czwartek, 26 stycznia 2017

288. Leszek Herman "Latarnia umarłych"

Prawdę mówiąc, wypadałoby zacząć w sposób, w który niekoniecznie celuję, pisząc czy planując recenzję. Już w pierwszym zdaniu, na początku, powinienem napisać och! albo ach!, oficjalnie i jednoznacznie wyrażając swój zachwyt oraz pewną nostalgię, wynikającą z faktu, że ta książka już za mną. Rzecz dotyczy powieści Leszka Hermana, Latarni umarłych,  która zachwyciła mnie pod każdym względem, przynosząc nie tylko niemałą przyjemność, ale także absolutne oderwanie od spraw doczesnych i przeniesienie w świat bohaterów, tajemniczego śledztwa oraz postaci, które intrygują równie wielce, co miejsca i okoliczności.

Wydarzenia, które mają miejsce w tej książce, dzieją się rok  po tych, które zostały opisane w Sedinum – wiadomość z podziemi. Paulina, dziennikarka, za sprawą enigmatycznych wiadomości oraz zawodowych ambicji, oraz Igor i Johann, próbują rozwikłać niejasny splot zdarzeń, głęboko zakorzenionych w przeszłości. Zgłębiając odległe czasowo sytuacje, odkrywają nie tylko historyczne tajemnice, ale i tragiczne okoliczności, które mają miejsce w teraźniejszości – w bliskim otoczeniu.

Latarnia umarłych to powieść złożona i misternie posklejana z wielu – bardzo wielu! – elementów. To książka, która, jako konstrukcja, zachwyca, prezentując taki sposób opowiadania, przedstawiania i dążenia ku zakończeniu, który nie tylko wydaje się płynny, naturalny dla opowiadanej historii (tj. poprowadzony w sposób oczywisty, logiczny), ale przede wszystkim wielki – pod wieloma względami. Znamienne przede wszystkim jest to, że dzieło autorstwa Hermana składa się z kilku dużych wątków, szeroko, acz rozsądnie, opisanych oraz rozłożonych zarówno w literackiej przestrzeni, jak i w czasie. Zagłębiając się w recenzowanej powieści, obserwujemy wiele postaci i ich perypetie, które początkowo wydają się wzajemnie obce i niekoniecznie zmierzające do wspólnego rozwiązania, a które za sprawą rozwoju, o czym należy ponownie wspomnieć – płynnie, splatają się, tworząc jedną złożoną opowieść, realizującą się na wielu polach i w wielu perspektywach. Bo choć poszczególne historie, narracje i wątki zjeżdżają się, generując zupełnie nowe spojrzenie na przedstawianą fabułę, pełną sprzecznych interesów i pragnień, wrogich postaw i charakterów, bynajmniej nie tracą na osobliwości czy indywidualności. Ta książka jest tak poprowadzona, by poszczególne sprzeczności nieustannie nabierały wyraźniejszych konturów, a wydarzenia, które dotyczą konkretnych bohaterów czy wąskich społeczności lub grup (dobrych i złych, sprzymierzeńców i antagonistów, poszukujących prawdy i starających się ją ukryć itd.), nabierały coraz większej powagi i znaczenia, tak, by nie tylko podkręcać akcję utworu, ale przede wszystkim wydobywaćć z powieści masę różnych emocji i nastrojów, które z kolei, za sprawą wzajemnego wykluczania się, potęgują czytelnicze odczucia – zaintrygowanie oraz podniecenie. Leszek Herman nie czerpie z poczucia grozy czy strachu (czego podświadomie moglibyśmy oczekiwać od tego typu literatury), a urabia odbiorcę prędkim i wielotorowym rozwojem wydarzeń, który na tyle przekonuje do siebie czytelnika, że ten, mocno zaintrygowany, z satysfakcją i pod dużym wrażeniem zgłębia kolejne rozdziały powieści.

