poniedziałek, 31 lipca 2017

312. Emily Witt „Seks przyszłości. Nowa wolna miłość”

Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to książka, wobec której miałem wysokie oczekiwania. Głównie ze względu na przypadkowo spotkane opinie, rekomendację Barłogu Literackiego oraz opis wydawcy, dość mocno zachęcający do lektury. Jak ostatecznie wyszło? Jakie są moje odczucia? Trudno powiedzieć. Czytało się w zainteresowaniu, choć nieco inaczej, niż w wyobrażeniach.

Emily Witt, eseistka, publicystka, w roku trzydziestych urodzin zakańcza wieloletni związek i wdaje się w rozmaite, mniej lub bardziej zaangażowane, relacje. Przeprowadza się do San Francisco, gdzie, stroniąc od monogamii, poznaje nieznany dotąd rodzaj randkowania  i  znajomości, zawieranych za pomocą sieci, serwisów randkowych oraz różnych form spotkań, poznając i obserwując zjawisko tzw. nowego seksu – jakże mocno splątanego z przemysłem pornograficznym, internetem, poliamorią oraz szeroko pojmowanym wyzwoleniem.

To, co należy podkreślić już na wstępie, to fakt, że ta książka nie jest – co być może stanowi moje największe rozczarowanie – pozycją antropologiczną. Zupełnie. Zabierając się za lekturę, nastawiałem się właśnie na to, że sięgam po wydawnictwo opisujące w sposób szeroki, bardziej naukowy, akademicki, zjawiska związane z pojmowaniem seksu i cielesności – w kategoriach kulturowo-społecznych. I choć, w istocie, te tematy są poruszane, autorka realizuje je podług indywidualnych obserwacji, niekiedy przypuszczeń. Nie chce, nie sili się – co akurat nie jest mankamentem czy zarzutem; to kwestia obranej narracji – mówić za kogoś czy do kogoś, a jedynie podaje własne obserwacje i przeżycia, posiłkując się dość często istotnymi wydarzeniami z przeszłości, doświadczeniami innych, licznie przytaczanych, osób, czy danymi. Zawęża jednak całe to opisywane pole badawcze do siebie i tego, co sama zobaczyła, czego sama mogła dotknąć. Opisując San Francisco i przeżycia wynikające z np. nawiązywania internetowych, powiedzmy towarzyskich (w znaczeniu bardziej matrymonialnym), znajomości, choć poszerza krąg zainteresowań o mniej lub bardziej istotne statystyki, historie, przełomowe dla rozwoju danego zjawiska wydarzenia, kurczowo trzyma się własnych zdarzeń i przeżyć, tworząc nie tyle szeroką opowieść o współczesnym pojmowaniu seksualności czy nawiązywaniu znajomości, ile swoisty pamiętnik relacji (?), osobiste zapiski dotyczące intymnych spotkań, nadbudowanych pewnego rodzaju publicystyką. Bo teksty, które wchodzą w skład tej książki, to właśnie tego typu materiały: nieco publicystyczne, okraszone opisem własnych, jakże ciekawych i interesujących, przeżyć, z których istotnie możemy dowiedzieć się niemało o opisywanych tematach.

Tak, jak pisałem wcześniej,  Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to żadna analiza niemonogamicznych relacji i nowego seksu; to osobisty zapis pewnych obserwacji, wysepkowa narracja poświęcona niektórym elementom dzisiejszych zjawisk matrymonialno-społecznych, realizowanych w dużej mierze w sieci: na rozmaitych portalach, czatach, za pomocą aplikacji, często komórkowych, i internetowych kamerkach. Tym poszczególnym możliwościom – tak bowiem należy je rozpatrywać – Emily Witt poświęca wiele uwagi, tworząc zarys i teoretyczny, i praktyczny – wyjaśniany na przykładzie praktyk: zarówno osobistych, jak i, powiedzmy, bardziej statystycznych. Opisując przebieg swoich spotkań, wynikających właśnie z nawiązywania relacji w internecie, przedstawia nie tylko własne myśli czy niepokoje, ale także pewną prawidłowość, powtarzalność, wyrażającą istotę tego problemu badawczego. Podobnie jest w przypadku innych tematów, takich jak pornografia, poliamoria czy medytacja orgazmiczna. Wszystko rozpatrywane jest dwutorowo: indywidualnie oraz przestrzennie, co należy rozumieć jako – kolejno – tłumaczenie istoty, zasad (jakie coś jest samo w sobie) i umiejscawianie tego w kulturze, społeczeństwie czy historii.

