środa, 24 maja 2017

304. Magdalena Zimniak „Odezwij się”

Thrillerów o podłożu psychologicznym mamy co niemiara. Wielu pisarzy próbuje tego typu powieści, mając w planach tak urobić czytającego, by nie tylko przeżywał emocje wynikające z kryminalnej intrygi, ale także obserwował procesy zachodzące w psychice bohatera. Magdalena Zimniak postąpiła podobnie, kreując opowieść o porwaniu, podszytą szeroką narracją o emocjonalnych przeżyciach zarówno porwanych, w tym wypadku dzieci i ich rodziny, jak i porywającego.

Gdy na pierwszy rzut oka typową, szczęśliwą rodzinę dopada tragedia, jaką jest porwanie dzieci, wydaje się, że ma miejsce niezawinione cierpienie – najpewniej wynikające z cudzej nieludzkości, być może motywowanej pragnieniem nielegalnego zarobku. Z czasem okazuje się, że  prawda jest zupełnie inna, a Ada i Rafałek, rodzeństwo, ponoszą konsekwencje nieroztropnych decyzji rodziców.

Odezwij się to książka nierówna. Dotyczy to przede wszystkim sposobu prowadzenia akcji (przeskoków w napięciu oraz niekonsekwencji w opowiadaniu o kolejnych wydarzeniach) oraz uciążliwej naiwności, która zapewnia prowadzącego opowieść, że odbiorca nie połączy pojawiających się już na samym początku utworu faktów z tym, co następuje później, a co stanowi i tajemnicę, wobec której realizowana jest intryga, i punkt kulminacyjny. To nie tylko mankament powieści na poziomie jej struktury, ale także znaczne, żeby nie powiedzieć olbrzymie, utrudnienie dla czytającego, który, z racji swojej wiedzy, przedwczesnego –  dość oczywistego – poznania antagonisty, nie może uwierzyć w przedstawianą historię, gdyż identyfikacja z uczuciami i przeżyciami bohaterów, czyli z niewiedzą, obawami i niepewnością, która rozgrywa się pomiędzy skrajnymi przeczuciami – czy porwane dzieci żyją, czy nie – wymaga współdzielenia perspektywy, podobnego braku wiedzy na temat niewiadomej. W ten sposób, czytając pierwsze rozdziały, które dotyczą rozważań na temat prawdopodobnych powodów porwania i możliwych następstw, a także skupiających się na odnalezieniu osoby posiadającej motyw, oraz zgłębiając kolejne przypuszczenia, które z założenia powinny mieć charakter ślepych uliczek, mylnych tropów, potęgujących u czytelnika pragnienie poznania prawdy oraz adrenalinę, nie odczuwa się satysfakcji z podążania w kierunku rozwiązania ani rosnącego zainteresowania. Wręcz przeciwnie – odczuwa się poirytowanie, wynikające z wiedzy o tym, jak bezradni i omylni są bohaterowie. Trudno mi zrozumieć, dlaczego autorka zdecydowała się umieścić relację Joanny z istotnym dla dalszej fabuły mężczyzną już na początku, niwecząc tym poczucie grozy, tajemnicy, jakie mogłoby mieć miejsce, gdyby opis tej sytuacji został przesunięty w czasie – na przykład w ramach retrospekcji już po porwaniu dzieci. Znając przebieg romansu, wiedząc o sytuacji pociech, czytanie o tajemniczym mężczyźnie, który dokonał przestępstwa, skazując tym na cierpienia kobietę, która odrzuciła wcześniej jego propozycje, nie jawi się intrygująco – bardzo łatwo połączyć te wątki, zrozumieć, kto komu zawinił, kto jakie miał pobudki. Tajemnicze jest także to, dlaczego Joanna, rozpatrując różne możliwości, w tym dokonanie porwania przez kochankę męża, nie przypuściła, że za przestępstwo może odpowiadać jej dawny absztyfikant. 

W podobny sposób realizuje się problem z napięciem w rozwoju akcji. O ile powieść, prowadzona już po ujawnieniu porywcza, intryguje głębią psychologiczną, następującymi po sobie wydarzeniami – dziejących się w dwóch światach: ofiar (sytuacje w domu porywacza, relacja z nim, próby wydostania się, obserwacje) i poszukujących (zmieniające się stosunki między rodzicami, współpraca z policją, stan psychiczny bohaterów) – stopniowym przybliżaniem się do rozwikłania zagadki (następujące lokalizowanie podejrzanego mężczyzny, wychodzenie na jaw jego przeszłości i różnych związków), o tyle w momencie kluczowym, kulminacyjnym, czyli w chwili, gdy dzieci odzyskują wolność, napięcie zdaje się spadać, co prawdopodobnie wynika z nieroztropnego umiejscowienia tej sytuacji w akcji. Cały pobyt w miejscu, w którym przetrzymywani byli bohaterowie, został przedstawiony naprawdę interesująco. Ukazano bowiem jego sprzeczną dwutorowość: z jednej strony percepcja bohaterów zaciera się, coraz mniej tęsknią za dawną rzeczywistością, coraz bardziej integrują i zaprzyjaźniają się z porywaczem, a z drugiej, przynajmniej w świadomości i planach Ady, wzrasta poczucie konieczności ucieczki, poradzenia sobie z tragiczną sytuacją. I tak, dzięki tej wielowymiarowości, a także za sprawą zewnętrznych interwencji (m.in. śledztwa), intensywnie wzrasta napięcie i poczucie grozy. Do czasu. Moment, kiedy dziewczynka decyduje się na odważny krok, przynoszący ostatecznie wolność, rozczarowuje, burząc zaintrygowanie czytelnika. Zdaje się, że ta kluczowa dla akcji chwila dzieje się za prędko, za bardzo niespodziewanie, nieproporcjonalnie w stosunku do reszty utworu – o ile pobyt i poszukiwania trwają dość długo, o tyle moment kulminacyjny pojawia się nagle i trwa równie krótko. Tak, jakby autorkę gonił termin, jakby nagle musiała domknąć powieść, zamykając dłuższy rozwój zdarzeń w kilku stronach. 

Książka Magdaleny Zimniak korzysta głównie z obserwacji psychologicznych, stawiając tym bohaterów i to, co rozgrywa się w ich głowach, na piedestale. To postacie i ich przeżycia stanowią trzon tej literackiej rzeczywistości. Autorka zadbała o to, by wszystko, co doświadczają, miało przełożenie na ich zachowania i stan psychiczny: nie ma czynów bez konsekwencji, przeżyć bez przełożenia na przyszłość oraz cech, które nie determinują postępowania. Joanna, zdradziwszy męża, zmaga się z wyrzutami sumienia i poczuciem niemoralnego postępowania, a po poinformowaniu partnera o występku z jego reakcją – niewątpliwie spotęgowaną porwaniem. Porywacz swoimi decyzjami realizuje własne przekonania i sposób postrzegania zarówno siebie, jak i innych, a dzieci zmieniają się pod wpływem przykrych doświadczeń. Uwaga czytelnika jest skupiona przede wszystkim na Adzie i jej walce: nie tylko z traumatycznymi przeżyciami, takimi jak niewola, ale także z poczuciem odpowiedzialności za młodszego brata. Do tego, co czyni z tej postaci osobowość wielowymiarową, próbuje radzić sobie z nerwicą natręctw, znaczenie utrudniającą i zaburzającą funkcjonowanie oraz postrzeganie. Również to, co ma miejsce w czterech ścianach porywacza, czyli próby psychicznego odizolowania ofiar od przeszłości, ich uzależnienie od woli silniejszego, snucie planów na przyszłość oraz narzucanie ról i wzajemnego traktowania, prowadzone jest w sposób szeroki i głęboki – z przełożeniem na psychikę i kształtującą się tożsamość bohaterów.