Czytanie Latarni umarłych, oprócz walorów stricte rozrywkowych, wynikających bezpośrednio z biegu zdarzeń, zapewnia podróż w świat nie tak odległy, choć niezwykle tajemniczy. Realia wojen oraz szeregu wydarzeń, które w różnym stopniu do nich nawiązują (przeżycia, tragedie, migracje, rozstania, cierpienia militarne rozgrywki), roztaczają panoramę świata z jednej strony jednoznacznie niemoralnego, złego, ewidentnie wyrażającego istotę odwróconego dekalogu, a z drugiej nieprzejrzystego, niejasnego, zagmatwanego, w którym wszystkie elementy codziennego życia i obcowania z innymi jawią się zupełnie niepodobnie i dziwnie. Leszek Herman osadza swoich bohaterów w tej rzeczywistości z wyraźną premedytacją, robi to po coś, w jakimś celu, nie tylko fabularnym. Nakreśla szerszy obraz społeczności, jako tej, która została przez wojny ukształtowana, oraz przestrzeni i miejsca, które dotknęła, w których się rozegrała. Portretuje także losy jednostek, dla których spotkanie z ogromem konfliktu zbrojnego i z jego przebiegiem miało bezpośredni wydźwięk. To powieść, której akcja właściwa nieustanie czerpie z przeszłości, z tragicznych i osobliwych wydarzeń, tak zręcznie i plastycznie wykorzystując obie płaszczyzny czasowe, że odnosi się wrażenie, że wszystko, co ma miejsce – mimo różnic w czasie i doświadczeniach – ma jeden wymiar. Historia, wobec której zostaje postawiona główna bohaterka, z jednej strony dotyczy jednostki, a z drugiej większej grupy osób – zarówno w kontekście teraźniejszości, jak i okresów, które zostają naświetlane. Ona sama, niebezpiecznie zagłębiając się w niejasnościach, naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa i tajemnice, co oczywiście realizuje wyznaczniki tego gatunku powieściowego.

To, co wzmaga przyjemność czytelniczą, to także dość prosty, choć skuteczny, zabieg, który polega na takim budowaniu opowieści, by jednocześnie ciągle dostarczać kolejnych informacji, a przy tym trwale komplikować i przedstawiać losy bohaterów tak, by nie wydawały się oczywiste czy przewidywalne. Właściwie do ostatnich stron powieści, mimo postępujących równocześnie kilku wątków, które tworzą główną oś utworu, nie sposób przewidzieć ostatecznego rozwoju wydarzeń, zwieńczenia, dzięki czemu odbiorca trwa w zaintrygowaniu. Latarnia umarłych to powieść, którą chciałoby się przeczytać na raz, prędko pochłaniając kolejne zdarzenia, sytuacje i rozdziały. To książka, która absolutnie pochłania i wzbudza zainteresowanie, która nie jawi się jako oczywista. To rzetelnie napisany kryminał, znacznie pogłębiony o wątki historyczne i społeczne, który wciąga i fascynuje.

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MUZA

piątek, 13 stycznia 2017

287. Maciej Lewandowski "Splątanie"

Są książki, które chce się przeczytać, do końca poznać przedstawiane historie, rozsupłując poszczególne wątki i tropy, zostawiając tym literacki świat zamkniętym i poznanym. Niestety, nie zawsze jest to możliwe – z różnych powodów. Splątanie Lewandowskiego trzymało mnie w swoich objęciach dość długo, wiele dni, ale nie dlatego, że tak wielce mnie zaintrygowało. Wręcz odwrotnie – znużyło, o czym zdałem sobie sprawę dopiero po lekturze. Chcąc dotrwać do rozwiązania, tkwiłem w świecie, który niekoniecznie mi odpowiadał, wśród wydarzeń, które niekoniecznie mnie pociągały.

Jakub Kempner, przeniesiony z Warszawy do Wrocławia policyjny śledczy, zajmuje się niełatwą sprawą samobójstwa. Wszystko, co początkowo wskazywało na okoliczności jakich wiele, z czasem zaczyna przybierać niejasne kształty, a kolejne wątki i enigmatyczne tropy jeszcze bardziej komplikują dochodzenie. Prędko wychodzą na jaw przerażające fakty i zdarzenia, które zagrażają nie tylko bezpieczeństwu czy życiu obywateli, ale również prowadzącym śledztwo funkcjonariuszom. 