Myślę, że ta książka ma szansę przyczynić się do rozwoju dyskusji na temat współczesnej seksualności i tożsamości seksualnej. Może nie jako milowy krok czy znaczące odkrycie, ale na zasadzie kolejnego wtrąconego głosu, merytorycznej wypowiedzi. Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to pozycja ciekawa, mimo że dość przewidywalna, przynosząca takie informacje i uwagi, których można się spodziewać. Interesująca, bo przedstawia jednostkowe doświadczenia i spostrzeżenia, rzucone – jak pisałem wcześniej – na szersze tło. Niespecjalnie ubogaca, jednak zwraca uwagę na pewne zjawiska i problemy – także badawcze.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 27 lipca 2017

311. Katarzyna Tubylewicz „Moraliści”

Moraliści, w mojej opinii, to książka bardzo ważna. Nie tylko dla tych, którzy interesują się krajami północy, w tym Szwecją, ale także dla tych, których obchodzą sprawy społeczne – zwłaszcza tak głośne, o wymiarze politycznym, we współczesnym świecie. Katarzyna Tubylewicz, kreśląc portret północnego społeczeństwa, zdaje się ukazywać pewien typ człowieka, kraju, który uważamy za niedościgły, doskonały. Robi to jednak w sposób swoiście szokujący, ponieważ pokazuje, jak wiele nieprawidłowości panuje w jego postrzeganiu, jak daleka jest prawda od wyobrażenia. 

Moraliści to pozycja, która weryfikuje wiele stereotypów i dość propagandowych, utrwalonych za sprawą realizacji pewnych idealistycznych dążeń, obrazów, zgodnie z którymi Szwecja powinna stanowić kraj-wzór, przestrzeń i społeczną, i kulturową, stanowiącą przykład dla wszystkich nacji, zwłaszcza w kwestiach równouprawnienia. Katarzyna Tubylewicz, wieloma sposobami (i za sprawą reportażu, i wywiadu, i przytaczania cudzych tekstów czy wypowiedzi), kreśli prawdziwszy, mniej reklamowy, obraz kraju z północy, prezentując przede wszystkim jego obecne umiejscowienie – w, jak się można przekonać, ślepym zaułku. Opowiada, przytaczając konkretne historie i obserwacje, do czego może doprowadzić bezrefleksyjna poprawność polityczna, następująca przy absolutnej pomocy i otwarciu. Przywołując słowa uznanych ekspertów i znawców spraw społecznych, maluje wielowarstwowy portret społeczny, zdeterminowany dwoma biegunami: akcją i reakcją. W ten sposób opowiada nam wiele nie tylko o Szwecji, ale i o innych krajach, zwłaszcza Europy, gdyż problemy, które stanowią punkt wyjścia opowieści, dotykają nas wszystkich w równym stopniu. 

Katarzyna Tubylewicz przedstawia Szwecję jako kraj, który toczony jest dwiema skrajnościami. Obie wynikają z jednego problemu, z jednego zjawiska, związanego głównie z uchodźstwem, będącym coraz poważniejszym wyzwaniem dla naszego społeczeństwa, ładu polityczno-społecznego oraz szeroko rozumianego humanitaryzmu. Kraj, którym zajmuje się autorka, w wyobrażeniach wielu uchodzi za przykład idealnej, spełnionej, przyszłościowej przestrzeni, głównie w rozumieniu społecznym. Należy bowiem zaznaczyć, że ludziom na ogół żyje się w nim dostatnio, a prawa, które im przysługują, dążą do tego, by nikogo – wliczając w to różnego rodzaju mniejszości – nie wykluczać czy ograniczać. Dlatego, rozmawiając o równouprawnieniu, feminizmie, związkach jednopłciowych czy polityce multikulturowej, często przytaczamy właśnie Szwecję, jako dowód na to, że można niwelować różnice społeczne oraz tworzyć jedno integralne, dobrze funkcjonujące społeczeństwo, złożone z wielu mniejszych, różnych grup, w których, zwłaszcza w krajach o prawicowym usposobieniu, upatruje się źródła rozpadu społeczeństw. Autorka podchodzi do tematu rzetelnie, pokazując nam, czytelnikom i czytelniczkom, z jednej strony ten piękny świat równości i prawa, świat, w którym każdy znaczy tyle samo i dla każdego jest miejsce, mówiąc o różnych zjawiskach, przepisach czy postawach, dzięki którym i kobietom, i obcokrajowcom, i gejom, i mniejszościom religijnym żyje się dobrze – ponad podziałami, wykluczeniami oraz marginalizacją. Zauważa, jakie są powody takiego stanu rzeczy, tak światłego i rozwiniętego społeczeństwa, i jak to, takie podejście, przekłada się na codzienne życie. Z drugiej strony kreśli obraz daleki od spokojnego, trwającego w symbiozie narodu, zauważając, jak otwarta polityka – zwłaszcza migracyjna – naznaczona niezwykle szerokim gestem, związanym z przyjmowaniem uchodźców, odbija się (ten proces nieustannie trwa) na szwedzkim środowisku, rozbijając i niszcząc porządek oraz wartości, w których imię nawoływano do masowej pomocy.

