poniedziałek, 27 marca 2017

299. Jerzy Pietrkiewicz "Na szali losu"

Na szali losu to książka, którą czytać można na kilka sposobów, a każdy z nich jest równie dobry i cenny. Wynika to z faktu, że autor, prowadząc narracje autobiograficzną, nie skupia się na jednym, konkretnym, zjawisku, elemencie własnego życia, a prowadzi równocześnie opowieść o wszystkim tym, co go zajmowało i dotykało zarówno od strony wewnętrznej, jak i zewnętrznej.

Książka Jerzego Pietrkiewicza, pisarza, mniej znanego w Polsce, bardziej za granicą, to autobiografia, obejmująca istotny okres twórcy – od narodzin, w co wliczyć należy historię, tło rodziny – po wydanie pierwszej anglojęzycznej powieści, która, jak twierdzi sam twórca, stanowi swoistą granicę w jego życiu – wyznacza bowiem dwa okresy, dwie przestrzenie. Artysta, a także tłumacz, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Londyńskiego, kreśli zarys przeszłości, uwzględniając pochodzenie, dzieciństwo, edukację, znajomości oraz zderzenie z tragizmem II wojny światowej, która wyraźnie zdeterminowała bieg zdarzeń.

Na szali losu to książka, która opowiadając o losach jednostki, w tym wypadku autora, kreśli znacznie więcej, coś uniwersalnego, a mianowicie ogólny obraz sytuacji ludzi – w tym środowisk intelektualnych – żyjących w tych niełatwych czasach – w pierwszej połowie XX wieku. To pozycja, która pokazuje człowieka w tułaczce – i nie tylko wynikającej z sytuacji politycznej, ale również prywatnej. Autor, opowiadając o swoim życiu, pokazuje, jak skomplikowana i zawiła jest jego przeszłość, jak wiele doświadczył – w tym, niestety, nieszczęścia. Pokazując czytelnikowi dzieciństwo, okres dorastania i życia na wsi, wraz z rodzicami, ukazuje świat absolutnie nieuchwytny, dziejący się wśród wspomnień zapachów, postaci, obrazów, relacji i sytuacji dawno nieistniejących, zapomnianych. Bo to, o czym opowiada, to obraz dzieciństwa w pewnym sensie spełnionego, choć zwieńczonego wydarzeniami – śmiercią rodziców, bycia sierotą – ewidentnie tragicznymi. Pietrkiewicz, mówiąc o ojcu, o matce, o tym, jak mijały dni, wskazuje na swój kontakt z naturą, sielskość – przywołuje grzybobrania, jakże obecne w pamięci, jako pewny symbol tego, co minęło, nawet po latach, kolistość czasu, wynikającą ze zmieniających się pór roku, pracy przy obejściu, na przykład przy ulach. Opowiada o sobie, o swoich doświadczeniach i o rodzinie, a przy tym roztacza panoramę całej wsi, życia tożsamego z poszanowaniem praw natury, prostoty (i piękna, które z niej wynika), historii i obyczajów – i tych religijnych, i tych świeckich.

Pisząc o własnych losach, autor nie pomija zdarzenia granicznego, jakim była śmierć rodziców. Pisarz został bowiem osierocony już jako dziecko – między śmiercią matki a ojca nie minęło wiele czasu, raptem rok. Rozpatruje tę sytuację z kilku perspektyw – także czasowych. Opowiada o tym, jak potoczyły się sprawy, o kontynuowaniu nauki i o sytuacjach, którym musiał podołać. Mówi także o tym, jak odejście rodziców, a także następstwa z tym związane, wpłynęły na jego twórczość, zaznaczając coś, co, wydaje mi się, jest niezwykle intrygujące. Pisząc o odejściu matki, zauważa, że próbował opisać swoją relację z nią w Sznurze z węzłami, spostrzegając, że w obcym języku, w którym pisał tę powieść, mógł nabrać dystansu do pamięci i uczuć. To spostrzeżenie jest istotne nie tylko ze względu na pewne świadectwo związane z tworzeniem i radzeniem sobie przez człowieka z emocjami, ale także ze względu na to, co mówi o recenzowanej książce. Jerzy Pietrkiewicz ukazuje siebie, własną przeszłość, w moim przekonaniu, nieustannie w kontekście tworzenia, pisarstwa, co zdaje się "nagromadzać", "nawarstwiać" fakty, których suma ukazuje pewną zależność, tłumaczącą moment finalny, ostatni element autobiografii – wydanie pierwszej napisanej po angielsku powieści.