Odezwij się to powieść, która traci na nierównym tempie i niestałym napięciu, a zyskuje na psychologizacji postaci tudzież ukazaniu wielu ciągów przyczynowo-skutkowych, związanych nie tylko z dojrzewaniem i tak dramatycznymi doświadczeniami, jak porwanie, ale również z relacjami międzyludzkimi, zwłaszcza z tymi w małżeństwie. To książka o rozpadzie (i odbudowywaniu) rodziny, fantazjach, niespełnionych miłościach i potrzebach bliskości. Bohaterowie, lawirując między dwoma stanami: zdrowego postrzegania oraz zdeformowanego różnymi chorobami psychicznymi, roztaczają przed czytelnikiem panoramę osobowości i niejednoznaczności, umożliwiających szerszą interpretację ich decyzji i czynów. To także powieść o następstwach, które w tym wypadku zdają się mówić jedno: wszystko, co czynimy, na co się decydujemy, niesie ze sobą konsekwencje – niezależnie i wbrew naszej woli.

3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prozami.

piątek, 19 maja 2017

303. Fiodor Dostojewski „Młokos”

Sięganie po Dostojewskiego wiąże się z następstwami związanymi, po pierwsze, z czytelniczo-intelektualnymi wymogami, po drugie, ze spotkaniem gęstej treści i intensywnego przekazu. Nie da się inaczej poznać literackich światów rosyjskiego twórcy, niż przez wnikliwą lekturę, nastawioną przede wszystkim na uważne obserwowanie związków między bohaterami.

Arkadiusz, główny bohater, tytułowy młodzik, u progu dorosłości próbuje zgłębić własną naturę i powziąć pewne plany oraz kroki, mając na uwadze różne wartości i założenia – w tym odnalezienia się w skomplikowanej relacji z ojcem.
Młokos to powieść, w której ścierają się, choć nie do końca, dwa światy, dwa przeciwległe obozy, mimo to będące w integralnej relacji – dorosłych i dorastających. Fiodor Dostojewski ukazuje skomplikowane mechanizmy związane z przechodzeniem z jednej grupy w drugą, z młodości w stateczność i dojrzałość, a także to, jak przynależność do poszczególnych warstw, definiowanych wiekiem i statusem, determinuje.  Autor, wikłając bohaterów w niejasne intrygi i wydarzenia, realizujące obrazy pewnych przekonań oraz postaw, ukazuje schematy i dążenia, które stanowią o jego postaciach, a przy tym portretuje szereg cech i rozwój ich osobowości, zwłaszcza Arkadiusza – tytułowego młokosa. W tym problemie, związanym z dochodzeniem do jądra indywidualnej tożsamości, prawdziwego „ja”, przechodzenia  z jednego życiowego etapu w drugi, recenzowana książka zdaje się poszukiwać odpowiedzi na kluczowe pytania o naturę człowieka, powody, które stanowią o naszym zachowaniu, i o to, czym tak naprawdę jest przynależność oraz proces kształtowania się świadomości tudzież pojmowania samego siebie – zarówno w kontekście innych (rodziny, środowiska, społeczeństwa, świata), jak i samego siebie – tego, czym tak naprawdę jest powinność, czy należy mieć ideę, jakąś wartość, drążącą charakter i postrzeganie. W tych szerokich obserwacjach, zawierających i poszukującego, i tych, którzy go otaczają, niby doradzając lub ukierunkowując, ujęta została panorama życia codziennego, przepełnionego skrajnymi uczuciami i pragnieniami, a także sytuacjami, wymagającymi od nas pewnego określenia, do którego niekiedy nie sposób dotrzeć. Bohaterowie Dostojewskiego trwają w tym wszystkim, wzajemnie wystawiając się na próby, mimochodem stawiając przed sobą wyzwania: dzieci rodzicom, rodzice dzieciom, znajomi znajomym, bliscy obcym, obcy bliskim itd. Jednym słowem, to w pewnym sensie świat testu, weryfikowania i poznawania – i rzeczywistości, jako takiej, i ludzi, z którymi się żyje (lub żyło, w przeszłości). Pełno tutaj zawodów i rozczarowań, niespełnionych nadziei i wniosków dużo  mówiących o nas, jako istotach stadnych, istniejących wyłącznie w kontekście innych, w społeczeństwie.

Dostojewski, jak zawsze, buduje wielopoziomową opowieść o człowieku i jego naturze oraz wielowarstwowe portrety psychologiczne, będące nie tylko skutkiem rozmyślań, ale także owocem obserwacji zachowań postaci. Tym razem, oprócz procesu dojrzewania, wchodzenia w dorosłość, poszukiwania tożsamości, zajmuje się głównie wartościami, które zdają się znamienne dla ludzi młodych, być może nieco naiwnych, niezniechęconych trudami i smakiem porażki – ideą oraz pragnieniem zmieniania świata, niesienia rewolucji, życia po swojemu w absolutnym oderwaniu od tego, co doczesne. To książka, w której podejrzeć możemy młodzieńczy zapał, bunt wobec tego, co zastane, podporządkowujące postępowanie i pragnienia. Młokos opowiada o niszczeniu dogmatów i zrywaniu z pewnymi schematami, wyswobadzaniu się z oczekiwań innych, a także o tym, jak duży jest koszt takiej niezależności. Bohaterowie Dostojewskiego tkwią w różnych schematach i relacjach, nieco niejasnych, a przy tym oczywistych. Jednym z kluczowych słów, takich, które niekiedy charakteryzują daną powieść, w tym wypadku jest idea  To o niej, jako wartości, a przy tym niezbędnej konieczności, decydującej o człowieczeństwie i znaczeniu jednostki, przez znaczną część utworu rozmyśla bohater, Arkadiusz, wchodząc w różne dyskusje, z których wyciąga założenia, odłożone do niechybnej realizacji. Idea, jako taka, jawi się tutaj jako istotna, niosąca nie tylko pełną realizację osobowości, ale także rozwój społeczeństwa, postęp świata i możliwość takiego życia, które coś znaczy – wbrew upływowi czasu i kwestiom egzystencjalnym. Jednak to także opowieść o niemożności realizacji takich wartości, o miałkości naszych decyzji i pragnień, a także o tym, jak trudno zachować wierność własnym przekonaniom, będąc każdego dnia wystawianym na próbę, bombardowanym wieloma zmartwieniami i wyzwaniami. 

Młokos roztacza wizję człowieka jako istoty o rozdartej osobowości, którą toczą skrajne pragnienia i wartości. Główny bohater, z jednej strony postać szlachetna, bogata w wartości i przekonania, nastawiona, mimo braku wyższego wykształcenia, na intelektualne poznanie, wyzbyta z powierzchowności, a z drugiej realizująca nikczemne zamiary, podstępna i skora do działania pod wpływem innych, staje się uniwersalną postacią, typem, będącym przykładem każdego z nas.  Dostojewski napisał powieść, którą można czytać w charakterze autoterapii, mającej na celu zgłębienie własnej natury, zrozumienie, że mimo ucieleśniania wielu dobrych cech, toczą nas różne ludzkie przywary, potęgowane przez konkretne sytuacje i relacje. To utwór o wielkich pragnieniach  i ich smutnej weryfikacji, o niejednoznaczności ludzkiej natury i pokrętności osobowości i psychiki, a także o funkcjonowaniu w społeczeństwie, mniejszych lub większych środowiskach. Wszystko, cała ta wielka, wielowarstwowa narracja, realizuje się w trafnych, niebanalnych obserwacjach i arcyciekawych, nierzadko oświecających, dialogach, będących nie tylko przykładem świetnych konstrukcji literackich, ale także ubogacających filozoficznych rozmyślań. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG. 

piątek, 14 kwietnia 2017

302. Michalina Wisłocka – „Sztuka kochania”

Źródło
To prawdopodobnie nie do końca dobre, jednak nie potrafię patrzeć na tę książkę w inny sposób, niż przez pryzmat, skądinąd interesującego, tegorocznego filmu o Wisłockiej. Za sprawą tej produkcji zupełnie inaczej podszedłem do tej postaci, znacznie szerzej i głębiej.