Katarzyna Tubylewicz dokonuje wnikliwej analizy społecznej, obserwując wszystko to, co stanowi o dzisiejszej Szwecji. Portretuje przede wszystkim rozbieżność między wyobrażeniami, ideami, planami oraz wartościami, którymi zdeterminowana jest i natura obywateli, i polityka rządu, a owocami, do jakich doprowadziły pewne decyzje, wynikające właśnie z – jak się okazuje, nazbyt idealistycznego – podejścia. Bo w tej skomplikowanej, jakże smutnej i wymownej, relacji, między zamiarem a rezultatem, zawarty jest cały duch narodowy, główna myśl i zasada, naznaczająca szwedzkie społeczeństwo. Polityka otwartych drzwi, masowe przyjmowanie tych, którzy uciekają przed wojną, spowodowało nie tylko zawahania, powiedzmy, statystyczne czy gospodarcze, ale przede wszystkim niemałe problemy społeczno-kulturowe, których wygaszenie uniemożliwia szeroko rozumiana poprawność polityczna. W Moralistach wprowadzone zostało interesujące pojęcie, tzw. narcystycznego dobra, które dość trafnie opisuje panującą sytuację. Oznacza mniej więcej tyle, co mocno postępującą poprawność polityczną, zasłaniająca ewidentne wykroczenia czy nawet przestępstwa, których dopuszczają się – świadomie lub nie – obcokrajowcy. Ma to na celu  niewykazanie się nietolerancją względem obcych nawyków kulturowych czy społecznych. Problem ten, jakże obecny w Szwecji z racji przyjęcia setek tysięcy uchodźców, coraz mocniej dostrzegalny, zaczyna przebijać pewne szklane sufity, zmieniając struktury społeczne. Jest to ciekawe z socjologicznego punktu widzenia o tyle, o ile dotyczy nie tylko tego jednego kraju; także szerszej społeczności, czym między innymi możemy tłumaczyć dojście do władzy prawicowych ugrupowań w wielu szerokościach geograficznych w ostatnim czasie. 

Moraliści to książka, którą należy przeczytać, chcąc brać aktywny, uwzględniający wiele perspektyw, udział w dyskusji związanej z uchodźcami oraz tworzeniem społeczeństw multikulturowych. Katarzyna Tubylewicz kreśli wielopoziomowy portret zarówno Szwecji, jak i całej europejskiej mentalności, nie popadając ani w moralizatorski, ani apokaliptyczny ton. To pozycja, która pozwala odnaleźć się w opisywanym zjawisku, przede wszystkim dzięki dość obiektywnej perspektywie, respektującej i wszystkie „za”, i wszystkie „przeciw”. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 15 lipca 2017

310. Jørn Lier Horst „Poza sezonem”

http://s.znak.com.pl/files/covers/card/b3/T003752.jpgTrudno byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, czy warto sięgnąć po powieść Poza sezonem. Wynika to przede wszystkim z pewnej przejrzystości, która związana jest m.in. z ukazywaniem postaci. Bo choć prezentuje dość ciekawą  historię, interesująco ulokowaną, skazana jest na prędkie czytelnicze zapomnienie.