Na szali losu to książka o niełatwych czasach i równie trudnych doświadczeniach, ale pisana w sposób pozbawiony goryczy, pretensji. To zapis przeżyć i obserwacji, prowadzony niezobowiązująco i w pewnym porządku – autor przywołuje fakty, zdarzenia i spostrzeżenia, snując opowieść nie tylko o sobie, ale i o rzeczywistości, o wiadomym okresie. To historia jednostki wpleciona w ogólny bieg zdarzeń, dotycząca i tego, co piękne, i tego, co tragiczne. Pietrkiewicz z poszczególnych elementów własnego życia kreśli spójną opowieść, jakże bogatą – zwłaszcza w kontekście jego twórczości. To książka, po którą warto sięgnąć, chcąc poznać nie tylko losy autora, ale również historię emigracji, utraty i tworzenia. 

4,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 24 marca 2017

298. Vaclav Havel "Obywatel kultury"

Źródło
Spośród  literatury przynoszącej świadomą refleksję nad konkretnymi zjawiskami czy płaszczyznami życia, niepodobna nie uwypuklić roli eseistyki i tekstów poświęconych m.in. sztuce. Vaclav Havel, za sprawą Obywatela kultury, pozycji zbierającej pewien dorobek publikacji i wystąpień jego autorstwa, przemawia do nas, czytelników, niezwykle mocno i konkretnie, przedstawiając nie tylko własną refleksję na tematy związane z szeroko pojętą sztuką, ale przede wszystkim z tym, co było mu najbliższe – czeskim teatrem i szeroko rozumianą kulturą. 

Teksty, które wchodzą w skład Obywatela kultury, zaskakują przede wszystkim rozpiętością tematyczną, choć raczej może możliwościami wielorakiego spojrzenia i wielotorowej refleksji na zagadnienia i sprawy wychodzące z jednego źródła. Bo Havel pisze głównie o sztuce (m.in. teatrze i literaturze) oraz o sprawach społeczno-politycznie naglących, czyli o wszystkim tym, co dotyczyło go bezpośrednio – tym, co związane z realiami, w których żył. Co ciekawe, w jednym z tekstów pisze o tym, że nie sposób uciec w pracy twórczej – nawet niezwiązanej np. z sytuacją polityczną – od tego, co otacza autora, mając na myśli przede wszystkim wszelkiego rodzaju uwarunkowania mentalne i spory oraz zamieszania wynikające z konfliktów na szczeblu np. ustrojowym. Mówię o tym nie bez powodu, ponieważ wiele artykułów, oczywiście wskutek celowego działania, nie przypadkowego, podświadomego funkcjonowania w sferze tekstu, dotyczy polityki. I nie tylko takiej, która przychodzi na myśl jako pierwsza, a mianowicie refleksji dotyczącej aktualnej sytuacji, ewentualnych mankamentów i relacji ze społeczeństwem, ale takiej, która kreślona jest z wielu perspektyw. Havel bowiem, co znamienne, pisząc o czechosłowackiej sytuacji, porusza bardzo wiele zależności i ukazuje wyraźne ciągi przyczynowo-skutkowe, dotyczące nie tylko przebiegu, przemian i następstw, jakie niosą za sobą pewne decyzje, ale skupia się także na tym, co poboczne, a przy tym jakże istotne. Chodzi tu choćby różne relacje polityki z innymi płaszczyznami życia, zarówno intelektualnego, jak i codziennego, wśród których możemy wyróżnić takie sfery, takie jak kultura, teatr, postrzeganie rzeczywistości czy codzienne, najzwyklejsze, funkcjonowanie – związane z poziomem życia, aspiracjami oraz warunkami, w których należy się odnaleźć. Vaclav Havel pisze o swoich poglądach otwarcie i niezakłamanie, to jest tak, że w żaden sposób nie kryje się z tym, co sądzi, nie szuka łagodniejszych sposobów rejestrowania własnych myśli i spostrzeżeń – narażając się tym władzom. 

Obywatel kultury, jak sama nazwa wskazuje, to jednak przede wszystkim teksty poświęcone kulturze – na czele z teatrem i literaturą, dziedzinami jakże bliskimi autorowi. To eseje, rozprawy, artykuły i przemowy, poświęcone wielu zagadnieniom, zarówno szerokim, jak i wąskim – o konkretnym, możliwym do śmiałego ujęcia w pewne definicje czy klamry zasięgu lub znaczeniu. Twórca pisze o tym, co go spotyka, co obserwuje, ale także o tym, co odległe lub w nieustannym procesie. Zajmuje się wyszczególnionymi zdarzeniami i postaciami, tworząc szkice dotyczące twórczości poszczególnych autorów – choćby o Hrabalu – ale zwraca także uwagę na inne, znacznie szersze, w pewnym sensie nieosiągalne, zjawiska, takie jak zmieniające się podeście zarówno ludzi do sztuki, jak i sztuki do rzeczywistości. W fenomenalnym, jakże trafnym, rzetelnym i interesującym tekście, w Zaczarowanym kręgu, Vaclav pisze o przemianach zachodzących w sztuce, i dochodzi do takiego momentu, w którym próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest dorobek współczesności – z czego się bierze, jak się wyraża, na czym polega jego istota. Autor przygląda się ciągle zmieniającym się wartościom i definicjom, a także upadającym konwencjom i przekonaniom, zauważając, że im więcej wiemy o sztuce, tym dalsi jesteśmy od tego, by ubrać w słowa prawidła, które jej dotyczą, oraz wartości, jakie o niej świadczą. Mimo niełatwego tematu, co także jest cechą znamienną dla większości zawartych w recenzowanej książce tekstów, pisze przejrzyście i intrygująco, posługując się takim sposobem przedstawiania wniosków i takim sposobem konstruowania tez i obserwacji, który nie jest ani skrajnie relatywny, ani fundamentalny – ciągle ociera się o tzw. złoty środek, szukając rozsądnych rozwiązań. 

Jak już wspominałem, prace Havla charakteryzuje zrozumiały sposób pisania i prowadzenia myśli. Jednak, o czym należy niewątpliwie wspomnieć, autor wykazuje się niebywałą erudycją i przenikliwością, ubranymi w oszczędne środki wyrazu i  w swoistą powściągliwość. Teksty, o których mowa, pisane są bowiem z umiarem, rozumianym jako takie podejście, które rozumie wykładanie własnych spostrzeżeń w sposób najbardziej przejrzysty i dość lapidarny – tak, by odbiorca bez problemu zrozumiał przekaz np. artykułu, dość prędko docierając do jego meritum, sensu. Obywatel kultury dostarcza w ten sposób niemało informacji, pokazuje pewne drogi analizowania i odbierania sztuki, najczęściej prowadzące przez czeskie realia. Jednak nie tylko, bo to wtyczka do poznania znacznie szerszego obszaru, dotyczącego teatru, literatury, sztuki, kwestii socjologicznych i wszystkiego tego, co tworzy aktywnego człowieka, nieobojętnego na zewnętrzne wydarzenia.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 19 marca 2017

297. Zofia Posmysz "Wakacje nad Adriatykiem"

Jest w tej książce coś, co obezwładnia. W tym sensie, że nie sposób przestać myśleć o świecie przedstawionym, o tym, czego dotyczy i jak jest opowiedziany. To opowieść przejmująca, tocząca się w taki sposób, który hipnotyzuje – całkowicie.

