piątek, 18 sierpnia 2017

314. red. Dorota Majka-Rostek, Ewa Banaszak, Robert Florkowski, Paweł Czajkowski „Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała”

Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to książka o ciele i o tym, co z nim związane. Autorzy poszczególnych prac, wchodzących w skład recenzowanej pozycji, przyglądają się naszej fizyczności z wielu – naprawdę wielu – stron, tworząc szeroką perspektywę poznawczą: bo i o ciele w kontekście jego percepcji, i w aspektach filologicznych, językowych, i kulturowych, zarówno w odniesieniu jednostkowym, jak i zbiorowym – np. danych kultur czy społeczności. To praca, której czytanie związane może być nie tylko z akademią, ale także z codziennym użytkiem.

Teksty, które stanowią zawartość wydawnictwa pod redakcją m.in. Doroty Majek-Rostek, skoncentrowane są na ciele, zwłaszcza w odniesieniu do tytułowych kontekstów. To, co stanowi obiekt zainteresowań badaczy, to ciało umiejscowione w centrum różnych dziedzin czy metodologii, poddane refleksji, interpretacji i analizie, opierającej się przede wszystkim na relacji – z innymi ciałami, osadzonymi np. w innych kulturach, epokach czy orientacjach. Autorzy prac przypatrują się szeregom zjawisk i pewnej ewolucji, mniej biologicznej, a bardziej – na co wskazuje już sam tytuł – społeczno-kulturowej, dziejącej się i wewnątrz ciała, bo w jednostkowym postrzeganiu (zarówno samego siebie, jak i innych), i poza nim (na przykładzie konkretnych środowisk czy epok, jako swoisty portret). Ukazane zależności i cechy, wyrażające dążenia i perspektywy różnych nauk, kreślą znaczący obraz cielesności jako tej, która podlega nie tylko ciągłym przemianom, ale także nieustannej percepcji – zdeterminowanej położeniem geograficznym, czasem, pochodzeniem, kulturą, wiekiem, orientacją oraz innymi istotnymi, mniej lub bardziej dostrzegalnymi, wyznacznikami. 

Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to naukowa opowieść, która dostarcza informacji o najnowszych odkryciach i badaniach, poświęconych ciału. Należy przede wszystkim zwrócić uwagę na rozpiętość tematyczną i głębię poznawczą, dzięki której informacje i zagadnienia, o których czytamy, prezentowane są w sposób szeroki, ze wszech miar humanistyczny, uwzględniający różne podejścia i percepcje, mieszający rozmaite wątpliwości oraz różnice. Z pewnością, sięgając po tę książkę, dostajemy porządnie poprowadzoną refleksje o ciele, rozumianym i jako zjawisko, i jako byt. Bo to, co kreśli pierwsze stanowisko, zahacza o szereg zjawisk kulturowo-historyczno-społecznych, i dotyczy przede wszystkim pojmowania fizyczności przez innych – nie tylko usytuowanych poza badanym obiektem (czyli, innymi słowami, oczami drugiego człowieka), ale także poza czasem czy przestrzenią, w której dany obiekt występuje. Autorzy prac podejmują się badań ważnych i znaczących, bo mówiących nam wiele o nas samych – nie bez powodu wspominam o tym teraz, po spostrzeżeniu o zajmowaniu się człowiekiem w kategorii zjawiska, czyli czegoś, co trwa, ma miejsce, realizuje się w czasie; w tej książce bowiem, co stanowi niemałą zaletę, ciało, rozpatrywane z wielu stron, z wielu perspektyw, rozumiane jest nie tylko fizycznie, ale także społecznie, jako pewien konstrukt, który postrzegany (i budowany) jest na podstawie konkretnego czasu oraz konkretnej przestrzeni. Badacze, zajmując się m.in. zapachem, językową percepcją, niepełnosprawnością, z jednej strony wyciągają naszą fizyczność z jakiegoś miejsca, zajmując się tylko nią, a z drugiej umiejscawiają ją w konkretnym obszarze, badając jej relację z danym środowiskiem. Podobnie jest w przypadku snucia konkretnych spostrzeżeń tudzież obserwacji, kiedy zauważa się, że niektóre poglądy ewoluowały z innych – bliższych lub dalszych współczesnym. Drugie stanowisko, związane bezpośrednio z fizycznymi cechami, podejmuje dyskusję z ciałem tu i teraz, zajmując się nim w kategoriach m.in. poznania, postrzegania oraz zależności wynikających np. z wieku.

To, o czym należy również wspomnieć, to dwojakie podejście do omawianego tematu. Bo z jednej strony autorzy zajmują się ciałem dość uniwersalnym, mówiąc o pewnych cechach czy fenomenach, a z drugiej rozbijają je na czynniki pierwsze, badając poszczególne zdolności, role oraz funkcje. Mówią o nim w kategoriach i ogólnych, i jednostkowych, co sprawia, że mamy do czynienia z naprawdę dogłębną refleksją. To, co także wydaje się interesujące, to fakt, jak fizyczność została uchwycona – w trakcie wielu zjawisk czy czynności, takich jak podróżowanie lub taniec. Mowa również o jego ułomnościach oraz o tym, jak wpływają na odbiór świata i proces kształtowania się tożsamości. Jeden z tekstów poświęcony jest procesowi starzenia się homoseksualistów, co, w związku z niewielką liczbą prac na ten temat, stanowi rzadką okazję do przyjrzenia się temu zagadnieniu. Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to książka rzetelna i interesująca, będąca refleksją wielu badań, nauk i metodologii. Z pewnością warto po nią sięgnąć, chcąc być na bieżąco z nauką o postrzeganiu ciała i cielesności. Zwracając uwagą na różne zagadnienia i zjawiska, sytuuje ciało w centrum, w gradzie pytań, przypuszczeń i wątpliwości, co pozwala na wielotorowe i krytyczne rozpatrzenie omawianych problemów.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 4 sierpnia 2017

313. Maciej Duda „Dogmat płci. Polska wojna z gender”

Dogmat płci. Polska wojna z gender wprawiło mnie w nie lada problem. Dziwnie się czułem, czytając książkę naukową, o charakterze jak najbardziej akademickim, wzbudzającą we mnie salwy śmiechu. Dosłownie. Bo to, jak niektórzy, nie wiedząc (i nie chcąc wiedzieć), czym jest gender, reagowali na gender, powołując się na pseudonauki, podporządkowane konkretnym ideologiom, mogło spowodować wyłącznie dwie reakcje – w tym śmiech. Druga, niestety, wyrażona w wyraźnym rozczarowaniu, realizującym się blisko gniewu, pojawiła się także, zasadniczo determinując i postrzeganie pewnych kręgów społecznych, i postaw. 

Maciej Duda podjął się pracy niemal tytanicznej, gdyż związanej ze zebraniem i opracowaniem ogromnej ilości materiału – mniej lub bardziej rzetelnego – który powstawał kilka lat temu w związku z gorącym wówczas tematem gender – lub, jak to niektórzy lubią określać, ideologią gender. W swojej książce skrupulatnie przytacza szereg wypowiedzi, artykułów, wywiadów, książek, prac i słów, publikowanych lub wypowiadanych na wielu frontach, w wielu miejscach: od programów telewizyjnych przez ulice i szkoły po uczelnie oraz ośrodki badawcze. Skupia się na żarliwej dyskusji, przypatrując się głównie oponentom m.in. podręczników równościowych – środowiskom raczej prawicowym, konserwatywnym – wyciągając przy tym ogólny, jednak nie powierzchowny, obraz społeczeństwa, tytułowej polskiej wojny o gender.

Ta książka, w mojej opinii, to nieoceniony wkład w rozwój badań nad naszym społeczeństwem – jego nastawieniem, istotą, charakterem oraz przemianą. Maciej Duda, dokumentując batalię o gender, która miała miejsce w latach 2007 – 2015, przedstawia nam coś znacznie więcej, niż kłótnie środowisk intelektualnych ze środowiskami katolickimi. Bo to, co opisuje, oddając tym prawdziwy stan rzecz, to problem, który dotyczył nie tylko akademii czy Kościoła, ale – co podkreśla tytuł, zupełnie niehiperbolizowany – całej Polski, wszystkich możliwych mediów i grup społecznych. Źródła, na które się powołuje, ludzi, których przywołuje, publikacje lub wypowiedzi, które cytuje, zdają się to potwierdzać – ten temat dotyczył wszystkich w równym stopniu, niezależnie od tego, czy chcieliśmy zabierać głos, wyrażać własne stanowisko, czy nie. Zarówno prasa i telewizja, jak i kościoły oraz szkoły stanowiły przestrzeń, w której prowadzono ostrą dyskusję. Już na tym etapie pojawia się obraz głównego problemu, stojącego u podstaw tego zjawiska – niezachwianego pragnienia postawienia na swoim, obojętnego na głos innych. Dogmat płci, poza treścią oskarżeń lub wniosków, do których dochodzili przeciwnicy m.in. równościowej polityki, pokazuje, jak niemerytoryczna, bo agresywna i wyzbyta z rozsądku, była ta dyskusja. Hierarchowie kościoła, obrońcy tradycyjnych wartości, prawicowi publicyści czy przeciętni obywatele, nie do końca rozumiejąc istoty gender, zdeterminowani zasadami wyznawanych wartości lub religii albo fałszywymi, nastawionymi na sprzedaż i skandal, doniesieniami medialnymi, wytoczyli otwartą wojnę środowiskom naukowym oraz aktywistom, nie przebierając w słowach, groźbach i czynach. Maciejowi Dudzie udaje się uchwycić główną myśl i przebieg tego sporu, w którym niekiedy niepodobna było  się odnaleźć – ze względu na mnogość wątków, odpowiedzi i polemik, istotnie wyolbrzymianych – w wymiernych celach – przez media.

Dogmat płci. Polska wojna z gender, o czym pisałem wcześniej, nie zamyka się w konkretnym środowisku, np. naukowym, a kreśli o wiele szerszą, właściwie całościową, panoramę, kładąc nacisk przede wszystkim na rzetelność przekazywanych informacji. Bo to, co pojawia się w narracji przeciwników, niekiedy zupełnie oderwanej od rzeczywistości, niepodpartej ani argumentami, ani naukowymi obserwacjami, autor na bieżąco weryfikuje, odpowiednio komentując. Zarysowuje tym interesującą – i dla antropologów, i socjologów, i psychologów, i filologów, i zwykłych czytelników – oś nagięć, oszczerstw i kłamstw, których dopuścili się przeciwnicy polityki, wychowania i edukacji równościowej, chcąc przekonać do własnych racji. Argumentacja, którą zbiera Maciej Duda, to wyraz absolutnego przekonania, że „moje jest słuszne”, że należy własnych prawd bronić  nawet w sposób radykalny. Mamy zatem do czynienia z analizą wypowiedzi, charakteryzujących się obrażaniem, naginaniem faktów, poniżaniem oraz wyolbrzymianiem, wystosowanych w celu osiągnięcia konkretnych korzyści – m.in. utrzymania panującego od dawna, monolitycznego, systemu poglądów i ideologii, zdeterminowanego konkretnym zestawem wartości oraz przekonań. I tutaj, poza płaszczyzną filologiczno-naukową, ukazuje się kolejny wymiar recenzowanej książki: szeroki  obraz polskiego społeczeństwa, podzielonego – w dużym uproszczeniu – na dwa obozy: pierwszy, otwarty na zmiany i odejście od konserwatywnego trybu myślenia, i drugi, wyrażony właśnie konserwatyzmem, naznaczony wartościami religijnymi. 

Praca Macieja Dudy to przede wszystkim portret pewnego wycinka naszej mentalności i naszego społeczeństwa. To obraz nas  i naszej rzeczywistości, bo wyciągnięty z ulic, parlamentu, telewizji, kościoła, szkoły i akademii. W pewnym sensie stanowi listę hańby, bo niektóre wypowiedzi nigdy nie powinny paść, a z drugiej coś, po co należy sięgnąć, by przekonać się, kim tak naprawdę, jako naród, jesteśmy. Nie ma wątpliwości, że poziom dyskusji społecznej, argumenty, które w niej padają, ton oraz relacja z oponentami świadczą o naszej zbiorowej sylwetce, myśli, która determinuję i nasze wspólne, i pojedyncze działania oraz relację z innymi – czy to kulturami, czy narodami. To pozycja w moim przekonaniu ważna, nie tylko dla naukowców. Dla wszystkich tych, którym bliskie jest śledzenie aktualnych wydarzeń,  związanych z wieloma dziedzinami życia: polityką, kulturą, mediami, społeczeństwem, edukacją, sztuką, etyką oraz szeroko pojmowaną wolnością.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 31 lipca 2017

312. Emily Witt „Seks przyszłości. Nowa wolna miłość”

Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to książka, wobec której miałem wysokie oczekiwania. Głównie ze względu na przypadkowo spotkane opinie, rekomendację Barłogu Literackiego oraz opis wydawcy, dość mocno zachęcający do lektury. Jak ostatecznie wyszło? Jakie są moje odczucia? Trudno powiedzieć. Czytało się w zainteresowaniu, choć nieco inaczej, niż w wyobrażeniach.