W oddalonych od miasta domkach letniskowych dochodzi do morderstwa. Co więcej, na terenie znanej z telewizji postaci, cieszącej się niemałą popularnością. Śledztwo, prowadzone przez Williama Wistinga, prędko okazuje się skomplikowane, gdyż pojawiają się kolejne ofiary i różne utrudnienia. Na dodatek córka funkcjonariusza, będąca w separacji z partnerem, przeprowadza się w podejrzany region.

To, co szczególnie interesujące w tej pozycji, to opis przestrzeni tudzież miejsc, zwłaszcza miast, w których rozgrywa się akcja. Na uwagę zasługuje przede wszystkim dość detaliczny, a przy tym wyzbyty ze szczegółowych informacji, poprowadzony na zasadzie obserwacji, opis Wilna. Bohaterowie, natrafiwszy na odpowiednie tropy, odwiedzają stolicę Litwy, celem przyjrzenia się pewnym osobom i zebrania danych u samego źródła. I to, jak główny bohater, śledczy, postrzega zarówno kraj, jak i samo miasto, wydaje się bardzo interesujące. Przede wszystkim dlatego, że uwagę poświęca nie wyglądowi, stałym cechom, a konfrontacji wyobrażeń i prawdy oraz dysproporcjom, które toczą poszczególne dzielnice nie tylko Wilna, ale również całej Litwy. Zauważa, jak nowoczesna, a przy tym nierówna, tj. miejscami biedna i popadająca w ruinę, wydaje się ta przestrzeń, umiejscawiając przy tym te obserwacje w argumentacji związanej z uprawdopodabnianiem fikcji literackiej – bieda sprawia, że niektórzy zaczynają zajmować się nielegalną działalnością.  

Poza sezonem to kryminał zupełnie typowy, zrealizowany podług standardowych wytycznych i gatunkowych przyzwyczajeń. Zbrodnia, której dokonano, istotnie uruchamia niejasny, skomplikowany proces dochodzenia do prawdy, nie raz, nie dwa zmieniający swój bieg ze względu na pojawiające się poszlaki. Bohaterowie, którzy uwikłani są w sprawę, zmagają się nie tylko z głównymi, najważniejszymi dla całego utworu, wyzwaniami, ale także z szeregiem prywatnych spraw, które z czasem okazują się bezpośrednio związane ze śledztwem. Jednak, mimo relacji związanej z przenikaniem się życia osobistego i zawodowego, trudno znaleźć w tej powieści (co stanowi zresztą jej największy mankament) pogłębionego – a właściwie jakiegokolwiek – portretu psychologicznego. Autor wykreował takie postacie, które zdają się nie nieść niczego poza własnym wkładem w poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, kto i co jest źródłem głównego problemu. Owszem, wykazują się pewnymi cechami czy aspiracjami, niebędącymi elementami wątku stricte kryminalnego, oraz toczą ich drobniejsze lub większe zmartwienia, jednak wszystko to zdaje się marginalne, niewyraźne, świadczące jedynie o realności tych bohaterów, a nie o ich wewnętrznym życiu. Co więcej, niepodobna nawet znaleźć sugestii, dzięki którym moglibyśmy wykreować w głowie jakiś obraz doświadczeń czy panoramę osobowości. Wszystko, co przedstawione i opowiedziane o bohaterach, związane jest wyłącznie ze śledztwem i wyzwaniami, które z niego wynikają. Literacka rzeczywistość tej powieści to świat przeźroczysty, niezdefiniowany relacjami między postaciami, między ich ludzkimi cechami i stanami, podporządkowany wyłącznie kryminalnym aspektom fabuły. Dlatego, czytając, trudno o własną refleksję czy powstanie więzi, bo to, co poznawane, nie ma żadnego wewnętrznego, tożsamego z naszym, usposobienia, a realizuje się wyłącznie przez obiektywne, chłodne spostrzeżenia i opisy. Należałoby się jednak zastanowić, na ile opisany stan rzeczy stanowi mankament, a na ile wyraz swoistego ukierunkowania powieści na konkretnego czytelnika. Poza sezonem to raczej historia męska, rozrywkowa, dostarczająca konkretnych emocji i przeżyć. Jeśli szukamy książek w podobnych klimatach, recenzowana powinna być brana pod uwagę.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 11 lipca 2017

309. Jonathan Carroll „Kolacja dla wrony”

Zupełnie zachwyca to, o czym pisze Jonathan Carroll. I choć porusza dość często tematy powszechne, dobrze znane i opisane, zaskakuje i intryguje. Najpewniej wynika to z lotności i ulotności tekstów – realizują się bowiem, jako krótkie, naprawdę lapidarne, utwory, podchodzące do opisywanych zjawisk w sposób wysublimowany, choć niewymuszony. Pokazują, jak sprawny literacko jest autor Drewnianego morza, a także, jak wiele można spostrzec i doświadczyć, uważnie obserwując rzeczywistość. 

Kolacja dla wrony składa się z bardzo wielu krótkich tekstów, ni to pamiętnikowych, ni dziennikowych, ni fabularnych, ni kronikarskich; to raczej, w moim przekonaniu, rodzaj impresji, nie zawsze artystycznych, nastawionych na ufizycznienie myśli i obserwacji, zapis tego, co ulotne – zarówno w kontekście bardziej zewnętrznych zjawisk, jak przeżyte czy podejrzane sytuacje, jak i wewnętrznych, związanych z refleksjami czy myślami. Autor pisze o tym, co go otacza, przypadkowo lub nie, w dużej mierze skupiając się na życiu duchowym, intelektualnym, pisarskim i – jak zwał, tak zwał – filozoficznym. Bo patrzy na świat okiem filozofa, absolutnie niezmanierowanego czy przeintelektualizowanego, dostrzegającego w tym, co codzienne, pewną niezwykłość lub źródło refleksji. Nie jest nastawiony na odkrywanie wielkich, przełomowych, egzystencjalnych prawd, które niszczą lub konstruują naszą tożsamość i postrzeganie, zarówno siebie, jak i rzeczywistości, ale skupia się na drobniejszych rzeczach, mocno wrośniętych w czynności, będące swoistymi rytuałami, powtarzanymi każdego dnia. Obserwuje i innych, i samego siebie, kreśląc tym panoramę mocno osobistą, własnego świata, poszerzoną o to, co szersze – o innych, wspólną przestrzeń i ogólnoludzkie kwestie. 

Recenzowana książka to przede wszystkim pozycja dla sympatyków środowisk artystycznych oraz miłośników Carrolla. I choć autor pisze w Kolacji dla wrony dość ogólnikowo, traktując o tematach wspólnych, dotyczących każdego z nas, wydaje mi się, że dla osób postronnych, wyłączonych z powyższych grup, jego wywody mogą okazać się neutralne: ani ciekawe, ani nużące. Wynika to przede wszystkim z tego, że poruszane kwestie nie są rozpatrywane w sposób nowatorski, odkrywczy; stanowią raczej rozwinięcie pewnych myśli czy obserwacji, obecnych w każdym z nas i wynikających nie tylko z własnych doświadczeń, ale także z kanonicznych, szeroko znanych, lektur. Znając więc ich wymowę, istotę, idące za nimi wartości i przekonania, trudno o zaskoczenie. Inaczej sytuacja wygląda z bardziej jednostkowymi refleksjami czy zapisami, które choć opierają się na znanych schematach myślowych (choćby z humanistycznych rozważań), intrygują. Związane jest to z tym, że wszystko, co Jonathan Carroll opowiada, nawiązując  do własnej codzienności, przepuszczone jest w oczach czytelnika przez filtr jego twórczości. I nie tylko przez taki niewidoczny, znany wyłącznie odbiorcy (na podstawie relacji autor – dzieło), ale także przez wyraźnie wskazany – autor pisze wszak na tematy związane z pisarstwem, szeroko pojętym życiem twórczym, co, według mnie, stanowi największą zaletę książki. Możemy bowiem, uważnie czytając, przyjrzeć się życiu intelektualnemu artysty, jakże mocno wynikającemu z procesu pisania. Dowiadujemy się między innymi, skąd Carroll czerpie inspiracje do książek, jaka jest geneza nadawanych przez niego tytułów oraz co zadecydowało o tym, by związał życie z tworzeniem. 

