piątek, 14 kwietnia 2017

302. Michalina Wisłocka – „Sztuka kochania”

Źródło
To prawdopodobnie nie do końca dobre, jednak nie potrafię patrzeć na tę książkę w inny sposób, niż przez pryzmat, skądinąd interesującego, tegorocznego filmu o Wisłockiej. Za sprawą tej produkcji zupełnie inaczej podszedłem do tej postaci, znacznie szerzej i głębiej.

Sztuka kochania to poradnik dla par, po raz pierwszy wydany w 1976 roku. Jak można przypuszczać, książka okazała się dużym wydarzeniem, jednak niekoniecznie pozytywnym – przynajmniej dla władz czy konserwatywnej części społeczeństwa. Dla reszty, ciekawych i poszukujących, zainteresowanych cielesnością i poprawą jakości życia, dla tych, którzy, mniej lub bardziej otwarcie, zastanawiali się nad własną intymnością, życiem erotycznym, wydawnictwo okazało się zbawieniem, gdyż niezwykle jawnie, rzetelnie i czytelnie mówiło o wszystkim tym, co, choć powszechne, dotyczące każdego, stanowiło temat tabu, niemożliwy dotąd do poruszenia. Wisłocka, opisując cielesność, zabawy seksualne, przypadłości oraz różnego rodzaju zjawiska i problemy, przybliża czytelnikowi wszystko to, co powinien wiedzieć, chcąc nie tylko współżyć, ale przede wszystkim kochać – świadomie i inteligentnie. Jej książka bowiem, dotycząc tematów związanych z fizycznością, nieustannie podkreśla, jak istotna jest w związku miłość – będąca również fundamentem udanego pożycia.

Wisłocka weszła do historii, przynosząc ludziom, na przekór zakłamanym, trudnym, szarym, siermiężnym czasom, wiedzę, która dotyczyła bezpośrednio ich codzienności, tego, co z jednej strony stanowiło coś wyciągniętego z publicznej dyskusji, potraktowanego milczeniem, co często utożsamiane było z obowiązkiem, dalekim od przyjemności, a z drugiej mogło radować, satysfakcjonować i ubogacać życie, fundamentując tym związki. Napisała bowiem książkę, która w sposób prosty, zrozumiały, jawny i ludzki – co ważne – traktuje o cielesności, o tym, co towarzyszy miłości, co stanowi integralny element naszego życia, a co do jej czasów spajano z tego rodzaju prywatnością, o której nie tylko nie wypadało pisać, ale i rozprawiać. Wisłocka, jako wolnomyślicielka, krzewicielka nauki i empatyczna, odważna postać, Sztuką kochania zabrała głos, przemawiając do milionów – co pokazuje ilość sprzedanych egzemplarzy: zarówno tych legalnych, oficjalnych, jak i tych, które rozprowadzano w podziemiu, poza obiegiem. Przyniosła informacje i praktyczne porady, z którymi utożsamić mogły się i kobiety, i mężczyźni, i osoby w związku, i single, chcący zasięgnąć nie tyle nauki, ile prawdy – o sobie, własnych potrzebach, lękach, zmartwieniach i problemach.

Choć w wielu miejscach uwypukla się swoista nieprzystawalność do dzisiejszego pojmowania mężczyzny i kobiety, tego, co ich dotyczy, wszystkich kwestii tożsamościowo-ideologicznych, nie sposób nie dostrzec pewnej uniwersalności sposobu myślenia, którym raczy autorka. To, o czym mówię, ta opozycja, wyraża się przede wszystkim w sposobie definiowania dwóch płci, jakby na zasadzie kontrastu. Przeczytać możemy na przykład, że o ile płacząca kobieta, choć nie wszystkie – tylko blondynki o dziecinnych rysach twarzy! – może wyglądać pięknie, o tyle mężczyzna – nigdy, wzbudza bowiem wyłącznie lekceważenie. Tego typu sądy, niekiedy idące dalej, choć rażą, utożsamiając z konkretną płcią konkretne cechy czy role społeczne, nie są w stanie przesądzić o recenzowanej książce, gdyż świadczą o pewnych uwarunkowaniach, ideach, latach, w których powstała – nie zapominajmy, że to realia Polski drugiej połowy XX wieku, jakże inne od tych, w których żyjemy. To także istotna cecha dzieła Wisłockiej: swoiste świadectwo pojmowania rzeczywistości, w tym intymności, dawnych lat. Bo choć dziś pewne rzeczy, o których pisze autorka, mogą przeczyć temu, co wiemy, co uznajemy za prawdziwe, to Sztukę kochania należy ciągle traktować jako głos ważny i warty wysłuchania – właśnie ze względu na swoistą symboliczność oraz uniwersalność w pojmowaniu miłości, bliskości i istoty związku.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

301. Leopold Tyrmand "Życie towarzyskie i uczuciowe"

Życie towarzyskie i uczuciowe to jedna z tych książek, które postrzega się nie tylko w kategoriach świata wykreowanego przez autora, mniej lub bardziej mówiącego o naszym, o naszych problemach oraz sytuacjach, ale także jako obraz naszej rzeczywistości, swoisty wyimek z niej – w tym wypadku jakże dosadny i treściwy.

