niedziela, 15 października 2017

323. Janina Lesiak „O grzybach, rybach, kobietach i sensie życia – czyli rozmówki z Alusiem Curunią”

Z prozą Janiny Lesiak miałem już przyjemność. Dobrawa pisze CV, książka czytana przeze mnie na początku tego roku, skupiała się na kobiecie, Dobrawie, przedstawianej nie tylko w kontekście historyczno-dziejowym, ale przede wszystkim – o czym pisałem także w recenzji – na podstawie cech czy postaw, jakże mocno sprężonych z płcią, szeroko rozumianą kobiecością. Obraz, który we wspomnianej pozycji kreśli autorka, był dla mnie na tyle wyrazisty, charakterystyczny, że wieść, że w nowej książce portretowany będzie mężczyzna, była dla mnie równoznaczna z koniecznością lektury. 

O grzybach, rybach, kobietach i sensie życia – czyli rozmówki z Alusiem Curunią to opowieść o mężczyźnie, który – jak pięknie pisze wydawnictwo – jest na „nie”: nie czyta, nie posiada wykształcenia, nie pracuje, nie walczy z nałogami, nie oczekuje od życia dużo. Jednak mimo to ma całkiem wiele – spokój, naturę, czas, przyrodę, opanowanie i to, o czym można zapomnieć, tkwiąc w miejsko-korporacyjnej rzeczywistości, czyli – krótko mówiąc – siebie dla siebie. Siedzi na pieńku, pod sklepem albo na rybach, nie myśląc dużo, wygłasza mniej lub bardziej głębsze spostrzeżenia czy uwagi, dzięki którym nie tylko on, ale i czytelnik, wsłuchawszy się w ich przekaz, może dostrzec sposób na spokój i harmonię ducha.

Dużym mankamentem tej książki jest pewna przeźroczystość poszczególnych rozdziałów, a w rezultacie całej opowieści. Aluś Curunia jest postacią być może ciekawie wymyśloną, z jakimś wyraźnym zamiarem, w jakimś konkretnym celu, ale jego literackie przedstawienie jest jakby nieudolne, mdłe, nie dość ciekawe. Czytając kolejne rozdziały, wcale nie wchodzimy głębiej w jego życie czy w wykreowaną rzeczywistość, tylko przesuwamy się w stronę wyjścia, końca książki, ani nie zapamiętując, ani nie rejestrując treści. Wynika to, jak przypuszczam, z kilku rzeczy. Po pierwsze, z wyraźnej miałkości, raczej nie przewidywalności, ale z pewnością zwyczajności, typowego podejścia do „ważnych” spraw. Tytułowy bohater to postać prosta, niezłożona, jednak prezentująca prawdy życiowe i podejście w sposób całkiem niegłupi, uwypuklony nie tyle z odkrywczości, świeżości czy przenikliwości, ile z ewidentnej prostoty oraz siły, która z tej pierwotnej mądrości bije. Nie byłoby w tym nic złego, istotnie, ale wsadzenie powszechnych (co nie znaczy, że głupich czy nieskutecznych) spostrzeżeń w usta równie przewidywalnego bohatera nie może oczarować czy urobić czytelnika nieco bardziej wyrobionego. Sam pomysł na tę książkę był najpewniej taki, by prosty, nieczytający, raczej bierny, może trochę naiwny, bohater, taki, od którego prawd o świecie i cennych uwag raczej się nie spodziewamy, zaskoczył nas, mówiąc to, co tak naprawdę wiemy, ale o czym zapominamy – być może właśnie ze względu na oczywistość. W tym wypadku taki sposób konstruowania opowieści nie wychodzi, nie udaje się, bo nie ma tego czegoś, takiego punktu zaczepienia, który byłby dla czytającego powodem do wzmożonej czujności, uwagi w śledzeniu poznawanej historii.  O grzybach, rybach, kobietach i sensie życia czyta się trochę nieobecnie, jakby tylko przez ciało, bez koncentracji, wyłącznie na zasadzie dokończenia, doczytania książki. Ma to swój powód nie tylko w miałkości tego, co opowiadane, ale też w formie fizycznego (tekstowego) podania: rozdziały są bardzo krótkie, stanowią zapiski pojedynczych wyznań czy zdarzeń z życia głównego bohatera, nie wymagają zatem regularności czy ciągłości w czytaniu. Po drugie, budowanie wizji świata czy samej opowieści na opozycjach: (a niekiedy relacji) prosty świat kontra wielkie prawdy, intelektualistka kontra zwykły, może nawet ograniczony, niezainteresowany sztuką czy filozofią człowiek, zamknięty, rządzony podług starych zasad, świat kontra wymagająca, korporacyjno-konsumpcjonistyczna rzeczywistość już dawno się zdewaluowało, nie jest na tyle, na ile być powinno, sugestywne czy interesujące.

Jest w tej książce, poza bohaterem, jeszcze coś, co jest proste, niezmącone konsumpcjonizmem i wielkomiejskim rytmem – przyroda. Ta zdaje się odgrywać tu niemałą rolę, będąc nie tylko tłem, przestrzenią, w której Aluś Curunia bytuje, ale przede wszystkim dopełnieniem, pewnego rodzaju dopowiedzeniem rzeczy, które on opowiada. Proste historie i uwagi, wygłaszane przez bohatera, zdają się odzwierciedlać miejsce, w którym żyje – pełne lasów, natury i spokoju, który dookoła panuje. Czasem kwestie, które wypowiada tytułowa postać, rzeczywiście wpadają w banał, pseudomądrą narrację prostego człowieka o skomplikowanych (choć, jak się okazuje, nie tak pogmatwanych) sprawach, ale jest w tym wszystkim szczególny rodzaj uroku, coś, co nie pozwala zarzucić czytania. Może wynika to z dość rozczulającej kreacji głównego bohatera? Może z tego, co mówi, co jest przecież tak proste, a o czym często zapominamy? Może z miejsca, w którym to wszystko się dzieje, a za którym podświadomie tęsknimy? Trudno powiedzieć. W jednym z miejsc Aluś Curunia mówi, że ludzie często opowiadają o tym, czego nie było, a poeci już szczególnie. Bohater Janiny Lesiak mówi o tym, co jest, do czego chciałoby się co jakiś czas wrócić, naprzeciw masie, którą tworzymy, i czasom, w których żyjemy.

3,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 9 października 2017

322. Kara Thomas „Mroczne zakamarki”

Mroczne zakamarki to powieść z wielkimi możliwościami, z dużym kapitałem wstępnym. I choć wszystko, co początkowo zachwyca, intryguje, z czasem się rozmywa, rozlewa, ze względu na nieumiejętne prowadzenie fabuły, niewystępowanie żaru, który by podsycał napięcie, książkę Kary Thomas czyta się raczej dobrze.

Tessa, niechętnie wróciwszy do rodzinnej, niedużej miejscowości, Fayette, ponownie zostaje postawiona przed pytaniami i zdarzeniami z dzieciństwa, przed którymi przez lata próbowała uciekać. Doświadczenia, związane z morderstwem przyjaciółki, a następnie ze śledztwem i wpływem na decyzje sądu, nigdy nie wydawały się jej jasne, przejrzyste, a teraz, po powrocie na naznaczone tymi wydarzeniami miejsca, stają się jeszcze bardziej kłopotliwe i głośne – zwłaszcza ze względu na ponawiający się tok zdarzeń. W mieście ginie bowiem kolejna dziewczyna, a pytania o odpowiedzialnego za tę śmierć rodzą kolejne – o dawne morderstwa.

Mroczne zakamarki to nieumiejętnie poprowadzona opowieść o bardzo interesującej historii. Ta wyjątkowość wynika przede wszystkim z nastroju, choć raczej należałoby mówić o swoistej psychologizacji całej przestrzeni literacko-czytelniczej, związanej przede wszystkim ze sposobem budowania obrazów powieści oraz konstruowaniem narracji na bazie narastających niepewności co do toku wydarzeń. Dość wdzięcznie autorka opowiada o swoich bohaterach, skupiając się, nie mówiąc przy tym za wiele, na wielowarstwowym, złożonym lęku, z jednej strony toczącym, a z drugiej motywującym wykreowane postaci. Dostajemy do rąk książkę, która, choć powiela  znane scenariusze i rozwiązania fabularne, zwłaszcza w kontekście tego gatunku powieściowego, zaskakuje i intryguje, tworząc nie do końca przejrzystą historię. Wynika to z niedostępności głównego problemu, który – jak się wydaje – z tokiem akcji wcale nie okazuje się klarowniejszy, tylko odwrotnie – bardziej skomplikowany. Punkt wyjścia tej historii wraz z postępującą akcją staje się mglistszy, a na jego miejsce nachodzą kolejne wyzwania i zdarzenia, jednocześnie łączące i rozbijające ciągłość między konkretnymi wątkami. Bohaterowie, którzy chcąc uporać się z przeszłością, nie tylko własną, pojedynczą czy rodzinną, ale także związaną z innymi, obcymi ludźmi, muszą przebyć niełatwą podróż i w czasie, i w siebie, badając własne relacje, lęki, przypuszczenia oraz wiarygodność. Zajmując się tym, zastanawiają się, w jakim stopniu to, co doświadczyli, wyraża się w prawdzie, a w jakim we własnym wyobrażeniu rzeczywistości. Niezałatwione czy niedopowiedziane kwestie sprzed lat, naznaczające losy wielu osób, stały się jeszcze bardziej zawiłe, a czas, który sprawił, że pewne sytuacje wypłowiały, straciły konkretne kontury, w niczym nie pomógł. Wręcz odwrotnie – spotęgował niepewność wobec dawnych ruchów, determinując strach przed szeroko rozumianą przyszłością: nie tylko własną.

To, co z jednej strony jest dużą zaletą tej książki, z drugiej strony sprawia, że akcja powieści stopniowo się rozjeżdża, rozsupłuje, co z kolei zaciera napięcie i niszczy możliwość czytelniczej orientacji w literackim świecie. Ta wielowątkowość i wielopiętrowość problemów, z którymi próbują uporać się bohaterowie, początkowo zachwyca pewnego rodzaju realizmem (wszak takie jest życie; niezałatwione sprawy nigdy nie ucichają, a codzienność nie krąży wokół jednego zdarzenia czy wyzwania – wiele przeciwieństw ma miejsce w jednym czasie) i głębią. Głównie dzięki możliwości szerszego poznania bohaterów, bo ukazywanych na tle wielu wydarzeń, które, choć korespondują ze sobą, wydobywają z nich różne emocje, lęki lub pragnienia. Trudno powiedzieć, kiedy to wszystko wybucha, kiedy okazuje się, że niepodobna wyjaśnić jednej niejasności, nie zagłębiając się w inną, ale właśnie taka sukcesywność wydarzeń sprawia, że bohaterzy (a zwłaszcza główna postać), do pewnego momentu postawieni przed faktami, podyktowanymi trudnymi relacjami z innymi, nagle znajdują się w centrum pytań o przeszłość i o to, co się w niej zdarzyło. Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Co więcej, myślę, że to niemała zaleta tej książki, że tak wiele problemów nawarstwia się, a każdy z nich stanowi osobny, a przy tym integralny wobec głównego, wątek, jednak zwrócić uwagę należy na to, jak została zrealizowana ta piętrowość. Dość często autorzy robią to tak, że gdy bohaterowie dążą do wyjaśnienia jakichś spraw, wraz z postępującą akcją dochodzą do celu, rozwikłując po drodze poszczególne wątki, tworzące ostatecznie większą całość. Odbywa się to jednak w sposób stopniowy, zwodzący lub naprowadzający czytelnika w stronę realizacji głównego wątku. Kara Thomas postawiła na nieco inną taktykę, w tym wypadku nieskuteczną, niszczącą podstawę powieści – napięcie. W jednym momencie postaci zajmują się nie tylko tragicznymi wydarzeniami sprzed lat, śmiercią wielu dziewczyn, procesem i ukaraniem wskazanego przez nie mężczyzny, ale także szeregiem innych, myślę, że równorzędnych, problemów, które można ubrać w następujące pytania: kim był ojciec i matka głównej bohaterki? dlaczego matka separowała własne dzieci od ojca? gdzie jest matka? gdzie jest siostra jednej z postaci i jakie ma znaczenie w związku ze śmiercią jednej z dziewczyn? czy aby na pewno skazany za zabójstwo był tym, za którego go wzięto? czy decyzje, które wówczas wydawały się jednoznaczne, z pewnością były słuszne? Można by tak rozebrać akcję na jeszcze wiele innych pytań, jednak te, zadawane w tym samym momencie, nie na zasadzie pogłębiania głównego wątku, a na realizowania wielu różnych, zdają się najogólniej odpowiadać fabule Mrocznych zakamarków. Piszę o tym, ponieważ ta mnogość pytań, zadawanych i bohaterom, i czytelnikom, rozprasza uwagę i rozbija akcję, dając poczucie nie gęstości, a właśnie niezorganizowania opowiadanej historii. W chwili, gdy bohaterka działa na wielu polach (szukając matki oraz siostry,  grzebiąc w policyjnej przeszłości rzekomego zabójcy, ponownie odczytując wydarzenia z dawnych lat, poznając współczesne realia zostawionej przez siebie miejscowości i społeczności, badając losy ojca, ponownie penetrując przeszłość w celu zweryfikowania dawnych decyzji oraz nazwania wątpliwości i lęków), stajemy się uczestnikami rozbijania akcji, demontażu napięcia, ponieważ zamiast dążyć do poznania finału głównego problemu, skupiamy się na doraźnych kwestiach, równie pogmatwanych i wymagających zaangażowania. Spada przez to zainteresowanie dalszymi rozdziałami, najpewniej przez brak widocznej ciągłości czy kolejności zdarzeń – zanim bohaterzy uporają się z jednym problemem, pojawiają się nowe, kolejne, więc ten pierwszy, powiedzmy, że istotniejszy dla akcji, staje się mniej aktualny, nieco zapomniany.