Kolacja dla wrony pretenduje z jednej strony do miana notatnika lub pamiętnika, mocno codziennego, a przy tym prowadzonego raczej poza czasem, niezależnie od kalendarza czy zbieżności z rzeczywistością, a z drugiej do czegoś w rodzaju inteligenckiego, pisanego z widocznym zacięciem stricte literackim, skoroszytu, będącego na poły świadectwem wyraźnie obserwatorskiej, spostrzegawczej natury, na poły wyrazem potrzeby uwypuklania i ucieleśniania myśli oraz zauważeń. Książka składa się z tekstów, których lektura niekiedy zostawia obojętnym, a niekiedy mocno zaskoczonym, zwracając uwagę na konkretny temat – tak jak w utworze poświęconemu niewidomemu dziecku, które matka, wykazując się nie lada kreatywnością i opiekuńczością, zabiera na rower w otwartą przestrzeń (tak, by nie miało możliwości wjechać w cokolwiek). To pozycja jednocześnie i niezobowiązująca, i pozostawiająca wyraźne wrażenia, emocje oraz pragnienia. Chce się, przynajmniej w moim przypadku, sięgnąć po inne, pełniejsze, dłuższe, dzieła Jonathana Carrolla, bo skoro tak krótkimi formami czaruje i zmusza do refleksji, niewątpliwie i tymi dłuższymi zachwyci.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 8 lipca 2017

308. Grzegorz Bogdał „Floryda”

Na odwrocie książki czytamy, że Grzegorz Bogdał, autor, lubi gadać. I rzeczywiście, lubi. Jego pozycja składa się z opowieści jak najbardziej mówionych. Opowiada tak, jakby opowiadał nam, słuchającym, na jednym oddechu, mimochodem, integrując tym czytelnika z przedstawianymi historiami brakiem widocznych granic, wynikających ze świadomości fikcji literackiej.

Floryda składa się z pięciu monologowych tekstów, z których trzy opowiedziane są przez mężczyzn, dwa przez kobiety. Opowiadają o tym, co zwykłe i niezwykłe zarazem – o osobliwości codzienności. Także sama forma, bliska podmiotom mówiącym, czyli ich osobowościom, potencjalnym możliwościom, światopoglądom czy całym personalnym uwarunkowaniom, koresponduje z treścią, spełniając się niedaleko tego, co codzienne, powszednie – bynajmniej nie w pejoratywnym znaczeniu. Jest trochę tak, jak to w jednym z wywiadów powiedział Jacek Dehnel, mówiąc o swoim pisarstwie, że autor szturcha reflektor, oświetlając losy tych, którzy w wielu sytuacjach – i życiowych, i literackich – mogliby zostać uznani za nieciekawych, niewartych zainteresowania. Grzegorz Bogdał podchodzi do nich, oddając im głos, i w tym, co pospolite, nie niezwykłe, dostrzega całą gamę osobliwości i intrygujących cech. Kreśli przed czytelnikami oraz czytelniczkami panoramę zupełnie interesującą,  przedstawiając świat znany i nieznany w jednym. Bo czytamy różne, mniej lub bardziej odkrywcze, opowieści, zrealizowane za pomocą rozmaitych literackich chwytów i sposobów – choćby przy użyciu groteski, ironii oraz zabawy słowem. Każdy z pięciu monologów to swoiście dobitna opowieść bohatera o życiu, jego konkretnej płaszczyźnie, z jednej strony wyraźnie jednostkowa – czy to ze względu na treść, czy formę – a z drugiej na tyle uniwersalna i ogólna, by mogła stać się jakąś ogólnikową prawdą lub spostrzeżeniem. 

Grzegorz Bogdał, oddając głos swoim bohaterom, duży nacisk położył na formę. I choć niekiedy może się wydawać, że wcale nie, a być może wręcz przeciwnie, to analiza każdego z tekstów – sposobu zapisu, delimitacji, podziału, rozpoczynania i kończenia kolejnych akapitów, używanych sformułowań i słów – przynosi spostrzeżenie, że ta płaszczyzna ma niemałe znaczenie. Prości, samotni, nieszczęśliwi, będący u schyłku życia opowiadają po swojemu, mową nieliteracką, codzienną, a ci, którzy dokonują czynu makabrycznego, przedstawionego wyraźnie groteskowo, referują równie groteskowo, bawiąc się przy tym semantyką, znaczeniem. Nawiązuję tutaj głównie do opowiadania Oczko w głowie, które pokazuje, jak duże są literackie zdolności autora. Nie tylko sprawnie kreuje fikcyjną rzeczywistość, manipulując czytelniczymi wrażeniami i oczekiwaniami, co do następstw czy istoty przedstawianej historii, ale także efektownie posługuje się związkami frazeologicznymi, związanymi z, jakże istotną dla całego tekstu, głową. To, co Grzegorz Bogdał pokazuje m.in. tym opowiadaniem, zachwyca. Przede wszystkim ewidentną lotnością pisarską, dotyczącą w większym stopniu formy, niż treści, a także umiejętnością żonglerki, opowiadania się po stronie proporcji, złotego środka – żadne z pięciu tekstów nie nuży, nie zaniża poziomu; wręcz przeciwnie – kolejne składowe Florydy zdają się zachwycać coraz bardziej. 

