wtorek, 11 lipca 2017

309. Jonathan Carroll „Kolacja dla wrony”

Zupełnie zachwyca to, o czym pisze Jonathan Carroll. I choć porusza dość często tematy powszechne, dobrze znane i opisane, zaskakuje i intryguje. Najpewniej wynika to z lotności i ulotności tekstów – realizują się bowiem, jako krótkie, naprawdę lapidarne, utwory, podchodzące do opisywanych zjawisk w sposób wysublimowany, choć niewymuszony. Pokazują, jak sprawny literacko jest autor Drewnianego morza, a także, jak wiele można spostrzec i doświadczyć, uważnie obserwując rzeczywistość. 

Kolacja dla wrony składa się z bardzo wielu krótkich tekstów, ni to pamiętnikowych, ni dziennikowych, ni fabularnych, ni kronikarskich; to raczej, w moim przekonaniu, rodzaj impresji, nie zawsze artystycznych, nastawionych na ufizycznienie myśli i obserwacji, zapis tego, co ulotne – zarówno w kontekście bardziej zewnętrznych zjawisk, jak przeżyte czy podejrzane sytuacje, jak i wewnętrznych, związanych z refleksjami czy myślami. Autor pisze o tym, co go otacza, przypadkowo lub nie, w dużej mierze skupiając się na życiu duchowym, intelektualnym, pisarskim i – jak zwał, tak zwał – filozoficznym. Bo patrzy na świat okiem filozofa, absolutnie niezmanierowanego czy przeintelektualizowanego, dostrzegającego w tym, co codzienne, pewną niezwykłość lub źródło refleksji. Nie jest nastawiony na odkrywanie wielkich, przełomowych, egzystencjalnych prawd, które niszczą lub konstruują naszą tożsamość i postrzeganie, zarówno siebie, jak i rzeczywistości, ale skupia się na drobniejszych rzeczach, mocno wrośniętych w czynności, będące swoistymi rytuałami, powtarzanymi każdego dnia. Obserwuje i innych, i samego siebie, kreśląc tym panoramę mocno osobistą, własnego świata, poszerzoną o to, co szersze – o innych, wspólną przestrzeń i ogólnoludzkie kwestie. 

Recenzowana książka to przede wszystkim pozycja dla sympatyków środowisk artystycznych oraz miłośników Carrolla. I choć autor pisze w Kolacji dla wrony dość ogólnikowo, traktując o tematach wspólnych, dotyczących każdego z nas, wydaje mi się, że dla osób postronnych, wyłączonych z powyższych grup, jego wywody mogą okazać się neutralne: ani ciekawe, ani nużące. Wynika to przede wszystkim z tego, że poruszane kwestie nie są rozpatrywane w sposób nowatorski, odkrywczy; stanowią raczej rozwinięcie pewnych myśli czy obserwacji, obecnych w każdym z nas i wynikających nie tylko z własnych doświadczeń, ale także z kanonicznych, szeroko znanych, lektur. Znając więc ich wymowę, istotę, idące za nimi wartości i przekonania, trudno o zaskoczenie. Inaczej sytuacja wygląda z bardziej jednostkowymi refleksjami czy zapisami, które choć opierają się na znanych schematach myślowych (choćby z humanistycznych rozważań), intrygują. Związane jest to z tym, że wszystko, co Jonathan Carroll opowiada, nawiązując  do własnej codzienności, przepuszczone jest w oczach czytelnika przez filtr jego twórczości. I nie tylko przez taki niewidoczny, znany wyłącznie odbiorcy (na podstawie relacji autor – dzieło), ale także przez wyraźnie wskazany – autor pisze wszak na tematy związane z pisarstwem, szeroko pojętym życiem twórczym, co, według mnie, stanowi największą zaletę książki. Możemy bowiem, uważnie czytając, przyjrzeć się życiu intelektualnemu artysty, jakże mocno wynikającemu z procesu pisania. Dowiadujemy się między innymi, skąd Carroll czerpie inspiracje do książek, jaka jest geneza nadawanych przez niego tytułów oraz co zadecydowało o tym, by związał życie z tworzeniem. 

Kolacja dla wrony pretenduje z jednej strony do miana notatnika lub pamiętnika, mocno codziennego, a przy tym prowadzonego raczej poza czasem, niezależnie od kalendarza czy zbieżności z rzeczywistością, a z drugiej do czegoś w rodzaju inteligenckiego, pisanego z widocznym zacięciem stricte literackim, skoroszytu, będącego na poły świadectwem wyraźnie obserwatorskiej, spostrzegawczej natury, na poły wyrazem potrzeby uwypuklania i ucieleśniania myśli oraz zauważeń. Książka składa się z tekstów, których lektura niekiedy zostawia obojętnym, a niekiedy mocno zaskoczonym, zwracając uwagę na konkretny temat – tak jak w utworze poświęconemu niewidomemu dziecku, które matka, wykazując się nie lada kreatywnością i opiekuńczością, zabiera na rower w otwartą przestrzeń (tak, by nie miało możliwości wjechać w cokolwiek). To pozycja jednocześnie i niezobowiązująca, i pozostawiająca wyraźne wrażenia, emocje oraz pragnienia. Chce się, przynajmniej w moim przypadku, sięgnąć po inne, pełniejsze, dłuższe, dzieła Jonathana Carrolla, bo skoro tak krótkimi formami czaruje i zmusza do refleksji, niewątpliwie i tymi dłuższymi zachwyci.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz