sobota, 8 lipca 2017

308. Grzegorz Bogdał „Floryda”

Na odwrocie książki czytamy, że Grzegorz Bogdał, autor, lubi gadać. I rzeczywiście, lubi. Jego pozycja składa się z opowieści jak najbardziej mówionych. Opowiada tak, jakby opowiadał nam, słuchającym, na jednym oddechu, mimochodem, integrując tym czytelnika z przedstawianymi historiami brakiem widocznych granic, wynikających ze świadomości fikcji literackiej.

Floryda składa się z pięciu monologowych tekstów, z których trzy opowiedziane są przez mężczyzn, dwa przez kobiety. Opowiadają o tym, co zwykłe i niezwykłe zarazem – o osobliwości codzienności. Także sama forma, bliska podmiotom mówiącym, czyli ich osobowościom, potencjalnym możliwościom, światopoglądom czy całym personalnym uwarunkowaniom, koresponduje z treścią, spełniając się niedaleko tego, co codzienne, powszednie – bynajmniej nie w pejoratywnym znaczeniu. Jest trochę tak, jak to w jednym z wywiadów powiedział Jacek Dehnel, mówiąc o swoim pisarstwie, że autor szturcha reflektor, oświetlając losy tych, którzy w wielu sytuacjach – i życiowych, i literackich – mogliby zostać uznani za nieciekawych, niewartych zainteresowania. Grzegorz Bogdał podchodzi do nich, oddając im głos, i w tym, co pospolite, nie niezwykłe, dostrzega całą gamę osobliwości i intrygujących cech. Kreśli przed czytelnikami oraz czytelniczkami panoramę zupełnie interesującą,  przedstawiając świat znany i nieznany w jednym. Bo czytamy różne, mniej lub bardziej odkrywcze, opowieści, zrealizowane za pomocą rozmaitych literackich chwytów i sposobów – choćby przy użyciu groteski, ironii oraz zabawy słowem. Każdy z pięciu monologów to swoiście dobitna opowieść bohatera o życiu, jego konkretnej płaszczyźnie, z jednej strony wyraźnie jednostkowa – czy to ze względu na treść, czy formę – a z drugiej na tyle uniwersalna i ogólna, by mogła stać się jakąś ogólnikową prawdą lub spostrzeżeniem. 

Grzegorz Bogdał, oddając głos swoim bohaterom, duży nacisk położył na formę. I choć niekiedy może się wydawać, że wcale nie, a być może wręcz przeciwnie, to analiza każdego z tekstów – sposobu zapisu, delimitacji, podziału, rozpoczynania i kończenia kolejnych akapitów, używanych sformułowań i słów – przynosi spostrzeżenie, że ta płaszczyzna ma niemałe znaczenie. Prości, samotni, nieszczęśliwi, będący u schyłku życia opowiadają po swojemu, mową nieliteracką, codzienną, a ci, którzy dokonują czynu makabrycznego, przedstawionego wyraźnie groteskowo, referują równie groteskowo, bawiąc się przy tym semantyką, znaczeniem. Nawiązuję tutaj głównie do opowiadania Oczko w głowie, które pokazuje, jak duże są literackie zdolności autora. Nie tylko sprawnie kreuje fikcyjną rzeczywistość, manipulując czytelniczymi wrażeniami i oczekiwaniami, co do następstw czy istoty przedstawianej historii, ale także efektownie posługuje się związkami frazeologicznymi, związanymi z, jakże istotną dla całego tekstu, głową. To, co Grzegorz Bogdał pokazuje m.in. tym opowiadaniem, zachwyca. Przede wszystkim ewidentną lotnością pisarską, dotyczącą w większym stopniu formy, niż treści, a także umiejętnością żonglerki, opowiadania się po stronie proporcji, złotego środka – żadne z pięciu tekstów nie nuży, nie zaniża poziomu; wręcz przeciwnie – kolejne składowe Florydy zdają się zachwycać coraz bardziej. 

Tytułowa Floryda przewija się w kolejnych opowiadaniach jako miejsce nieco arkadyjskie, niewątpliwie poza zasięgiem. Jest to przestrzeń, która wyraża jakieś dążenia poszczególnych postaci, ich niespełnione ambicje, marzenia. Zresztą, ta niemożność spełnienia to w pewnym sensie klucz do tych tekstów, jakkolwiek wyrażający ich istotę. Bohaterów tego zbioru cechuje właśnie dostrzegalna refleksyjność, wyraźne wypalenie tudzież niezrealizowanie, będące nie tyle powodem nieszczęścia, co bodźcem do snucia opowieści czy przemyśleń na tematy egzystencjalne. Także cielesność, w moim przekonaniu będąca tematem-kluczem, odgrywa niemałą rolę; zarówno jako powód, jądro opowieści, jak i element gry narracyjnej czy językowej. Niepodobna nie zauważyć, że te, jak i inne cechy poszczególnych utworów, takie jak zbieżność nastroju i klimatu, swojskość, sprawiają, że między kolejnymi tekstami nie odczuwa się progów, przeskoków, a całą Florydę postrzega się jako jedno koherentne dzieło – nie tylko ze względów fizycznych, ale także wyraźnie ideologicznych lub, precyzyjniej mówiąc, artystycznych.

 5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

3 komentarze:

  1. Zaciekawiłeś mnie tą książką. Teraz będę już tylko wyczekiwać spotkania z nią!

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemna recenzja, jak trafię na książkę, to ją przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie recenzje pana Kamila są przyjemne. Polecam stronę na fb i częstsze zaglądanie na bloga.

      Usuń