Emily Witt, eseistka, publicystka, w roku trzydziestych urodzin zakańcza wieloletni związek i wdaje się w rozmaite, mniej lub bardziej zaangażowane, relacje. Przeprowadza się do San Francisco, gdzie, stroniąc od monogamii, poznaje nieznany dotąd rodzaj randkowania  i  znajomości, zawieranych za pomocą sieci, serwisów randkowych oraz różnych form spotkań, poznając i obserwując zjawisko tzw. nowego seksu – jakże mocno splątanego z przemysłem pornograficznym, internetem, poliamorią oraz szeroko pojmowanym wyzwoleniem.

To, co należy podkreślić już na wstępie, to fakt, że ta książka nie jest – co być może stanowi moje największe rozczarowanie – pozycją antropologiczną. Zupełnie. Zabierając się za lekturę, nastawiałem się właśnie na to, że sięgam po wydawnictwo opisujące w sposób szeroki, bardziej naukowy, akademicki, zjawiska związane z pojmowaniem seksu i cielesności – w kategoriach kulturowo-społecznych. I choć, w istocie, te tematy są poruszane, autorka realizuje je podług indywidualnych obserwacji, niekiedy przypuszczeń. Nie chce, nie sili się – co akurat nie jest mankamentem czy zarzutem; to kwestia obranej narracji – mówić za kogoś czy do kogoś, a jedynie podaje własne obserwacje i przeżycia, posiłkując się dość często istotnymi wydarzeniami z przeszłości, doświadczeniami innych, licznie przytaczanych, osób, czy danymi. Zawęża jednak całe to opisywane pole badawcze do siebie i tego, co sama zobaczyła, czego sama mogła dotknąć. Opisując San Francisco i przeżycia wynikające z np. nawiązywania internetowych, powiedzmy towarzyskich (w znaczeniu bardziej matrymonialnym), znajomości, choć poszerza krąg zainteresowań o mniej lub bardziej istotne statystyki, historie, przełomowe dla rozwoju danego zjawiska wydarzenia, kurczowo trzyma się własnych zdarzeń i przeżyć, tworząc nie tyle szeroką opowieść o współczesnym pojmowaniu seksualności czy nawiązywaniu znajomości, ile swoisty pamiętnik relacji (?), osobiste zapiski dotyczące intymnych spotkań, nadbudowanych pewnego rodzaju publicystyką. Bo teksty, które wchodzą w skład tej książki, to właśnie tego typu materiały: nieco publicystyczne, okraszone opisem własnych, jakże ciekawych i interesujących, przeżyć, z których istotnie możemy dowiedzieć się niemało o opisywanych tematach.

Tak, jak pisałem wcześniej,  Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to żadna analiza niemonogamicznych relacji i nowego seksu; to osobisty zapis pewnych obserwacji, wysepkowa narracja poświęcona niektórym elementom dzisiejszych zjawisk matrymonialno-społecznych, realizowanych w dużej mierze w sieci: na rozmaitych portalach, czatach, za pomocą aplikacji, często komórkowych, i internetowych kamerkach. Tym poszczególnym możliwościom – tak bowiem należy je rozpatrywać – Emily Witt poświęca wiele uwagi, tworząc zarys i teoretyczny, i praktyczny – wyjaśniany na przykładzie praktyk: zarówno osobistych, jak i, powiedzmy, bardziej statystycznych. Opisując przebieg swoich spotkań, wynikających właśnie z nawiązywania relacji w internecie, przedstawia nie tylko własne myśli czy niepokoje, ale także pewną prawidłowość, powtarzalność, wyrażającą istotę tego problemu badawczego. Podobnie jest w przypadku innych tematów, takich jak pornografia, poliamoria czy medytacja orgazmiczna. Wszystko rozpatrywane jest dwutorowo: indywidualnie oraz przestrzennie, co należy rozumieć jako – kolejno – tłumaczenie istoty, zasad (jakie coś jest samo w sobie) i umiejscawianie tego w kulturze, społeczeństwie czy historii.

Myślę, że ta książka ma szansę przyczynić się do rozwoju dyskusji na temat współczesnej seksualności i tożsamości seksualnej. Może nie jako milowy krok czy znaczące odkrycie, ale na zasadzie kolejnego wtrąconego głosu, merytorycznej wypowiedzi. Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to pozycja ciekawa, mimo że dość przewidywalna, przynosząca takie informacje i uwagi, których można się spodziewać. Interesująca, bo przedstawia jednostkowe doświadczenia i spostrzeżenia, rzucone – jak pisałem wcześniej – na szersze tło. Niespecjalnie ubogaca, jednak zwraca uwagę na pewne zjawiska i problemy – także badawcze.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 27 lipca 2017

311. Katarzyna Tubylewicz „Moraliści”

Moraliści, w mojej opinii, to książka bardzo ważna. Nie tylko dla tych, którzy interesują się krajami północy, w tym Szwecją, ale także dla tych, których obchodzą sprawy społeczne – zwłaszcza tak głośne, o wymiarze politycznym, we współczesnym świecie. Katarzyna Tubylewicz, kreśląc portret północnego społeczeństwa, zdaje się ukazywać pewien typ człowieka, kraju, który uważamy za niedościgły, doskonały. Robi to jednak w sposób swoiście szokujący, ponieważ pokazuje, jak wiele nieprawidłowości panuje w jego postrzeganiu, jak daleka jest prawda od wyobrażenia. 

Moraliści to pozycja, która weryfikuje wiele stereotypów i dość propagandowych, utrwalonych za sprawą realizacji pewnych idealistycznych dążeń, obrazów, zgodnie z którymi Szwecja powinna stanowić kraj-wzór, przestrzeń i społeczną, i kulturową, stanowiącą przykład dla wszystkich nacji, zwłaszcza w kwestiach równouprawnienia. Katarzyna Tubylewicz, wieloma sposobami (i za sprawą reportażu, i wywiadu, i przytaczania cudzych tekstów czy wypowiedzi), kreśli prawdziwszy, mniej reklamowy, obraz kraju z północy, prezentując przede wszystkim jego obecne umiejscowienie – w, jak się można przekonać, ślepym zaułku. Opowiada, przytaczając konkretne historie i obserwacje, do czego może doprowadzić bezrefleksyjna poprawność polityczna, następująca przy absolutnej pomocy i otwarciu. Przywołując słowa uznanych ekspertów i znawców spraw społecznych, maluje wielowarstwowy portret społeczny, zdeterminowany dwoma biegunami: akcją i reakcją. W ten sposób opowiada nam wiele nie tylko o Szwecji, ale i o innych krajach, zwłaszcza Europy, gdyż problemy, które stanowią punkt wyjścia opowieści, dotykają nas wszystkich w równym stopniu. 

Katarzyna Tubylewicz przedstawia Szwecję jako kraj, który toczony jest dwiema skrajnościami. Obie wynikają z jednego problemu, z jednego zjawiska, związanego głównie z uchodźstwem, będącym coraz poważniejszym wyzwaniem dla naszego społeczeństwa, ładu polityczno-społecznego oraz szeroko rozumianego humanitaryzmu. Kraj, którym zajmuje się autorka, w wyobrażeniach wielu uchodzi za przykład idealnej, spełnionej, przyszłościowej przestrzeni, głównie w rozumieniu społecznym. Należy bowiem zaznaczyć, że ludziom na ogół żyje się w nim dostatnio, a prawa, które im przysługują, dążą do tego, by nikogo – wliczając w to różnego rodzaju mniejszości – nie wykluczać czy ograniczać. Dlatego, rozmawiając o równouprawnieniu, feminizmie, związkach jednopłciowych czy polityce multikulturowej, często przytaczamy właśnie Szwecję, jako dowód na to, że można niwelować różnice społeczne oraz tworzyć jedno integralne, dobrze funkcjonujące społeczeństwo, złożone z wielu mniejszych, różnych grup, w których, zwłaszcza w krajach o prawicowym usposobieniu, upatruje się źródła rozpadu społeczeństw. Autorka podchodzi do tematu rzetelnie, pokazując nam, czytelnikom i czytelniczkom, z jednej strony ten piękny świat równości i prawa, świat, w którym każdy znaczy tyle samo i dla każdego jest miejsce, mówiąc o różnych zjawiskach, przepisach czy postawach, dzięki którym i kobietom, i obcokrajowcom, i gejom, i mniejszościom religijnym żyje się dobrze – ponad podziałami, wykluczeniami oraz marginalizacją. Zauważa, jakie są powody takiego stanu rzeczy, tak światłego i rozwiniętego społeczeństwa, i jak to, takie podejście, przekłada się na codzienne życie. Z drugiej strony kreśli obraz daleki od spokojnego, trwającego w symbiozie narodu, zauważając, jak otwarta polityka – zwłaszcza migracyjna – naznaczona niezwykle szerokim gestem, związanym z przyjmowaniem uchodźców, odbija się (ten proces nieustannie trwa) na szwedzkim środowisku, rozbijając i niszcząc porządek oraz wartości, w których imię nawoływano do masowej pomocy.

Katarzyna Tubylewicz dokonuje wnikliwej analizy społecznej, obserwując wszystko to, co stanowi o dzisiejszej Szwecji. Portretuje przede wszystkim rozbieżność między wyobrażeniami, ideami, planami oraz wartościami, którymi zdeterminowana jest i natura obywateli, i polityka rządu, a owocami, do jakich doprowadziły pewne decyzje, wynikające właśnie z – jak się okazuje, nazbyt idealistycznego – podejścia. Bo w tej skomplikowanej, jakże smutnej i wymownej, relacji, między zamiarem a rezultatem, zawarty jest cały duch narodowy, główna myśl i zasada, naznaczająca szwedzkie społeczeństwo. Polityka otwartych drzwi, masowe przyjmowanie tych, którzy uciekają przed wojną, spowodowało nie tylko zawahania, powiedzmy, statystyczne czy gospodarcze, ale przede wszystkim niemałe problemy społeczno-kulturowe, których wygaszenie uniemożliwia szeroko rozumiana poprawność polityczna. W Moralistach wprowadzone zostało interesujące pojęcie, tzw. narcystycznego dobra, które dość trafnie opisuje panującą sytuację. Oznacza mniej więcej tyle, co mocno postępującą poprawność polityczną, zasłaniająca ewidentne wykroczenia czy nawet przestępstwa, których dopuszczają się – świadomie lub nie – obcokrajowcy. Ma to na celu  niewykazanie się nietolerancją względem obcych nawyków kulturowych czy społecznych. Problem ten, jakże obecny w Szwecji z racji przyjęcia setek tysięcy uchodźców, coraz mocniej dostrzegalny, zaczyna przebijać pewne szklane sufity, zmieniając struktury społeczne. Jest to ciekawe z socjologicznego punktu widzenia o tyle, o ile dotyczy nie tylko tego jednego kraju; także szerszej społeczności, czym między innymi możemy tłumaczyć dojście do władzy prawicowych ugrupowań w wielu szerokościach geograficznych w ostatnim czasie. 

Moraliści to książka, którą należy przeczytać, chcąc brać aktywny, uwzględniający wiele perspektyw, udział w dyskusji związanej z uchodźcami oraz tworzeniem społeczeństw multikulturowych. Katarzyna Tubylewicz kreśli wielopoziomowy portret zarówno Szwecji, jak i całej europejskiej mentalności, nie popadając ani w moralizatorski, ani apokaliptyczny ton. To pozycja, która pozwala odnaleźć się w opisywanym zjawisku, przede wszystkim dzięki dość obiektywnej perspektywie, respektującej i wszystkie „za”, i wszystkie „przeciw”. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 15 lipca 2017

310. Jørn Lier Horst „Poza sezonem”

http://s.znak.com.pl/files/covers/card/b3/T003752.jpgTrudno byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, czy warto sięgnąć po powieść Poza sezonem. Wynika to przede wszystkim z pewnej przejrzystości, która związana jest m.in. z ukazywaniem postaci. Bo choć prezentuje dość ciekawą  historię, interesująco ulokowaną, skazana jest na prędkie czytelnicze zapomnienie.

W oddalonych od miasta domkach letniskowych dochodzi do morderstwa. Co więcej, na terenie znanej z telewizji postaci, cieszącej się niemałą popularnością. Śledztwo, prowadzone przez Williama Wistinga, prędko okazuje się skomplikowane, gdyż pojawiają się kolejne ofiary i różne utrudnienia. Na dodatek córka funkcjonariusza, będąca w separacji z partnerem, przeprowadza się w podejrzany region.