Powieść Kary Thomas to książka, której przeczytanie wymaga pewnego zaparcia, związanego z przekopywaniem się przez lawinę wątków i niejasności, mniej lub bardziej kluczowych dla istoty opowieści. Sięga się jednak po tę powieść chętnie, z wyraźną ciekawością, najpewniej wynikającą z klimatu oraz atmosfery, jakże gęstej i tajemniczej. Myślę, że rozłożenie w czasie licznych wątków tudzież ich realizacja poprzez hierarchizowanie i stopniowanie pomogłoby powieści, dając czytelnikowi poczucie wytchnienia i zrozumienia, a samej akcji większą potoczystość i szybsze tempo. Mroczne zakamarki to mimo wszystko książka ciekawa, tworząca w małej społeczności wielką opowieść o tym, co minione, a także o strachu i o nieuniknionej odpowiedzialności za własne oraz cudze decyzje.

4/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MUZA.

poniedziałek, 25 września 2017

321. Michał Gołkowski „Komornik. Rewers”

Tak jak nie przepadam za fantastyką, tak uwielbiam książki Gołkowskiego. To niebywałe, ale cała ta opowieść, którą proponuje kolejna część Komornika, choć w pewnym stopniu wymija się z moimi czytelniczymi preferencjami, absolutnie mnie urzeka i intryguje – uniwersum wykreowanego świata, językiem, poczuciem humoru, sposobem obrazowania... no, wszystkim. Michał Gołkowski to niezwykle sprawny pod względem warsztatu pisarz, tworzący zupełnie nieprzeciętnie i oryginalnie.

Apokalipsa, ta straszna, pisana dużą literą, strasząca i budząca przerażenie od wieków, krzycząca na grzesznych ludzi ze świętych ksiąg, nie wyszła. Po prostu. Nie udała się, nie wybrzmiała, nie dokonało się to, co dokonać się miało. Co teraz? Nic. Właśnie nic. Dobro i Zło jeszcze mocniej rywalizują ze sobą, a pozycja Góry, zwłaszcza jej niezachwiany autorytet oraz dominacja, jest zagrożona.  W tym świecie, na poły nieżywym, zgładzonym, na poły trwającym, ocalonym, przetrwanie okazuje się nie lada wyzwaniem, zwłaszcza dla kogoś, kto, ścigając jedną z postaci, Jonasza, udaje się w podróż do piekielnego Rewersu, a następnie zobowiązuje się do opieki nad kimś, kto dla dwóch stron, dobrej i złej (choć trudno w tych warunkach mówić o takim podziale), stanowi cel walki – warty największego poświęcenia.

O Rewersie mogę mówić wyłącznie w superlatywach. Inaczej nie sposób, po prostu. Bo to książka, która wciąga i zachwyca, przede wszystkim oryginalnością i niewymuszeniem, które charakteryzuje świetne, zapadające w pamięć pozycje. Co mam na myśli? To, że cała ta historia, choć toczy się w oparciu – o czym zaraz – o znaną nam rzeczywistość, o zastane przez nas prawidła, konteksty i wartości, tak naprawdę realizuje się podług zupełnie innego sposobu myślenia i wyzwań, z którymi muszą uporać się bohaterowie. Gołkowski tworzy absolutnie odrębny język opowieści, a także niezależną, niespotykaną przestrzeń, w której umiejscawia wykreowane przez siebie relacje oraz zdarzenia. Jego świat to miejsce z jednej strony raczej nierealne, widocznie przerysowane, a z drugiej realistyczne, zrozumiałe. Wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze, autor niezwykle trafnie potrafi opowiadać. Książki Gołkowskiego umożliwiają nie tyle śledzenie konkretnej historii, poznawanie jej toku, ile wysłuchiwanie niewiarygodnych opowieści, przedstawionych jak najbardziej w wiarygodny i interesujący sposób. Ten rodzaj narracji zahacza o gawędę, a także bliski jest czytelnikowi i jego odczuciom. Co rusz odwołuje się do jego doświadczeń czy znanych kontekstów kulturowo-społecznych, niekiedy idących w stronę politycznych wojenek. Widać, co także wpływa na sam proces czytania, a o czym już mówiłem, spostrzegając wyraźną lekkość, niewymuszenie, że autor Komornika eksperymentuje i formą, i językiem, i opowieścią, bawiąc się całą literacką materią. Bo choć jest zabawnie, czasem niepoważnie, a pewne rzeczy są przejaskrawione, to wszystko – nieskomplikowanie mówiąc – trzyma się kupy, tworzy jedną interesująca całość, która – co istotne – jest jak najbardziej na poważnie, która została rozsądnie przemyślana i skonstruowana. Po drugie, Gołkowski bardzo umiejętnie wyposaża tworzone przez siebie światy, uprawdopodobniając tym samym ich istotę. Opisuje nie tylko zachowania między bohaterami, ale też relacje między postaciami a panującą rzeczywistością. Właśnie na podstawie tego drugiego powiązania generujemy opinię o literackich realiach, tworząc zarys, obraz tego świata, złożonego z wielu mniejszych światów i nadświatów.

To, co przede wszystkim urzeka, to oryginalność. Michał Gołkowski rzeczywiście pisze niebanalnie, proponując czytelnikom i czytelniczkom pozycje, które intrygują. Zarówno opowiadanymi historiami, przedstawianą rzeczywistością, jak i samym sposobem narracji tudzież językiem. Ironia i groteska, którymi autor Komornika gra najczęściej, wprowadzają tę lekturę na nieco inny poziom. Bo czytając o tym, co obrośnięte świętością, mitem i legendą, obcujemy nie tyle z prześmiewczym tonem, ile z rodzajem pewnego dystansu i podejścia, w myśl którego do wszystkiego może wkraść się błąd – nawet do świętości czy boskości. Zresztą – zapewne tak jest. Parodystyczny styl opowiadania, konstruowanie bohaterów na zasadzie opozycji (zarówno wewnętrznych (protagoniści i antagoniści), jak i zewnętrznych (np. Jezus powieściowy i Jezus biblijny)), a także widocznie hiperbolizowanie wydarzeń, niekiedy bawią, niekiedy zaskakują, niekiedy dają wytchnienie, ale zawsze zapewniają poczucie polotu i nieprzewidywalności. Michał Gołkowski wymyślił sobie świat na własnych prawach, zupełnie odrębny, jednak bazujący – choć na opak – na wartościach, tradycjach i kontekstach, które znamy. W Rewersie jest nie tylko apokaliptycznie czy biblijne, ale także społeczno-kulturowo, zwłaszcza we współczesnym wydaniu. Autor dystansuje się od tego, co niby ważne, wsadzając w usta bohaterów nieprzystające zwroty czy opinie, tworząc tym samym nowe obrazy znanych konwencji i sytuacji. Dużo tu prześmiewczości, zabawy, odbierania wartości pryncypiom, a mimo to wszystko jest jak najbardziej na poważnie i realnie.

Druga część Komornika potęguje zainteresowanie całą serią. Gołkowski jest surrealistyczny, zabawny i ironiczny, bazuje na przenikliwości zarówno własnej, jako pisarza-obserwatora, jak i czytelnika, dostrzegającego wszystkie nawiązania kulturowo-społeczne. Dużo tu odwołań do popkultury, Kościoła, obecnego społeczeństwa, co sprawia, że postapokaliptyczna obraz jest nie tylko prześmiewczy, ale także aktualny – ubrany w nasze realia. To książka interesująca, niebanalna, zdecydowanie warta do przeczytania – zwłaszcza dla tych, którzy zakorzenili się już w Komorniku, poprzedniej części.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 19 września 2017

320. Johanna Mo „Tak sobie wyobrażałam śmierć”

Nie tak sobie wyobrażałem śmierć. Oczywiście tę, o której mowa w tytule recenzowanej książki. Nie tak, inaczej. Zupełnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem rozczarowany, niezadowolony z tego, że poświęciłem trochę czasu tej pozycji, jednak musiałbym skłamać, mówiąc, że polecam ten kryminał.

Helena Mobacke, policjantka, wraca do pracy po długiej przerwie, spowodowanej tragedią rodzinną. Bohaterka, wciąż zmagając się z traumą, którą ów wydarzenie wywołało, mimo dawnego zaangażowania w dochodzenia oraz wysokiej pozycji zawodowej, nie do końca radzi sobie z zadaniami, które ponownie stawia przed nią zawód w policji. Walcząc z wewnętrznym załamaniem i głosami przeszłości, wyjaśnia sprawę wtrącenia pod metro młodego chłopaka, którego śmierć niesie ze sobą nie tylko chaos w mieście, ale także kolejne morderstwa.

Tak sobie wyobrażałam śmierć to książka typowa dla swojego gatunku. Niestety, niepoprawnie typowa. Wszystko, co się dzieje, realizuje się podług scenariusza czy planu, którego treść mości się w świadomości czytelnika, znającego choć trochę prawidła współczesnych kryminałów. Dostając opowieść o niespodziewanym przestępstwie, wepchnięciu młodego chłopaka pod pociąg, które stara się wyjaśnić wypalona, doświadczona przez los policjantka, tak naprawdę dostajemy cały zarys tego, co nas czeka – aż do samego końca. Tu nie chodzi o samą konwencję, podstawę tego rodzaju powieści, ale o pewną oczywistość, sposób przedstawiania i świata, i akcji, który, jak się zdaje, bazuje na dobrze znanych, naiwnych wręcz, taktykach. Mamy policjantkę po przejściach, zmagającą się z pracą zarówno na płaszczyźnie stricte zawodowej, jak i prywatnej, walczącej z rozpadem wewnętrznym, która, poznając coraz szerzej prowadzone śledztwo, obcuje z własnymi lękami i obawami. Nie byłoby to w istocie złe, można by wykorzystać – także w znany sposób – tę sposobność do kreślenia wielowarstwowego portretu psychologicznego, gdyby osobowość bohaterki była nie tyle spostrzeżona, zauważona, ile po prostu przedstawiona. Bo choć wiele mowa o Helenie Mobacke, o jej losach i przeżyciach, a trauma, która jej towarzyszy, powraca w narracji – nieco nachalnie – jak bumerang, tak naprawdę nic nam o niej nie powiedziano, niczego nie pokazano. Owszem, narrator kreuje opowieść o policjantce-zrozpaczonej matce, żyjącej na progu dwóch światów, dzisiejszego i dawnego, ale to jedynie jego uwagi, jego słowa – ciągle podkreśla bowiem świadomość braku syna, poczucie pustki, która wynika z nieobecności ukochanego dziecka. Nie ma to jednak nic wspólnego z decyzjami czy zachowaniami bohaterki, bo ta zdaje się postacią wyłącznie nakłutą kilkoma cechami i stanami, żyjącą jednak dość standardowo, schematycznie – bez szczególnych rys czy pęknięć. To, co o niej wiemy, to uwagi narratora, nie czytelnicze obserwacje. Poznajemy ją przez słowa, nie czyny, co sprawia, że jej odbiór ma charakter powierzchowny, przejrzysty, raczej mało wielowymiarowy. Brakuje takich scen, jak ta, gdy Helena nie wytrzymuje emocji, które towarzyszą przekazywaniu informacji o śmierci dziecka, i wychodzi z pomieszczenia, zostawiając tym swojego współpracownika bez wsparcia. Takie wydarzenia pozwalają spostrzec bohatera inaczej, dostrzegając, że jest nie tylko elementem opowiadanego świata, ale i jego usposobieniem – właśnie poprzez czyny czy zachowania, które w jakiś sposób świadczą o specyfice postaci. Ma miejsce natomiast natłok, w pewnym momencie nieznośnych już, uwag, dotyczących Antona – syna bohaterki. Zdaję sobie sprawę, że jest on tu postacią istotną, gdyż z jego braku wynika emocjonalny stan policjantki, jednak tak nieudolnie i nachalnie przemycana jest opowieść o nim, przewijająca się dosłownie co rusz, co chwilę, wciąż w tym samym kontekście, że zaczyna odgrywać nie tyle drugi plan, źródło zachowań Heleny, ile objaw nieudolnego budowania literackiego świata oraz osobowości Mobacke.