Akcja utworu rozgrywa się w Warszawie w latach 1946-1959 i dotyczy środowisk inteligenckich – artystów, pisarzy, filmowców, dziennikarzy – oraz ich relacji z władzami tudzież wpływowymi postaciami. 

Leopold Tyrmand napisał powieść bardzo rzetelną. Zdaje sobie sprawę, że brzmieć to może osobliwie, jednak taka opinia, takie spostrzeżenie, najmocniej trzymało się mnie, zarówno w trakcie, jak i po lekturze. Wynika to przede wszystkim z tego, że relacje, w których tkwią bohaterowie książki, sytuacje, z którymi muszą się zmierzać, oraz sposoby, za pomocą których udaje im się realizować pragnienia i potrzeby, mówią więcej o pewnych środowiskach rzeczywistych, realnych, możliwych do namacalnego poznania, niż o wykreowanych, zamkniętych między okładkami – skądinąd odnoszących się do prawdziwych osób i działań. Tyrmand wykreował historię gorzką, jednak niezwykle wiarygodną i wymierną, w pełni odnoszącą się do tego, co rzeczywiste. Pisze bowiem o intelektualistach, twórcach, pisarzach, ludziach polityki i kultury, których, siłą rzeczy, chciałoby się sklasyfikować jako inteligencję. Ukazuje ich jednak – i na zasadzie obrazowania, dotyczącego konkretnych realiów oraz sytuacji, i wskazywania typów – w negatywnym kontekście, skupiając się na tych cechach, które świadczą o konformizmie, obojętności na wartości wyższego rzędu, uważane za uniwersalne – przypisywane w dużej mierze ludziom obytym, tworzącym i współtworzącym kulturę, środowiskom światłym. Pisarz robi to niezwykle sprawnie i jego bohaterowie – jako tacy, nie jako postacie, które pośrednią są najważniejsze, ale dla toku akcji istotniejsze są sytuacje, którym muszą sprostać – stanowią centralny środek literackiego świata, to im poświęcona jest absolutnie cała  uwaga. Należy bowiem zaznaczyć, że następujące po sobie wydarzenia, choć powodują pewne następstwa, przedstawiające nam oblicza bohaterów, nie są na tyle znaczące, na tyle wyraziste, by zdominować utwór oraz całkowicie przyciągnąć uwagę czytelnika. To relacje między bohaterami – decyzyjnymi a nieznaczącymi, wyższymi a niższymi sferami, inteligencją a biurokracją, osobami w małżeństwie a kochankami – podporządkowują odbiór i rozumienie tej powieści. Na podstawie tych zależności Tyrmand prowadzi opowieść, wywodząc z niej wiele spostrzeżeń, zauważeń oraz wniosków.

Życie towarzyskie i uczuciowe, dla mnie, to przede wszystkim powieść o miałkości. Takiej, która dotyczy bardzo wielu obszarów życia, która realizuje się zarówno w indywidualnych relacjach czy sytuacjach, jak i na wielkich obszarach. Bo wszystko, co przedstawia pisarz, zdaje się wyrażać w swoistej powierzchowności, kłamstwie i płytkości, które tak mocno determinują świat bohaterów, że nie tylko wiele o nim mówią, ale w pełni go wyrażają. Postacie, choć należące do inteligencji, tworzące kulturę, naukę, media, piszące o tematach ważnych i wzniosłych, dotyczących i pewnych elit, skłonnych do refleksji intelektualnych, i mas, pragnących rzetelnych informacji, zupełnie przełamują wyobrażenie, a być może i swoistą powinność, reprezentując takie cechy i postawy, które zdają się deprawować wszystko to, z czym utożsamiamy dziennikarzy, polityków i pisarzy. Tyrmand ukazuje tych ludzi, w konkretnej przestrzeni i w czasie, jako wyprutych z pryncypiów, zdolności do niezależności, otwartości i takiego wykonywania własnego zawodu, które przynosi przede wszystkim pożytek i piękno – sławę lub wpływy dopiero później. Zajmuje się środowiskami pod wieloma względami niemoralnymi, traktującymi siebie i innych w kontekście pożytku i przydatności. Przedstawia bohaterów oczekujących i wymagających, niekoniecznie od siebie – na ogół od innych. Pokazuje, jak kształtują się skomplikowane relacje, polegające na współpracy nastawionej na zyski i wpływy, związane ze służalczością i czynieniem propagandy. Zrywa tym, w oczach czytelnika, z pewnym dogmatem, wzorem pisarza, krytyka czy dziennikarza, który utożsamiany jest z takimi cechami, jak wolność, niezależność oraz indywidualność. Z jednej strony jest to obraz czasów, wyimek z naszej rzeczywistości, lat, kiedy władza związana była ze wszystkimi obszarami  życia, a kultura i tworzący ją działali niekoniecznie zgodnie z nadrzędnymi wartościami, wolnomyślicielskimi ideami, ale pod wpływem przyziemnych, mocno fizycznych pobudek. Tyrmand, przedstawiając takie sytuacje, ukazując nie tylko sam skutek, ale cały proces, dokonuje ewidentnej krytyki – jakże słusznej w świetle wolnościowych poglądów. Z drugiej strony jest to charakterystyka pewnej ponadczasowej, uniwersalnej postawy, zależności i niegodziwych współprac, odsuwających na dalszy plan wymienione wcześniej wartości.