To, co szczególnie interesujące w tej pozycji, to opis przestrzeni tudzież miejsc, zwłaszcza miast, w których rozgrywa się akcja. Na uwagę zasługuje przede wszystkim dość detaliczny, a przy tym wyzbyty ze szczegółowych informacji, poprowadzony na zasadzie obserwacji, opis Wilna. Bohaterowie, natrafiwszy na odpowiednie tropy, odwiedzają stolicę Litwy, celem przyjrzenia się pewnym osobom i zebrania danych u samego źródła. I to, jak główny bohater, śledczy, postrzega zarówno kraj, jak i samo miasto, wydaje się bardzo interesujące. Przede wszystkim dlatego, że uwagę poświęca nie wyglądowi, stałym cechom, a konfrontacji wyobrażeń i prawdy oraz dysproporcjom, które toczą poszczególne dzielnice nie tylko Wilna, ale również całej Litwy. Zauważa, jak nowoczesna, a przy tym nierówna, tj. miejscami biedna i popadająca w ruinę, wydaje się ta przestrzeń, umiejscawiając przy tym te obserwacje w argumentacji związanej z uprawdopodabnianiem fikcji literackiej – bieda sprawia, że niektórzy zaczynają zajmować się nielegalną działalnością.  

Poza sezonem to kryminał zupełnie typowy, zrealizowany podług standardowych wytycznych i gatunkowych przyzwyczajeń. Zbrodnia, której dokonano, istotnie uruchamia niejasny, skomplikowany proces dochodzenia do prawdy, nie raz, nie dwa zmieniający swój bieg ze względu na pojawiające się poszlaki. Bohaterowie, którzy uwikłani są w sprawę, zmagają się nie tylko z głównymi, najważniejszymi dla całego utworu, wyzwaniami, ale także z szeregiem prywatnych spraw, które z czasem okazują się bezpośrednio związane ze śledztwem. Jednak, mimo relacji związanej z przenikaniem się życia osobistego i zawodowego, trudno znaleźć w tej powieści (co stanowi zresztą jej największy mankament) pogłębionego – a właściwie jakiegokolwiek – portretu psychologicznego. Autor wykreował takie postacie, które zdają się nie nieść niczego poza własnym wkładem w poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, kto i co jest źródłem głównego problemu. Owszem, wykazują się pewnymi cechami czy aspiracjami, niebędącymi elementami wątku stricte kryminalnego, oraz toczą ich drobniejsze lub większe zmartwienia, jednak wszystko to zdaje się marginalne, niewyraźne, świadczące jedynie o realności tych bohaterów, a nie o ich wewnętrznym życiu. Co więcej, niepodobna nawet znaleźć sugestii, dzięki którym moglibyśmy wykreować w głowie jakiś obraz doświadczeń czy panoramę osobowości. Wszystko, co przedstawione i opowiedziane o bohaterach, związane jest wyłącznie ze śledztwem i wyzwaniami, które z niego wynikają. Literacka rzeczywistość tej powieści to świat przeźroczysty, niezdefiniowany relacjami między postaciami, między ich ludzkimi cechami i stanami, podporządkowany wyłącznie kryminalnym aspektom fabuły. Dlatego, czytając, trudno o własną refleksję czy powstanie więzi, bo to, co poznawane, nie ma żadnego wewnętrznego, tożsamego z naszym, usposobienia, a realizuje się wyłącznie przez obiektywne, chłodne spostrzeżenia i opisy. Należałoby się jednak zastanowić, na ile opisany stan rzeczy stanowi mankament, a na ile wyraz swoistego ukierunkowania powieści na konkretnego czytelnika. Poza sezonem to raczej historia męska, rozrywkowa, dostarczająca konkretnych emocji i przeżyć. Jeśli szukamy książek w podobnych klimatach, recenzowana powinna być brana pod uwagę.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 11 lipca 2017

309. Jonathan Carroll „Kolacja dla wrony”

Zupełnie zachwyca to, o czym pisze Jonathan Carroll. I choć porusza dość często tematy powszechne, dobrze znane i opisane, zaskakuje i intryguje. Najpewniej wynika to z lotności i ulotności tekstów – realizują się bowiem, jako krótkie, naprawdę lapidarne, utwory, podchodzące do opisywanych zjawisk w sposób wysublimowany, choć niewymuszony. Pokazują, jak sprawny literacko jest autor Drewnianego morza, a także, jak wiele można spostrzec i doświadczyć, uważnie obserwując rzeczywistość. 

Kolacja dla wrony składa się z bardzo wielu krótkich tekstów, ni to pamiętnikowych, ni dziennikowych, ni fabularnych, ni kronikarskich; to raczej, w moim przekonaniu, rodzaj impresji, nie zawsze artystycznych, nastawionych na ufizycznienie myśli i obserwacji, zapis tego, co ulotne – zarówno w kontekście bardziej zewnętrznych zjawisk, jak przeżyte czy podejrzane sytuacje, jak i wewnętrznych, związanych z refleksjami czy myślami. Autor pisze o tym, co go otacza, przypadkowo lub nie, w dużej mierze skupiając się na życiu duchowym, intelektualnym, pisarskim i – jak zwał, tak zwał – filozoficznym. Bo patrzy na świat okiem filozofa, absolutnie niezmanierowanego czy przeintelektualizowanego, dostrzegającego w tym, co codzienne, pewną niezwykłość lub źródło refleksji. Nie jest nastawiony na odkrywanie wielkich, przełomowych, egzystencjalnych prawd, które niszczą lub konstruują naszą tożsamość i postrzeganie, zarówno siebie, jak i rzeczywistości, ale skupia się na drobniejszych rzeczach, mocno wrośniętych w czynności, będące swoistymi rytuałami, powtarzanymi każdego dnia. Obserwuje i innych, i samego siebie, kreśląc tym panoramę mocno osobistą, własnego świata, poszerzoną o to, co szersze – o innych, wspólną przestrzeń i ogólnoludzkie kwestie. 

Recenzowana książka to przede wszystkim pozycja dla sympatyków środowisk artystycznych oraz miłośników Carrolla. I choć autor pisze w Kolacji dla wrony dość ogólnikowo, traktując o tematach wspólnych, dotyczących każdego z nas, wydaje mi się, że dla osób postronnych, wyłączonych z powyższych grup, jego wywody mogą okazać się neutralne: ani ciekawe, ani nużące. Wynika to przede wszystkim z tego, że poruszane kwestie nie są rozpatrywane w sposób nowatorski, odkrywczy; stanowią raczej rozwinięcie pewnych myśli czy obserwacji, obecnych w każdym z nas i wynikających nie tylko z własnych doświadczeń, ale także z kanonicznych, szeroko znanych, lektur. Znając więc ich wymowę, istotę, idące za nimi wartości i przekonania, trudno o zaskoczenie. Inaczej sytuacja wygląda z bardziej jednostkowymi refleksjami czy zapisami, które choć opierają się na znanych schematach myślowych (choćby z humanistycznych rozważań), intrygują. Związane jest to z tym, że wszystko, co Jonathan Carroll opowiada, nawiązując  do własnej codzienności, przepuszczone jest w oczach czytelnika przez filtr jego twórczości. I nie tylko przez taki niewidoczny, znany wyłącznie odbiorcy (na podstawie relacji autor – dzieło), ale także przez wyraźnie wskazany – autor pisze wszak na tematy związane z pisarstwem, szeroko pojętym życiem twórczym, co, według mnie, stanowi największą zaletę książki. Możemy bowiem, uważnie czytając, przyjrzeć się życiu intelektualnemu artysty, jakże mocno wynikającemu z procesu pisania. Dowiadujemy się między innymi, skąd Carroll czerpie inspiracje do książek, jaka jest geneza nadawanych przez niego tytułów oraz co zadecydowało o tym, by związał życie z tworzeniem. 

Kolacja dla wrony pretenduje z jednej strony do miana notatnika lub pamiętnika, mocno codziennego, a przy tym prowadzonego raczej poza czasem, niezależnie od kalendarza czy zbieżności z rzeczywistością, a z drugiej do czegoś w rodzaju inteligenckiego, pisanego z widocznym zacięciem stricte literackim, skoroszytu, będącego na poły świadectwem wyraźnie obserwatorskiej, spostrzegawczej natury, na poły wyrazem potrzeby uwypuklania i ucieleśniania myśli oraz zauważeń. Książka składa się z tekstów, których lektura niekiedy zostawia obojętnym, a niekiedy mocno zaskoczonym, zwracając uwagę na konkretny temat – tak jak w utworze poświęconemu niewidomemu dziecku, które matka, wykazując się nie lada kreatywnością i opiekuńczością, zabiera na rower w otwartą przestrzeń (tak, by nie miało możliwości wjechać w cokolwiek). To pozycja jednocześnie i niezobowiązująca, i pozostawiająca wyraźne wrażenia, emocje oraz pragnienia. Chce się, przynajmniej w moim przypadku, sięgnąć po inne, pełniejsze, dłuższe, dzieła Jonathana Carrolla, bo skoro tak krótkimi formami czaruje i zmusza do refleksji, niewątpliwie i tymi dłuższymi zachwyci.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 8 lipca 2017

308. Grzegorz Bogdał „Floryda”

Na odwrocie książki czytamy, że Grzegorz Bogdał, autor, lubi gadać. I rzeczywiście, lubi. Jego pozycja składa się z opowieści jak najbardziej mówionych. Opowiada tak, jakby opowiadał nam, słuchającym, na jednym oddechu, mimochodem, integrując tym czytelnika z przedstawianymi historiami brakiem widocznych granic, wynikających ze świadomości fikcji literackiej.

Floryda składa się z pięciu monologowych tekstów, z których trzy opowiedziane są przez mężczyzn, dwa przez kobiety. Opowiadają o tym, co zwykłe i niezwykłe zarazem – o osobliwości codzienności. Także sama forma, bliska podmiotom mówiącym, czyli ich osobowościom, potencjalnym możliwościom, światopoglądom czy całym personalnym uwarunkowaniom, koresponduje z treścią, spełniając się niedaleko tego, co codzienne, powszednie – bynajmniej nie w pejoratywnym znaczeniu. Jest trochę tak, jak to w jednym z wywiadów powiedział Jacek Dehnel, mówiąc o swoim pisarstwie, że autor szturcha reflektor, oświetlając losy tych, którzy w wielu sytuacjach – i życiowych, i literackich – mogliby zostać uznani za nieciekawych, niewartych zainteresowania. Grzegorz Bogdał podchodzi do nich, oddając im głos, i w tym, co pospolite, nie niezwykłe, dostrzega całą gamę osobliwości i intrygujących cech. Kreśli przed czytelnikami oraz czytelniczkami panoramę zupełnie interesującą,  przedstawiając świat znany i nieznany w jednym. Bo czytamy różne, mniej lub bardziej odkrywcze, opowieści, zrealizowane za pomocą rozmaitych literackich chwytów i sposobów – choćby przy użyciu groteski, ironii oraz zabawy słowem. Każdy z pięciu monologów to swoiście dobitna opowieść bohatera o życiu, jego konkretnej płaszczyźnie, z jednej strony wyraźnie jednostkowa – czy to ze względu na treść, czy formę – a z drugiej na tyle uniwersalna i ogólna, by mogła stać się jakąś ogólnikową prawdą lub spostrzeżeniem. 

Grzegorz Bogdał, oddając głos swoim bohaterom, duży nacisk położył na formę. I choć niekiedy może się wydawać, że wcale nie, a być może wręcz przeciwnie, to analiza każdego z tekstów – sposobu zapisu, delimitacji, podziału, rozpoczynania i kończenia kolejnych akapitów, używanych sformułowań i słów – przynosi spostrzeżenie, że ta płaszczyzna ma niemałe znaczenie. Prości, samotni, nieszczęśliwi, będący u schyłku życia opowiadają po swojemu, mową nieliteracką, codzienną, a ci, którzy dokonują czynu makabrycznego, przedstawionego wyraźnie groteskowo, referują równie groteskowo, bawiąc się przy tym semantyką, znaczeniem. Nawiązuję tutaj głównie do opowiadania Oczko w głowie, które pokazuje, jak duże są literackie zdolności autora. Nie tylko sprawnie kreuje fikcyjną rzeczywistość, manipulując czytelniczymi wrażeniami i oczekiwaniami, co do następstw czy istoty przedstawianej historii, ale także efektownie posługuje się związkami frazeologicznymi, związanymi z, jakże istotną dla całego tekstu, głową. To, co Grzegorz Bogdał pokazuje m.in. tym opowiadaniem, zachwyca. Przede wszystkim ewidentną lotnością pisarską, dotyczącą w większym stopniu formy, niż treści, a także umiejętnością żonglerki, opowiadania się po stronie proporcji, złotego środka – żadne z pięciu tekstów nie nuży, nie zaniża poziomu; wręcz przeciwnie – kolejne składowe Florydy zdają się zachwycać coraz bardziej. 