Sztuka kochania to poradnik dla par, po raz pierwszy wydany w 1976 roku. Jak można przypuszczać, książka okazała się dużym wydarzeniem, jednak niekoniecznie pozytywnym – przynajmniej dla władz czy konserwatywnej części społeczeństwa. Dla reszty, ciekawych i poszukujących, zainteresowanych cielesnością i poprawą jakości życia, dla tych, którzy, mniej lub bardziej otwarcie, zastanawiali się nad własną intymnością, życiem erotycznym, wydawnictwo okazało się zbawieniem, gdyż niezwykle jawnie, rzetelnie i czytelnie mówiło o wszystkim tym, co, choć powszechne, dotyczące każdego, stanowiło temat tabu, niemożliwy dotąd do poruszenia. Wisłocka, opisując cielesność, zabawy seksualne, przypadłości oraz różnego rodzaju zjawiska i problemy, przybliża czytelnikowi wszystko to, co powinien wiedzieć, chcąc nie tylko współżyć, ale przede wszystkim kochać – świadomie i inteligentnie. Jej książka bowiem, dotycząc tematów związanych z fizycznością, nieustannie podkreśla, jak istotna jest w związku miłość – będąca również fundamentem udanego pożycia.

Wisłocka weszła do historii, przynosząc ludziom, na przekór zakłamanym, trudnym, szarym, siermiężnym czasom, wiedzę, która dotyczyła bezpośrednio ich codzienności, tego, co z jednej strony stanowiło coś wyciągniętego z publicznej dyskusji, potraktowanego milczeniem, co często utożsamiane było z obowiązkiem, dalekim od przyjemności, a z drugiej mogło radować, satysfakcjonować i ubogacać życie, fundamentując tym związki. Napisała bowiem książkę, która w sposób prosty, zrozumiały, jawny i ludzki – co ważne – traktuje o cielesności, o tym, co towarzyszy miłości, co stanowi integralny element naszego życia, a co do jej czasów spajano z tego rodzaju prywatnością, o której nie tylko nie wypadało pisać, ale i rozprawiać. Wisłocka, jako wolnomyślicielka, krzewicielka nauki i empatyczna, odważna postać, Sztuką kochania zabrała głos, przemawiając do milionów – co pokazuje ilość sprzedanych egzemplarzy: zarówno tych legalnych, oficjalnych, jak i tych, które rozprowadzano w podziemiu, poza obiegiem. Przyniosła informacje i praktyczne porady, z którymi utożsamić mogły się i kobiety, i mężczyźni, i osoby w związku, i single, chcący zasięgnąć nie tyle nauki, ile prawdy – o sobie, własnych potrzebach, lękach, zmartwieniach i problemach.

Choć w wielu miejscach uwypukla się swoista nieprzystawalność do dzisiejszego pojmowania mężczyzny i kobiety, tego, co ich dotyczy, wszystkich kwestii tożsamościowo-ideologicznych, nie sposób nie dostrzec pewnej uniwersalności sposobu myślenia, którym raczy autorka. To, o czym mówię, ta opozycja, wyraża się przede wszystkim w sposobie definiowania dwóch płci, jakby na zasadzie kontrastu. Przeczytać możemy na przykład, że o ile płacząca kobieta, choć nie wszystkie – tylko blondynki o dziecinnych rysach twarzy! – może wyglądać pięknie, o tyle mężczyzna – nigdy, wzbudza bowiem wyłącznie lekceważenie. Tego typu sądy, niekiedy idące dalej, choć rażą, utożsamiając z konkretną płcią konkretne cechy czy role społeczne, nie są w stanie przesądzić o recenzowanej książce, gdyż świadczą o pewnych uwarunkowaniach, ideach, latach, w których powstała – nie zapominajmy, że to realia Polski drugiej połowy XX wieku, jakże inne od tych, w których żyjemy. To także istotna cecha dzieła Wisłockiej: swoiste świadectwo pojmowania rzeczywistości, w tym intymności, dawnych lat. Bo choć dziś pewne rzeczy, o których pisze autorka, mogą przeczyć temu, co wiemy, co uznajemy za prawdziwe, to Sztukę kochania należy ciągle traktować jako głos ważny i warty wysłuchania – właśnie ze względu na swoistą symboliczność oraz uniwersalność w pojmowaniu miłości, bliskości i istoty związku.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

301. Leopold Tyrmand "Życie towarzyskie i uczuciowe"

Życie towarzyskie i uczuciowe to jedna z tych książek, które postrzega się nie tylko w kategoriach świata wykreowanego przez autora, mniej lub bardziej mówiącego o naszym, o naszych problemach oraz sytuacjach, ale także jako obraz naszej rzeczywistości, swoisty wyimek z niej – w tym wypadku jakże dosadny i treściwy.

Akcja utworu rozgrywa się w Warszawie w latach 1946-1959 i dotyczy środowisk inteligenckich – artystów, pisarzy, filmowców, dziennikarzy – oraz ich relacji z władzami tudzież wpływowymi postaciami. 

Leopold Tyrmand napisał powieść bardzo rzetelną. Zdaje sobie sprawę, że brzmieć to może osobliwie, jednak taka opinia, takie spostrzeżenie, najmocniej trzymało się mnie, zarówno w trakcie, jak i po lekturze. Wynika to przede wszystkim z tego, że relacje, w których tkwią bohaterowie książki, sytuacje, z którymi muszą się zmierzać, oraz sposoby, za pomocą których udaje im się realizować pragnienia i potrzeby, mówią więcej o pewnych środowiskach rzeczywistych, realnych, możliwych do namacalnego poznania, niż o wykreowanych, zamkniętych między okładkami – skądinąd odnoszących się do prawdziwych osób i działań. Tyrmand wykreował historię gorzką, jednak niezwykle wiarygodną i wymierną, w pełni odnoszącą się do tego, co rzeczywiste. Pisze bowiem o intelektualistach, twórcach, pisarzach, ludziach polityki i kultury, których, siłą rzeczy, chciałoby się sklasyfikować jako inteligencję. Ukazuje ich jednak – i na zasadzie obrazowania, dotyczącego konkretnych realiów oraz sytuacji, i wskazywania typów – w negatywnym kontekście, skupiając się na tych cechach, które świadczą o konformizmie, obojętności na wartości wyższego rzędu, uważane za uniwersalne – przypisywane w dużej mierze ludziom obytym, tworzącym i współtworzącym kulturę, środowiskom światłym. Pisarz robi to niezwykle sprawnie i jego bohaterowie – jako tacy, nie jako postacie, które pośrednią są najważniejsze, ale dla toku akcji istotniejsze są sytuacje, którym muszą sprostać – stanowią centralny środek literackiego świata, to im poświęcona jest absolutnie cała  uwaga. Należy bowiem zaznaczyć, że następujące po sobie wydarzenia, choć powodują pewne następstwa, przedstawiające nam oblicza bohaterów, nie są na tyle znaczące, na tyle wyraziste, by zdominować utwór oraz całkowicie przyciągnąć uwagę czytelnika. To relacje między bohaterami – decyzyjnymi a nieznaczącymi, wyższymi a niższymi sferami, inteligencją a biurokracją, osobami w małżeństwie a kochankami – podporządkowują odbiór i rozumienie tej powieści. Na podstawie tych zależności Tyrmand prowadzi opowieść, wywodząc z niej wiele spostrzeżeń, zauważeń oraz wniosków.