Pisarzowi udało się tak przedstawić swoich bohaterów, by sportretować ich na dwa, wzajemnie przenikające i współtworzące się, sposoby: jednostkowy i zbiorowy. Równocześnie, za sprawą ciągłego ukazywania postaci w ruchu – kolejnych i rozwijających się znajomości, postępujących sytuacji, starań – pokazuje, jak złożony i integralny jest wykreowany przez niego świat, ciągle nie odchodząc od tego, by przeżycia i doświadczenia konkretnych postaci ukazywać przez pryzmat szerszej grupy. Taka perspektywa daje większąmożliwość poznawczą – nie tylko danych postaci, obserwowanych i czasie, i w towarzysko-społecznej przestrzeni, ale również całego, jakże złożonego, literackiego świata. Życie towarzyskie i uczuciowe to książka o ludziach idących na rozmaite współprace, wyzbywających się idei, niezależności i wolności, o środowiskach artystyczno-inteligenckich oraz o zawiłych relacjach międzyludzkich, realizujących się między teoretycznie bliskimi sobie osobami – na przykład między żoną a mężem. To książka śmiała i wymowna, zaskakująca wnioskami i spostrzeżeniami.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 1 kwietnia 2017

300. Karen Armstrong "Pola krwi. Religia i przemoc"

Zastanawiając się nad lekturą tej książki, łatwo dojść do wniosku, że będzie to kolejna pozycja, która traktuje o tym, jak wielce szkodliwe są religie, gdyż są źródłem przemocy, konfliktów oraz różnego rodzaju wojen. Autorka, co znamienne, nie podąża tą drogą, wręcz odwrotnie – podważa tę tezę, mówiąc o tym, że nie wszystko jest takie oczywiste i powierzchowne, że w tego typu sądach nieuwzględniane są pewne sytuacje, realia oraz zdarzenia – jakże istotne przy tak radykalnych orzeczeniach. 

Pola krwi. Religia i przemoc to pozycja ze wszech miar obszerna, dotycząca związków religii z przemocą i tym, co nazywamy terroryzmem. Jednak nie tylko, bo podążając w kierunku ukazywania rzekomych – bo autorka, jak wspomniałem we wstępie, daleka  jest od jednoznacznych ocen – relacji, przedstawiane zostają takie płaszczyzny danych wierzeń czy społeczności, jak zasady wyznawanej religii, jej historia, wpływy na codzienne życie oraz umiejscowienie jej w szerszym, zróżnicowanym środowisku. Karen Armstrong podążą w poszukiwaniu związków między religią a przemocą w poszczególnych epokach i okresach, zaczynając od starożytnego Sumeru, a kończąc na współczesności. Zajmuje się przede wszystkim trzema wielkimi: judaizmem, chrześcijaństwem i islamem, dopatrując się zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych wpływów i powiązań – z otoczeniem oraz innymi ideologiami. 