Tytułowa Floryda przewija się w kolejnych opowiadaniach jako miejsce nieco arkadyjskie, niewątpliwie poza zasięgiem. Jest to przestrzeń, która wyraża jakieś dążenia poszczególnych postaci, ich niespełnione ambicje, marzenia. Zresztą, ta niemożność spełnienia to w pewnym sensie klucz do tych tekstów, jakkolwiek wyrażający ich istotę. Bohaterów tego zbioru cechuje właśnie dostrzegalna refleksyjność, wyraźne wypalenie tudzież niezrealizowanie, będące nie tyle powodem nieszczęścia, co bodźcem do snucia opowieści czy przemyśleń na tematy egzystencjalne. Także cielesność, w moim przekonaniu będąca tematem-kluczem, odgrywa niemałą rolę; zarówno jako powód, jądro opowieści, jak i element gry narracyjnej czy językowej. Niepodobna nie zauważyć, że te, jak i inne cechy poszczególnych utworów, takie jak zbieżność nastroju i klimatu, swojskość, sprawiają, że między kolejnymi tekstami nie odczuwa się progów, przeskoków, a całą Florydę postrzega się jako jedno koherentne dzieło – nie tylko ze względów fizycznych, ale także wyraźnie ideologicznych lub, precyzyjniej mówiąc, artystycznych.

 5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 4 lipca 2017

307. Laura Akkot „Moje życie z OCD”

Moje życie z OCD to książka ważna i potrzebna. Nie tylko dlatego, że stanowi źródło wiedzy o chorobie i cierpieniach, z którymi zmaga się niemała grupa osób, ale także ze względu na pewną odrębność w ukazywaniu istoty zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. Jest bowiem pozycją nie tyle dydaktyczną czy opisującą, ile prowadzącą wstrząsającą narrację, która dotyczy bardzo wielu aspektów życia z tą chorobą.

Czytając, trudno się umiejscowić, odnaleźć w przedstawianej rzeczywistości, zająć na tyle komfortowe stanowisko, by z jednej strony obserwować wszystko wygodnie, dość obiektywnie, a z drugiej nie uwikłać w rozterki czy emocje, targające prowadzącą relację. Właściwie – nie sposób. To jedna z tych książek, które zacierają granicę między przeżyciami bohatera/narratora/autora a doświadczeniami czytającej osoby. Wszystko, co opisywane, nie tylko udziela się adresatowi literackiej wypowiedzi, wpływając na jego nastrój czy nastawienie, ale zdecydowanie kształtuje, wskazując pewne perspektywy i kierunki nie tyle interpretacyjne, ile poznawcze. Bo, tak naprawdę, trudno w tym wypadku mówić o odczytywaniu czy rozgryzaniu tego, co opowiadane. Laura Akkot pisze wprost i jednoznacznie, i właśnie tą otwartością tudzież szczerością poraża, bombardując osobę pogrążoną w lekturze emocjami oraz nieobojętnymi treściami. Jest w tej relacji coś, co sprawia, że tekst przestaje być opowieścią o chorobie, toczącej się wokół kwestii związanych z bólem, strachem czy pragnieniem życia, a przybiera absolutnie wyraziste oraz znaczące kształty i rysy, zupełnie zmieniające odbiór. Nie czyta się tej książki w kategoriach historii o trudach i znojach, o tyrtejskiej postawie czy zmianach dokonywanych przez chorobę; postrzega się ją raczej jako dogłębną opowieść, choć przedstawioną powierzchownie, raczej na zasadzie impresji, luźnych – co istotne, jeżeli zaczniemy analizować tę pozycję pod względem relacji formy z treścią – opisów i świadectw, o funkcjonowaniu po drugiej stronie – obcej, choć poznanej, rządzącej się całkowicie innymi prawami. Obraz głównej postaci, którą poznajemy, budujemy na podstawie jej relacji i ze światem, i z innymi, dzięki czemu perspektywa, którą przyjmujemy, usadawia ją w samym centrum, co pozwala na pełniejszą recepcję – zarówno taką, która wynika z postrzegania odrębności bohaterki, jak i jej kontaktów z rzeczywistością oraz otoczeniem. Pierwsza możliwość pozwala skupić się na tym, co stanowi o istocie zjawiska, jakim jest tytułowa choroba, a także na wsłuchaniu się w jednostkową opowieść, przedstawiająca pokrótce przebieg i doświadczenie OCD. Druga daje znacznie szerszy obraz całej sytuacji, gdyż tworzy swoistą topografię przeżyć i kontaktów, równie wiele mówiących o przedstawianym zjawisku. Przestrzeń, którą wyposaża rozmaitymi zażyłościami i zachowaniami, odzwierciedla ograniczony (a przy tym jakże wielowymiarowy) świat chorującej, co niezwykle dobitnie pokazuje głębię przeżyć – trudu, który przysparza choroba, zniekształcając – po prostu – życie człowieka. 

Już sam początek lektury, umiejscawiany przy odczytywaniu dedykacji, zdaje się wprowadzać czytelnika w odpowiedni poziom emocjonalny. Książka, dedykowana mężowi, bez którego, jak sama autorka pisze, mogłoby mnie już nie być, realizuje się na pograniczu kilku, wzajemnie przenikających się, wrażeń i stanów emocjonalnych, oczywiście związanych i wypływających z przeżyć Laury Akkot. To przede wszystkim strach i wszystko to, co wynika z niemożności zapanowania nad własnymi, niekiedy drobnymi, decyzjami, a w rezultacie nad całym życiem, istnieniem. Opisy, którymi naszpikowane jest Moje życie z OCD, wyrażają, dzięki swej strukturze, istotę przeżyć, pozwalając czytelnikowi odczuć to, co, oczywiście w niewątpliwie większym stopniu, odczuwa autorka. Mowa głównie o mnogości i brzmieniu doświadczeń, dobrze wyrażonych pewną niekonsekwencją narracyjną, urywanymi i niepełnymi zapiskami, będącymi swoistym odzwierciedleniem wewnętrznej rzeczywistości, ucieleśnieniem nieokiełznanego strumienia myśli. Autorka, pisząc tę relację, koncentruje się głównie na opozycji dwóch płaszczyzn: pragnień, zdrowego, rozsądnego myślenia i zaburzonej perspektywy, istotnie wynikającej z zaburzeń. Opisuje to, co doświadcza, kontrastując zdarzenia z przebłyskami innego, własnego, postrzegania, oraz prawdą, wyrażającą się i z perspektywicznego widoku, i z postawy życiowego partnera, będącego z jednej strony pewnym odniesieniem, a z drugiej żywym uczestnikiem przeżyć. Ta panorama pokazuje szereg zniekształceń w postrzeganiu, wynikających z choroby, ale także to, jak osoba doświadczająca zaburzenia odnajduje się w relacji  ze światem oraz to, jak zewnętrzny świat odnosi się do takiej postaci. Dedykacja, na którą zwróciłem uwagę, odbija się w tekście także bardziej dosłownie – postacią męża, któremu, według jej treści, Laura Akkot niemało zawdzięcza. Rzeczywiście, relacja między chorującą a partnerem to przykład niełatwego związku, funkcjonującego niemal na granicy. Bo sytuacje, które opisuje autorka, związana przecież z codziennym życiem, a zatem regularne, powtarzające się, dotyczą niezwykle silnych i wymagających wysiłku z obu stron zdarzeń, ewidentnie niszczących spokój i ład. Sprawiają, że zwykłe funkcjonowanie zostaje absolutnie zaburzone – i nie tylko osoby, która bezpośrednio zmaga się z przykrym doświadczeniem, ale całego jej otoczenia.

Moje życie z OCD to pozycja o dużym ładunku emocjonalnym, będąca zarazem i chłodnym świadectwem o chorobie, i napiętą, poruszającą opowieścią, pisaną i czytaną emocjami. Ta książka przynosi nie tylko możliwość dokładnej obserwacji i refleksji, ale także szczególnego rodzaju odbioru, związanego z głębokim przeżywaniem. To bez wątpienia tytuł istotnie przyczyniający się do poznania opisywanej choroby oraz do pobudzenia społecznej dyskusji na jej temat.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

306. Arek Borowik „Z góry widać tylko nic”

Książka Arka Borowika to pozycja, która zapada w pamięć. Z wielu względów. Głównie dlatego, że korzysta z baśniowych konstrukcji, ale także – a być może przede wszystkim – dlatego, że obrazy, które przedstawia, jawią się intrygująco. To niebywałe, jak autor, łącząc różne opowieści, wykorzystuje znane schematy, nie tracąc przy tym na realności oraz oryginalności opowiadanych historii.

Strawiński, jeden z bohaterów, chcąc uchronić się przed konsekwencjami za przewinienia w pracy, snuje przełożonemu baśniowe, znacznie zmodyfikowane, historie. Przedstawia współczesne wersje Złotej Rybki, Czerwonego Kapturka oraz Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków, zawierające właściwą akcję recenzowanej książki.

Z góry widać tylko nic traktuje przede wszystkim o namiętnościach i żądzach, które z jednej strony nadają naszemu życiu szerszy wymiar, a z drugiej uprzykrzają je, prowadząc przez skomplikowane relacje oraz sytuacje, dostarczając niełatwych przeżyć. Bohaterowie Borowika to osobowości w pewnym sensie zwyczajne, poczciwe, odnajdujące się dość dobrze w świecie, w którym przyszło im żyć, pędzące niezbyt wyrazisty czy osobliwy żywot. Jednak sytuacje, w których umieszcza ich autor, wykorzystując przede wszystkim potencjał pragnień, pokus i negatywnych emocji, wydobywają z ich charakterów te cechy, które drzemią w każdym z nas, a które mogą przerażać i oburzać. To, o czym mowa w tej książce, to zachowania na poły patologiczne (odchylenia od normy, którą możemy utożsamiać ze stoicyzmem, opanowaniem oraz wszelką stabilnością), na poły naturalne, balansujące na granicy prawa i występku, moralności i zła. Do głosu dochodzą, determinując zachowania bohaterów, pierwotne instynkty i niczym nieskrępowane myśli, prędko przekuwające się w nikczemne decyzje i czyny, nieulegające konwenansom, obyczajom i przepisom, które regulują nasze życie. Jest więc w tym wszystkim, w  tej wizji, którą roztacza recenzowana książka, opowieść o nas i o tym, co dotyczy naszych relacji i przeżyć. Bohaterowie Borowika, przeglądając się wzajemnie we własnych czynach, dostarczają refleksji o tym, jak zależni jesteśmy od różnych przeżyć, oraz o tym, jak wpływają na nas znajomości i wynikające z nich emocje.

Autor, recenzowaną książką, pokazuje, jak sprawny jest jego warsztat. Z góry widać tylko nic, łącząc kilka historii, nieprzerwanie utrzymuje czytelnika w napięciu, bawiąc się nie tylko jego uwagą, przykuwając lub dając zapomnieć o poszczególnych układankach wykreowanej fikcji, ale także zmysłem literackim, wykorzystując stare, znane motywy w taki sposób, by wyłuskiwać z nich to, co nowe, odkrywcze. To zaskakujące, jak płynnie przeplata się ta wielotorowa historia, spajająca większe lub mniejsze całostki, czerpiące zarówno z kanonu, jak i tego, co współczesne. Dostajemy w ten sposób opowieść mocno zakorzenioną w tradycji, wykorzystującą – w pewnym sensie powielającą – znaną konstrukcję, poprowadzoną jednak zupełnie nieszablonowo i osobliwe. Z jednej strony opiera się na tym, co wrośnięte w naszą czytelniczą świadomość i doświadczenia, a z drugiej nie powiela tego, budując własną, odrębną tożsamość. Istotne jest także to, że nie sposób przewidzieć następstw, wydarzeń, które decydują o wymowie i fabule książki. Wszystko, mimo realizowania pewnych schematów, ma zupełnie odrębną istotę, całkowitą autonomiczność. Nie można zatem, co należy podkreślić, traktować najnowszego wydawnictwa Arka Borowika jako zależnego od innych tekstów, budującego na ich podstawie swój potencjał; koncept, który wykorzystuje pisarz, ma charakter czysto intertekstualny, będący zabawą z formą.