Zofia Posmysz napisała powieść dość enigmatyczną, która, choć traktuje o rzeczywistości określonej i traumatycznej, jawi się zupełnie inaczej – na poły obco, na poły nierealnie. Cała narracja, którą prowadzi, za sprawą chwili i miejsca, z którego wyrusza akcja właściwa, a mianowicie z wakacyjnej plaży, nieustannie pobrzmiewa czymś, co jest trudne do uchwycenia, czymś, co porusza się między tym, co znane i obecne, a tym, co obce i zupełnie wymykające się możliwości zrozumienia. I nie wynika to wyłącznie z płynnego przechodzenia jednego miejsca rozgrywających się wydarzeń w drugie, jednej narracji w drugą, ale również ze sposobu opowiadania oraz samego obrazu rzeczywistości, która zostaje przedstawiona. To niesamowite, jak blisko, a przy tym, jak daleko, stoi czytelnik w stosunku do tego, co opowiadane. Przyjmuje pozycje chłonnego i głodnego rozwiązań obserwatora, wiernie przyglądającego się przestrzeni,  która, choć przeczy wszystkiemu temu, w co wierzymy, co uznajemy za prawe, moralne i słuszne, zdaje się realizować naszą wizję postrzegania tego, co ważne – czyli relacji międzyludzkich. W tej pięknej powieści o tym, jak uwypuklona może zostać przyjaźń, jak cenna i warta pracy okazuje się, gdy spojrzymy na nią nie tylko w kontekście prostej relacji, ale również skutków czy owoców, jakie przynosi, dostrzec możemy znacznie więcej, niż zapis lub opowieść o ratunku z rozpadu. Jest w tej książce obraz starań, przeplatanych przeciwnościami i trudami, wynikającymi z różnych zdarzeń i sytuacji, i właśnie z tej walki wynika jej sens. Bo Posmysz w miejscu tak okrutnym, realizującym odwrócony dekalog, tak daleko wysuniętym od tego, co ludzkie, dostrzega piękno przyjaźni, możliwości współpracy i działania na rzecz drugiego człowieka. I choć wszyscy, którzy otaczają bohaterów, działają odwrotnie, wbrew sobie, na przekór innym, główne postacie dokonują swoistego wyimka, generując w złym, nieludzkim świecie własny – zdeterminowany szacunkiem i troską.

Autorka przedstawiając losy bohaterek, nakreśla je, zahaczając nie tylko o inne miejsca akcji, ale właściwie o całe przestrzenie. Z jednej strony dostajemy obraz tego, co miało miejsce w obozach zagłady, skupiony jednak nie na ogóle, ale na trudnej relacji dwóch kobiet, a z drugiej strony wakacji, plaż pobrzmiewających latem, skojarzeniami i różnymi znajomościami. Te dwie płaszczyzny przeplatają się, tworząc coś, co podparte kunsztownym, porządkującym tok czytania językiem, daje osobliwy efekt – w moim przekonaniu swoistej nadrealności. Bo opowieść Posmysz to coś więcej niż obozowa literatura. To zapis stanu ducha, wewnętrznych rozgrywek i uniwersalnych rozterek – jednak na tak głębokim i bliskim oddaniu prawdy poziomie, że aż przeszywającym. To historia, która zostaje czytelnikowi tak podana, że ten nie tylko ją poznaje, uważnie czytając, ale staje się nią – jakkolwiek to brzmi. Sposób pisania, formowania zdań, ich bogata i rozbudowana forma, rozwiązania dotyczące obrazowania i opisywania, kunsztowne konstrukcje językowe i metaforyczne – wszystko to sprawia, że pełna lektura wymaga skupienia i czytania według pewnego klucza, który wyznaczany jest przez tempo i rytm – wynikające ze zdań. Posmysz pisze zawile, każda jej myśl niesie niemałą wartość, a przy tym czyta się tę powieść płynnie.

Wakacje nad Adriatykiem portretuje relację dwóch kobiet, dziejącą się w obozie zagłady. Wszystko to, co związane z miejscem akcji, dotyczy oczywiście także bohaterek, jednak autorka pozwala im wytworzyć wewnętrzny świat, mikroprzestrzeń, w której istotne są wyłącznie uczucia i doświadczenia, dotyczące tej zażyłości. Choć wszystko, co dokonuje się w tym czasie, jawi się tragicznie, choć nieustannie słychać o śmierciach, o wszystkim tym, co dziś wydaje się niepojęte, choć ten okres, kiedy upadł duch humanitarności i szacunku, unosi się nad opowiadaną historią, mocno determinując podejście czytającego, to wyłącznie relacja dwóch postaci stanowi wtyczkę do poznania literackiego świata. To książka, w której przyjaźń przedstawiona zostaje w sposób pełny, szeroki, gdyż dotyczy wielu elementów, wielu zachowań i postaw, mogących zaistnieć w tak tragicznym czasie. To obraz tego, do czego zdolny jest człowiek, by ocalić drugą osobę, ukazany na tle zdarzeń, które przeczą podobnym postawom. Gdy śmierć przestała robić wrażenie, gdy zabijano na tak dużą skalę, gdy więzi zaczęły puszczać, dwie kobiety połączone zostały przyjaźnią. I bezgranicznym pragnieniem dobra dla drugiej.