Życie towarzyskie i uczuciowe, dla mnie, to przede wszystkim powieść o miałkości. Takiej, która dotyczy bardzo wielu obszarów życia, która realizuje się zarówno w indywidualnych relacjach czy sytuacjach, jak i na wielkich obszarach. Bo wszystko, co przedstawia pisarz, zdaje się wyrażać w swoistej powierzchowności, kłamstwie i płytkości, które tak mocno determinują świat bohaterów, że nie tylko wiele o nim mówią, ale w pełni go wyrażają. Postacie, choć należące do inteligencji, tworzące kulturę, naukę, media, piszące o tematach ważnych i wzniosłych, dotyczących i pewnych elit, skłonnych do refleksji intelektualnych, i mas, pragnących rzetelnych informacji, zupełnie przełamują wyobrażenie, a być może i swoistą powinność, reprezentując takie cechy i postawy, które zdają się deprawować wszystko to, z czym utożsamiamy dziennikarzy, polityków i pisarzy. Tyrmand ukazuje tych ludzi, w konkretnej przestrzeni i w czasie, jako wyprutych z pryncypiów, zdolności do niezależności, otwartości i takiego wykonywania własnego zawodu, które przynosi przede wszystkim pożytek i piękno – sławę lub wpływy dopiero później. Zajmuje się środowiskami pod wieloma względami niemoralnymi, traktującymi siebie i innych w kontekście pożytku i przydatności. Przedstawia bohaterów oczekujących i wymagających, niekoniecznie od siebie – na ogół od innych. Pokazuje, jak kształtują się skomplikowane relacje, polegające na współpracy nastawionej na zyski i wpływy, związane ze służalczością i czynieniem propagandy. Zrywa tym, w oczach czytelnika, z pewnym dogmatem, wzorem pisarza, krytyka czy dziennikarza, który utożsamiany jest z takimi cechami, jak wolność, niezależność oraz indywidualność. Z jednej strony jest to obraz czasów, wyimek z naszej rzeczywistości, lat, kiedy władza związana była ze wszystkimi obszarami  życia, a kultura i tworzący ją działali niekoniecznie zgodnie z nadrzędnymi wartościami, wolnomyślicielskimi ideami, ale pod wpływem przyziemnych, mocno fizycznych pobudek. Tyrmand, przedstawiając takie sytuacje, ukazując nie tylko sam skutek, ale cały proces, dokonuje ewidentnej krytyki – jakże słusznej w świetle wolnościowych poglądów. Z drugiej strony jest to charakterystyka pewnej ponadczasowej, uniwersalnej postawy, zależności i niegodziwych współprac, odsuwających na dalszy plan wymienione wcześniej wartości.

Pisarzowi udało się tak przedstawić swoich bohaterów, by sportretować ich na dwa, wzajemnie przenikające i współtworzące się, sposoby: jednostkowy i zbiorowy. Równocześnie, za sprawą ciągłego ukazywania postaci w ruchu – kolejnych i rozwijających się znajomości, postępujących sytuacji, starań – pokazuje, jak złożony i integralny jest wykreowany przez niego świat, ciągle nie odchodząc od tego, by przeżycia i doświadczenia konkretnych postaci ukazywać przez pryzmat szerszej grupy. Taka perspektywa daje większąmożliwość poznawczą – nie tylko danych postaci, obserwowanych i czasie, i w towarzysko-społecznej przestrzeni, ale również całego, jakże złożonego, literackiego świata. Życie towarzyskie i uczuciowe to książka o ludziach idących na rozmaite współprace, wyzbywających się idei, niezależności i wolności, o środowiskach artystyczno-inteligenckich oraz o zawiłych relacjach międzyludzkich, realizujących się między teoretycznie bliskimi sobie osobami – na przykład między żoną a mężem. To książka śmiała i wymowna, zaskakująca wnioskami i spostrzeżeniami.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 1 kwietnia 2017

300. Karen Armstrong "Pola krwi. Religia i przemoc"

Zastanawiając się nad lekturą tej książki, łatwo dojść do wniosku, że będzie to kolejna pozycja, która traktuje o tym, jak wielce szkodliwe są religie, gdyż są źródłem przemocy, konfliktów oraz różnego rodzaju wojen. Autorka, co znamienne, nie podąża tą drogą, wręcz odwrotnie – podważa tę tezę, mówiąc o tym, że nie wszystko jest takie oczywiste i powierzchowne, że w tego typu sądach nieuwzględniane są pewne sytuacje, realia oraz zdarzenia – jakże istotne przy tak radykalnych orzeczeniach. 

Pola krwi. Religia i przemoc to pozycja ze wszech miar obszerna, dotycząca związków religii z przemocą i tym, co nazywamy terroryzmem. Jednak nie tylko, bo podążając w kierunku ukazywania rzekomych – bo autorka, jak wspomniałem we wstępie, daleka  jest od jednoznacznych ocen – relacji, przedstawiane zostają takie płaszczyzny danych wierzeń czy społeczności, jak zasady wyznawanej religii, jej historia, wpływy na codzienne życie oraz umiejscowienie jej w szerszym, zróżnicowanym środowisku. Karen Armstrong podążą w poszukiwaniu związków między religią a przemocą w poszczególnych epokach i okresach, zaczynając od starożytnego Sumeru, a kończąc na współczesności. Zajmuje się przede wszystkim trzema wielkimi: judaizmem, chrześcijaństwem i islamem, dopatrując się zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych wpływów i powiązań – z otoczeniem oraz innymi ideologiami. 

Karen Armstrong napisała książkę przede wszystkim przekrojową. Taką, z którą można prześledzić niezwykle długi i treściwy okres, skupiając się na kilku zagadnieniach, kilku elementach. Nie jest to przy tym pozycja nużąca, przytłaczająca i gubiąca czytelnika bogactwem – czy wręcz nadmiarem – informacji. Autorka panuje nad treścią, którą przekazuje niezwykle skrupulatnie, trzymając się głównych wątków i konstrukcji myślowych, prowadząc swoją narrację tak, że odbiorca obcuje nie tylko z uporządkowanym, zrozumiałym, dość lapidarnym tekstem, ale również z frapującymi opisami i interesującym biegiem wydarzeń. To ważne, ponieważ Pola krwi to książka duża – liczy niemało stron, dotyczy bardzo wielu epok i obejmuje wiele cywilizacji, kultur i miejsc. Wszystko, co zostaje przedstawiane, jawi się jako zajmujące, a przy tym logiczne – tworzące ciągi przyczynowo-skutkowe, zaczynające się w odległej historii, trwające do dziś. Realizują się przede wszystkim w tym, co aktualnie obserwujemy, zajmując się takimi zagadnieniami, jak terroryzm, poczucie ucisku wielu grup społecznych, zasięg największych religii czy występowanie pewnych enklaw kulturowych. Ta książka dotyczy wszystkich tych płaszczyzn, nie zamyka się tylko w tytułowej przemocy, choć istotnie to na niej skupia głównie swoją uwagę. Obejmuje jednak więcej obszarów i zależności, dzięki czemu możliwe jest śledzenie omawianego zjawiska z wielu perspektyw, m.in. subiektywnej i obiektywnej.

Pola krwi to wielka opowieść o religiach, a konkretnie o doświadczeniach wyznawców i tych, którzy zostali zmuszeni do praktykowania danego zestawu wierzeń. To historia uciskających i uciskanych, uwzględniająca szerokie grupy społeczne, które świadomie kontynuowały, przyjmowały – z przymusu lub dobrowolnej decyzji – tudzież odrzucały daną tożsamość. Karen Armstrong skupia się przede wszystkim na wzajemnych relacjach, dotyczących wielu zjawisk i postaw. Z jednej strony dostajemy obraz początku, kształtujących się religii oraz znaczenia wierzeń dla pierwszych ludów. Obserwujemy ich podejście, zmieniające się postrzeganie i zapatrywania, a także to, jak rozpowszechniała się dana wiara, jak wpływała na inne płaszczyzny życia i społeczności. W dalszych rozdziałach badana zostaje średniowieczna Europa, na czele z tymi wszystkimi wydarzeniami, które przez lata obrosły masą legend i przejaskrawień, i które bardzo często stosowane są jako poważny argument, który świadczyć ma o tym, jak wielkie zło wyrządza religia – zarówno w ogólnym kontekście, jak i odniesieniu do Kościoła Katolickiego. Autorka analizuje poszczególne zdarzenia, na czele z krucjatami, walką o władzę w Europie oraz różnymi konfliktami na linii papiestwo-władza świecka. Badając te relacje i związki, opisuje poszczególne agresje oraz wynikające z nich sytuacje, tworząc swoistą mapę – nie tylko średniowiecznych rozgrywek, ale istoty realiów, dotyczących zarówno ideologicznej, społecznej warstwy epoki, jak i pragnień poszczególnych środowisk. Armstrong pisze o różnych schizmach i podziałach, sprzeciwach i wystąpieniach, a także o przewrotnych relacjach, które rozgrywały się między sferą sacrum a profanum – Pałacem Apostolskim a poszczególnymi władcami, mniej lub bardziej współpracującymi z Kościołem. Drugim biegunem opowieści o związkach religii z przemocą, stojącym na równi z tym, który dotyczy konkretnych wierzeń i walk w imię konkretnego boga, jest nowoczesność, wynikająca w dużej mierze z oświeceniowych idei, spychających na drugi – jak nie dalszy – plan poprzednie zapatrywania, a wynoszący na piedestał państwo, obywatelstwo – jako wartości niemal boskie. Temu procesowi z dużą uwagą przygląda się autorka, dostrzegając pewne analogie do walk i sytuacji opisanych w poprzednich rozdziałach.