O ile mało można powiedzieć o samych bohaterach, gdyż są nie dość przedstawieni, ukazani, o tyle nie sposób powiedzieć, że samo dochodzenie nie wciąga lub nudzi. Racja, jest równie typowe, co cała opowieść, bazuje bowiem na znanych prawach i sposobach konstruowania tego typu narracji, jednak ze względu na tempo porywa. Tę książkę czyta się prędko, raczej bez wysiłku, poświęcając jej odpowiednio dużo uwagi, by oderwać się od doczesności na kilka godzin. Tak sobie wyobrażałam śmierć kładzie nacisk na postępowanie, nie zaś na same zabójstwa, naturę antagonisty czy pościgi. To raczej powieść, której akcja dzieje w murach komendy, gdzie zespół funkcjonariuszy bada i rozpatruje nie tylko powody dokonanych przestępstw, ale również potencjalne następne uderzenia – na kolejne ofiary. Szukanie powiązań między tymi, którzy już skończyli na torach metra, wnikanie w ich życie i szukanie ewentualnych wydarzeń z przeszłości, będących źródłem ich nieszczęścia, robienie wywiadów oraz badań terenowo-społecznych to zadania, którymi głównie zajmują się bohaterowie powieści. Poświęcając się w pełni tym wyzwaniom, zatracają właściwie własne osobowości. Śledzimy ich bowiem wyłącznie w kontekście zawodowych czynności – cała książka została ograniczona zatem do tego, nie pozostawiając miejsca np. na portrety psychologiczne postaci. Dlatego uważam, że grubą przesadą jest opis wydawcy, głoszący, że Tak sobie wyobrażałam śmierć nikogo nie pozostawi obojętnym. Zostawi, i to w moim przekonaniu nie jedną osobę. Wynika to właśnie z przejrzystości tudzież miałkości postaci (w tym głównej bohaterki), braku tego czegoś, tej iskierki, która napędzałaby literacki świat, wyróżniając go z wielu innych. Czyta się jednak tę książkę swobodnie, raczej bez literackich czy emocjonalnych uniesień, ale – co ważne – z poczuciem zainteresowania. Dla zabicia czasu lub w trakcie dłuższej podróży.

3/6

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 15 września 2017

319. Ołeksij Czupa „Dziesięć słów o ojczyźnie”

Problemem Dziesięciu słów o ojczyźnie jest budowanie prawdziwego obrazu na zupełnie nierealnym fundamencie, oderwanej od rzeczywistości podstawie. To frapujące, ale tak w istocie jest. Narracja snuta przez autora kieruje się w stronę aktualnego portretu zarówno – powiedzmy – konkretnego ukraińskiego problemu, jak i pewnych wyobrażeń, krocząc po drodze zupełnie dalekiej od tego, co możliwe. Bo wszystko, co opowiedziane, choć sili się na to, by brzmieć wiarygodnie, obraca się w przerysowaną historię, niekoniecznie zakończoną wnioskiem czy morałem.

Ołeksij Czupa napisał powieść jak najbardziej na czasie. I nie tylko ze względu na to, że dotyczy wyzwań, przed którymi stoi współczesna Ukraina, ale także dlatego, że porusza temat emigracji i wszystkiego tego, co związane z ojczyzną. Samo pojęcie ojczyzny, rozumiane tutaj naprawdę szeroko, zdaje się słowo-kluczem, przewijającym się na kilku płaszczyznach: konkretnego znaczenia, tożsamości, wyobrażenia oraz pochodzenia. Wszystkie te perspektywy nakładają się na siebie, tworząc coś, co można odbierać w kategoriach więzi, które łączą każdego nas nie tyle z daną przestrzenią, ile sumą obrazów i doświadczeń, umiejscawiających nasze pochodzenie w konkretnym regionie. Przynależność realizuje w tej opowieści ważną rolę, związaną z ojczyzną – jednak, jak już pisałem, nie narzuconą, a nieświadomie wybraną, np. jako skutek pewnych decyzji czy wyborów, niekoniecznie naszych, których źródła możemy szukać we wczesnym dzieciństwie. Należałoby się tutaj zastanowić, co tak naprawdę sprawia, że pewne miejsca traktujemy jako swoje, jako wybrane do tego, by w nich mieszkać, powołując się na przykład na powinność względem siebie czy historii, a co deklaruje nas do wiązania się z danym regionem czy miejscem. W świecie Czupy brak refleksji nad tymi zagadnieniami, nad ogólnie rozumianym pochodzeniem, a występuje wyłącznie coś znacznie silniejszego – osobliwy pociąg, niezdarte przekonanie o konieczności decyzji o powrocie do macierzy, determinujący postanowienia. Dziesięć słów o ojczyźnie to pod tym względem powieść o przemianach, a właściwie – gdyby spojrzeć na to odwrotnie, z drugiej strony – o ich braku. Przebywanie  na obczyźnie, choćby i długie, nie jest w stanie pozbawić człowieka tego, co – zdaje się mówić książka – najcenniejsze – tożsamości czy poczucia przynależności. Można cieszyć się lepszymi warunkami, wyglądać nawet perspektyw, jednak świadomość pochodzenia czy przeznaczenia (związanego właśnie z miejscem, z którym czuje się więź) zwycięża, ostatecznie wpływając na decyzje czy wnioski. I dotyczy t nie tylko przebywania na emigracji. Także przeszłość, choćby już „załatwiona”. „ustalona”, nie jest poza nami – to, co identyfikowaliśmy za własne, co naznaczone jest naszą – powiedzmy, że w tym przypadku ojczystą, narodową czy rodzinną – ofiarą, zawsze będzie pobrzmiewać nutą nostalgii czy tęsknoty, niezależnie od poprawności politycznej czy uwarunkowań, które wynikają z nowego porządku lub ustaleń. W takich sytuacjach znajduje się zarówno Roman, przybysz ze wschodu, z Ukrainy, jak i Kochanowska, pisarka mieszkająca w Polsce. On, będąc dość długo za granicą, coraz mocniej – mimo wysokiej stopy życia – tęskni za ojczyzną, ona zaś, mówiąc o Lwowie, podkreśla jego polskość oraz wartość. 

Dziesięć słów o ojczyźnie, wbrew oczekiwaniom, popada w schemat, sentyment. Mamy do czynienia z dość przewidywalną – mimo próby zagrania podrzędnym utworem (pisanym przez bohaterkę) w głównej opowieści – narracją, podpartą niezłożonymi skrótami myślowymi, istniejącymi w imię takich przeżyć i wartości, jak pochodzenie, ojczyzna, tęsknota czy emigracyjna przemiana. Główny bohater doświadcza nieszczęścia, przypadkowo jednak trafia na kobietę, która oferuje mu w obcym kraju pomoc. Z czasem zaczyna ich łączyć coraz głębsza relacja, którą Roman stara się skrzętnie ukryć, wszak wyjechał z Ukrainy nie sam, a z ukochaną narzeczoną. Rozmowy, które toczy z Polką, oczywiście, dotyczą emigracji, wątków patriotycznych, poczucia tożsamości oraz historii, i choć ułożone są rzekomo pod książkę, którą Kochanowska pisze, to tak naprawdę to one, wraz z enigmatyczną relacją, grają pierwsze skrzypce w opowieści. Spostrzegam to nie bez powodu, ponieważ właśnie ten obraz bohatera – będącego z ukochaną w obcym kraju, decydującego się na wyjazd ze względu na trudne warunki i brak perspektyw, tęskniącego, mimo wszystko, za ojczyzną – jawi się dość przewidywalnie, co sprawia, że niepodobna nie przewidzieć, co będzie miało miejsce dalej, na jakie tory zejdą opowieść o Kochanowskiej i Romanie. Oczywiście, to powieść prawdziwa i smutna, bo czerpiąca z przykrych ludzkich doświadczeń, ale przez poprowadzenie i sposób opowiadania także nieodkrywcza, wtórna. To, o czym pisałem wcześniej, czyli budowanie realnej opowieści na mało prawdopodobnych fundamentach, wpisuje się w listę mankamentów tej książki, gdyż zabiera jej specyficzny rodzaj prawdomówności. Oczywiście, może się zdarzyć tak, jak najbardziej, że komuś, kto zdecydował się na emigrację i kogo okradli w obcym kraju, pomaga zupełnie obca kobieta, oferująca mieszkanie i pieniądze, w zamian za pomoc przy pisaniu książki, ale nagromadzenie dość niemożliwych zdarzeń (np. półroczne przebywanie niewidomej bohaterki, Ołeny, w Polsce, związane z licznymi spacerami po mieście, naznaczone przekonaniem, że przebywa w.... Pradze (a przecież na ulicach słychać np. polski język)) niszczy rodzaj możliwego współczucia czy utożsamiania się problemami bohaterów. Książka, którą pisze jedna z postaci, z czasem wkracza we właściwą akcję powieści, próbując przechytrzyć czytelnika, sprawiając, że zacierają się dwa plany – literacki, czyli ten właściwy, głównej opowieści, oraz podrzędny, czyli wynikający z powstającego w trakcie akcji utworu. Niestety, okazuje się to nieskutecznym sposobem gry z odbiorcą, ponieważ „książka w książce” nie wydaje się interesująca, a sytuacja, gdy jej akcja wkracza w akcję utworu nadrzędnego, zdaje się bardzo naciągana i nierealna.

Ołeksij Czupa zabiera tą książką głos w sprawach ważnych i aktualnych. Robi to jednak nie dość wyraźnie i nie dość wymownie, zarysowując wyłącznie jakiś kontur myśli czy sytuacji, pozostawiając przy tym problemy w stanie niedopowiedzianym. Bohaterowie, o których opowiada, zdają się istnieć jednocześnie i w konkretnym świecie, i w pewnej uniwersalnej krainie, jakby bez wyrazu. Bo choć wiadomo, gdzie żyją, skąd pochodzą, ta ich „tutejszość” nie jest widoczna, nie jest rozpatrzona – jest jedynie wspomniana. Ich czyny nie świadczą o wyraźnej osobowości czy tożsamości, odzwierciedlają wyłącznie pojedyncze sytuacje, w których uczestniczą. To książka bardziej o niecodziennym splocie wydarzeń z życia trójki bohaterów niż opowieść o tożsamości i narodowości, Polsce i Ukrainie.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 11 września 2017

318. Maurice Maeterlinck „Życie pszczół”

Doceniam zauważalną popularność książek dotyczących natury. Nie da się ukryć, że półki w księgarniach, za sprawą kilku znaczących premier, zapełniają się tego rodzaju wydawnictwami, serwując tym czytelnikom opowieści o świecie, który, choć dobrze znamy, okazuje się równie niezwykły, niejednoznaczny i enigmatyczny, co nasz, ludzki. Wśród tego typu pozycji istotną rolę odgrywają dla mnie te autorstwa Maeterlincka, noblisty, ponieważ proponują fascynującą wyprawę w świat roślin lub zwierząt, przynoszącą refleksję nie tylko nad badanym zjawiskiem czy życiem, ale także nad nami – naszą istotą i rolą.
 