To także opowieść o niemożności zapomnienia tego, co graniczne nie tylko dla jednostki, ale również dla ogółu. To historia, która wybrzmiewa wskutek niespodziewanego przywołania, powracająca, choć jej przeżywaniu towarzyszy cierpienie i smutek. Zofia Posmysz napisała książkę o czasie odwróconego dekalogu, o tych niewyobrażonych trudach i przeżyciach, a także o przyjaźni i o tym, jak trudno sklasyfikować, uporządkować doświadczenia i wiedzę, które związane są z tego typu przeżyciami. Wakacje nad Adriatykiem podkreślają również pewną myśl, która dotyczy niemożności oddzielenia tego, co przeszłe, od tego, co obecne, i braku szans na to, by wymazać z pamięci pewne obrazy i rozstania – naznaczają bowiem na całe życie. W tej powieści wszystkie przeżycia odradzają się na nowo, a sama opowiadana historia, mimo strasznego przebiegu i kontekstu, zdaje się nieść iskrę pewności, że nawet w najgorszych warunkach, mimo wszystko, można zostać człowiekiem – po prostu.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 12 marca 2017

296. Marie Bennett "Hotel Angleterre"

Wielkie powieści o zwykłych, małych, szarych ludziach wliczają się w ten obszar literatury, który mówi nam wiele przede wszystkim o nas – o codziennym życiu, o tym, co rutynowe, o sprawach, które dotyczą każdego z nas. Taką książką jest Hotel Angleterre – obszerna opowieść o nieszczęściu, odkrywaniu własnej tożsamości, o radzeniu sobie w niełatwych, granicznych wręcz, okolicznościach, o zdradzie, miłości, tęsknocie i o tym, co następuje, gdy wygasa uczucie.

Marie Bennett napisała dużą powieść, nie tylko ze względu na – jakże pokaźne – rozmiary. W tej długiej opowieści zawarła niemały świat emocji, pragnień i stanów, dotyczących poczucia odtrącenia, niesprawiedliwości oraz strachu, związanego nie tylko z lękiem o własne życie (w rozumieniu fizycznym), ale również o życie emocjonalne – wewnętrzne. Autorka prowadzi taką narrację, która odsłania szeroką panoramę przeżyć i reakcji, jakie wywołują określone zachowania czy wydarzenia – zarówno wynikające z osobistych, jednostkowych decyzji, jak i podyktowanych z góry. Opowiada o tym, co przytrafia się człowiekowi w różnych okolicznościach, stawia go w obliczu szeregu zdarzeń – zazwyczaj tragicznych. Toczy historię, która porusza i wzbudza u czytelnika nie tylko zdumienie czy współczucie, ale także swoiste poczucie zrozumienia i tożsamości zdarzeń fabularnych z tym, co rzeczywiste. Wynika to przede wszystkim z tego, że książka Bennett snuje dość uniwersalną i ponadczasową opowieść, która, choć osadzona w konkretnym miejscu i w czasie, i która na tym osadzeniu opiera swój pretekst do opowiadania, dotyczy nas wszystkich w równym stopniu. I nie tylko dlatego, że widoczne są pewne podobieństwa w odbieraniu rzeczywistości czy wartości, które definiują i ustalają nasze podejście do relacji międzyludzkich i kontaktu z otoczeniem, ale również dlatego, że Hotel Angleterre opowiada historię o podstawowych, pierwotnych pragnieniach i oczekiwaniach od życia. Potrzeba akceptacji, bliskości, poczucia przynależności i zrozumienia, a także wola życia, determinują zdarzenia i losy bohaterów, co naznacza toczącą się akcję nie tylko prawdopodobieństwem zaistnienia w realnym świecie, ale również wyraźną analogicznością do natury czytelnika – wymienione potrzeby stoją wszak u jego podstaw.