Myślę, że ta książka ma przed sobą niemałe zadanie, niezwykle istotne w dzisiejszych czasach. Weryfikuje pewne tendencje w myśleniu i postrzeganiu religii, pokazując, że nie sama wiara – jako taka – przynosi zło, że to nie ona jest matką wielu tragedii i niesprawiedliwości, ale porządek, w który bywa wbudowywana, i na którym jest osadzana. To właśnie przemoc i wyzysk, wszystko to, co związane z walką o rząd dusz i o prawo do decydowania, winne są tragicznym sytuacjom, do których dochodziło, i do których wciąż niestety dochodzi. Karen Armstrong pokazuje, jak integralny był kiedyś świat, jak zero-jedynkowo – za sprawą współwystępowania wiary i prawa – w związku z tym traktowano to, co inne i obce. To książka, którą należy przeczytać, by zrozumieć nie tylko przeszłość – tak mocno związaną przecież z religią – ale przede wszystkim teraźniejszość. Na przykład terroryzm.
5/6
 
Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 27 marca 2017

299. Jerzy Pietrkiewicz "Na szali losu"

Na szali losu to książka, którą czytać można na kilka sposobów, a każdy z nich jest równie dobry i cenny. Wynika to z faktu, że autor, prowadząc narracje autobiograficzną, nie skupia się na jednym, konkretnym, zjawisku, elemencie własnego życia, a prowadzi równocześnie opowieść o wszystkim tym, co go zajmowało i dotykało zarówno od strony wewnętrznej, jak i zewnętrznej.

Książka Jerzego Pietrkiewicza, pisarza, mniej znanego w Polsce, bardziej za granicą, to autobiografia, obejmująca istotny okres twórcy – od narodzin, w co wliczyć należy historię, tło rodziny – po wydanie pierwszej anglojęzycznej powieści, która, jak twierdzi sam twórca, stanowi swoistą granicę w jego życiu – wyznacza bowiem dwa okresy, dwie przestrzenie. Artysta, a także tłumacz, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Londyńskiego, kreśli zarys przeszłości, uwzględniając pochodzenie, dzieciństwo, edukację, znajomości oraz zderzenie z tragizmem II wojny światowej, która wyraźnie zdeterminowała bieg zdarzeń.

Na szali losu to książka, która opowiadając o losach jednostki, w tym wypadku autora, kreśli znacznie więcej, coś uniwersalnego, a mianowicie ogólny obraz sytuacji ludzi – w tym środowisk intelektualnych – żyjących w tych niełatwych czasach – w pierwszej połowie XX wieku. To pozycja, która pokazuje człowieka w tułaczce – i nie tylko wynikającej z sytuacji politycznej, ale również prywatnej. Autor, opowiadając o swoim życiu, pokazuje, jak skomplikowana i zawiła jest jego przeszłość, jak wiele doświadczył – w tym, niestety, nieszczęścia. Pokazując czytelnikowi dzieciństwo, okres dorastania i życia na wsi, wraz z rodzicami, ukazuje świat absolutnie nieuchwytny, dziejący się wśród wspomnień zapachów, postaci, obrazów, relacji i sytuacji dawno nieistniejących, zapomnianych. Bo to, o czym opowiada, to obraz dzieciństwa w pewnym sensie spełnionego, choć zwieńczonego wydarzeniami – śmiercią rodziców, bycia sierotą – ewidentnie tragicznymi. Pietrkiewicz, mówiąc o ojcu, o matce, o tym, jak mijały dni, wskazuje na swój kontakt z naturą, sielskość – przywołuje grzybobrania, jakże obecne w pamięci, jako pewny symbol tego, co minęło, nawet po latach, kolistość czasu, wynikającą ze zmieniających się pór roku, pracy przy obejściu, na przykład przy ulach. Opowiada o sobie, o swoich doświadczeniach i o rodzinie, a przy tym roztacza panoramę całej wsi, życia tożsamego z poszanowaniem praw natury, prostoty (i piękna, które z niej wynika), historii i obyczajów – i tych religijnych, i tych świeckich.

Pisząc o własnych losach, autor nie pomija zdarzenia granicznego, jakim była śmierć rodziców. Pisarz został bowiem osierocony już jako dziecko – między śmiercią matki a ojca nie minęło wiele czasu, raptem rok. Rozpatruje tę sytuację z kilku perspektyw – także czasowych. Opowiada o tym, jak potoczyły się sprawy, o kontynuowaniu nauki i o sytuacjach, którym musiał podołać. Mówi także o tym, jak odejście rodziców, a także następstwa z tym związane, wpłynęły na jego twórczość, zaznaczając coś, co, wydaje mi się, jest niezwykle intrygujące. Pisząc o odejściu matki, zauważa, że próbował opisać swoją relację z nią w Sznurze z węzłami, spostrzegając, że w obcym języku, w którym pisał tę powieść, mógł nabrać dystansu do pamięci i uczuć. To spostrzeżenie jest istotne nie tylko ze względu na pewne świadectwo związane z tworzeniem i radzeniem sobie przez człowieka z emocjami, ale także ze względu na to, co mówi o recenzowanej książce. Jerzy Pietrkiewicz ukazuje siebie, własną przeszłość, w moim przekonaniu, nieustannie w kontekście tworzenia, pisarstwa, co zdaje się "nagromadzać", "nawarstwiać" fakty, których suma ukazuje pewną zależność, tłumaczącą moment finalny, ostatni element autobiografii – wydanie pierwszej napisanej po angielsku powieści.

Na szali losu to książka o niełatwych czasach i równie trudnych doświadczeniach, ale pisana w sposób pozbawiony goryczy, pretensji. To zapis przeżyć i obserwacji, prowadzony niezobowiązująco i w pewnym porządku – autor przywołuje fakty, zdarzenia i spostrzeżenia, snując opowieść nie tylko o sobie, ale i o rzeczywistości, o wiadomym okresie. To historia jednostki wpleciona w ogólny bieg zdarzeń, dotycząca i tego, co piękne, i tego, co tragiczne. Pietrkiewicz z poszczególnych elementów własnego życia kreśli spójną opowieść, jakże bogatą – zwłaszcza w kontekście jego twórczości. To książka, po którą warto sięgnąć, chcąc poznać nie tylko losy autora, ale również historię emigracji, utraty i tworzenia. 

4,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 24 marca 2017

298. Vaclav Havel "Obywatel kultury"

Źródło
Spośród  literatury przynoszącej świadomą refleksję nad konkretnymi zjawiskami czy płaszczyznami życia, niepodobna nie uwypuklić roli eseistyki i tekstów poświęconych m.in. sztuce. Vaclav Havel, za sprawą Obywatela kultury, pozycji zbierającej pewien dorobek publikacji i wystąpień jego autorstwa, przemawia do nas, czytelników, niezwykle mocno i konkretnie, przedstawiając nie tylko własną refleksję na tematy związane z szeroko pojętą sztuką, ale przede wszystkim z tym, co było mu najbliższe – czeskim teatrem i szeroko rozumianą kulturą. 