Inteligencja roślin, poprzednia książka tego autora, także wydana nakładem MG, zabierała czytelnika między innymi w świat kwiatów, przedstawiając narrację o tytułowej inteligencji, o prawach, które determinują życie roślin, o przyzwyczajeniach i metodach, które pozwalają na bezpieczne istnienie i przystosowywanie się do zewnętrznych warunków. Lektura Życia pszczół, podobnie jak wspomnianej poprzedniczki, osadza nas nie tyle w roli obserwatora czy ucznia, zobligowanego do tego, by przyjmować z uznaniem przekazywaną wiedzę, ile w pozycji współuczestnika opowieści, któremu zadawane są pytania (nie zawsze wprost), odwołujące się do jego obserwacji czy doświadczeń. To ważne, bo Maurice Maeterlinck wchodzi w dyskusję z odbiorcami, w pewien sposób będącymi współtwórcami nie samej treści, ale wydźwięku tej książki. Z czego to wynika? Ano z tego, że autor, jak wspomniałem wcześniej, mówiąc o samej książce, nie jest mędrcem, postacią, która każe nam usiąść i słuchać, tylko współrozmówcą, opowiadającym nam nie akademicko, a zwyczajnie, bez nadęcia i przesady, o świecie, który jest z jednej strony tak bliski, a z drugiej tak odległy. Pszczoły, bo to one są bohaterkami, jawią się nam – i za sprawą własnych zachowań czy cech, i za sprawą sposobu narracji – wyjątkowo, jako te, którym przypisujemy nie dość inteligencji, nie dość kultury, upraszając ich rolę do podstawowych zadań, opisanych w szkolnych podręcznikach. Mało tego, autor nie tylko opowiada, ale przede wszystkim fascynuje – najpewniej za sprawą podejścia. Stawiając te dwa światy, nasz i pszczeli, w jakiś sposób na równi, tworzy szeroki obraz rzeczywistości, która roi się od pytań – o nasz sens i rolę. Bo skoro potrafimy, odpowiednio zanurzając się w temacie, wyzbywając się podejścia, w myśl którego jesteśmy najwspanialsi i najważniejsi, dostrzec już nie tylko pierwiastek idealności (który związany jest z każdym istnieniem), ale i pewnego rodzaju organizację oraz kulturę w ulu, czy nie powinniśmy przedefiniować lub choćby zastanowić się nad własnym gatunkiem, a zwłaszcza nad tym, co sobie – jako ludzie – przypisujemy? Być może dlatego autor bada pszczoły okiem człowieka, jednak nie człowieka-pana czy człowieka-wodza, ale takiego, który ani nie wyklucza, ani nie dzieli – zauważa jedynie, jak wiele w tym, czemu nie przypisujemy wielkiej inteligencji czy zamysłu, geniuszu i przemyślenia.

Życie pszczół jest tak naprawdę książką pograniczną, bo na poły naukową, biologiczną, na poły filozoficzno-humanistyczną. To przede wszystkim rzetelnie napisana pozycja, nie tylko na płaszczyźnie naukowej. Sam język, sformułowania, sposób przedstawiania obserwacji i wniosków także zachwycają – głównie wysublimowaniem i lekkością, która jest znamienna dla wielkich pisarzy, lepiących, jakby bez wysiłku, ze słów wielkie opowieści. Właśnie tak, w ten sposób, odbiera się recenzowaną książkę, gdyż czytanie owocuje nie tylko, jak już mówiłem, w informacje stricte naukowe, ale także w literacki zachwyt oraz filozoficzne przemyślenia. I tutaj należałoby się przyjrzeć tym przemyśleniom, bo do tych – co piękne – dochodzi się w niebywały sposób. Maurice Maeterlinck, opowiadając o pszczołach, kreśli dwutorową narrację, sklejoną – jakby się mogło wydawać – z dwóch odległych dziedzin, tworzącą w tym wypadku jedną integralną i przekonującą historię, rzeczywiście wpływającą na czytelnika. Co mam na myśli? A to, że obserwacje, które są prowadzone, łączą w sobie różne sposoby percepcji – w tym zdeterminowaną na konkret i otwartą na dywagacje, naukową i humanistyczną, pragnącą szczegółu i wyrażającą się w braku oczywistości. To niezwykłe, ale właśnie dzięki takiemu podejściu dostajemy dzieło, które wykracza poza zwykłe odnotowywanie faktów – co być może byłoby praktyczniejsze dla autora, bo stawiałoby to czytelnika przed czymś, co jest z góry założone, z czym niepodobna polemizować – i zahacza o niewybrzmiałe dyskusje o sens i o naszą kondycję. Autor ciągle przypomina o tym, że to, co może wydawać się nieprzemyślane, nieidealne lub przypadkowe, tak naprawdę takie nie musi być – bo gdyby postawić (a być może taki ktoś już stoi, o czym po prostu nie wiemy?) nad nami istotę wyższą w rozwoju, która oceniałaby nasze zachowania, czyż to, co dziś uważamy za genialne, nie mogłoby uchodzić za głupie? Zadane pytanie nieustannie pojawia się w książce, sprawiając, że narracja wyzbyta jest z antropocentryzmu, a nacechowana obiektywnością i słusznym założeniem, że nie jesteśmy najważniejsi.

Życie pszczół wydaje się pozycją ważną i niezmiernie ciekawą. Śledzi nie tylko los tytułowych owadów, opowiadając o ich życiu, o budowaniu ula, o zachowaniach i przyzwyczajeniach, o relacjach,  o powtarzalnych cyklach i właściwie plemiennych postawach (rywalizacjach czy walkach), ale także stara się opowiedzieć coś o ich istocie, czymś nieuchwytnym – duchu ula. To książka piękna i mądra, ważna i niezwykła. Dostarcza szeregu informacji, jednak zajmuje jak dobra powieść. I właśnie w tym, moim zdaniem, tkwi jej niezwykłość oraz urok – wznosząc się ponad detal i docierając absolutnie do jądra, choć chciałoby się powiedzieć, że do serca ula, kładzie nacisk na szczegół i konkret. Z jednej strony opowiada filozoficznie usposobioną historię o mądrych pszczołach, skupiając się i na ich cechach, i naturze, a z drugiej pozwala się przejrzeć czytelnikowi w zwierciadle, weryfikującym przekonanie o jego wyjątkowości.

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

środa, 6 września 2017

317. Julian Hardy „Jazda na rydwanie”

Z naprawdę dużą przyjemnością zasiadłem do lektury Jazdy na rydwanie. Wynikało to zapewne z pokaźnych rozmiarów tej książki, liczącej – przy dość dużym formacie – aż 550 stron. Prędko się jednak okazało, że powieść nie do końca mi odpowiada, co sprawiło, że czas czytania był proporcjonalny do długości samej powieści. 

Myślę, że należałoby powiedzieć to na początku, by wyciągnąć karty na stół, demaskując główny mankament tej książki: widoczny jest brak redaktora. Takiego, który powiedziałby, co jest złe lub niepotrzebne, co sprawia, że czytanie może nastręczać trudności, zniechęcających lub nudzących czytelnika. Nie da się ukryć, że Julian Hardy prezentuje odbiorcy dużo. Właściwie – za dużo. Jego opowieść to szeroka historia, płynąca nie tyle pokaźnym, dużym korytem, ile zupełnie poza formą, rozlewająca się niekontrolowanie poza właściwą sobie przestrzeń. Ta metafora w moim przekonaniu dość dobrze obrazuje to, co ciąży Jeździe na rydwanie – nadmiar i niepanowanie nad sytuacją. Pierwszy mankament związany jest z brakiem segregacji, selekcji, która sprawiłaby, że do powieści weszłoby tylko to, co albo tworzy sens fabularny, albo jakoś wyposaża literacką rzeczywistość, tworząc klimat czy obraz przedstawianego świata. Oczywiście, w różnych wypadkach ta płaszczyzna może być mniej lub bardziej rozbudowana, jednak zawsze powinna być w jakiś sposób odpowiednia czy adekwatna do tego, co dzieje się na wyższym poziomie opowiadania, czyli do samej opowieści. Ta z kolei – co wpisuje się w drugi mankament, związany z nieporadnością prowadzenia narracji – toczy się w sposób znany tylko sobie, zalewając czytelnika nie tyle wielowątkową historią, ile nieustannie powielanymi tymi samymi zdarzeniami, nieśpiesznie posuwanymi w czasie. Mam wrażenie, że niepodobna nazwać to taktyką literacką, sposobem na budowanie napięcia (którego tutaj, o czym później, brak), tylko właśnie nieporadnością lub przekonaniem, że wszystko jest ważne, że każdy opowiedziany element zaintryguje, czyniąc książkę lepszą lub ważniejszą. Właśnie dlatego uważam, że wręcz namacalny jest brak dobrego redaktora, cechującego się wyczuciem i odwagą, związaną z radykalnym podejściem do tekstu – to, co nie pomaga, przeszkadza, wyrzucamy, dynamizując i uświetniając tym powieść. Bo jest w tej książce – co należy podkreślić – potencjał, jednak zanikający w natłoku opowieści  i podopowieści, najzwyczajniej w świecie zalewających i nużących czytelnika miałkością.

Sam początek – powiem dość brutalnie – jest nudny jak flaki z olejem. Zaczynając od tego, że poznajemy bohaterów, którzy z biegiem akcji nie stają się bardziej wyposażeni w cechy osobowości, kończąc na ciągłym rozwijaniu wątków, które można by jedynie nakreślić i zostawić w spokoju, przyśpieszając tym tempo opowieści. Głównego bohatera, Roberta Meissnera, poznajemy w sytuacji nie dość dla niego komfortowej, wynikającej z tragicznej relacji z samotną matką, wychowującej syna w sposób daleki od odpowiedniego. Jak można się spodziewać, to, z czym spotyka się w domu, rzutuje na całego jego życie (szkolne, towarzyskie, osobiste) nie tylko w sposób wynikający z uwarunkowań wewnętrznych, psychicznych bohatera, ale także z konkretnych decyzji matki, która bezpośrednio, zupełnie świadomie, niszczy jego pozycję społeczną, mieszając się np. w sprawy wewnątrzszkolne. Robert nie pozostaje jednak sam, gdyż otuchę znajduje w starszej kobiecie, z którą rozmowy zapewniają mu jakąś życiową stabilność. Jednak i tę przystań prędko niszczy złowrogi rodzic, zakazując tej relacji. Tłem dla całych tych zdarzeń jest bieda oraz społeczna alienacja, która jakiś czas później zostaje przełamana relacją z pewną młodą dziewczyną ze szkoły, która – bynajmniej nie w sposób bezinteresowny – wykazuje zainteresowanie chłopcem, zmotywowane tylko sobie znanym powodem. Ta znajomość prędko przeradza się w coś więcej – i dla niej, i dla niego. Dla młodej kobiety, która chciała wyłącznie ugrać związkiem coś więcej, chłopak zaczyna się liczyć, a dla niego – dotąd samotnego i marginalizowanego – bohaterka staje się sensem życia. Prędko – by spełniać jej oczekiwania, zwłaszcza te finansowe – decyduje się na radykalny, nielegalny krok – dokonuje kradzieży. Zrabowane łupy pozwolą przez jakiś czas na zapewnienie wysokiego komfortu życia nie tylko jemu, zapraszającemu w różne miejsca swoją wybrankę, ale też chorującej matce, wobec której chłopak, wbrew wcześniejszemu nastawieniu, decyduje się na pomoc. Cała ta początkowa opowieść, która w dalszych etapach powieści przekształci się w inną historię, choć nie wydaje się intrygująca czy odkrywcza – powiela wszak dobrze znane wątki o postaciach, które mimo trudnej sytuacji rodzinnej, biedzie, wychodzą na prostą dzięki miłosnej relacji – została rozpisana tak, jakby miała realizować cechy powieści psychologicznej lub sagi – niestety, nie wpisując się w żadną z powyższych konwencji. Bohaterowie są nie dość przedstawieni, nic właściwie nie wiemy o ich osobowości. Zastajemy ich wyłącznie w konkretnych sytuacjach, które z czasem ewoluują w inne. Widzimy tyle, ile możemy widzieć, patrząc na ich zachowania, które nie niosą żadnych głębszych treści, niczego nie mówią ani o psychice, ani o pragnieniach tych postaci.

Kluczowym problemem tej książki jest brak napięcia, które – jak wiemy z teorii powieści – stanowi podstawę tego gatunku literackiego. Nic się nie dzieje, brakuje napięcia czy to między narratorem a bohaterami, czy czytelnikiem a postaciami. Opowieść – choć momentami ciekawa – prowadzona jest żmudnie i nieśpiesznie, co wynika z wielu, naprawdę wielu, niepotrzebnych wątków, historii, przedłużeń, które sprawiają, że powieść wcale nie jest ciekawsza czy bardziej wartościowa. Wręcz przeciwnie – obciążająca i nużąca. Myślę, że gdyby ponownie popracować nad tym utworem – wszak po pracach nad poprzednią wersją zniknęło wiele tekstu – zostawiając tylko to, co ważne i ciekawe, Jazda na rydwanie mogłaby zostać odczytana zupełnie inaczej – zdecydowanie jako ciekawsza. 