Myślę, że ciekawie można odczytać opowiedzianą historię, rozpatrując ją przez pryzmat konwencji, która została wykorzystana przez autora. Zdarzenia, którym muszą sprostać bohaterowie, dzieją się tu i teraz – we współczesnym świecie. Dotyczą postaw i zjawisk, które są nam znane nie tylko z opowieści i wyobrażeń, ale przede wszystkim z codziennych doświadczeń oraz obserwacji najbliższego otoczenia. Jednak, wszystko to, cała ta literacka rzeczywistość, korzysta z czegoś, co nie ma ani czasu, ani miejsca: konstrukcji baśniowych, mocno wrośniętych w naszą czytelniczą percepcję. Nałożenie tych dwóch porządków (w pewnym sensie profanum na sacrum), bez wyraźnego podziału na formę i treść (jako odrębne składowe, pokaz umiejętności dostosowywania własnej opowieści pod narzuconą konstrukcję), otwiera przed czytelnikiem szereg skojarzeń i interpretacji, związanych z mityzującym, uniwersalizującym (wszak takie cechy wykazują baśnie!) traktowaniem przedstawianej fikcji. Choć to, o czym mowa w powieści, może wydawać się straszne i niekiedy wyolbrzymione, tak naprawdę odzwierciedla ludzką naturę i pokazuje naszą bezradność oraz podatność na różne czynniki i zjawiska. Postaci Borowika postępują podług pragnień, żądz, namiętności i uczuć, malując przed czytelnikiem panoramę i współczesnych relacji, i pewnej uniwersalnej struktury, odwołującej się do wszelkich znajomości i powiązań – przyjacielskich, zawodowych, rodzinnych, partnerskich oraz wrogich. W tej książce uwypuklają się ludzkie zdolności i możliwości, nie zawsze odbierane jako korzystne. Z góry widać tylko nic to mocna, intrygująca książka, którą czyta się w niegasnącym zainteresowaniu.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

305. Maurice Maeterlinck „Inteligencja kwiatów”

Powrót do natury dla wielu, z racji tego, w jakich czasach żyjemy, jawi się czymś niezwykłym, bogatym w osobliwe doświadczenia. To, że dziś, porzucając na jakiś czas miasto, stajemy się częścią zupełnie innego świata, wydaje się oczywiste – mamy bowiem do czynienia z dwiema równoległymi rzeczywistościami. Inteligencja kwiatów opowiada właśnie o takim świecie, z wyraźnym uwypukleniem jego drugiej, przyrodniczej, płaszczyzny.

Inteligencja kwiatów to przepiękna książka o naturze, o kwiatach, napisana w taki sposób, by kreślić przed odbiorcą szeroką panoramę tego, o czym zapomina, zatracając się we własnych sprawach. To pozycja, która ma charakter impresyjny, filozoficzny – jednak nie moratorski. Autor nie poucza, nie nakazuje, nie determinuje, mówiąc, jak wiele tracimy, nie zwracając uwagi na roślinność, uważając, że stanowi ona wyłącznie dodatek do miejsca, w którym żyjemy. Nie raz, nie dwa porusza – wyraźnie kwestionując – stanowisko, w myśl którego my, ludzie, podlegając ewolucji i rozwojowi, dostosowaliśmy się w stopniu najwyższym do funkcjonowania. Recenzowana książka zdaje się wychodzić od tego, jak pokazuje – błędnego, założenia, pokazując szereg „zachowań” kwiatów, struktury działań, które pozwalają istnieć im w różnych środowiskach, zmieniać się podług zewnętrznych czynników. Maeterlinck pisze o pewnej celowości, o ciągłości działań natury, uwzględniającej w swym rozwoju własne dobro i bezpieczeństwo. Właśnie w tym kontekście omawiana jest tytułowa inteligencja – jako ta, która zrozumiawszy wymogi otoczenia, potrafi dopasowywać, wpisywać rośliny w środowisko, wykształcając w nich takie cechy, które zagwarantują nie tylko istnienie, ale też trwanie w sposób jak najbardziej efektywny i doskonały. Autor, pisząc o poszczególnych umiejętnościach i zaletach, umożliwiających np. swoistą manipulację innymi istotami, w tym zwierzętami, nieustannie odnosi się do człowieka, jego cech i umiejętności.

To, co przede wszystkim zwraca uwagę podczas lektury, to obraz równoległości dwóch odrębnych, a przy tym integralnych, idących w parze, światów: ludzkiego, sprowadzonego do uprzemysłowionej przestrzeni i pragnień, jakże dalekich od tych, które mieli nasi przodkowie, oraz naturalnego, dziejącego się dookoła. Maurice Maeterlinck, zauważając konieczność obcowania człowieka z przyrodą, nieskończoną potrzebę ucieczki w jej objęcia, spostrzega, jak, wbrew pozorom, tożsame są potrzeby i aspiracje tych dwóch płaszczyzn: zarówno my, jak i np. kwiaty, dążymy do przetrwania – rozumianego szeroko – oraz rozwoju. Wykorzystywane są do tego te cechy fizyczności czy inteligencji (jakkolwiek pojmowanej), które mogą zostać wykorzystane, te zaś, które okazują się zbędne, z biegiem czasu zanikają, przysposabiając istotę (i ludzką, i roślinną) do pełniejszego, w pewnym sensie adekwatniejszego, bycia. Inteligencja kwiatów skupia się zatem nie tyle na samych tytułowych kwiatach, ile na relacji natury z ludźmi. Jednak nie na zasadzie bezpośrednich podobieństw czy przeciwieństw lub, o zgrozo, ukazywaniu wyższości jednego świata na drugim, ale na ciągłym nieskończonym i nie dość poznanym rozwoju, idącym ze sobą w parze. Pokazuje, jak mylne jest stanowisko, traktujące naturę jako statyczną, niezmienną i zależną, udowadniając, że nic w niej nie jest dane na stałe (żadna cecha czy umiejętność), a to, co obserwujemy dziś, za jakiś czas okaże się inne – bardziej dostosowane do otoczenia, wychodząc naprzeciw zewnętrznym czynnikom. Zauważa przy tym, że niepodobna jest nasza pycha, marginalizująca przyrodę, gdyż ta bez wątpienia jest trwalsza od nas, a zmiany, w które w niej zachodzą, umykają ludzkiej percepcji – rozciągają się bowiem na bardzo długi czas.

Inteligencja kwiatów zyskuje za sprawą przestrzeni, którą opisuje. To, co poznajemy, czytając tę książkę, to z jednej strony świat niezauważany i niepoznany, a z drugiej bardzo bliski, na wyciągnięcie ręki. Autor, na ogół, pisze o roślinach obecnych w naszych ogrodach lub na niedalekich terenach, o naturze, którą z niewielkim wysiłkiem fizycznym (bez dalekich wypraw i eksperckich umiejętności) moglibyśmy kontemplować. Zauważając procesy, jakie zachodzą na przestrzeni epok w roślinach, celowość ich budowy oraz niektóre niezrozumiałe, niezbadane dotąd umiejętności, kreśli wielki portret przyrody, wykazującej pewną niedościgłą „mądrość”, zawierającą w sobie tajemniczą wiedzę o świecie i o przyszłości. To książka na poły biologiczna, na poły filozoficzna, niosąca afirmację istnienia i wyraźnie franciszkańską regułę, która każe nam czerpać szczęście z prostego życia, pełnego kontaktu z przyrodą. Należy także zaznaczyć, że Inteligencja kwiatów została wydana w sposób niezwykle staranny i ewidentnie kolekcjonerski.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

środa, 24 maja 2017

304. Magdalena Zimniak „Odezwij się”

Thrillerów o podłożu psychologicznym mamy co niemiara. Wielu pisarzy próbuje tego typu powieści, mając w planach tak urobić czytającego, by nie tylko przeżywał emocje wynikające z kryminalnej intrygi, ale także obserwował procesy zachodzące w psychice bohatera. Magdalena Zimniak postąpiła podobnie, kreując opowieść o porwaniu, podszytą szeroką narracją o emocjonalnych przeżyciach zarówno porwanych, w tym wypadku dzieci i ich rodziny, jak i porywającego.

Gdy na pierwszy rzut oka typową, szczęśliwą rodzinę dopada tragedia, jaką jest porwanie dzieci, wydaje się, że ma miejsce niezawinione cierpienie – najpewniej wynikające z cudzej nieludzkości, być może motywowanej pragnieniem nielegalnego zarobku. Z czasem okazuje się, że  prawda jest zupełnie inna, a Ada i Rafałek, rodzeństwo, ponoszą konsekwencje nieroztropnych decyzji rodziców.

Odezwij się to książka nierówna. Dotyczy to przede wszystkim sposobu prowadzenia akcji (przeskoków w napięciu oraz niekonsekwencji w opowiadaniu o kolejnych wydarzeniach) oraz uciążliwej naiwności, która zapewnia prowadzącego opowieść, że odbiorca nie połączy pojawiających się już na samym początku utworu faktów z tym, co następuje później, a co stanowi i tajemnicę, wobec której realizowana jest intryga, i punkt kulminacyjny. To nie tylko mankament powieści na poziomie jej struktury, ale także znaczne, żeby nie powiedzieć olbrzymie, utrudnienie dla czytającego, który, z racji swojej wiedzy, przedwczesnego –  dość oczywistego – poznania antagonisty, nie może uwierzyć w przedstawianą historię, gdyż identyfikacja z uczuciami i przeżyciami bohaterów, czyli z niewiedzą, obawami i niepewnością, która rozgrywa się pomiędzy skrajnymi przeczuciami – czy porwane dzieci żyją, czy nie – wymaga współdzielenia perspektywy, podobnego braku wiedzy na temat niewiadomej. W ten sposób, czytając pierwsze rozdziały, które dotyczą rozważań na temat prawdopodobnych powodów porwania i możliwych następstw, a także skupiających się na odnalezieniu osoby posiadającej motyw, oraz zgłębiając kolejne przypuszczenia, które z założenia powinny mieć charakter ślepych uliczek, mylnych tropów, potęgujących u czytelnika pragnienie poznania prawdy oraz adrenalinę, nie odczuwa się satysfakcji z podążania w kierunku rozwiązania ani rosnącego zainteresowania. Wręcz przeciwnie – odczuwa się poirytowanie, wynikające z wiedzy o tym, jak bezradni i omylni są bohaterowie. Trudno mi zrozumieć, dlaczego autorka zdecydowała się umieścić relację Joanny z istotnym dla dalszej fabuły mężczyzną już na początku, niwecząc tym poczucie grozy, tajemnicy, jakie mogłoby mieć miejsce, gdyby opis tej sytuacji został przesunięty w czasie – na przykład w ramach retrospekcji już po porwaniu dzieci. Znając przebieg romansu, wiedząc o sytuacji pociech, czytanie o tajemniczym mężczyźnie, który dokonał przestępstwa, skazując tym na cierpienia kobietę, która odrzuciła wcześniej jego propozycje, nie jawi się intrygująco – bardzo łatwo połączyć te wątki, zrozumieć, kto komu zawinił, kto jakie miał pobudki. Tajemnicze jest także to, dlaczego Joanna, rozpatrując różne możliwości, w tym dokonanie porwania przez kochankę męża, nie przypuściła, że za przestępstwo może odpowiadać jej dawny absztyfikant. 

W podobny sposób realizuje się problem z napięciem w rozwoju akcji. O ile powieść, prowadzona już po ujawnieniu porywcza, intryguje głębią psychologiczną, następującymi po sobie wydarzeniami – dziejących się w dwóch światach: ofiar (sytuacje w domu porywacza, relacja z nim, próby wydostania się, obserwacje) i poszukujących (zmieniające się stosunki między rodzicami, współpraca z policją, stan psychiczny bohaterów) – stopniowym przybliżaniem się do rozwikłania zagadki (następujące lokalizowanie podejrzanego mężczyzny, wychodzenie na jaw jego przeszłości i różnych związków), o tyle w momencie kluczowym, kulminacyjnym, czyli w chwili, gdy dzieci odzyskują wolność, napięcie zdaje się spadać, co prawdopodobnie wynika z nieroztropnego umiejscowienia tej sytuacji w akcji. Cały pobyt w miejscu, w którym przetrzymywani byli bohaterowie, został przedstawiony naprawdę interesująco. Ukazano bowiem jego sprzeczną dwutorowość: z jednej strony percepcja bohaterów zaciera się, coraz mniej tęsknią za dawną rzeczywistością, coraz bardziej integrują i zaprzyjaźniają się z porywaczem, a z drugiej, przynajmniej w świadomości i planach Ady, wzrasta poczucie konieczności ucieczki, poradzenia sobie z tragiczną sytuacją. I tak, dzięki tej wielowymiarowości, a także za sprawą zewnętrznych interwencji (m.in. śledztwa), intensywnie wzrasta napięcie i poczucie grozy. Do czasu. Moment, kiedy dziewczynka decyduje się na odważny krok, przynoszący ostatecznie wolność, rozczarowuje, burząc zaintrygowanie czytelnika. Zdaje się, że ta kluczowa dla akcji chwila dzieje się za prędko, za bardzo niespodziewanie, nieproporcjonalnie w stosunku do reszty utworu – o ile pobyt i poszukiwania trwają dość długo, o tyle moment kulminacyjny pojawia się nagle i trwa równie krótko. Tak, jakby autorkę gonił termin, jakby nagle musiała domknąć powieść, zamykając dłuższy rozwój zdarzeń w kilku stronach. 