Teksty, które wchodzą w skład Obywatela kultury, zaskakują przede wszystkim rozpiętością tematyczną, choć raczej może możliwościami wielorakiego spojrzenia i wielotorowej refleksji na zagadnienia i sprawy wychodzące z jednego źródła. Bo Havel pisze głównie o sztuce (m.in. teatrze i literaturze) oraz o sprawach społeczno-politycznie naglących, czyli o wszystkim tym, co dotyczyło go bezpośrednio – tym, co związane z realiami, w których żył. Co ciekawe, w jednym z tekstów pisze o tym, że nie sposób uciec w pracy twórczej – nawet niezwiązanej np. z sytuacją polityczną – od tego, co otacza autora, mając na myśli przede wszystkim wszelkiego rodzaju uwarunkowania mentalne i spory oraz zamieszania wynikające z konfliktów na szczeblu np. ustrojowym. Mówię o tym nie bez powodu, ponieważ wiele artykułów, oczywiście wskutek celowego działania, nie przypadkowego, podświadomego funkcjonowania w sferze tekstu, dotyczy polityki. I nie tylko takiej, która przychodzi na myśl jako pierwsza, a mianowicie refleksji dotyczącej aktualnej sytuacji, ewentualnych mankamentów i relacji ze społeczeństwem, ale takiej, która kreślona jest z wielu perspektyw. Havel bowiem, co znamienne, pisząc o czechosłowackiej sytuacji, porusza bardzo wiele zależności i ukazuje wyraźne ciągi przyczynowo-skutkowe, dotyczące nie tylko przebiegu, przemian i następstw, jakie niosą za sobą pewne decyzje, ale skupia się także na tym, co poboczne, a przy tym jakże istotne. Chodzi tu choćby różne relacje polityki z innymi płaszczyznami życia, zarówno intelektualnego, jak i codziennego, wśród których możemy wyróżnić takie sfery, takie jak kultura, teatr, postrzeganie rzeczywistości czy codzienne, najzwyklejsze, funkcjonowanie – związane z poziomem życia, aspiracjami oraz warunkami, w których należy się odnaleźć. Vaclav Havel pisze o swoich poglądach otwarcie i niezakłamanie, to jest tak, że w żaden sposób nie kryje się z tym, co sądzi, nie szuka łagodniejszych sposobów rejestrowania własnych myśli i spostrzeżeń – narażając się tym władzom. 

Obywatel kultury, jak sama nazwa wskazuje, to jednak przede wszystkim teksty poświęcone kulturze – na czele z teatrem i literaturą, dziedzinami jakże bliskimi autorowi. To eseje, rozprawy, artykuły i przemowy, poświęcone wielu zagadnieniom, zarówno szerokim, jak i wąskim – o konkretnym, możliwym do śmiałego ujęcia w pewne definicje czy klamry zasięgu lub znaczeniu. Twórca pisze o tym, co go spotyka, co obserwuje, ale także o tym, co odległe lub w nieustannym procesie. Zajmuje się wyszczególnionymi zdarzeniami i postaciami, tworząc szkice dotyczące twórczości poszczególnych autorów – choćby o Hrabalu – ale zwraca także uwagę na inne, znacznie szersze, w pewnym sensie nieosiągalne, zjawiska, takie jak zmieniające się podeście zarówno ludzi do sztuki, jak i sztuki do rzeczywistości. W fenomenalnym, jakże trafnym, rzetelnym i interesującym tekście, w Zaczarowanym kręgu, Vaclav pisze o przemianach zachodzących w sztuce, i dochodzi do takiego momentu, w którym próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest dorobek współczesności – z czego się bierze, jak się wyraża, na czym polega jego istota. Autor przygląda się ciągle zmieniającym się wartościom i definicjom, a także upadającym konwencjom i przekonaniom, zauważając, że im więcej wiemy o sztuce, tym dalsi jesteśmy od tego, by ubrać w słowa prawidła, które jej dotyczą, oraz wartości, jakie o niej świadczą. Mimo niełatwego tematu, co także jest cechą znamienną dla większości zawartych w recenzowanej książce tekstów, pisze przejrzyście i intrygująco, posługując się takim sposobem przedstawiania wniosków i takim sposobem konstruowania tez i obserwacji, który nie jest ani skrajnie relatywny, ani fundamentalny – ciągle ociera się o tzw. złoty środek, szukając rozsądnych rozwiązań. 

Jak już wspominałem, prace Havla charakteryzuje zrozumiały sposób pisania i prowadzenia myśli. Jednak, o czym należy niewątpliwie wspomnieć, autor wykazuje się niebywałą erudycją i przenikliwością, ubranymi w oszczędne środki wyrazu i  w swoistą powściągliwość. Teksty, o których mowa, pisane są bowiem z umiarem, rozumianym jako takie podejście, które rozumie wykładanie własnych spostrzeżeń w sposób najbardziej przejrzysty i dość lapidarny – tak, by odbiorca bez problemu zrozumiał przekaz np. artykułu, dość prędko docierając do jego meritum, sensu. Obywatel kultury dostarcza w ten sposób niemało informacji, pokazuje pewne drogi analizowania i odbierania sztuki, najczęściej prowadzące przez czeskie realia. Jednak nie tylko, bo to wtyczka do poznania znacznie szerszego obszaru, dotyczącego teatru, literatury, sztuki, kwestii socjologicznych i wszystkiego tego, co tworzy aktywnego człowieka, nieobojętnego na zewnętrzne wydarzenia.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 19 marca 2017

297. Zofia Posmysz "Wakacje nad Adriatykiem"

Jest w tej książce coś, co obezwładnia. W tym sensie, że nie sposób przestać myśleć o świecie przedstawionym, o tym, czego dotyczy i jak jest opowiedziany. To opowieść przejmująca, tocząca się w taki sposób, który hipnotyzuje – całkowicie.

Zofia Posmysz napisała powieść dość enigmatyczną, która, choć traktuje o rzeczywistości określonej i traumatycznej, jawi się zupełnie inaczej – na poły obco, na poły nierealnie. Cała narracja, którą prowadzi, za sprawą chwili i miejsca, z którego wyrusza akcja właściwa, a mianowicie z wakacyjnej plaży, nieustannie pobrzmiewa czymś, co jest trudne do uchwycenia, czymś, co porusza się między tym, co znane i obecne, a tym, co obce i zupełnie wymykające się możliwości zrozumienia. I nie wynika to wyłącznie z płynnego przechodzenia jednego miejsca rozgrywających się wydarzeń w drugie, jednej narracji w drugą, ale również ze sposobu opowiadania oraz samego obrazu rzeczywistości, która zostaje przedstawiona. To niesamowite, jak blisko, a przy tym, jak daleko, stoi czytelnik w stosunku do tego, co opowiadane. Przyjmuje pozycje chłonnego i głodnego rozwiązań obserwatora, wiernie przyglądającego się przestrzeni,  która, choć przeczy wszystkiemu temu, w co wierzymy, co uznajemy za prawe, moralne i słuszne, zdaje się realizować naszą wizję postrzegania tego, co ważne – czyli relacji międzyludzkich. W tej pięknej powieści o tym, jak uwypuklona może zostać przyjaźń, jak cenna i warta pracy okazuje się, gdy spojrzymy na nią nie tylko w kontekście prostej relacji, ale również skutków czy owoców, jakie przynosi, dostrzec możemy znacznie więcej, niż zapis lub opowieść o ratunku z rozpadu. Jest w tej książce obraz starań, przeplatanych przeciwnościami i trudami, wynikającymi z różnych zdarzeń i sytuacji, i właśnie z tej walki wynika jej sens. Bo Posmysz w miejscu tak okrutnym, realizującym odwrócony dekalog, tak daleko wysuniętym od tego, co ludzkie, dostrzega piękno przyjaźni, możliwości współpracy i działania na rzecz drugiego człowieka. I choć wszyscy, którzy otaczają bohaterów, działają odwrotnie, wbrew sobie, na przekór innym, główne postacie dokonują swoistego wyimka, generując w złym, nieludzkim świecie własny – zdeterminowany szacunkiem i troską.