2,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję autorowi.

wtorek, 29 sierpnia 2017

316. Michał Piedziewicz „Dakota”

Z pewną goryczą przychodzi mi pisać ten tekst. Dakota domyka bowiem trylogię o losach bohaterów z Gdynią w tle, znanych z poprzednich części – Dżokera i Domina. Tym razem, zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, przenosimy się aż do współczesności, śledząc dzieje najmłodszych postaci, m.in. wnuków Łucji, głównej bohaterki pierwszej części.

Dakota to powieść, podobnie jak inne, stanowiące finał ulubionych serii, którą czyta się z wyraźnym smutkiem i nostalgią, a także w specyficznym podejściu, wyrażonym swobodą w poruszaniu się po literackiej rzeczywistości. Wynika to najpewniej z jej znajomości, przyzwyczajenia do poszczególnych bohaterów,  wizji fikcyjnego świata oraz języka, którym posługuje się autor, ale także z klarowności obrazu, który zostaje przedstawiony. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że coś się zmieniło – zwłaszcza na poziomie języka. Choć książka utrzymuje stylistykę czy też konwencje poprzednich, nieśpiesznych pod względem akcji, raczej opowiadanych, przegadanych, klimatycznych, refleksyjnych, tym razem narracja prowadzona jest nieco inaczej – momentami, przynajmniej w moim odczuciu, skręcając w stronę witkowszczyzny, czyli stylu Michała Witkowskiego. Głównie za sprawą ironii, obecnej zwłaszcza w drugiej części utworu, dotyczącej współczesnych nam czasów, rozbudowanych zdań oraz ich konstrukcji, w których obecne są liczne wtrącenia i odejścia od głównego wątku. Należy także zaznaczyć, że Piedziewicz, w porównaniu z poprzednimi książkami, nieco inaczej uposaża przedstawianą rzeczywistość, obrazując ją nie tyle klimatem wynikającym z relacji bohater-otoczenie czy bohater-wrażenie, ogólnych impresyjnych obrazów (tak jak w przypadku pierwszej części, panoramy budującej się Gdyni), ile konkretnymi osobami, nazwami, miejscami, tekstami kultury czy sytuacjami, mającymi miejsce w analogicznym czasie w rzeczywistości. To zaleta i mankament – w jednym. Z jednej strony, pisząc o niedawnej Polsce, o jej siermiężnych losach w drugiej połowie XX wieku, zwraca uwagę nie tylko na kolejki, skądinąd realizujące powód do snucia refleksji nad losami starszego pokolenia, ale także uprawdopodabnia i nacechowuje opowieść szeregiem nazw własnych i realnych postaci, tworząc wyraźną panoramę kulturowo-społeczną, wyrażającą i naturę, istotę tamtych lat, i pewną tęsknotę za tym, co minione. Jednak, z drugiej strony, nie wiem, czy taka strategia – ewidentnie oparta na naszpikowaniu tekstu bardzo wieloma nazwami własnymi, realnymi obrazami i licznymi nazwiskami – ostatecznie nie wychodzi na minus, gdyż przypomina nieudolne, pseudonostalgiczne, obecne we wspomnieniach czy ckliwych uniesieniach,  narracje o minionych, na ogół odbieranych jako lepszych, czasach; podobnie tutaj – świat tak mocno uposażony konkretnymi nazwiskami, zespołami czy piosenkami przestaje intrygować, bo przestaje jawić się opisowo, klimatycznie, nie odgrywa w oczach czytelnika żadnej sceny, a zaczyna być kroniką, rodzajem przypisu do konkretnej epoki.

To, co stanowi charakterystyczną cechę zarówno tej książki, jak i całej serii, to klimat – nostalgiczny, ulotny, nieuchwytny. W tej całej opowieści, od pierwszej części stopniowo kroczącej ku teraźniejszości, właśnie nastrój odgrywa niebywale ważną rolę. Umożliwia on bowiem szersze poznanie i przeżycie tego, czym żyją bohaterowie. Bo ta historia to nie tylko zapis splotu konkretnych wydarzeń naniesionych na wskazaną przestrzeń, miejsce i czas, ale też wszystko to, co stanowi owoc zderzenia tych zjawisk i sytuacji – tym czymś jest właśnie odczuwalny nastrój. Postaci zmagają się i z różnymi stanami emocjonalnymi, i różnymi warunkami, wynikającymi z wielu postaw, pragnień oraz warunków, w których dane im żyć. Piedziewicz sytuuje ich i przed wojną, i w trakcie, i po, a także w nowym, rzekomo lepszym, świecie, który również przynosi wyzwania, i z którym także należy sobie poradzić – zwłaszcza pamiętając o trudnej przeszłości i własnych losach. Bohaterowie, którzy kiedyś, na początku serii, stanowili źródło poznania i koncentrowali na sobie główny snop uwagi czytelnika, na przykład Łucja, dawna przybyszka do powstającej Gdyni, wygasają, dożywając własnych dni, tworząc tym nie tylko specyficzny nastrój, ale także poczucie realności, ciągłości tej opowieści – znaczenia nabierają kolejni i ich specyfika oraz realia, które próbują ujarzmić. Niewątpliwie należy tutaj zwrócić uwagę na grę, powiedziałbym intelektualno-spostrzegawczą, w której siłą rzeczy uczestniczy bardziej świadomy czytelnik. Bohaterowie, najmłodsze pokolenie, porządkując przeszłość w sposób bardzo dosłowny, sprzątając bowiem piwnicę, przeglądając przy tym rzeczy, które ostały się czasowi (w tym notatnik babci), odczytują historię dziadków i rodziców. Dochodzą wówczas do wniosku, że należałoby ubrać ją w słowa, rozbudować realia (powstającej i powojennej Gdyni), dając tym początek... powieści. To zupełnie niesamowite, zważywszy na to, że tematy, które chcieliby opisać, opisane są w Dżokerze i Dominie. Można odnieść wrażenie (zresztą, jestem przekonany, że taki był cel samego autora), co świetnie umacnia odbiór całej serii, że czas – nie tylko ten książkowy, literacki, ale uniwersalny – ma charakter kolisty, powtarzalny.

Uniwersalnością czasu chciałbym zająć się trochę szerzej, jednak w nieco innym znaczeniu, niż wcześniej. Abstrahując od moich poglądów polityczno-ideologicznych, trudno mi było – a właściwie wciąż jest – zrozumieć, dlaczego Dakota, a konkretnie to, co się dzieje w niej współcześnie, została tak upolityczniona. O ile poprzednie książki, początki doświadczeń przedstawianych bohaterów, stanowią pewną esencję tego, co minione, a związane z konkretnym miejscem i czasem (początkami i dalszymi losami Gdyni, konkretną epoką i konkretnym pokoleniem), odczytywać można nie tylko dosłownie (jako fikcyjną opowieść), ale także jako panoramę tamtych lat, odczuwalną za sprawą klimatu, dostrzegalną dzięki detalom i szczegółom, o tyle opowieść o „dzisiejszych” postaciach Piedziewicza nieco traci, właśnie ze względu na polityczne – współczesne – konteksty. Być może wynika to z zaangażowanego charakteru recenzowanej książki, dostrzegalnej stronniczości (a przecież nie każdy czytelnik musi nie tylko podzielać danych poglądów, ale także samego zainteresowania polityką), a być może z krótkiego dystansu, który dzieli nas od tego, co opisywane – uniemożliwia on pełną ocenę danych wydarzeń, a zatem nacechowuje to, co przedstawione, subiektywnością. Stoi to z kolei w opozycji do tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, i w Dżokerze, i w Dominie, gdy tło, choć współtworzyło losy bohaterów, było bardziej uniwersalne (rodząca się Gdynia, upadający komunizm itp.).

Michał Piedziewicz zamyka trylogię w sposób przemyślany, opanowany i utrzymujący poziom poprzednich książek. Piszę o tym nie bez powodu, ponieważ Dakota domyka nie tylko wszystkie wątki, pozostawiając tym bohaterów albo zrealizowanych, albo rzutujących na przyszłość, wieńcząc lub sugerując ich losy, ale pozostawia także czytelnika z wrażeniem wyczerpania tematu. To, o czym pisałem wcześniej, czyli dostrzeganie kulistości czasu, odgrywa w tym niemałą rolę. Zwłaszcza że także decyzje bohaterów realizują pewien kolisty schemat, pokazując przy tym, jak niespodziewane okazują się nasze losy. To opowieść o prostym, choć nie nudnym, życiu, toczona w taki sposób, by z prozaicznych wydarzeń i decyzji budować wielką, interesującą narrację, poświęconą zwyczajnemu człowiekowi, jego doświadczeniom i relacjom. Znajomości, kontakty, związki i pokrewieństwa znacząco kształtują ten literacki świat, czyniąc go nie tylko realnym, ale także wielowymiarowym – pokazują bowiem, jak wiele niezwykłości skrywa się w tym, co pozornie zwyczajne, codzienne. Autorowi udało się także niesamowicie dobitnie zespolić losy postaci z biegiem historii, uwypuklając powiązania, z których często nie zdajemy sobie sprawy, a które przecież działają w dwie strony – my determinujemy i urządzamy rzeczywistość, która z kolei w bardzo dużym stopniu wpływa na nasze życie, dyktując jego przebieg.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

Dżoker –> Domino –> Dakota

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

315. Sabaa Tabir „Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku”

Miłe złego początki, lecz koniec żałosny, chciałoby się powiedzieć w kontekście książki Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku. Nie sposób nie zauważyć, że kontynuacja popularnej serii, niestety, zawodzi. Szeregiem rzeczy, którym zachwycała z początku – w pierwszym tomie sagi.

Elias i Laia, uciekinierzy, mają przed sobą niełatwe wyzwanie: dobro Imperium. Uciekając przed wyszkolonymi, sprawdzonymi żołnierzami oraz stawiając czoła nadprzyrodzonym siłom, muszą liczyć wyłącznie na siebie. 

Różnymi sposobami można dynamizować powieść, potęgując tym napięcie, które występuje między czytelnikiem a przedstawianą historią. Sabaa Tabir tym razem stawia na jedno – na dialog. Cała ta książka, co stanowi jej niemały mankament, została podporządkowana właśnie dialogowi, co sprawia, że na rzecz prędkiego tempa, ciągłego przechodzenia z sytuacji w sytuację, autorka odchodzi od budowania nastroju, klimatu i uposażania wykreowanego świata, pozbawiając tym powieść rysu realności, prawa do istnienia – nic bowiem nie wynika z poznawanej rzeczywistości, trudno ją jakoś usadowić, poznać, opisać. Wszystko, co wiemy o tym miejscu, o tej przestrzeni, wynika z relacji antagonista-protagonista oraz rozmów i spostrzeżeń bohaterów – niestety dość ubogich. Dialogi ciągną się niekiedy całymi rozdziałami, na przykład tak, jak na stronach 124-128, i przerywane są krótkimi opisami, na ogół dotyczącymi wyglądu lub zachowania postaci. Mogłoby się wydawać, że skoro postawiono na budowanie akcji na podstawie rozmów bohaterów, dialogi powinny być prowadzone w sposób interesujący. Niestety, i to zawodzi. Autorka osadza postaci w sytuacjach niezwykłych, sam świat zresztą za taki uchodzi – fantastyczny, dziejący się podług niesamowitych zdarzeń, niespotykanych rozgrywek i rywalizacji, od których zależy nie tylko jego przyszłość, ale i losy poszczególnych bohaterów. Jednak cała ta osobliwość, złożoność relacji i oryginalność nie przekładają się na poziom rozmów, owocność dialogów, które zdają się stać w opozycji, prezentując serialowy, mydlany poziom. To straszne, ale takie można odnieść wrażenia, śledząc dyskusje o kluczowych dla życia fikcyjnych postaci zdarzeniach. Zastanawiam się, w jakim stopniu to kwestia tłumaczenia, a na ile kreatywności i wysmakowania samej autorki, jednak wypowiedzi typu „Wszędzie śmierć dookoła [...]. Po cóż w takim razie żyć? Czy kiedyś przed tym ucieknę?”* zatrważają, porażając banałem i pseudotragicznym wymiarem. Właśnie, tragizm – a raczej próba takiego przedstawiania konkretnych sytuacji – to kolejny minus recenzowanej powieści. Można odnieść wrażenie, że każde następujące zdarzenia – między innymi za sprawą takich, jak cytowana wypowiedź – przedstawiane jest jako przełomowe, najważniejsze, co, biorąc pod uwagę mnogość pewnych punktów, które stopniowo prowadzą do większych rozwiązań, męczy. Zresztą, Pochodnia mroku, w przeciwieństwie do Imperium ognia, poprzedniej części, realizuje się bardziej w kategoriach powieści drogi. Bohaterowie ciągle przemieszczają się, a narracja skupia się przede wszystkim na procesie ucieczki, kładąc nacisk na niebezpieczeństwa, które są z nim związane – głównie wynikających z dwóch postaw: śledzonego i uciekającego. Muszę przyznać, że i to naręcza pewnych czytelniczych problemów, wynikających głównie z poczucia nieustannego, bezowocnego zmierzania i zakradania się.