Tytułowa Floryda przewija się w kolejnych opowiadaniach jako miejsce nieco arkadyjskie, niewątpliwie poza zasięgiem. Jest to przestrzeń, która wyraża jakieś dążenia poszczególnych postaci, ich niespełnione ambicje, marzenia. Zresztą, ta niemożność spełnienia to w pewnym sensie klucz do tych tekstów, jakkolwiek wyrażający ich istotę. Bohaterów tego zbioru cechuje właśnie dostrzegalna refleksyjność, wyraźne wypalenie tudzież niezrealizowanie, będące nie tyle powodem nieszczęścia, co bodźcem do snucia opowieści czy przemyśleń na tematy egzystencjalne. Także cielesność, w moim przekonaniu będąca tematem-kluczem, odgrywa niemałą rolę; zarówno jako powód, jądro opowieści, jak i element gry narracyjnej czy językowej. Niepodobna nie zauważyć, że te, jak i inne cechy poszczególnych utworów, takie jak zbieżność nastroju i klimatu, swojskość, sprawiają, że między kolejnymi tekstami nie odczuwa się progów, przeskoków, a całą Florydę postrzega się jako jedno koherentne dzieło – nie tylko ze względów fizycznych, ale także wyraźnie ideologicznych lub, precyzyjniej mówiąc, artystycznych.

 5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 4 lipca 2017

307. Laura Akkot „Moje życie z OCD”

Moje życie z OCD to książka ważna i potrzebna. Nie tylko dlatego, że stanowi źródło wiedzy o chorobie i cierpieniach, z którymi zmaga się niemała grupa osób, ale także ze względu na pewną odrębność w ukazywaniu istoty zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. Jest bowiem pozycją nie tyle dydaktyczną czy opisującą, ile prowadzącą wstrząsającą narrację, która dotyczy bardzo wielu aspektów życia z tą chorobą.

Czytając, trudno się umiejscowić, odnaleźć w przedstawianej rzeczywistości, zająć na tyle komfortowe stanowisko, by z jednej strony obserwować wszystko wygodnie, dość obiektywnie, a z drugiej nie uwikłać w rozterki czy emocje, targające prowadzącą relację. Właściwie – nie sposób. To jedna z tych książek, które zacierają granicę między przeżyciami bohatera/narratora/autora a doświadczeniami czytającej osoby. Wszystko, co opisywane, nie tylko udziela się adresatowi literackiej wypowiedzi, wpływając na jego nastrój czy nastawienie, ale zdecydowanie kształtuje, wskazując pewne perspektywy i kierunki nie tyle interpretacyjne, ile poznawcze. Bo, tak naprawdę, trudno w tym wypadku mówić o odczytywaniu czy rozgryzaniu tego, co opowiadane. Laura Akkot pisze wprost i jednoznacznie, i właśnie tą otwartością tudzież szczerością poraża, bombardując osobę pogrążoną w lekturze emocjami oraz nieobojętnymi treściami. Jest w tej relacji coś, co sprawia, że tekst przestaje być opowieścią o chorobie, toczącej się wokół kwestii związanych z bólem, strachem czy pragnieniem życia, a przybiera absolutnie wyraziste oraz znaczące kształty i rysy, zupełnie zmieniające odbiór. Nie czyta się tej książki w kategoriach historii o trudach i znojach, o tyrtejskiej postawie czy zmianach dokonywanych przez chorobę; postrzega się ją raczej jako dogłębną opowieść, choć przedstawioną powierzchownie, raczej na zasadzie impresji, luźnych – co istotne, jeżeli zaczniemy analizować tę pozycję pod względem relacji formy z treścią – opisów i świadectw, o funkcjonowaniu po drugiej stronie – obcej, choć poznanej, rządzącej się całkowicie innymi prawami. Obraz głównej postaci, którą poznajemy, budujemy na podstawie jej relacji i ze światem, i z innymi, dzięki czemu perspektywa, którą przyjmujemy, usadawia ją w samym centrum, co pozwala na pełniejszą recepcję – zarówno taką, która wynika z postrzegania odrębności bohaterki, jak i jej kontaktów z rzeczywistością oraz otoczeniem. Pierwsza możliwość pozwala skupić się na tym, co stanowi o istocie zjawiska, jakim jest tytułowa choroba, a także na wsłuchaniu się w jednostkową opowieść, przedstawiająca pokrótce przebieg i doświadczenie OCD. Druga daje znacznie szerszy obraz całej sytuacji, gdyż tworzy swoistą topografię przeżyć i kontaktów, równie wiele mówiących o przedstawianym zjawisku. Przestrzeń, którą wyposaża rozmaitymi zażyłościami i zachowaniami, odzwierciedla ograniczony (a przy tym jakże wielowymiarowy) świat chorującej, co niezwykle dobitnie pokazuje głębię przeżyć – trudu, który przysparza choroba, zniekształcając – po prostu – życie człowieka. 