Karen Armstrong napisała książkę przede wszystkim przekrojową. Taką, z którą można prześledzić niezwykle długi i treściwy okres, skupiając się na kilku zagadnieniach, kilku elementach. Nie jest to przy tym pozycja nużąca, przytłaczająca i gubiąca czytelnika bogactwem – czy wręcz nadmiarem – informacji. Autorka panuje nad treścią, którą przekazuje niezwykle skrupulatnie, trzymając się głównych wątków i konstrukcji myślowych, prowadząc swoją narrację tak, że odbiorca obcuje nie tylko z uporządkowanym, zrozumiałym, dość lapidarnym tekstem, ale również z frapującymi opisami i interesującym biegiem wydarzeń. To ważne, ponieważ Pola krwi to książka duża – liczy niemało stron, dotyczy bardzo wielu epok i obejmuje wiele cywilizacji, kultur i miejsc. Wszystko, co zostaje przedstawiane, jawi się jako zajmujące, a przy tym logiczne – tworzące ciągi przyczynowo-skutkowe, zaczynające się w odległej historii, trwające do dziś. Realizują się przede wszystkim w tym, co aktualnie obserwujemy, zajmując się takimi zagadnieniami, jak terroryzm, poczucie ucisku wielu grup społecznych, zasięg największych religii czy występowanie pewnych enklaw kulturowych. Ta książka dotyczy wszystkich tych płaszczyzn, nie zamyka się tylko w tytułowej przemocy, choć istotnie to na niej skupia głównie swoją uwagę. Obejmuje jednak więcej obszarów i zależności, dzięki czemu możliwe jest śledzenie omawianego zjawiska z wielu perspektyw, m.in. subiektywnej i obiektywnej.

Pola krwi to wielka opowieść o religiach, a konkretnie o doświadczeniach wyznawców i tych, którzy zostali zmuszeni do praktykowania danego zestawu wierzeń. To historia uciskających i uciskanych, uwzględniająca szerokie grupy społeczne, które świadomie kontynuowały, przyjmowały – z przymusu lub dobrowolnej decyzji – tudzież odrzucały daną tożsamość. Karen Armstrong skupia się przede wszystkim na wzajemnych relacjach, dotyczących wielu zjawisk i postaw. Z jednej strony dostajemy obraz początku, kształtujących się religii oraz znaczenia wierzeń dla pierwszych ludów. Obserwujemy ich podejście, zmieniające się postrzeganie i zapatrywania, a także to, jak rozpowszechniała się dana wiara, jak wpływała na inne płaszczyzny życia i społeczności. W dalszych rozdziałach badana zostaje średniowieczna Europa, na czele z tymi wszystkimi wydarzeniami, które przez lata obrosły masą legend i przejaskrawień, i które bardzo często stosowane są jako poważny argument, który świadczyć ma o tym, jak wielkie zło wyrządza religia – zarówno w ogólnym kontekście, jak i odniesieniu do Kościoła Katolickiego. Autorka analizuje poszczególne zdarzenia, na czele z krucjatami, walką o władzę w Europie oraz różnymi konfliktami na linii papiestwo-władza świecka. Badając te relacje i związki, opisuje poszczególne agresje oraz wynikające z nich sytuacje, tworząc swoistą mapę – nie tylko średniowiecznych rozgrywek, ale istoty realiów, dotyczących zarówno ideologicznej, społecznej warstwy epoki, jak i pragnień poszczególnych środowisk. Armstrong pisze o różnych schizmach i podziałach, sprzeciwach i wystąpieniach, a także o przewrotnych relacjach, które rozgrywały się między sferą sacrum a profanum – Pałacem Apostolskim a poszczególnymi władcami, mniej lub bardziej współpracującymi z Kościołem. Drugim biegunem opowieści o związkach religii z przemocą, stojącym na równi z tym, który dotyczy konkretnych wierzeń i walk w imię konkretnego boga, jest nowoczesność, wynikająca w dużej mierze z oświeceniowych idei, spychających na drugi – jak nie dalszy – plan poprzednie zapatrywania, a wynoszący na piedestał państwo, obywatelstwo – jako wartości niemal boskie. Temu procesowi z dużą uwagą przygląda się autorka, dostrzegając pewne analogie do walk i sytuacji opisanych w poprzednich rozdziałach.

Myślę, że ta książka ma przed sobą niemałe zadanie, niezwykle istotne w dzisiejszych czasach. Weryfikuje pewne tendencje w myśleniu i postrzeganiu religii, pokazując, że nie sama wiara – jako taka – przynosi zło, że to nie ona jest matką wielu tragedii i niesprawiedliwości, ale porządek, w który bywa wbudowywana, i na którym jest osadzana. To właśnie przemoc i wyzysk, wszystko to, co związane z walką o rząd dusz i o prawo do decydowania, winne są tragicznym sytuacjom, do których dochodziło, i do których wciąż niestety dochodzi. Karen Armstrong pokazuje, jak integralny był kiedyś świat, jak zero-jedynkowo – za sprawą współwystępowania wiary i prawa – w związku z tym traktowano to, co inne i obce. To książka, którą należy przeczytać, by zrozumieć nie tylko przeszłość – tak mocno związaną przecież z religią – ale przede wszystkim teraźniejszość. Na przykład terroryzm.
5/6
 
Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.