Książka Magdaleny Zimniak korzysta głównie z obserwacji psychologicznych, stawiając tym bohaterów i to, co rozgrywa się w ich głowach, na piedestale. To postacie i ich przeżycia stanowią trzon tej literackiej rzeczywistości. Autorka zadbała o to, by wszystko, co doświadczają, miało przełożenie na ich zachowania i stan psychiczny: nie ma czynów bez konsekwencji, przeżyć bez przełożenia na przyszłość oraz cech, które nie determinują postępowania. Joanna, zdradziwszy męża, zmaga się z wyrzutami sumienia i poczuciem niemoralnego postępowania, a po poinformowaniu partnera o występku z jego reakcją – niewątpliwie spotęgowaną porwaniem. Porywacz swoimi decyzjami realizuje własne przekonania i sposób postrzegania zarówno siebie, jak i innych, a dzieci zmieniają się pod wpływem przykrych doświadczeń. Uwaga czytelnika jest skupiona przede wszystkim na Adzie i jej walce: nie tylko z traumatycznymi przeżyciami, takimi jak niewola, ale także z poczuciem odpowiedzialności za młodszego brata. Do tego, co czyni z tej postaci osobowość wielowymiarową, próbuje radzić sobie z nerwicą natręctw, znaczenie utrudniającą i zaburzającą funkcjonowanie oraz postrzeganie. Również to, co ma miejsce w czterech ścianach porywacza, czyli próby psychicznego odizolowania ofiar od przeszłości, ich uzależnienie od woli silniejszego, snucie planów na przyszłość oraz narzucanie ról i wzajemnego traktowania, prowadzone jest w sposób szeroki i głęboki – z przełożeniem na psychikę i kształtującą się tożsamość bohaterów.

Odezwij się to powieść, która traci na nierównym tempie i niestałym napięciu, a zyskuje na psychologizacji postaci tudzież ukazaniu wielu ciągów przyczynowo-skutkowych, związanych nie tylko z dojrzewaniem i tak dramatycznymi doświadczeniami, jak porwanie, ale również z relacjami międzyludzkimi, zwłaszcza z tymi w małżeństwie. To książka o rozpadzie (i odbudowywaniu) rodziny, fantazjach, niespełnionych miłościach i potrzebach bliskości. Bohaterowie, lawirując między dwoma stanami: zdrowego postrzegania oraz zdeformowanego różnymi chorobami psychicznymi, roztaczają przed czytelnikiem panoramę osobowości i niejednoznaczności, umożliwiających szerszą interpretację ich decyzji i czynów. To także powieść o następstwach, które w tym wypadku zdają się mówić jedno: wszystko, co czynimy, na co się decydujemy, niesie ze sobą konsekwencje – niezależnie i wbrew naszej woli.

3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prozami.

piątek, 19 maja 2017

303. Fiodor Dostojewski „Młokos”

Sięganie po Dostojewskiego wiąże się z następstwami związanymi, po pierwsze, z czytelniczo-intelektualnymi wymogami, po drugie, ze spotkaniem gęstej treści i intensywnego przekazu. Nie da się inaczej poznać literackich światów rosyjskiego twórcy, niż przez wnikliwą lekturę, nastawioną przede wszystkim na uważne obserwowanie związków między bohaterami.

Arkadiusz, główny bohater, tytułowy młodzik, u progu dorosłości próbuje zgłębić własną naturę i powziąć pewne plany oraz kroki, mając na uwadze różne wartości i założenia – w tym odnalezienia się w skomplikowanej relacji z ojcem.
Młokos to powieść, w której ścierają się, choć nie do końca, dwa światy, dwa przeciwległe obozy, mimo to będące w integralnej relacji – dorosłych i dorastających. Fiodor Dostojewski ukazuje skomplikowane mechanizmy związane z przechodzeniem z jednej grupy w drugą, z młodości w stateczność i dojrzałość, a także to, jak przynależność do poszczególnych warstw, definiowanych wiekiem i statusem, determinuje.  Autor, wikłając bohaterów w niejasne intrygi i wydarzenia, realizujące obrazy pewnych przekonań oraz postaw, ukazuje schematy i dążenia, które stanowią o jego postaciach, a przy tym portretuje szereg cech i rozwój ich osobowości, zwłaszcza Arkadiusza – tytułowego młokosa. W tym problemie, związanym z dochodzeniem do jądra indywidualnej tożsamości, prawdziwego „ja”, przechodzenia  z jednego życiowego etapu w drugi, recenzowana książka zdaje się poszukiwać odpowiedzi na kluczowe pytania o naturę człowieka, powody, które stanowią o naszym zachowaniu, i o to, czym tak naprawdę jest przynależność oraz proces kształtowania się świadomości tudzież pojmowania samego siebie – zarówno w kontekście innych (rodziny, środowiska, społeczeństwa, świata), jak i samego siebie – tego, czym tak naprawdę jest powinność, czy należy mieć ideę, jakąś wartość, drążącą charakter i postrzeganie. W tych szerokich obserwacjach, zawierających i poszukującego, i tych, którzy go otaczają, niby doradzając lub ukierunkowując, ujęta została panorama życia codziennego, przepełnionego skrajnymi uczuciami i pragnieniami, a także sytuacjami, wymagającymi od nas pewnego określenia, do którego niekiedy nie sposób dotrzeć. Bohaterowie Dostojewskiego trwają w tym wszystkim, wzajemnie wystawiając się na próby, mimochodem stawiając przed sobą wyzwania: dzieci rodzicom, rodzice dzieciom, znajomi znajomym, bliscy obcym, obcy bliskim itd. Jednym słowem, to w pewnym sensie świat testu, weryfikowania i poznawania – i rzeczywistości, jako takiej, i ludzi, z którymi się żyje (lub żyło, w przeszłości). Pełno tutaj zawodów i rozczarowań, niespełnionych nadziei i wniosków dużo  mówiących o nas, jako istotach stadnych, istniejących wyłącznie w kontekście innych, w społeczeństwie.

Dostojewski, jak zawsze, buduje wielopoziomową opowieść o człowieku i jego naturze oraz wielowarstwowe portrety psychologiczne, będące nie tylko skutkiem rozmyślań, ale także owocem obserwacji zachowań postaci. Tym razem, oprócz procesu dojrzewania, wchodzenia w dorosłość, poszukiwania tożsamości, zajmuje się głównie wartościami, które zdają się znamienne dla ludzi młodych, być może nieco naiwnych, niezniechęconych trudami i smakiem porażki – ideą oraz pragnieniem zmieniania świata, niesienia rewolucji, życia po swojemu w absolutnym oderwaniu od tego, co doczesne. To książka, w której podejrzeć możemy młodzieńczy zapał, bunt wobec tego, co zastane, podporządkowujące postępowanie i pragnienia. Młokos opowiada o niszczeniu dogmatów i zrywaniu z pewnymi schematami, wyswobadzaniu się z oczekiwań innych, a także o tym, jak duży jest koszt takiej niezależności. Bohaterowie Dostojewskiego tkwią w różnych schematach i relacjach, nieco niejasnych, a przy tym oczywistych. Jednym z kluczowych słów, takich, które niekiedy charakteryzują daną powieść, w tym wypadku jest idea  To o niej, jako wartości, a przy tym niezbędnej konieczności, decydującej o człowieczeństwie i znaczeniu jednostki, przez znaczną część utworu rozmyśla bohater, Arkadiusz, wchodząc w różne dyskusje, z których wyciąga założenia, odłożone do niechybnej realizacji. Idea, jako taka, jawi się tutaj jako istotna, niosąca nie tylko pełną realizację osobowości, ale także rozwój społeczeństwa, postęp świata i możliwość takiego życia, które coś znaczy – wbrew upływowi czasu i kwestiom egzystencjalnym. Jednak to także opowieść o niemożności realizacji takich wartości, o miałkości naszych decyzji i pragnień, a także o tym, jak trudno zachować wierność własnym przekonaniom, będąc każdego dnia wystawianym na próbę, bombardowanym wieloma zmartwieniami i wyzwaniami. 

Młokos roztacza wizję człowieka jako istoty o rozdartej osobowości, którą toczą skrajne pragnienia i wartości. Główny bohater, z jednej strony postać szlachetna, bogata w wartości i przekonania, nastawiona, mimo braku wyższego wykształcenia, na intelektualne poznanie, wyzbyta z powierzchowności, a z drugiej realizująca nikczemne zamiary, podstępna i skora do działania pod wpływem innych, staje się uniwersalną postacią, typem, będącym przykładem każdego z nas.  Dostojewski napisał powieść, którą można czytać w charakterze autoterapii, mającej na celu zgłębienie własnej natury, zrozumienie, że mimo ucieleśniania wielu dobrych cech, toczą nas różne ludzkie przywary, potęgowane przez konkretne sytuacje i relacje. To utwór o wielkich pragnieniach  i ich smutnej weryfikacji, o niejednoznaczności ludzkiej natury i pokrętności osobowości i psychiki, a także o funkcjonowaniu w społeczeństwie, mniejszych lub większych środowiskach. Wszystko, cała ta wielka, wielowarstwowa narracja, realizuje się w trafnych, niebanalnych obserwacjach i arcyciekawych, nierzadko oświecających, dialogach, będących nie tylko przykładem świetnych konstrukcji literackich, ale także ubogacających filozoficznych rozmyślań. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG. 

piątek, 14 kwietnia 2017

302. Michalina Wisłocka – „Sztuka kochania”

Źródło
To prawdopodobnie nie do końca dobre, jednak nie potrafię patrzeć na tę książkę w inny sposób, niż przez pryzmat, skądinąd interesującego, tegorocznego filmu o Wisłockiej. Za sprawą tej produkcji zupełnie inaczej podszedłem do tej postaci, znacznie szerzej i głębiej.

Sztuka kochania to poradnik dla par, po raz pierwszy wydany w 1976 roku. Jak można przypuszczać, książka okazała się dużym wydarzeniem, jednak niekoniecznie pozytywnym – przynajmniej dla władz czy konserwatywnej części społeczeństwa. Dla reszty, ciekawych i poszukujących, zainteresowanych cielesnością i poprawą jakości życia, dla tych, którzy, mniej lub bardziej otwarcie, zastanawiali się nad własną intymnością, życiem erotycznym, wydawnictwo okazało się zbawieniem, gdyż niezwykle jawnie, rzetelnie i czytelnie mówiło o wszystkim tym, co, choć powszechne, dotyczące każdego, stanowiło temat tabu, niemożliwy dotąd do poruszenia. Wisłocka, opisując cielesność, zabawy seksualne, przypadłości oraz różnego rodzaju zjawiska i problemy, przybliża czytelnikowi wszystko to, co powinien wiedzieć, chcąc nie tylko współżyć, ale przede wszystkim kochać – świadomie i inteligentnie. Jej książka bowiem, dotycząc tematów związanych z fizycznością, nieustannie podkreśla, jak istotna jest w związku miłość – będąca również fundamentem udanego pożycia.

Wisłocka weszła do historii, przynosząc ludziom, na przekór zakłamanym, trudnym, szarym, siermiężnym czasom, wiedzę, która dotyczyła bezpośrednio ich codzienności, tego, co z jednej strony stanowiło coś wyciągniętego z publicznej dyskusji, potraktowanego milczeniem, co często utożsamiane było z obowiązkiem, dalekim od przyjemności, a z drugiej mogło radować, satysfakcjonować i ubogacać życie, fundamentując tym związki. Napisała bowiem książkę, która w sposób prosty, zrozumiały, jawny i ludzki – co ważne – traktuje o cielesności, o tym, co towarzyszy miłości, co stanowi integralny element naszego życia, a co do jej czasów spajano z tego rodzaju prywatnością, o której nie tylko nie wypadało pisać, ale i rozprawiać. Wisłocka, jako wolnomyślicielka, krzewicielka nauki i empatyczna, odważna postać, Sztuką kochania zabrała głos, przemawiając do milionów – co pokazuje ilość sprzedanych egzemplarzy: zarówno tych legalnych, oficjalnych, jak i tych, które rozprowadzano w podziemiu, poza obiegiem. Przyniosła informacje i praktyczne porady, z którymi utożsamić mogły się i kobiety, i mężczyźni, i osoby w związku, i single, chcący zasięgnąć nie tyle nauki, ile prawdy – o sobie, własnych potrzebach, lękach, zmartwieniach i problemach.