Autorka przedstawiając losy bohaterek, nakreśla je, zahaczając nie tylko o inne miejsca akcji, ale właściwie o całe przestrzenie. Z jednej strony dostajemy obraz tego, co miało miejsce w obozach zagłady, skupiony jednak nie na ogóle, ale na trudnej relacji dwóch kobiet, a z drugiej strony wakacji, plaż pobrzmiewających latem, skojarzeniami i różnymi znajomościami. Te dwie płaszczyzny przeplatają się, tworząc coś, co podparte kunsztownym, porządkującym tok czytania językiem, daje osobliwy efekt – w moim przekonaniu swoistej nadrealności. Bo opowieść Posmysz to coś więcej niż obozowa literatura. To zapis stanu ducha, wewnętrznych rozgrywek i uniwersalnych rozterek – jednak na tak głębokim i bliskim oddaniu prawdy poziomie, że aż przeszywającym. To historia, która zostaje czytelnikowi tak podana, że ten nie tylko ją poznaje, uważnie czytając, ale staje się nią – jakkolwiek to brzmi. Sposób pisania, formowania zdań, ich bogata i rozbudowana forma, rozwiązania dotyczące obrazowania i opisywania, kunsztowne konstrukcje językowe i metaforyczne – wszystko to sprawia, że pełna lektura wymaga skupienia i czytania według pewnego klucza, który wyznaczany jest przez tempo i rytm – wynikające ze zdań. Posmysz pisze zawile, każda jej myśl niesie niemałą wartość, a przy tym czyta się tę powieść płynnie.

Wakacje nad Adriatykiem portretuje relację dwóch kobiet, dziejącą się w obozie zagłady. Wszystko to, co związane z miejscem akcji, dotyczy oczywiście także bohaterek, jednak autorka pozwala im wytworzyć wewnętrzny świat, mikroprzestrzeń, w której istotne są wyłącznie uczucia i doświadczenia, dotyczące tej zażyłości. Choć wszystko, co dokonuje się w tym czasie, jawi się tragicznie, choć nieustannie słychać o śmierciach, o wszystkim tym, co dziś wydaje się niepojęte, choć ten okres, kiedy upadł duch humanitarności i szacunku, unosi się nad opowiadaną historią, mocno determinując podejście czytającego, to wyłącznie relacja dwóch postaci stanowi wtyczkę do poznania literackiego świata. To książka, w której przyjaźń przedstawiona zostaje w sposób pełny, szeroki, gdyż dotyczy wielu elementów, wielu zachowań i postaw, mogących zaistnieć w tak tragicznym czasie. To obraz tego, do czego zdolny jest człowiek, by ocalić drugą osobę, ukazany na tle zdarzeń, które przeczą podobnym postawom. Gdy śmierć przestała robić wrażenie, gdy zabijano na tak dużą skalę, gdy więzi zaczęły puszczać, dwie kobiety połączone zostały przyjaźnią. I bezgranicznym pragnieniem dobra dla drugiej.

To także opowieść o niemożności zapomnienia tego, co graniczne nie tylko dla jednostki, ale również dla ogółu. To historia, która wybrzmiewa wskutek niespodziewanego przywołania, powracająca, choć jej przeżywaniu towarzyszy cierpienie i smutek. Zofia Posmysz napisała książkę o czasie odwróconego dekalogu, o tych niewyobrażonych trudach i przeżyciach, a także o przyjaźni i o tym, jak trudno sklasyfikować, uporządkować doświadczenia i wiedzę, które związane są z tego typu przeżyciami. Wakacje nad Adriatykiem podkreślają również pewną myśl, która dotyczy niemożności oddzielenia tego, co przeszłe, od tego, co obecne, i braku szans na to, by wymazać z pamięci pewne obrazy i rozstania – naznaczają bowiem na całe życie. W tej powieści wszystkie przeżycia odradzają się na nowo, a sama opowiadana historia, mimo strasznego przebiegu i kontekstu, zdaje się nieść iskrę pewności, że nawet w najgorszych warunkach, mimo wszystko, można zostać człowiekiem – po prostu.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 12 marca 2017

296. Marie Bennett "Hotel Angleterre"

Wielkie powieści o zwykłych, małych, szarych ludziach wliczają się w ten obszar literatury, który mówi nam wiele przede wszystkim o nas – o codziennym życiu, o tym, co rutynowe, o sprawach, które dotyczą każdego z nas. Taką książką jest Hotel Angleterre – obszerna opowieść o nieszczęściu, odkrywaniu własnej tożsamości, o radzeniu sobie w niełatwych, granicznych wręcz, okolicznościach, o zdradzie, miłości, tęsknocie i o tym, co następuje, gdy wygasa uczucie.

Marie Bennett napisała dużą powieść, nie tylko ze względu na – jakże pokaźne – rozmiary. W tej długiej opowieści zawarła niemały świat emocji, pragnień i stanów, dotyczących poczucia odtrącenia, niesprawiedliwości oraz strachu, związanego nie tylko z lękiem o własne życie (w rozumieniu fizycznym), ale również o życie emocjonalne – wewnętrzne. Autorka prowadzi taką narrację, która odsłania szeroką panoramę przeżyć i reakcji, jakie wywołują określone zachowania czy wydarzenia – zarówno wynikające z osobistych, jednostkowych decyzji, jak i podyktowanych z góry. Opowiada o tym, co przytrafia się człowiekowi w różnych okolicznościach, stawia go w obliczu szeregu zdarzeń – zazwyczaj tragicznych. Toczy historię, która porusza i wzbudza u czytelnika nie tylko zdumienie czy współczucie, ale także swoiste poczucie zrozumienia i tożsamości zdarzeń fabularnych z tym, co rzeczywiste. Wynika to przede wszystkim z tego, że książka Bennett snuje dość uniwersalną i ponadczasową opowieść, która, choć osadzona w konkretnym miejscu i w czasie, i która na tym osadzeniu opiera swój pretekst do opowiadania, dotyczy nas wszystkich w równym stopniu. I nie tylko dlatego, że widoczne są pewne podobieństwa w odbieraniu rzeczywistości czy wartości, które definiują i ustalają nasze podejście do relacji międzyludzkich i kontaktu z otoczeniem, ale również dlatego, że Hotel Angleterre opowiada historię o podstawowych, pierwotnych pragnieniach i oczekiwaniach od życia. Potrzeba akceptacji, bliskości, poczucia przynależności i zrozumienia, a także wola życia, determinują zdarzenia i losy bohaterów, co naznacza toczącą się akcję nie tylko prawdopodobieństwem zaistnienia w realnym świecie, ale również wyraźną analogicznością do natury czytelnika – wymienione potrzeby stoją wszak u jego podstaw.

Recenzowana książka to także historia o wojnie. I nie jest istotne dla jej znaczenia, której wojny dotyczy, o jakich realiach traktuje, gdyż opowiada o tym, co ponadczasowe i związane ze wszystkimi konfliktami zbrojnymi, determinującymi ludzkie życie. Autorka tocząc nieśpieszną opowieść, przedstawia tragizm wojennych okoliczności, zaczynając od obrazu przymusowego rozdzielenia zakochanych i przechodzenia ze spokojnej, znanej rzeczywistości w świat odwróconego dekalogu, chaosu oraz strachu, kończąc na ukazaniu nieodwracalnych zmian, jakie niechybnie następują po wybuchu konfliktu. To książka, w której wojenny trud – psychiczny i fizyczny – zostaje ukazany niezwykle szeroko, nie tylko powierzchownie – poprzez poświęcenie mu uwagi jako zjawisku – ale również za sprawą uważnego studium, realizującego się w relacjach między bohaterami oraz ich świadomości i mniemaniu. Czytelnik dostaje możliwość wejścia w realia, które uderzają we wszystko to, co utożsamiamy z dobrą, spokojną egzystencją. W świecie bohaterów brak bowiem możliwości i perspektyw na życie – już nawet nie na dostatnie czy bezpieczne, ale jakiekolwiek. Walczą bowiem o przetrwanie. Marie Bennett pisze o tym, co przeżywa człowiek, któremu przychodzi uczestniczyć w jakiś sposób w wojnie. Skupia się na jego emocjach, stopniowemu wkraczaniu w obojętność na to, co dookoła, oraz o zewsząd nadchodzącej śmierci i paraliżującym strachu.