Zastanawiam się również, w jakim stopniu rozczarowanie, którym skończyła się dla mnie lektura tej powieści, wynika z niej samej, a w jakim z niedopasowania książki do wieku tudzież preferencji. To interesujące o tyle, o ile poprzednia część, wspominane Imperium ognia, zachwycało, przynosząc nie tylko godną, intrygującą rozrywkę, ale także stricte literacką satysfakcję z samego procesu czytania. Niestety, tym razem tak nie jest. Być może oczekiwałem zbyt wiele, ale trudno nie spostrzec, że ta pozycja zawodzi na wielu polach – nie tylko na tych, o których wspominam wcześniej. Przede wszystkim pewnego rodzaju miałkością, przejawiającą się i w opisach (których zresztą jest jak na lekarstwo), i dialogach,  i całym obrazie przedstawianego świata, która sprawia, że opowiedziana historia nie zostaje w pamięci, a poszczególne sceny – choćby tragiczne lub ważne dla przebiegu powieści – tracą na znaczeniu. Brak w tej książce czegoś wyrazistego, szczególnego, co uczyniłoby ją nie tyle wyjątkową, ile godną zapamiętania i wartą polecenia. Analizując zarówno całą Pochodnię w mroku, jak i poszczególne sceny, łatwo dostrzec literackie banały i nieporadnie, niekiedy karykaturalnie, poprowadzone wątki: choćby w przypadku Eliasa, zatrutego przez Komendantkę. Cała ta sytuacja oraz to, co po niej następuje, czyli dochodzenie do prawdy, rozmowy bohaterów, które poświęcone są analizie tej sytuacji, a także przechodzenie ze świata żywych do świata umarłych oraz próby zdobycia lekarstwa, prowadzone są niezdarnie, w sposób niedopracowany i nieciekawy, reprezentując naiwną, serialową narrację, skierowaną – jak się zdaje – do niewyrobionego czytelniczo odbiorcy.

Pochodnia w mroku w moim przekonaniu to książka mało interesująca, nie tyle źle napisana, ile źle poprowadzona. Bo ta opowieść, zwłaszcza w oparciu o jej źródło, początek, czyli pierwszy tom, brzmi naprawdę ciekawie, jednak sama realizacja pozostawia wiele do życzenia. Dużo tutaj banału i przekonania, że czytelnik nie będzie drążył, nie będzie oczekiwał głębi i czegoś więcej, niż posuwającej się do przodu akcji. Zdecydowanie można by wyłuskać z tej historii więcej, jednak należałoby poświęcić jej więcej pracy, głównie opisowo-redakcyjnej; tak, by przedstawiany świat był jakiś, prezentował się w określony sposób, a bohaterowie zwracali na siebie uwagę nie tylko za sprawą własnych czynów, ale także relacji i osobowości.

2/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MUZA.

*s. 125

piątek, 18 sierpnia 2017

314. red. Dorota Majka-Rostek, Ewa Banaszak, Robert Florkowski, Paweł Czajkowski „Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała”

Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to książka o ciele i o tym, co z nim związane. Autorzy poszczególnych prac, wchodzących w skład recenzowanej pozycji, przyglądają się naszej fizyczności z wielu – naprawdę wielu – stron, tworząc szeroką perspektywę poznawczą: bo i o ciele w kontekście jego percepcji, i w aspektach filologicznych, językowych, i kulturowych, zarówno w odniesieniu jednostkowym, jak i zbiorowym – np. danych kultur czy społeczności. To praca, której czytanie związane może być nie tylko z akademią, ale także z codziennym użytkiem.

Teksty, które stanowią zawartość wydawnictwa pod redakcją m.in. Doroty Majek-Rostek, skoncentrowane są na ciele, zwłaszcza w odniesieniu do tytułowych kontekstów. To, co stanowi obiekt zainteresowań badaczy, to ciało umiejscowione w centrum różnych dziedzin czy metodologii, poddane refleksji, interpretacji i analizie, opierającej się przede wszystkim na relacji – z innymi ciałami, osadzonymi np. w innych kulturach, epokach czy orientacjach. Autorzy prac przypatrują się szeregom zjawisk i pewnej ewolucji, mniej biologicznej, a bardziej – na co wskazuje już sam tytuł – społeczno-kulturowej, dziejącej się i wewnątrz ciała, bo w jednostkowym postrzeganiu (zarówno samego siebie, jak i innych), i poza nim (na przykładzie konkretnych środowisk czy epok, jako swoisty portret). Ukazane zależności i cechy, wyrażające dążenia i perspektywy różnych nauk, kreślą znaczący obraz cielesności jako tej, która podlega nie tylko ciągłym przemianom, ale także nieustannej percepcji – zdeterminowanej położeniem geograficznym, czasem, pochodzeniem, kulturą, wiekiem, orientacją oraz innymi istotnymi, mniej lub bardziej dostrzegalnymi, wyznacznikami. 

Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to naukowa opowieść, która dostarcza informacji o najnowszych odkryciach i badaniach, poświęconych ciału. Należy przede wszystkim zwrócić uwagę na rozpiętość tematyczną i głębię poznawczą, dzięki której informacje i zagadnienia, o których czytamy, prezentowane są w sposób szeroki, ze wszech miar humanistyczny, uwzględniający różne podejścia i percepcje, mieszający rozmaite wątpliwości oraz różnice. Z pewnością, sięgając po tę książkę, dostajemy porządnie poprowadzoną refleksje o ciele, rozumianym i jako zjawisko, i jako byt. Bo to, co kreśli pierwsze stanowisko, zahacza o szereg zjawisk kulturowo-historyczno-społecznych, i dotyczy przede wszystkim pojmowania fizyczności przez innych – nie tylko usytuowanych poza badanym obiektem (czyli, innymi słowami, oczami drugiego człowieka), ale także poza czasem czy przestrzenią, w której dany obiekt występuje. Autorzy prac podejmują się badań ważnych i znaczących, bo mówiących nam wiele o nas samych – nie bez powodu wspominam o tym teraz, po spostrzeżeniu o zajmowaniu się człowiekiem w kategorii zjawiska, czyli czegoś, co trwa, ma miejsce, realizuje się w czasie; w tej książce bowiem, co stanowi niemałą zaletę, ciało, rozpatrywane z wielu stron, z wielu perspektyw, rozumiane jest nie tylko fizycznie, ale także społecznie, jako pewien konstrukt, który postrzegany (i budowany) jest na podstawie konkretnego czasu oraz konkretnej przestrzeni. Badacze, zajmując się m.in. zapachem, językową percepcją, niepełnosprawnością, z jednej strony wyciągają naszą fizyczność z jakiegoś miejsca, zajmując się tylko nią, a z drugiej umiejscawiają ją w konkretnym obszarze, badając jej relację z danym środowiskiem. Podobnie jest w przypadku snucia konkretnych spostrzeżeń tudzież obserwacji, kiedy zauważa się, że niektóre poglądy ewoluowały z innych – bliższych lub dalszych współczesnym. Drugie stanowisko, związane bezpośrednio z fizycznymi cechami, podejmuje dyskusję z ciałem tu i teraz, zajmując się nim w kategoriach m.in. poznania, postrzegania oraz zależności wynikających np. z wieku.

To, o czym należy również wspomnieć, to dwojakie podejście do omawianego tematu. Bo z jednej strony autorzy zajmują się ciałem dość uniwersalnym, mówiąc o pewnych cechach czy fenomenach, a z drugiej rozbijają je na czynniki pierwsze, badając poszczególne zdolności, role oraz funkcje. Mówią o nim w kategoriach i ogólnych, i jednostkowych, co sprawia, że mamy do czynienia z naprawdę dogłębną refleksją. To, co także wydaje się interesujące, to fakt, jak fizyczność została uchwycona – w trakcie wielu zjawisk czy czynności, takich jak podróżowanie lub taniec. Mowa również o jego ułomnościach oraz o tym, jak wpływają na odbiór świata i proces kształtowania się tożsamości. Jeden z tekstów poświęcony jest procesowi starzenia się homoseksualistów, co, w związku z niewielką liczbą prac na ten temat, stanowi rzadką okazję do przyjrzenia się temu zagadnieniu. Trickster. Społeczno-kulturowe konteksty doświadczania ciała to książka rzetelna i interesująca, będąca refleksją wielu badań, nauk i metodologii. Z pewnością warto po nią sięgnąć, chcąc być na bieżąco z nauką o postrzeganiu ciała i cielesności. Zwracając uwagą na różne zagadnienia i zjawiska, sytuuje ciało w centrum, w gradzie pytań, przypuszczeń i wątpliwości, co pozwala na wielotorowe i krytyczne rozpatrzenie omawianych problemów.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 4 sierpnia 2017

313. Maciej Duda „Dogmat płci. Polska wojna z gender”

Dogmat płci. Polska wojna z gender wprawiło mnie w nie lada problem. Dziwnie się czułem, czytając książkę naukową, o charakterze jak najbardziej akademickim, wzbudzającą we mnie salwy śmiechu. Dosłownie. Bo to, jak niektórzy, nie wiedząc (i nie chcąc wiedzieć), czym jest gender, reagowali na gender, powołując się na pseudonauki, podporządkowane konkretnym ideologiom, mogło spowodować wyłącznie dwie reakcje – w tym śmiech. Druga, niestety, wyrażona w wyraźnym rozczarowaniu, realizującym się blisko gniewu, pojawiła się także, zasadniczo determinując i postrzeganie pewnych kręgów społecznych, i postaw. 

Maciej Duda podjął się pracy niemal tytanicznej, gdyż związanej ze zebraniem i opracowaniem ogromnej ilości materiału – mniej lub bardziej rzetelnego – który powstawał kilka lat temu w związku z gorącym wówczas tematem gender – lub, jak to niektórzy lubią określać, ideologią gender. W swojej książce skrupulatnie przytacza szereg wypowiedzi, artykułów, wywiadów, książek, prac i słów, publikowanych lub wypowiadanych na wielu frontach, w wielu miejscach: od programów telewizyjnych przez ulice i szkoły po uczelnie oraz ośrodki badawcze. Skupia się na żarliwej dyskusji, przypatrując się głównie oponentom m.in. podręczników równościowych – środowiskom raczej prawicowym, konserwatywnym – wyciągając przy tym ogólny, jednak nie powierzchowny, obraz społeczeństwa, tytułowej polskiej wojny o gender.

Ta książka, w mojej opinii, to nieoceniony wkład w rozwój badań nad naszym społeczeństwem – jego nastawieniem, istotą, charakterem oraz przemianą. Maciej Duda, dokumentując batalię o gender, która miała miejsce w latach 2007 – 2015, przedstawia nam coś znacznie więcej, niż kłótnie środowisk intelektualnych ze środowiskami katolickimi. Bo to, co opisuje, oddając tym prawdziwy stan rzecz, to problem, który dotyczył nie tylko akademii czy Kościoła, ale – co podkreśla tytuł, zupełnie niehiperbolizowany – całej Polski, wszystkich możliwych mediów i grup społecznych. Źródła, na które się powołuje, ludzi, których przywołuje, publikacje lub wypowiedzi, które cytuje, zdają się to potwierdzać – ten temat dotyczył wszystkich w równym stopniu, niezależnie od tego, czy chcieliśmy zabierać głos, wyrażać własne stanowisko, czy nie. Zarówno prasa i telewizja, jak i kościoły oraz szkoły stanowiły przestrzeń, w której prowadzono ostrą dyskusję. Już na tym etapie pojawia się obraz głównego problemu, stojącego u podstaw tego zjawiska – niezachwianego pragnienia postawienia na swoim, obojętnego na głos innych. Dogmat płci, poza treścią oskarżeń lub wniosków, do których dochodzili przeciwnicy m.in. równościowej polityki, pokazuje, jak niemerytoryczna, bo agresywna i wyzbyta z rozsądku, była ta dyskusja. Hierarchowie kościoła, obrońcy tradycyjnych wartości, prawicowi publicyści czy przeciętni obywatele, nie do końca rozumiejąc istoty gender, zdeterminowani zasadami wyznawanych wartości lub religii albo fałszywymi, nastawionymi na sprzedaż i skandal, doniesieniami medialnymi, wytoczyli otwartą wojnę środowiskom naukowym oraz aktywistom, nie przebierając w słowach, groźbach i czynach. Maciejowi Dudzie udaje się uchwycić główną myśl i przebieg tego sporu, w którym niekiedy niepodobna było  się odnaleźć – ze względu na mnogość wątków, odpowiedzi i polemik, istotnie wyolbrzymianych – w wymiernych celach – przez media.