Już sam początek lektury, umiejscawiany przy odczytywaniu dedykacji, zdaje się wprowadzać czytelnika w odpowiedni poziom emocjonalny. Książka, dedykowana mężowi, bez którego, jak sama autorka pisze, mogłoby mnie już nie być, realizuje się na pograniczu kilku, wzajemnie przenikających się, wrażeń i stanów emocjonalnych, oczywiście związanych i wypływających z przeżyć Laury Akkot. To przede wszystkim strach i wszystko to, co wynika z niemożności zapanowania nad własnymi, niekiedy drobnymi, decyzjami, a w rezultacie nad całym życiem, istnieniem. Opisy, którymi naszpikowane jest Moje życie z OCD, wyrażają, dzięki swej strukturze, istotę przeżyć, pozwalając czytelnikowi odczuć to, co, oczywiście w niewątpliwie większym stopniu, odczuwa autorka. Mowa głównie o mnogości i brzmieniu doświadczeń, dobrze wyrażonych pewną niekonsekwencją narracyjną, urywanymi i niepełnymi zapiskami, będącymi swoistym odzwierciedleniem wewnętrznej rzeczywistości, ucieleśnieniem nieokiełznanego strumienia myśli. Autorka, pisząc tę relację, koncentruje się głównie na opozycji dwóch płaszczyzn: pragnień, zdrowego, rozsądnego myślenia i zaburzonej perspektywy, istotnie wynikającej z zaburzeń. Opisuje to, co doświadcza, kontrastując zdarzenia z przebłyskami innego, własnego, postrzegania, oraz prawdą, wyrażającą się i z perspektywicznego widoku, i z postawy życiowego partnera, będącego z jednej strony pewnym odniesieniem, a z drugiej żywym uczestnikiem przeżyć. Ta panorama pokazuje szereg zniekształceń w postrzeganiu, wynikających z choroby, ale także to, jak osoba doświadczająca zaburzenia odnajduje się w relacji  ze światem oraz to, jak zewnętrzny świat odnosi się do takiej postaci. Dedykacja, na którą zwróciłem uwagę, odbija się w tekście także bardziej dosłownie – postacią męża, któremu, według jej treści, Laura Akkot niemało zawdzięcza. Rzeczywiście, relacja między chorującą a partnerem to przykład niełatwego związku, funkcjonującego niemal na granicy. Bo sytuacje, które opisuje autorka, związana przecież z codziennym życiem, a zatem regularne, powtarzające się, dotyczą niezwykle silnych i wymagających wysiłku z obu stron zdarzeń, ewidentnie niszczących spokój i ład. Sprawiają, że zwykłe funkcjonowanie zostaje absolutnie zaburzone – i nie tylko osoby, która bezpośrednio zmaga się z przykrym doświadczeniem, ale całego jej otoczenia.

Moje życie z OCD to pozycja o dużym ładunku emocjonalnym, będąca zarazem i chłodnym świadectwem o chorobie, i napiętą, poruszającą opowieścią, pisaną i czytaną emocjami. Ta książka przynosi nie tylko możliwość dokładnej obserwacji i refleksji, ale także szczególnego rodzaju odbioru, związanego z głębokim przeżywaniem. To bez wątpienia tytuł istotnie przyczyniający się do poznania opisywanej choroby oraz do pobudzenia społecznej dyskusji na jej temat.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.