Recenzowana książka to także historia o wojnie. I nie jest istotne dla jej znaczenia, której wojny dotyczy, o jakich realiach traktuje, gdyż opowiada o tym, co ponadczasowe i związane ze wszystkimi konfliktami zbrojnymi, determinującymi ludzkie życie. Autorka tocząc nieśpieszną opowieść, przedstawia tragizm wojennych okoliczności, zaczynając od obrazu przymusowego rozdzielenia zakochanych i przechodzenia ze spokojnej, znanej rzeczywistości w świat odwróconego dekalogu, chaosu oraz strachu, kończąc na ukazaniu nieodwracalnych zmian, jakie niechybnie następują po wybuchu konfliktu. To książka, w której wojenny trud – psychiczny i fizyczny – zostaje ukazany niezwykle szeroko, nie tylko powierzchownie – poprzez poświęcenie mu uwagi jako zjawisku – ale również za sprawą uważnego studium, realizującego się w relacjach między bohaterami oraz ich świadomości i mniemaniu. Czytelnik dostaje możliwość wejścia w realia, które uderzają we wszystko to, co utożsamiamy z dobrą, spokojną egzystencją. W świecie bohaterów brak bowiem możliwości i perspektyw na życie – już nawet nie na dostatnie czy bezpieczne, ale jakiekolwiek. Walczą bowiem o przetrwanie. Marie Bennett pisze o tym, co przeżywa człowiek, któremu przychodzi uczestniczyć w jakiś sposób w wojnie. Skupia się na jego emocjach, stopniowemu wkraczaniu w obojętność na to, co dookoła, oraz o zewsząd nadchodzącej śmierci i paraliżującym strachu.

Hotel Angleterre  opowiada jednak przede wszystkim nie o wojnie, jako takiej, ale o człowieku i o tym, co go spotyka – i w trakcie niej, i po. To powieść o ludziach, którzy doświadczając strachu, pustki, braku lub niespełnienia, uciekają w nowe relacje, zajmują takie perspektywy i postawy, które sprawiają, że zobligowani są do tego, by zdefiniować własną tożsamość i własne pragnienia, i wyjść im naprzeciw. Autorka prowadzi narrację o postaciach na poły opuszczonych, na poły zniszczonych. Choć mają o co i dla kogo żyć, choć teoretycznie są zakorzenieni w pewnych sytuacjach i określonej rzeczywistości, to tak naprawdę, w obliczu konkretnych zjawisk i potrzeb, okazują się nie tylko inni, ale także niezwiązani – z niczym ani z nikim. W tej książce dokonuje się wymowne przejście bohaterów z zażyłości, poczucia stałości pewnych rzeczy w to, co nieznane, ryzykowne i pokazujące brutalną prawdę o przeszłości – o złudzie, w której się żyło. Marie Bennett pisze o wojnie i jej bezsensownym przebiegu, o odchodzeniu w niepamięć uczuć i relacji, o rozpadzie (zarówno osobowości, jak i związków) oraz o poszukiwaniu prawdy o samym sobie.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 10 marca 2017

295. Aleksander Dumas "Hrabia Monte Christo"

Jedną z tych właściwości utworu, która może zaświadczać o tym, że mamy do czynienia z dziełem, jest rozpiętość świata przedstawionego. Mam na myśli nie tylko bogactwo świata jako takiego (miejsc akcji, wszystkiego tego, co wyposaża przestrzeń), ale również mnogość tych zdarzeń, relacji, emocji i myśli, które determinują przekaz, treść oraz postrzeganie. Aleksander Dumas napisał książkę, która nieustannie przypominała właśnie o powyższym spostrzeżeniu, uwypuklając tym swoją mistrzowską formę – z jednej strony oszczędną, skąpą, a przy tym absolutnie intrygującą oraz niebywale trakcyjną. 

Hrabia Monte Christo to opowieść o ludzkim uczuciu i wszystkim tym, co stanowi zarówno o naszym wewnętrznym pięknie, szlachetności, jak i utrapieniu. Bo bohater Dumasa, tytułowy hrabia, doświadcza tego, co boli i załamuje najbardziej – niezawinionego cierpienia oraz zderzenia pragnień, idei z realiami. Szczęśliwie zakochany, wierny swemu pracodawcy, oddany własnej pracy, rzetelny, opiekuńczy i zadowolony, w związku z podłą zawiścią oraz zazdrością, traci wszystko to, co stanowiło dotąd nie tylko o jego radości oraz satysfakcji z życia, ale również o wolności i niezależności. Trafia do więzienia, zostaje niesprawiedliwie umieszczony w odizolowaniu i iście spartańskich warunkach, w których, jak się zdaje, przyjdzie mu spędzić resztę życia – które powinien przeżyć gdzie indziej, w zupełnie innych warunkach i realiach, w ramionach kobiety, którą prawdziwie kocha. Prędko jednak, dzięki przypadkowi, który, jak się później okaże, zdeterminuje późniejsze losy bohatera, nawiązuje relację z niepoważnym – według opinii strażników – duchownym, także przebywającym w niewoli. Z czasem ich nietypowa znajomość zaczyna przynosić wymierne rezultaty, a wspólnie spędzony czas, którego mają pod dostatkiem, owocuje planami i założeniami, których realizacja pozwoli na wydostanie się z niekorzystnej sytuacji. Ostatecznie uciec udaje się jedynie głównemu bohaterowi, który, po wielu latach w więzieniu, na nowo zaznajamia się z rzeczywistością, wchodząc w osobliwe relacje. Postanawia odszukać dawnych znajomych i krewnych – początkowo celem spotkania, następnie – w wyniku stopniowego poznawania prawdy – zemsty. 