Dogmat płci. Polska wojna z gender, o czym pisałem wcześniej, nie zamyka się w konkretnym środowisku, np. naukowym, a kreśli o wiele szerszą, właściwie całościową, panoramę, kładąc nacisk przede wszystkim na rzetelność przekazywanych informacji. Bo to, co pojawia się w narracji przeciwników, niekiedy zupełnie oderwanej od rzeczywistości, niepodpartej ani argumentami, ani naukowymi obserwacjami, autor na bieżąco weryfikuje, odpowiednio komentując. Zarysowuje tym interesującą – i dla antropologów, i socjologów, i psychologów, i filologów, i zwykłych czytelników – oś nagięć, oszczerstw i kłamstw, których dopuścili się przeciwnicy polityki, wychowania i edukacji równościowej, chcąc przekonać do własnych racji. Argumentacja, którą zbiera Maciej Duda, to wyraz absolutnego przekonania, że „moje jest słuszne”, że należy własnych prawd bronić  nawet w sposób radykalny. Mamy zatem do czynienia z analizą wypowiedzi, charakteryzujących się obrażaniem, naginaniem faktów, poniżaniem oraz wyolbrzymianiem, wystosowanych w celu osiągnięcia konkretnych korzyści – m.in. utrzymania panującego od dawna, monolitycznego, systemu poglądów i ideologii, zdeterminowanego konkretnym zestawem wartości oraz przekonań. I tutaj, poza płaszczyzną filologiczno-naukową, ukazuje się kolejny wymiar recenzowanej książki: szeroki  obraz polskiego społeczeństwa, podzielonego – w dużym uproszczeniu – na dwa obozy: pierwszy, otwarty na zmiany i odejście od konserwatywnego trybu myślenia, i drugi, wyrażony właśnie konserwatyzmem, naznaczony wartościami religijnymi. 

Praca Macieja Dudy to przede wszystkim portret pewnego wycinka naszej mentalności i naszego społeczeństwa. To obraz nas  i naszej rzeczywistości, bo wyciągnięty z ulic, parlamentu, telewizji, kościoła, szkoły i akademii. W pewnym sensie stanowi listę hańby, bo niektóre wypowiedzi nigdy nie powinny paść, a z drugiej coś, po co należy sięgnąć, by przekonać się, kim tak naprawdę, jako naród, jesteśmy. Nie ma wątpliwości, że poziom dyskusji społecznej, argumenty, które w niej padają, ton oraz relacja z oponentami świadczą o naszej zbiorowej sylwetce, myśli, która determinuję i nasze wspólne, i pojedyncze działania oraz relację z innymi – czy to kulturami, czy narodami. To pozycja w moim przekonaniu ważna, nie tylko dla naukowców. Dla wszystkich tych, którym bliskie jest śledzenie aktualnych wydarzeń,  związanych z wieloma dziedzinami życia: polityką, kulturą, mediami, społeczeństwem, edukacją, sztuką, etyką oraz szeroko pojmowaną wolnością.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 31 lipca 2017

312. Emily Witt „Seks przyszłości. Nowa wolna miłość”

Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to książka, wobec której miałem wysokie oczekiwania. Głównie ze względu na przypadkowo spotkane opinie, rekomendację Barłogu Literackiego oraz opis wydawcy, dość mocno zachęcający do lektury. Jak ostatecznie wyszło? Jakie są moje odczucia? Trudno powiedzieć. Czytało się w zainteresowaniu, choć nieco inaczej, niż w wyobrażeniach.

Emily Witt, eseistka, publicystka, w roku trzydziestych urodzin zakańcza wieloletni związek i wdaje się w rozmaite, mniej lub bardziej zaangażowane, relacje. Przeprowadza się do San Francisco, gdzie, stroniąc od monogamii, poznaje nieznany dotąd rodzaj randkowania  i  znajomości, zawieranych za pomocą sieci, serwisów randkowych oraz różnych form spotkań, poznając i obserwując zjawisko tzw. nowego seksu – jakże mocno splątanego z przemysłem pornograficznym, internetem, poliamorią oraz szeroko pojmowanym wyzwoleniem.

To, co należy podkreślić już na wstępie, to fakt, że ta książka nie jest – co być może stanowi moje największe rozczarowanie – pozycją antropologiczną. Zupełnie. Zabierając się za lekturę, nastawiałem się właśnie na to, że sięgam po wydawnictwo opisujące w sposób szeroki, bardziej naukowy, akademicki, zjawiska związane z pojmowaniem seksu i cielesności – w kategoriach kulturowo-społecznych. I choć, w istocie, te tematy są poruszane, autorka realizuje je podług indywidualnych obserwacji, niekiedy przypuszczeń. Nie chce, nie sili się – co akurat nie jest mankamentem czy zarzutem; to kwestia obranej narracji – mówić za kogoś czy do kogoś, a jedynie podaje własne obserwacje i przeżycia, posiłkując się dość często istotnymi wydarzeniami z przeszłości, doświadczeniami innych, licznie przytaczanych, osób, czy danymi. Zawęża jednak całe to opisywane pole badawcze do siebie i tego, co sama zobaczyła, czego sama mogła dotknąć. Opisując San Francisco i przeżycia wynikające z np. nawiązywania internetowych, powiedzmy towarzyskich (w znaczeniu bardziej matrymonialnym), znajomości, choć poszerza krąg zainteresowań o mniej lub bardziej istotne statystyki, historie, przełomowe dla rozwoju danego zjawiska wydarzenia, kurczowo trzyma się własnych zdarzeń i przeżyć, tworząc nie tyle szeroką opowieść o współczesnym pojmowaniu seksualności czy nawiązywaniu znajomości, ile swoisty pamiętnik relacji (?), osobiste zapiski dotyczące intymnych spotkań, nadbudowanych pewnego rodzaju publicystyką. Bo teksty, które wchodzą w skład tej książki, to właśnie tego typu materiały: nieco publicystyczne, okraszone opisem własnych, jakże ciekawych i interesujących, przeżyć, z których istotnie możemy dowiedzieć się niemało o opisywanych tematach.

Tak, jak pisałem wcześniej,  Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to żadna analiza niemonogamicznych relacji i nowego seksu; to osobisty zapis pewnych obserwacji, wysepkowa narracja poświęcona niektórym elementom dzisiejszych zjawisk matrymonialno-społecznych, realizowanych w dużej mierze w sieci: na rozmaitych portalach, czatach, za pomocą aplikacji, często komórkowych, i internetowych kamerkach. Tym poszczególnym możliwościom – tak bowiem należy je rozpatrywać – Emily Witt poświęca wiele uwagi, tworząc zarys i teoretyczny, i praktyczny – wyjaśniany na przykładzie praktyk: zarówno osobistych, jak i, powiedzmy, bardziej statystycznych. Opisując przebieg swoich spotkań, wynikających właśnie z nawiązywania relacji w internecie, przedstawia nie tylko własne myśli czy niepokoje, ale także pewną prawidłowość, powtarzalność, wyrażającą istotę tego problemu badawczego. Podobnie jest w przypadku innych tematów, takich jak pornografia, poliamoria czy medytacja orgazmiczna. Wszystko rozpatrywane jest dwutorowo: indywidualnie oraz przestrzennie, co należy rozumieć jako – kolejno – tłumaczenie istoty, zasad (jakie coś jest samo w sobie) i umiejscawianie tego w kulturze, społeczeństwie czy historii.

Myślę, że ta książka ma szansę przyczynić się do rozwoju dyskusji na temat współczesnej seksualności i tożsamości seksualnej. Może nie jako milowy krok czy znaczące odkrycie, ale na zasadzie kolejnego wtrąconego głosu, merytorycznej wypowiedzi. Seks przyszłości. Nowa wolna miłość to pozycja ciekawa, mimo że dość przewidywalna, przynosząca takie informacje i uwagi, których można się spodziewać. Interesująca, bo przedstawia jednostkowe doświadczenia i spostrzeżenia, rzucone – jak pisałem wcześniej – na szersze tło. Niespecjalnie ubogaca, jednak zwraca uwagę na pewne zjawiska i problemy – także badawcze.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 27 lipca 2017

311. Katarzyna Tubylewicz „Moraliści”

Moraliści, w mojej opinii, to książka bardzo ważna. Nie tylko dla tych, którzy interesują się krajami północy, w tym Szwecją, ale także dla tych, których obchodzą sprawy społeczne – zwłaszcza tak głośne, o wymiarze politycznym, we współczesnym świecie. Katarzyna Tubylewicz, kreśląc portret północnego społeczeństwa, zdaje się ukazywać pewien typ człowieka, kraju, który uważamy za niedościgły, doskonały. Robi to jednak w sposób swoiście szokujący, ponieważ pokazuje, jak wiele nieprawidłowości panuje w jego postrzeganiu, jak daleka jest prawda od wyobrażenia. 

Moraliści to pozycja, która weryfikuje wiele stereotypów i dość propagandowych, utrwalonych za sprawą realizacji pewnych idealistycznych dążeń, obrazów, zgodnie z którymi Szwecja powinna stanowić kraj-wzór, przestrzeń i społeczną, i kulturową, stanowiącą przykład dla wszystkich nacji, zwłaszcza w kwestiach równouprawnienia. Katarzyna Tubylewicz, wieloma sposobami (i za sprawą reportażu, i wywiadu, i przytaczania cudzych tekstów czy wypowiedzi), kreśli prawdziwszy, mniej reklamowy, obraz kraju z północy, prezentując przede wszystkim jego obecne umiejscowienie – w, jak się można przekonać, ślepym zaułku. Opowiada, przytaczając konkretne historie i obserwacje, do czego może doprowadzić bezrefleksyjna poprawność polityczna, następująca przy absolutnej pomocy i otwarciu. Przywołując słowa uznanych ekspertów i znawców spraw społecznych, maluje wielowarstwowy portret społeczny, zdeterminowany dwoma biegunami: akcją i reakcją. W ten sposób opowiada nam wiele nie tylko o Szwecji, ale i o innych krajach, zwłaszcza Europy, gdyż problemy, które stanowią punkt wyjścia opowieści, dotykają nas wszystkich w równym stopniu. 

Katarzyna Tubylewicz przedstawia Szwecję jako kraj, który toczony jest dwiema skrajnościami. Obie wynikają z jednego problemu, z jednego zjawiska, związanego głównie z uchodźstwem, będącym coraz poważniejszym wyzwaniem dla naszego społeczeństwa, ładu polityczno-społecznego oraz szeroko rozumianego humanitaryzmu. Kraj, którym zajmuje się autorka, w wyobrażeniach wielu uchodzi za przykład idealnej, spełnionej, przyszłościowej przestrzeni, głównie w rozumieniu społecznym. Należy bowiem zaznaczyć, że ludziom na ogół żyje się w nim dostatnio, a prawa, które im przysługują, dążą do tego, by nikogo – wliczając w to różnego rodzaju mniejszości – nie wykluczać czy ograniczać. Dlatego, rozmawiając o równouprawnieniu, feminizmie, związkach jednopłciowych czy polityce multikulturowej, często przytaczamy właśnie Szwecję, jako dowód na to, że można niwelować różnice społeczne oraz tworzyć jedno integralne, dobrze funkcjonujące społeczeństwo, złożone z wielu mniejszych, różnych grup, w których, zwłaszcza w krajach o prawicowym usposobieniu, upatruje się źródła rozpadu społeczeństw. Autorka podchodzi do tematu rzetelnie, pokazując nam, czytelnikom i czytelniczkom, z jednej strony ten piękny świat równości i prawa, świat, w którym każdy znaczy tyle samo i dla każdego jest miejsce, mówiąc o różnych zjawiskach, przepisach czy postawach, dzięki którym i kobietom, i obcokrajowcom, i gejom, i mniejszościom religijnym żyje się dobrze – ponad podziałami, wykluczeniami oraz marginalizacją. Zauważa, jakie są powody takiego stanu rzeczy, tak światłego i rozwiniętego społeczeństwa, i jak to, takie podejście, przekłada się na codzienne życie. Z drugiej strony kreśli obraz daleki od spokojnego, trwającego w symbiozie narodu, zauważając, jak otwarta polityka – zwłaszcza migracyjna – naznaczona niezwykle szerokim gestem, związanym z przyjmowaniem uchodźców, odbija się (ten proces nieustannie trwa) na szwedzkim środowisku, rozbijając i niszcząc porządek oraz wartości, w których imię nawoływano do masowej pomocy.