Książka Macieja Lewandowskiego intryguje czytelnika przede wszystkim – a być może wyłącznie – klimatem. Cała atrakcyjność tej pozycji wynika z jej nastrojowości oraz zdolności wpływania na odbiorcę. Trzeba przyznać, że pod tym względem autor wykazuje niemałe umiejętności, proponując pozycję, która zdecydowanie roztacza aurę grozy i tajemnicy, w której stany lękowe bohaterów czy wydźwięk poszczególnych wydarzeń udzielają się czytającemu, czyniąc go nie tylko na swój sposób urobionym, tożsamym z istotą kreowanej historii, ale również mocno zaintrygowanym. Splątanie zaprasza bowiem w świat, który zdeterminowany jest przez tężejący mrok i nieprzebycie, niejasność oraz taki strach i podniecenie, które nie pozwalają oderwać się od czytania. Niestety, do czasu, Nie wiem dlaczego, ale autor zdecydował się na taką narrację, taki rozwój wydarzeń, które momentami porywają, zaskakując, a w innych miejscach odpychają i nużą. Niby dzieje się wiele, niby policyjne interwencje bohaterów obfitują w niebezpieczne sytuacje i okrutne zdarzenia, niby śledztwo jest kręte, jednocześnie sukcesywnie podsycane kolejnymi poszlakami, trupami oraz groźnymi wpływami, jednak za sprawą swoistego przegadania, zwracania uwagi przez narratora na rozmaite nieistotne detale, ze względu na rozlewanie się między zdarzeniami niekontrolowanego potoku słów i opisów, rozwleczonych i zbędnych relacji, akcja chwilami znacznie spowalnia, powodując tym nie tylko brak potoczystości czy niegasnącego napięcia, ale przede wszystkim liczne zwątpienia oraz poczucie nieatrakcyjności na płaszczyźnie fabularnej. Owszem, to pozycja, która prezentują taką historię, która istotnie wydaje się pociągająca i na swój sposób ożywcza, jednak wszystko zatraca się w rozwoju akcji. 

Bohaterowie Splątania to osobowości ciekawe i nudne, złożone i niezłożone, głębokie i płytkie. Jednym postaciom Lewandowski poświęca więcej uwagi, inne wyłącznie nazywa, szczędząc portretu psychologicznego czy obrazu jakiejkolwiek relacji. Tak, ma do tego prawo, ale ciągle przebywanie przy Kempnerze, nieustanne obserwowanie jego zachowań (nieprzepuszczonych zresztą szerzej przez przeszłość, pragnienia, naturę czy różne zażyłości) po pewnym czasie rozczarowuje, wywołując poczucie niemożności – głębszego poznania zarówno samego Jakuba, jak i innych, którzy również współtworzą kreowany świat. Podobnie sytuacja wygląda z Wrocławiem, miastem, w którym rozgrywa się akcja. Gdzieniegdzie przewijają się jakieś oszczędne opisy, nazwy miejsc czy rejonów, jednak dalekie jest to intrygującemu obrazowi czy mapie, która pozwalałaby zwiększyć możliwości poznawcze i orientacyjne.

Trudno powiedzieć, czy polecam, czy odradzam lekturę tej powieści. Dla mnie ta książka nie okazała się ani porywcza, ani odkrywcza, jednak przez jej większą część nie miałem wrażenia, że tracę czas. Ma swoje gorsze i lepsze miejsca, chwilowo potrafi zachwycić i wciągnąć, by niedługo potem znużyć i nie tyle rozczarować, ile nie spełnić wszystkich oczekiwań. Myślę jednak, że Splątanie może przypaść do gustu tym czytelnikom, którzy od tego gatunku powieściowego oczekują przede wszystkim atmosfery grozy i poczucia strachu. Z kolei dla tych, którzy liczą na rześką akcję, propozycja Lewandowskiego może okazać się niewystarczająca. 

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.