Choć w wielu miejscach uwypukla się swoista nieprzystawalność do dzisiejszego pojmowania mężczyzny i kobiety, tego, co ich dotyczy, wszystkich kwestii tożsamościowo-ideologicznych, nie sposób nie dostrzec pewnej uniwersalności sposobu myślenia, którym raczy autorka. To, o czym mówię, ta opozycja, wyraża się przede wszystkim w sposobie definiowania dwóch płci, jakby na zasadzie kontrastu. Przeczytać możemy na przykład, że o ile płacząca kobieta, choć nie wszystkie – tylko blondynki o dziecinnych rysach twarzy! – może wyglądać pięknie, o tyle mężczyzna – nigdy, wzbudza bowiem wyłącznie lekceważenie. Tego typu sądy, niekiedy idące dalej, choć rażą, utożsamiając z konkretną płcią konkretne cechy czy role społeczne, nie są w stanie przesądzić o recenzowanej książce, gdyż świadczą o pewnych uwarunkowaniach, ideach, latach, w których powstała – nie zapominajmy, że to realia Polski drugiej połowy XX wieku, jakże inne od tych, w których żyjemy. To także istotna cecha dzieła Wisłockiej: swoiste świadectwo pojmowania rzeczywistości, w tym intymności, dawnych lat. Bo choć dziś pewne rzeczy, o których pisze autorka, mogą przeczyć temu, co wiemy, co uznajemy za prawdziwe, to Sztukę kochania należy ciągle traktować jako głos ważny i warty wysłuchania – właśnie ze względu na swoistą symboliczność oraz uniwersalność w pojmowaniu miłości, bliskości i istoty związku.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

301. Leopold Tyrmand "Życie towarzyskie i uczuciowe"

Życie towarzyskie i uczuciowe to jedna z tych książek, które postrzega się nie tylko w kategoriach świata wykreowanego przez autora, mniej lub bardziej mówiącego o naszym, o naszych problemach oraz sytuacjach, ale także jako obraz naszej rzeczywistości, swoisty wyimek z niej – w tym wypadku jakże dosadny i treściwy.

Akcja utworu rozgrywa się w Warszawie w latach 1946-1959 i dotyczy środowisk inteligenckich – artystów, pisarzy, filmowców, dziennikarzy – oraz ich relacji z władzami tudzież wpływowymi postaciami. 

Leopold Tyrmand napisał powieść bardzo rzetelną. Zdaje sobie sprawę, że brzmieć to może osobliwie, jednak taka opinia, takie spostrzeżenie, najmocniej trzymało się mnie, zarówno w trakcie, jak i po lekturze. Wynika to przede wszystkim z tego, że relacje, w których tkwią bohaterowie książki, sytuacje, z którymi muszą się zmierzać, oraz sposoby, za pomocą których udaje im się realizować pragnienia i potrzeby, mówią więcej o pewnych środowiskach rzeczywistych, realnych, możliwych do namacalnego poznania, niż o wykreowanych, zamkniętych między okładkami – skądinąd odnoszących się do prawdziwych osób i działań. Tyrmand wykreował historię gorzką, jednak niezwykle wiarygodną i wymierną, w pełni odnoszącą się do tego, co rzeczywiste. Pisze bowiem o intelektualistach, twórcach, pisarzach, ludziach polityki i kultury, których, siłą rzeczy, chciałoby się sklasyfikować jako inteligencję. Ukazuje ich jednak – i na zasadzie obrazowania, dotyczącego konkretnych realiów oraz sytuacji, i wskazywania typów – w negatywnym kontekście, skupiając się na tych cechach, które świadczą o konformizmie, obojętności na wartości wyższego rzędu, uważane za uniwersalne – przypisywane w dużej mierze ludziom obytym, tworzącym i współtworzącym kulturę, środowiskom światłym. Pisarz robi to niezwykle sprawnie i jego bohaterowie – jako tacy, nie jako postacie, które pośrednią są najważniejsze, ale dla toku akcji istotniejsze są sytuacje, którym muszą sprostać – stanowią centralny środek literackiego świata, to im poświęcona jest absolutnie cała  uwaga. Należy bowiem zaznaczyć, że następujące po sobie wydarzenia, choć powodują pewne następstwa, przedstawiające nam oblicza bohaterów, nie są na tyle znaczące, na tyle wyraziste, by zdominować utwór oraz całkowicie przyciągnąć uwagę czytelnika. To relacje między bohaterami – decyzyjnymi a nieznaczącymi, wyższymi a niższymi sferami, inteligencją a biurokracją, osobami w małżeństwie a kochankami – podporządkowują odbiór i rozumienie tej powieści. Na podstawie tych zależności Tyrmand prowadzi opowieść, wywodząc z niej wiele spostrzeżeń, zauważeń oraz wniosków.

Życie towarzyskie i uczuciowe, dla mnie, to przede wszystkim powieść o miałkości. Takiej, która dotyczy bardzo wielu obszarów życia, która realizuje się zarówno w indywidualnych relacjach czy sytuacjach, jak i na wielkich obszarach. Bo wszystko, co przedstawia pisarz, zdaje się wyrażać w swoistej powierzchowności, kłamstwie i płytkości, które tak mocno determinują świat bohaterów, że nie tylko wiele o nim mówią, ale w pełni go wyrażają. Postacie, choć należące do inteligencji, tworzące kulturę, naukę, media, piszące o tematach ważnych i wzniosłych, dotyczących i pewnych elit, skłonnych do refleksji intelektualnych, i mas, pragnących rzetelnych informacji, zupełnie przełamują wyobrażenie, a być może i swoistą powinność, reprezentując takie cechy i postawy, które zdają się deprawować wszystko to, z czym utożsamiamy dziennikarzy, polityków i pisarzy. Tyrmand ukazuje tych ludzi, w konkretnej przestrzeni i w czasie, jako wyprutych z pryncypiów, zdolności do niezależności, otwartości i takiego wykonywania własnego zawodu, które przynosi przede wszystkim pożytek i piękno – sławę lub wpływy dopiero później. Zajmuje się środowiskami pod wieloma względami niemoralnymi, traktującymi siebie i innych w kontekście pożytku i przydatności. Przedstawia bohaterów oczekujących i wymagających, niekoniecznie od siebie – na ogół od innych. Pokazuje, jak kształtują się skomplikowane relacje, polegające na współpracy nastawionej na zyski i wpływy, związane ze służalczością i czynieniem propagandy. Zrywa tym, w oczach czytelnika, z pewnym dogmatem, wzorem pisarza, krytyka czy dziennikarza, który utożsamiany jest z takimi cechami, jak wolność, niezależność oraz indywidualność. Z jednej strony jest to obraz czasów, wyimek z naszej rzeczywistości, lat, kiedy władza związana była ze wszystkimi obszarami  życia, a kultura i tworzący ją działali niekoniecznie zgodnie z nadrzędnymi wartościami, wolnomyślicielskimi ideami, ale pod wpływem przyziemnych, mocno fizycznych pobudek. Tyrmand, przedstawiając takie sytuacje, ukazując nie tylko sam skutek, ale cały proces, dokonuje ewidentnej krytyki – jakże słusznej w świetle wolnościowych poglądów. Z drugiej strony jest to charakterystyka pewnej ponadczasowej, uniwersalnej postawy, zależności i niegodziwych współprac, odsuwających na dalszy plan wymienione wcześniej wartości.

Pisarzowi udało się tak przedstawić swoich bohaterów, by sportretować ich na dwa, wzajemnie przenikające i współtworzące się, sposoby: jednostkowy i zbiorowy. Równocześnie, za sprawą ciągłego ukazywania postaci w ruchu – kolejnych i rozwijających się znajomości, postępujących sytuacji, starań – pokazuje, jak złożony i integralny jest wykreowany przez niego świat, ciągle nie odchodząc od tego, by przeżycia i doświadczenia konkretnych postaci ukazywać przez pryzmat szerszej grupy. Taka perspektywa daje większąmożliwość poznawczą – nie tylko danych postaci, obserwowanych i czasie, i w towarzysko-społecznej przestrzeni, ale również całego, jakże złożonego, literackiego świata. Życie towarzyskie i uczuciowe to książka o ludziach idących na rozmaite współprace, wyzbywających się idei, niezależności i wolności, o środowiskach artystyczno-inteligenckich oraz o zawiłych relacjach międzyludzkich, realizujących się między teoretycznie bliskimi sobie osobami – na przykład między żoną a mężem. To książka śmiała i wymowna, zaskakująca wnioskami i spostrzeżeniami.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 1 kwietnia 2017

300. Karen Armstrong "Pola krwi. Religia i przemoc"

Zastanawiając się nad lekturą tej książki, łatwo dojść do wniosku, że będzie to kolejna pozycja, która traktuje o tym, jak wielce szkodliwe są religie, gdyż są źródłem przemocy, konfliktów oraz różnego rodzaju wojen. Autorka, co znamienne, nie podąża tą drogą, wręcz odwrotnie – podważa tę tezę, mówiąc o tym, że nie wszystko jest takie oczywiste i powierzchowne, że w tego typu sądach nieuwzględniane są pewne sytuacje, realia oraz zdarzenia – jakże istotne przy tak radykalnych orzeczeniach. 

Pola krwi. Religia i przemoc to pozycja ze wszech miar obszerna, dotycząca związków religii z przemocą i tym, co nazywamy terroryzmem. Jednak nie tylko, bo podążając w kierunku ukazywania rzekomych – bo autorka, jak wspomniałem we wstępie, daleka  jest od jednoznacznych ocen – relacji, przedstawiane zostają takie płaszczyzny danych wierzeń czy społeczności, jak zasady wyznawanej religii, jej historia, wpływy na codzienne życie oraz umiejscowienie jej w szerszym, zróżnicowanym środowisku. Karen Armstrong podążą w poszukiwaniu związków między religią a przemocą w poszczególnych epokach i okresach, zaczynając od starożytnego Sumeru, a kończąc na współczesności. Zajmuje się przede wszystkim trzema wielkimi: judaizmem, chrześcijaństwem i islamem, dopatrując się zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych wpływów i powiązań – z otoczeniem oraz innymi ideologiami. 

Karen Armstrong napisała książkę przede wszystkim przekrojową. Taką, z którą można prześledzić niezwykle długi i treściwy okres, skupiając się na kilku zagadnieniach, kilku elementach. Nie jest to przy tym pozycja nużąca, przytłaczająca i gubiąca czytelnika bogactwem – czy wręcz nadmiarem – informacji. Autorka panuje nad treścią, którą przekazuje niezwykle skrupulatnie, trzymając się głównych wątków i konstrukcji myślowych, prowadząc swoją narrację tak, że odbiorca obcuje nie tylko z uporządkowanym, zrozumiałym, dość lapidarnym tekstem, ale również z frapującymi opisami i interesującym biegiem wydarzeń. To ważne, ponieważ Pola krwi to książka duża – liczy niemało stron, dotyczy bardzo wielu epok i obejmuje wiele cywilizacji, kultur i miejsc. Wszystko, co zostaje przedstawiane, jawi się jako zajmujące, a przy tym logiczne – tworzące ciągi przyczynowo-skutkowe, zaczynające się w odległej historii, trwające do dziś. Realizują się przede wszystkim w tym, co aktualnie obserwujemy, zajmując się takimi zagadnieniami, jak terroryzm, poczucie ucisku wielu grup społecznych, zasięg największych religii czy występowanie pewnych enklaw kulturowych. Ta książka dotyczy wszystkich tych płaszczyzn, nie zamyka się tylko w tytułowej przemocy, choć istotnie to na niej skupia głównie swoją uwagę. Obejmuje jednak więcej obszarów i zależności, dzięki czemu możliwe jest śledzenie omawianego zjawiska z wielu perspektyw, m.in. subiektywnej i obiektywnej.

Pola krwi to wielka opowieść o religiach, a konkretnie o doświadczeniach wyznawców i tych, którzy zostali zmuszeni do praktykowania danego zestawu wierzeń. To historia uciskających i uciskanych, uwzględniająca szerokie grupy społeczne, które świadomie kontynuowały, przyjmowały – z przymusu lub dobrowolnej decyzji – tudzież odrzucały daną tożsamość. Karen Armstrong skupia się przede wszystkim na wzajemnych relacjach, dotyczących wielu zjawisk i postaw. Z jednej strony dostajemy obraz początku, kształtujących się religii oraz znaczenia wierzeń dla pierwszych ludów. Obserwujemy ich podejście, zmieniające się postrzeganie i zapatrywania, a także to, jak rozpowszechniała się dana wiara, jak wpływała na inne płaszczyzny życia i społeczności. W dalszych rozdziałach badana zostaje średniowieczna Europa, na czele z tymi wszystkimi wydarzeniami, które przez lata obrosły masą legend i przejaskrawień, i które bardzo często stosowane są jako poważny argument, który świadczyć ma o tym, jak wielkie zło wyrządza religia – zarówno w ogólnym kontekście, jak i odniesieniu do Kościoła Katolickiego. Autorka analizuje poszczególne zdarzenia, na czele z krucjatami, walką o władzę w Europie oraz różnymi konfliktami na linii papiestwo-władza świecka. Badając te relacje i związki, opisuje poszczególne agresje oraz wynikające z nich sytuacje, tworząc swoistą mapę – nie tylko średniowiecznych rozgrywek, ale istoty realiów, dotyczących zarówno ideologicznej, społecznej warstwy epoki, jak i pragnień poszczególnych środowisk. Armstrong pisze o różnych schizmach i podziałach, sprzeciwach i wystąpieniach, a także o przewrotnych relacjach, które rozgrywały się między sferą sacrum a profanum – Pałacem Apostolskim a poszczególnymi władcami, mniej lub bardziej współpracującymi z Kościołem. Drugim biegunem opowieści o związkach religii z przemocą, stojącym na równi z tym, który dotyczy konkretnych wierzeń i walk w imię konkretnego boga, jest nowoczesność, wynikająca w dużej mierze z oświeceniowych idei, spychających na drugi – jak nie dalszy – plan poprzednie zapatrywania, a wynoszący na piedestał państwo, obywatelstwo – jako wartości niemal boskie. Temu procesowi z dużą uwagą przygląda się autorka, dostrzegając pewne analogie do walk i sytuacji opisanych w poprzednich rozdziałach.