Losy postaci Dumasa zdają się realizować taką postawę, w myśl której należy zachowywać się adekwatnie do zachowań innych. Hrabia Monte Christo odzyskawszy wolność, rozpoczyna fascynującą – dla czytelnika, obserwatora – podróż w świat relacji międzyludzkich, skupioną na tym, co wieńczy różnego rodzaju znajomości i postępowania. To nieśpieszna narracja o wdzięczności, łasce, sympatii, miłości i bezinteresownej pomocy, a przy tym o nienawiści, zemście, zawiści oraz poczuciu krzywdy. Ten dwutorowy obraz, stopniowo nachodzący na siebie, mówiący nie tylko o wykreowanej rzeczywistości, ale również o ludzkiej naturze, o tym, kim jesteśmy, jak odnosimy się w stosunku do innych, o tym, co jest naszą chlubą, a co zmorą, stanowi kanwę recenzowanej opowieści – to na nim odbiorca skupia całą uwagę, to przez jego obraz poznaje świat i prawidła, które zdają się uniwersalne. W tej historii uwypuklają się przede wszystkim uczucia – obecne w niebywale dużym stopniu. Mamy do czynienia nie tylko z dość oczywistą opozycją dobra i zła, przynoszących radość i złość, ale także z szeregiem niejasnych, zagmatwanych i trudnych do prędkiego zrozumienie postaw i emocji, przeplatających z jednej strony pragnienie, a z drugiej niemożność. Dotyczy to zarówno głównego bohatera, jak i tych, którzy przyczynili się do sytuacji, w której się znalazł, oraz tych, którzy próbowali mu pomóc. Bo przecież, co należy podkreślić, Dumas nie buduje swojej narracji na przewidywalnych kontrastach i ewidentnych wyznacznikach moralności, ale na swoistych niezbadanych meandrach psychiki i czynów. Kreśli portret jednostki w próbie zrozumienia własnej sytuacji życiowej oraz zapanowania nad nią, co możliwe jest wyłącznie po uporaniu się z własną przeszłością – niedopowiedzeniami, kłamstwami i podłościami.

Autor snuje swoją opowieść w sposób absolutnie wielki – zarówno pod względem akcji, jak i wartości i spostrzeżeń, które na podstawie książki wysnuwa czytelnik. Dumas ukazuje bohatera w relacji – z samym sobą, ze światem, ze sprzymierzeńcami oraz antagonistami, z percepcją oraz z rozmaitymi tajemnicami, niepozwalającymi na spokojne życie. Tak prowadzi jego losy, by z jednej strony były ciekawe i pokrętne pod względem fabularnym, a przy tym klarowne i jasne na poziomie psychologizacji postaci. A to – co ważne – stanowi kolejną niewątpliwą zaletę utworu. Śledząc losy Edmunda, zagłębiamy się w jego psychice i emocjach, penetrujemy tak nieuchwytne i ulotne emocje jak poczucie wdzięczności czy potrzebę zemsty. To na podstawie jego zachowań i decyzji mamy okazję przyjrzeć się ludzkiemu wnętrzu, nie raz, nie dwa wzruszając się czy podejmując refleksję – to bowiem wspaniała książka o przyjaźni, poświęceniu, miłości i pięknej ofiarności, przynosząca wyraźne powody do rozmyślań. To także, a być może przede wszystkim, utwór o honorze, który zostaje przedstawiony jako wartość nadrzędna – stanowiąca wręcz o człowieku. To wobec niej konstruowane są losy bohatera – tragiczne, a przy tym jakże piękne.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.