Katarzyna Tubylewicz dokonuje wnikliwej analizy społecznej, obserwując wszystko to, co stanowi o dzisiejszej Szwecji. Portretuje przede wszystkim rozbieżność między wyobrażeniami, ideami, planami oraz wartościami, którymi zdeterminowana jest i natura obywateli, i polityka rządu, a owocami, do jakich doprowadziły pewne decyzje, wynikające właśnie z – jak się okazuje, nazbyt idealistycznego – podejścia. Bo w tej skomplikowanej, jakże smutnej i wymownej, relacji, między zamiarem a rezultatem, zawarty jest cały duch narodowy, główna myśl i zasada, naznaczająca szwedzkie społeczeństwo. Polityka otwartych drzwi, masowe przyjmowanie tych, którzy uciekają przed wojną, spowodowało nie tylko zawahania, powiedzmy, statystyczne czy gospodarcze, ale przede wszystkim niemałe problemy społeczno-kulturowe, których wygaszenie uniemożliwia szeroko rozumiana poprawność polityczna. W Moralistach wprowadzone zostało interesujące pojęcie, tzw. narcystycznego dobra, które dość trafnie opisuje panującą sytuację. Oznacza mniej więcej tyle, co mocno postępującą poprawność polityczną, zasłaniająca ewidentne wykroczenia czy nawet przestępstwa, których dopuszczają się – świadomie lub nie – obcokrajowcy. Ma to na celu  niewykazanie się nietolerancją względem obcych nawyków kulturowych czy społecznych. Problem ten, jakże obecny w Szwecji z racji przyjęcia setek tysięcy uchodźców, coraz mocniej dostrzegalny, zaczyna przebijać pewne szklane sufity, zmieniając struktury społeczne. Jest to ciekawe z socjologicznego punktu widzenia o tyle, o ile dotyczy nie tylko tego jednego kraju; także szerszej społeczności, czym między innymi możemy tłumaczyć dojście do władzy prawicowych ugrupowań w wielu szerokościach geograficznych w ostatnim czasie. 

Moraliści to książka, którą należy przeczytać, chcąc brać aktywny, uwzględniający wiele perspektyw, udział w dyskusji związanej z uchodźcami oraz tworzeniem społeczeństw multikulturowych. Katarzyna Tubylewicz kreśli wielopoziomowy portret zarówno Szwecji, jak i całej europejskiej mentalności, nie popadając ani w moralizatorski, ani apokaliptyczny ton. To pozycja, która pozwala odnaleźć się w opisywanym zjawisku, przede wszystkim dzięki dość obiektywnej perspektywie, respektującej i wszystkie „za”, i wszystkie „przeciw”. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 15 lipca 2017

310. Jørn Lier Horst „Poza sezonem”

http://s.znak.com.pl/files/covers/card/b3/T003752.jpgTrudno byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, czy warto sięgnąć po powieść Poza sezonem. Wynika to przede wszystkim z pewnej przejrzystości, która związana jest m.in. z ukazywaniem postaci. Bo choć prezentuje dość ciekawą  historię, interesująco ulokowaną, skazana jest na prędkie czytelnicze zapomnienie.

W oddalonych od miasta domkach letniskowych dochodzi do morderstwa. Co więcej, na terenie znanej z telewizji postaci, cieszącej się niemałą popularnością. Śledztwo, prowadzone przez Williama Wistinga, prędko okazuje się skomplikowane, gdyż pojawiają się kolejne ofiary i różne utrudnienia. Na dodatek córka funkcjonariusza, będąca w separacji z partnerem, przeprowadza się w podejrzany region.

To, co szczególnie interesujące w tej pozycji, to opis przestrzeni tudzież miejsc, zwłaszcza miast, w których rozgrywa się akcja. Na uwagę zasługuje przede wszystkim dość detaliczny, a przy tym wyzbyty ze szczegółowych informacji, poprowadzony na zasadzie obserwacji, opis Wilna. Bohaterowie, natrafiwszy na odpowiednie tropy, odwiedzają stolicę Litwy, celem przyjrzenia się pewnym osobom i zebrania danych u samego źródła. I to, jak główny bohater, śledczy, postrzega zarówno kraj, jak i samo miasto, wydaje się bardzo interesujące. Przede wszystkim dlatego, że uwagę poświęca nie wyglądowi, stałym cechom, a konfrontacji wyobrażeń i prawdy oraz dysproporcjom, które toczą poszczególne dzielnice nie tylko Wilna, ale również całej Litwy. Zauważa, jak nowoczesna, a przy tym nierówna, tj. miejscami biedna i popadająca w ruinę, wydaje się ta przestrzeń, umiejscawiając przy tym te obserwacje w argumentacji związanej z uprawdopodabnianiem fikcji literackiej – bieda sprawia, że niektórzy zaczynają zajmować się nielegalną działalnością.  

Poza sezonem to kryminał zupełnie typowy, zrealizowany podług standardowych wytycznych i gatunkowych przyzwyczajeń. Zbrodnia, której dokonano, istotnie uruchamia niejasny, skomplikowany proces dochodzenia do prawdy, nie raz, nie dwa zmieniający swój bieg ze względu na pojawiające się poszlaki. Bohaterowie, którzy uwikłani są w sprawę, zmagają się nie tylko z głównymi, najważniejszymi dla całego utworu, wyzwaniami, ale także z szeregiem prywatnych spraw, które z czasem okazują się bezpośrednio związane ze śledztwem. Jednak, mimo relacji związanej z przenikaniem się życia osobistego i zawodowego, trudno znaleźć w tej powieści (co stanowi zresztą jej największy mankament) pogłębionego – a właściwie jakiegokolwiek – portretu psychologicznego. Autor wykreował takie postacie, które zdają się nie nieść niczego poza własnym wkładem w poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, kto i co jest źródłem głównego problemu. Owszem, wykazują się pewnymi cechami czy aspiracjami, niebędącymi elementami wątku stricte kryminalnego, oraz toczą ich drobniejsze lub większe zmartwienia, jednak wszystko to zdaje się marginalne, niewyraźne, świadczące jedynie o realności tych bohaterów, a nie o ich wewnętrznym życiu. Co więcej, niepodobna nawet znaleźć sugestii, dzięki którym moglibyśmy wykreować w głowie jakiś obraz doświadczeń czy panoramę osobowości. Wszystko, co przedstawione i opowiedziane o bohaterach, związane jest wyłącznie ze śledztwem i wyzwaniami, które z niego wynikają. Literacka rzeczywistość tej powieści to świat przeźroczysty, niezdefiniowany relacjami między postaciami, między ich ludzkimi cechami i stanami, podporządkowany wyłącznie kryminalnym aspektom fabuły. Dlatego, czytając, trudno o własną refleksję czy powstanie więzi, bo to, co poznawane, nie ma żadnego wewnętrznego, tożsamego z naszym, usposobienia, a realizuje się wyłącznie przez obiektywne, chłodne spostrzeżenia i opisy. Należałoby się jednak zastanowić, na ile opisany stan rzeczy stanowi mankament, a na ile wyraz swoistego ukierunkowania powieści na konkretnego czytelnika. Poza sezonem to raczej historia męska, rozrywkowa, dostarczająca konkretnych emocji i przeżyć. Jeśli szukamy książek w podobnych klimatach, recenzowana powinna być brana pod uwagę.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 11 lipca 2017

309. Jonathan Carroll „Kolacja dla wrony”

Zupełnie zachwyca to, o czym pisze Jonathan Carroll. I choć porusza dość często tematy powszechne, dobrze znane i opisane, zaskakuje i intryguje. Najpewniej wynika to z lotności i ulotności tekstów – realizują się bowiem, jako krótkie, naprawdę lapidarne, utwory, podchodzące do opisywanych zjawisk w sposób wysublimowany, choć niewymuszony. Pokazują, jak sprawny literacko jest autor Drewnianego morza, a także, jak wiele można spostrzec i doświadczyć, uważnie obserwując rzeczywistość. 

Kolacja dla wrony składa się z bardzo wielu krótkich tekstów, ni to pamiętnikowych, ni dziennikowych, ni fabularnych, ni kronikarskich; to raczej, w moim przekonaniu, rodzaj impresji, nie zawsze artystycznych, nastawionych na ufizycznienie myśli i obserwacji, zapis tego, co ulotne – zarówno w kontekście bardziej zewnętrznych zjawisk, jak przeżyte czy podejrzane sytuacje, jak i wewnętrznych, związanych z refleksjami czy myślami. Autor pisze o tym, co go otacza, przypadkowo lub nie, w dużej mierze skupiając się na życiu duchowym, intelektualnym, pisarskim i – jak zwał, tak zwał – filozoficznym. Bo patrzy na świat okiem filozofa, absolutnie niezmanierowanego czy przeintelektualizowanego, dostrzegającego w tym, co codzienne, pewną niezwykłość lub źródło refleksji. Nie jest nastawiony na odkrywanie wielkich, przełomowych, egzystencjalnych prawd, które niszczą lub konstruują naszą tożsamość i postrzeganie, zarówno siebie, jak i rzeczywistości, ale skupia się na drobniejszych rzeczach, mocno wrośniętych w czynności, będące swoistymi rytuałami, powtarzanymi każdego dnia. Obserwuje i innych, i samego siebie, kreśląc tym panoramę mocno osobistą, własnego świata, poszerzoną o to, co szersze – o innych, wspólną przestrzeń i ogólnoludzkie kwestie. 

Recenzowana książka to przede wszystkim pozycja dla sympatyków środowisk artystycznych oraz miłośników Carrolla. I choć autor pisze w Kolacji dla wrony dość ogólnikowo, traktując o tematach wspólnych, dotyczących każdego z nas, wydaje mi się, że dla osób postronnych, wyłączonych z powyższych grup, jego wywody mogą okazać się neutralne: ani ciekawe, ani nużące. Wynika to przede wszystkim z tego, że poruszane kwestie nie są rozpatrywane w sposób nowatorski, odkrywczy; stanowią raczej rozwinięcie pewnych myśli czy obserwacji, obecnych w każdym z nas i wynikających nie tylko z własnych doświadczeń, ale także z kanonicznych, szeroko znanych, lektur. Znając więc ich wymowę, istotę, idące za nimi wartości i przekonania, trudno o zaskoczenie. Inaczej sytuacja wygląda z bardziej jednostkowymi refleksjami czy zapisami, które choć opierają się na znanych schematach myślowych (choćby z humanistycznych rozważań), intrygują. Związane jest to z tym, że wszystko, co Jonathan Carroll opowiada, nawiązując  do własnej codzienności, przepuszczone jest w oczach czytelnika przez filtr jego twórczości. I nie tylko przez taki niewidoczny, znany wyłącznie odbiorcy (na podstawie relacji autor – dzieło), ale także przez wyraźnie wskazany – autor pisze wszak na tematy związane z pisarstwem, szeroko pojętym życiem twórczym, co, według mnie, stanowi największą zaletę książki. Możemy bowiem, uważnie czytając, przyjrzeć się życiu intelektualnemu artysty, jakże mocno wynikającemu z procesu pisania. Dowiadujemy się między innymi, skąd Carroll czerpie inspiracje do książek, jaka jest geneza nadawanych przez niego tytułów oraz co zadecydowało o tym, by związał życie z tworzeniem. 

Kolacja dla wrony pretenduje z jednej strony do miana notatnika lub pamiętnika, mocno codziennego, a przy tym prowadzonego raczej poza czasem, niezależnie od kalendarza czy zbieżności z rzeczywistością, a z drugiej do czegoś w rodzaju inteligenckiego, pisanego z widocznym zacięciem stricte literackim, skoroszytu, będącego na poły świadectwem wyraźnie obserwatorskiej, spostrzegawczej natury, na poły wyrazem potrzeby uwypuklania i ucieleśniania myśli oraz zauważeń. Książka składa się z tekstów, których lektura niekiedy zostawia obojętnym, a niekiedy mocno zaskoczonym, zwracając uwagę na konkretny temat – tak jak w utworze poświęconemu niewidomemu dziecku, które matka, wykazując się nie lada kreatywnością i opiekuńczością, zabiera na rower w otwartą przestrzeń (tak, by nie miało możliwości wjechać w cokolwiek). To pozycja jednocześnie i niezobowiązująca, i pozostawiająca wyraźne wrażenia, emocje oraz pragnienia. Chce się, przynajmniej w moim przypadku, sięgnąć po inne, pełniejsze, dłuższe, dzieła Jonathana Carrolla, bo skoro tak krótkimi formami czaruje i zmusza do refleksji, niewątpliwie i tymi dłuższymi zachwyci.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.