Myślę, że ta książka ma przed sobą niemałe zadanie, niezwykle istotne w dzisiejszych czasach. Weryfikuje pewne tendencje w myśleniu i postrzeganiu religii, pokazując, że nie sama wiara – jako taka – przynosi zło, że to nie ona jest matką wielu tragedii i niesprawiedliwości, ale porządek, w który bywa wbudowywana, i na którym jest osadzana. To właśnie przemoc i wyzysk, wszystko to, co związane z walką o rząd dusz i o prawo do decydowania, winne są tragicznym sytuacjom, do których dochodziło, i do których wciąż niestety dochodzi. Karen Armstrong pokazuje, jak integralny był kiedyś świat, jak zero-jedynkowo – za sprawą współwystępowania wiary i prawa – w związku z tym traktowano to, co inne i obce. To książka, którą należy przeczytać, by zrozumieć nie tylko przeszłość – tak mocno związaną przecież z religią – ale przede wszystkim teraźniejszość. Na przykład terroryzm.
5/6
 
Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 27 marca 2017

299. Jerzy Pietrkiewicz "Na szali losu"

Na szali losu to książka, którą czytać można na kilka sposobów, a każdy z nich jest równie dobry i cenny. Wynika to z faktu, że autor, prowadząc narracje autobiograficzną, nie skupia się na jednym, konkretnym, zjawisku, elemencie własnego życia, a prowadzi równocześnie opowieść o wszystkim tym, co go zajmowało i dotykało zarówno od strony wewnętrznej, jak i zewnętrznej.

Książka Jerzego Pietrkiewicza, pisarza, mniej znanego w Polsce, bardziej za granicą, to autobiografia, obejmująca istotny okres twórcy – od narodzin, w co wliczyć należy historię, tło rodziny – po wydanie pierwszej anglojęzycznej powieści, która, jak twierdzi sam twórca, stanowi swoistą granicę w jego życiu – wyznacza bowiem dwa okresy, dwie przestrzenie. Artysta, a także tłumacz, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Londyńskiego, kreśli zarys przeszłości, uwzględniając pochodzenie, dzieciństwo, edukację, znajomości oraz zderzenie z tragizmem II wojny światowej, która wyraźnie zdeterminowała bieg zdarzeń.

Na szali losu to książka, która opowiadając o losach jednostki, w tym wypadku autora, kreśli znacznie więcej, coś uniwersalnego, a mianowicie ogólny obraz sytuacji ludzi – w tym środowisk intelektualnych – żyjących w tych niełatwych czasach – w pierwszej połowie XX wieku. To pozycja, która pokazuje człowieka w tułaczce – i nie tylko wynikającej z sytuacji politycznej, ale również prywatnej. Autor, opowiadając o swoim życiu, pokazuje, jak skomplikowana i zawiła jest jego przeszłość, jak wiele doświadczył – w tym, niestety, nieszczęścia. Pokazując czytelnikowi dzieciństwo, okres dorastania i życia na wsi, wraz z rodzicami, ukazuje świat absolutnie nieuchwytny, dziejący się wśród wspomnień zapachów, postaci, obrazów, relacji i sytuacji dawno nieistniejących, zapomnianych. Bo to, o czym opowiada, to obraz dzieciństwa w pewnym sensie spełnionego, choć zwieńczonego wydarzeniami – śmiercią rodziców, bycia sierotą – ewidentnie tragicznymi. Pietrkiewicz, mówiąc o ojcu, o matce, o tym, jak mijały dni, wskazuje na swój kontakt z naturą, sielskość – przywołuje grzybobrania, jakże obecne w pamięci, jako pewny symbol tego, co minęło, nawet po latach, kolistość czasu, wynikającą ze zmieniających się pór roku, pracy przy obejściu, na przykład przy ulach. Opowiada o sobie, o swoich doświadczeniach i o rodzinie, a przy tym roztacza panoramę całej wsi, życia tożsamego z poszanowaniem praw natury, prostoty (i piękna, które z niej wynika), historii i obyczajów – i tych religijnych, i tych świeckich.

Pisząc o własnych losach, autor nie pomija zdarzenia granicznego, jakim była śmierć rodziców. Pisarz został bowiem osierocony już jako dziecko – między śmiercią matki a ojca nie minęło wiele czasu, raptem rok. Rozpatruje tę sytuację z kilku perspektyw – także czasowych. Opowiada o tym, jak potoczyły się sprawy, o kontynuowaniu nauki i o sytuacjach, którym musiał podołać. Mówi także o tym, jak odejście rodziców, a także następstwa z tym związane, wpłynęły na jego twórczość, zaznaczając coś, co, wydaje mi się, jest niezwykle intrygujące. Pisząc o odejściu matki, zauważa, że próbował opisać swoją relację z nią w Sznurze z węzłami, spostrzegając, że w obcym języku, w którym pisał tę powieść, mógł nabrać dystansu do pamięci i uczuć. To spostrzeżenie jest istotne nie tylko ze względu na pewne świadectwo związane z tworzeniem i radzeniem sobie przez człowieka z emocjami, ale także ze względu na to, co mówi o recenzowanej książce. Jerzy Pietrkiewicz ukazuje siebie, własną przeszłość, w moim przekonaniu, nieustannie w kontekście tworzenia, pisarstwa, co zdaje się "nagromadzać", "nawarstwiać" fakty, których suma ukazuje pewną zależność, tłumaczącą moment finalny, ostatni element autobiografii – wydanie pierwszej napisanej po angielsku powieści.

Na szali losu to książka o niełatwych czasach i równie trudnych doświadczeniach, ale pisana w sposób pozbawiony goryczy, pretensji. To zapis przeżyć i obserwacji, prowadzony niezobowiązująco i w pewnym porządku – autor przywołuje fakty, zdarzenia i spostrzeżenia, snując opowieść nie tylko o sobie, ale i o rzeczywistości, o wiadomym okresie. To historia jednostki wpleciona w ogólny bieg zdarzeń, dotycząca i tego, co piękne, i tego, co tragiczne. Pietrkiewicz z poszczególnych elementów własnego życia kreśli spójną opowieść, jakże bogatą – zwłaszcza w kontekście jego twórczości. To książka, po którą warto sięgnąć, chcąc poznać nie tylko losy autora, ale również historię emigracji, utraty i tworzenia. 

4,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 24 marca 2017

298. Vaclav Havel "Obywatel kultury"

Źródło
Spośród  literatury przynoszącej świadomą refleksję nad konkretnymi zjawiskami czy płaszczyznami życia, niepodobna nie uwypuklić roli eseistyki i tekstów poświęconych m.in. sztuce. Vaclav Havel, za sprawą Obywatela kultury, pozycji zbierającej pewien dorobek publikacji i wystąpień jego autorstwa, przemawia do nas, czytelników, niezwykle mocno i konkretnie, przedstawiając nie tylko własną refleksję na tematy związane z szeroko pojętą sztuką, ale przede wszystkim z tym, co było mu najbliższe – czeskim teatrem i szeroko rozumianą kulturą. 

Teksty, które wchodzą w skład Obywatela kultury, zaskakują przede wszystkim rozpiętością tematyczną, choć raczej może możliwościami wielorakiego spojrzenia i wielotorowej refleksji na zagadnienia i sprawy wychodzące z jednego źródła. Bo Havel pisze głównie o sztuce (m.in. teatrze i literaturze) oraz o sprawach społeczno-politycznie naglących, czyli o wszystkim tym, co dotyczyło go bezpośrednio – tym, co związane z realiami, w których żył. Co ciekawe, w jednym z tekstów pisze o tym, że nie sposób uciec w pracy twórczej – nawet niezwiązanej np. z sytuacją polityczną – od tego, co otacza autora, mając na myśli przede wszystkim wszelkiego rodzaju uwarunkowania mentalne i spory oraz zamieszania wynikające z konfliktów na szczeblu np. ustrojowym. Mówię o tym nie bez powodu, ponieważ wiele artykułów, oczywiście wskutek celowego działania, nie przypadkowego, podświadomego funkcjonowania w sferze tekstu, dotyczy polityki. I nie tylko takiej, która przychodzi na myśl jako pierwsza, a mianowicie refleksji dotyczącej aktualnej sytuacji, ewentualnych mankamentów i relacji ze społeczeństwem, ale takiej, która kreślona jest z wielu perspektyw. Havel bowiem, co znamienne, pisząc o czechosłowackiej sytuacji, porusza bardzo wiele zależności i ukazuje wyraźne ciągi przyczynowo-skutkowe, dotyczące nie tylko przebiegu, przemian i następstw, jakie niosą za sobą pewne decyzje, ale skupia się także na tym, co poboczne, a przy tym jakże istotne. Chodzi tu choćby różne relacje polityki z innymi płaszczyznami życia, zarówno intelektualnego, jak i codziennego, wśród których możemy wyróżnić takie sfery, takie jak kultura, teatr, postrzeganie rzeczywistości czy codzienne, najzwyklejsze, funkcjonowanie – związane z poziomem życia, aspiracjami oraz warunkami, w których należy się odnaleźć. Vaclav Havel pisze o swoich poglądach otwarcie i niezakłamanie, to jest tak, że w żaden sposób nie kryje się z tym, co sądzi, nie szuka łagodniejszych sposobów rejestrowania własnych myśli i spostrzeżeń – narażając się tym władzom. 

Obywatel kultury, jak sama nazwa wskazuje, to jednak przede wszystkim teksty poświęcone kulturze – na czele z teatrem i literaturą, dziedzinami jakże bliskimi autorowi. To eseje, rozprawy, artykuły i przemowy, poświęcone wielu zagadnieniom, zarówno szerokim, jak i wąskim – o konkretnym, możliwym do śmiałego ujęcia w pewne definicje czy klamry zasięgu lub znaczeniu. Twórca pisze o tym, co go spotyka, co obserwuje, ale także o tym, co odległe lub w nieustannym procesie. Zajmuje się wyszczególnionymi zdarzeniami i postaciami, tworząc szkice dotyczące twórczości poszczególnych autorów – choćby o Hrabalu – ale zwraca także uwagę na inne, znacznie szersze, w pewnym sensie nieosiągalne, zjawiska, takie jak zmieniające się podeście zarówno ludzi do sztuki, jak i sztuki do rzeczywistości. W fenomenalnym, jakże trafnym, rzetelnym i interesującym tekście, w Zaczarowanym kręgu, Vaclav pisze o przemianach zachodzących w sztuce, i dochodzi do takiego momentu, w którym próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest dorobek współczesności – z czego się bierze, jak się wyraża, na czym polega jego istota. Autor przygląda się ciągle zmieniającym się wartościom i definicjom, a także upadającym konwencjom i przekonaniom, zauważając, że im więcej wiemy o sztuce, tym dalsi jesteśmy od tego, by ubrać w słowa prawidła, które jej dotyczą, oraz wartości, jakie o niej świadczą. Mimo niełatwego tematu, co także jest cechą znamienną dla większości zawartych w recenzowanej książce tekstów, pisze przejrzyście i intrygująco, posługując się takim sposobem przedstawiania wniosków i takim sposobem konstruowania tez i obserwacji, który nie jest ani skrajnie relatywny, ani fundamentalny – ciągle ociera się o tzw. złoty środek, szukając rozsądnych rozwiązań. 

Jak już wspominałem, prace Havla charakteryzuje zrozumiały sposób pisania i prowadzenia myśli. Jednak, o czym należy niewątpliwie wspomnieć, autor wykazuje się niebywałą erudycją i przenikliwością, ubranymi w oszczędne środki wyrazu i  w swoistą powściągliwość. Teksty, o których mowa, pisane są bowiem z umiarem, rozumianym jako takie podejście, które rozumie wykładanie własnych spostrzeżeń w sposób najbardziej przejrzysty i dość lapidarny – tak, by odbiorca bez problemu zrozumiał przekaz np. artykułu, dość prędko docierając do jego meritum, sensu. Obywatel kultury dostarcza w ten sposób niemało informacji, pokazuje pewne drogi analizowania i odbierania sztuki, najczęściej prowadzące przez czeskie realia. Jednak nie tylko, bo to wtyczka do poznania znacznie szerszego obszaru, dotyczącego teatru, literatury, sztuki, kwestii socjologicznych i wszystkiego tego, co tworzy aktywnego człowieka, nieobojętnego na zewnętrzne wydarzenia.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.