odejście od konserwatywnego trybu myślenia, i drugi, wyrażony właśnie konserwatyzmem, naznaczony wartościami religijnymi. 

Praca Macieja Dudy to przede wszystkim portret pewnego wycinka naszej mentalności i naszego społeczeństwa. To obraz nas  i naszej rzeczywistości, bo wyciągnięty z ulic, parlamentu, telewizji, kościoła, szkoły i akademii. W pewnym sensie stanowi listę hańby, bo niektóre wypowiedzi nigdy nie powinny paść, a z drugiej coś, po co należy sięgnąć, by przekonać się, kim tak naprawdę, jako naród, jesteśmy. Nie ma wątpliwości, że poziom dyskusji społecznej, argumenty, które w niej padają, ton oraz relacja z oponentami świadczą o naszej zbiorowej sylwetce, myśli, która determinuję i nasze wspólne, i pojedyncze działania oraz relację z innymi – czy to kulturami, czy narodami. To pozycja w moim przekonaniu ważna, nie tylko dla naukowców. Dla wszystkich tych, którym bliskie jest śledzenie aktualnych wydarzeń,  związanych z wieloma dziedzinami życia: polityką, kulturą, mediami, społeczeństwem, edukacją, sztuką, etyką oraz szeroko pojmowaną wolnością.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.