Hotel Angleterre  opowiada jednak przede wszystkim nie o wojnie, jako takiej, ale o człowieku i o tym, co go spotyka – i w trakcie niej, i po. To powieść o ludziach, którzy doświadczając strachu, pustki, braku lub niespełnienia, uciekają w nowe relacje, zajmują takie perspektywy i postawy, które sprawiają, że zobligowani są do tego, by zdefiniować własną tożsamość i własne pragnienia, i wyjść im naprzeciw. Autorka prowadzi narrację o postaciach na poły opuszczonych, na poły zniszczonych. Choć mają o co i dla kogo żyć, choć teoretycznie są zakorzenieni w pewnych sytuacjach i określonej rzeczywistości, to tak naprawdę, w obliczu konkretnych zjawisk i potrzeb, okazują się nie tylko inni, ale także niezwiązani – z niczym ani z nikim. W tej książce dokonuje się wymowne przejście bohaterów z zażyłości, poczucia stałości pewnych rzeczy w to, co nieznane, ryzykowne i pokazujące brutalną prawdę o przeszłości – o złudzie, w której się żyło. Marie Bennett pisze o wojnie i jej bezsensownym przebiegu, o odchodzeniu w niepamięć uczuć i relacji, o rozpadzie (zarówno osobowości, jak i związków) oraz o poszukiwaniu prawdy o samym sobie.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 10 marca 2017

295. Aleksander Dumas "Hrabia Monte Christo"

Jedną z tych właściwości utworu, która może zaświadczać o tym, że mamy do czynienia z dziełem, jest rozpiętość świata przedstawionego. Mam na myśli nie tylko bogactwo świata jako takiego (miejsc akcji, wszystkiego tego, co wyposaża przestrzeń), ale również mnogość tych zdarzeń, relacji, emocji i myśli, które determinują przekaz, treść oraz postrzeganie. Aleksander Dumas napisał książkę, która nieustannie przypominała właśnie o powyższym spostrzeżeniu, uwypuklając tym swoją mistrzowską formę – z jednej strony oszczędną, skąpą, a przy tym absolutnie intrygującą oraz niebywale trakcyjną. 

Hrabia Monte Christo to opowieść o ludzkim uczuciu i wszystkim tym, co stanowi zarówno o naszym wewnętrznym pięknie, szlachetności, jak i utrapieniu. Bo bohater Dumasa, tytułowy hrabia, doświadcza tego, co boli i załamuje najbardziej – niezawinionego cierpienia oraz zderzenia pragnień, idei z realiami. Szczęśliwie zakochany, wierny swemu pracodawcy, oddany własnej pracy, rzetelny, opiekuńczy i zadowolony, w związku z podłą zawiścią oraz zazdrością, traci wszystko to, co stanowiło dotąd nie tylko o jego radości oraz satysfakcji z życia, ale również o wolności i niezależności. Trafia do więzienia, zostaje niesprawiedliwie umieszczony w odizolowaniu i iście spartańskich warunkach, w których, jak się zdaje, przyjdzie mu spędzić resztę życia – które powinien przeżyć gdzie indziej, w zupełnie innych warunkach i realiach, w ramionach kobiety, którą prawdziwie kocha. Prędko jednak, dzięki przypadkowi, który, jak się później okaże, zdeterminuje późniejsze losy bohatera, nawiązuje relację z niepoważnym – według opinii strażników – duchownym, także przebywającym w niewoli. Z czasem ich nietypowa znajomość zaczyna przynosić wymierne rezultaty, a wspólnie spędzony czas, którego mają pod dostatkiem, owocuje planami i założeniami, których realizacja pozwoli na wydostanie się z niekorzystnej sytuacji. Ostatecznie uciec udaje się jedynie głównemu bohaterowi, który, po wielu latach w więzieniu, na nowo zaznajamia się z rzeczywistością, wchodząc w osobliwe relacje. Postanawia odszukać dawnych znajomych i krewnych – początkowo celem spotkania, następnie – w wyniku stopniowego poznawania prawdy – zemsty. 

Losy postaci Dumasa zdają się realizować taką postawę, w myśl której należy zachowywać się adekwatnie do zachowań innych. Hrabia Monte Christo odzyskawszy wolność, rozpoczyna fascynującą – dla czytelnika, obserwatora – podróż w świat relacji międzyludzkich, skupioną na tym, co wieńczy różnego rodzaju znajomości i postępowania. To nieśpieszna narracja o wdzięczności, łasce, sympatii, miłości i bezinteresownej pomocy, a przy tym o nienawiści, zemście, zawiści oraz poczuciu krzywdy. Ten dwutorowy obraz, stopniowo nachodzący na siebie, mówiący nie tylko o wykreowanej rzeczywistości, ale również o ludzkiej naturze, o tym, kim jesteśmy, jak odnosimy się w stosunku do innych, o tym, co jest naszą chlubą, a co zmorą, stanowi kanwę recenzowanej opowieści – to na nim odbiorca skupia całą uwagę, to przez jego obraz poznaje świat i prawidła, które zdają się uniwersalne. W tej historii uwypuklają się przede wszystkim uczucia – obecne w niebywale dużym stopniu. Mamy do czynienia nie tylko z dość oczywistą opozycją dobra i zła, przynoszących radość i złość, ale także z szeregiem niejasnych, zagmatwanych i trudnych do prędkiego zrozumienie postaw i emocji, przeplatających z jednej strony pragnienie, a z drugiej niemożność. Dotyczy to zarówno głównego bohatera, jak i tych, którzy przyczynili się do sytuacji, w której się znalazł, oraz tych, którzy próbowali mu pomóc. Bo przecież, co należy podkreślić, Dumas nie buduje swojej narracji na przewidywalnych kontrastach i ewidentnych wyznacznikach moralności, ale na swoistych niezbadanych meandrach psychiki i czynów. Kreśli portret jednostki w próbie zrozumienia własnej sytuacji życiowej oraz zapanowania nad nią, co możliwe jest wyłącznie po uporaniu się z własną przeszłością – niedopowiedzeniami, kłamstwami i podłościami.

Autor snuje swoją opowieść w sposób absolutnie wielki – zarówno pod względem akcji, jak i wartości i spostrzeżeń, które na podstawie książki wysnuwa czytelnik. Dumas ukazuje bohatera w relacji – z samym sobą, ze światem, ze sprzymierzeńcami oraz antagonistami, z percepcją oraz z rozmaitymi tajemnicami, niepozwalającymi na spokojne życie. Tak prowadzi jego losy, by z jednej strony były ciekawe i pokrętne pod względem fabularnym, a przy tym klarowne i jasne na poziomie psychologizacji postaci. A to – co ważne – stanowi kolejną niewątpliwą zaletę utworu. Śledząc losy Edmunda, zagłębiamy się w jego psychice i emocjach, penetrujemy tak nieuchwytne i ulotne emocje jak poczucie wdzięczności czy potrzebę zemsty. To na podstawie jego zachowań i decyzji mamy okazję przyjrzeć się ludzkiemu wnętrzu, nie raz, nie dwa wzruszając się czy podejmując refleksję – to bowiem wspaniała książka o przyjaźni, poświęceniu, miłości i pięknej ofiarności, przynosząca wyraźne powody do rozmyślań. To także, a być może przede wszystkim, utwór o honorze, który zostaje przedstawiony jako wartość nadrzędna – stanowiąca wręcz o człowieku. To wobec niej konstruowane są losy bohatera – tragiczne, a przy tym jakże piękne.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 24 lutego 2017

294. Leopold Tyrmand "Cywilizacja komunizmu"

Jak przewrotnie napisał Tyrmand, życie w komunizmie polega w jakiś sposób na niemożliwości życia. Myślę, że to spostrzeżenie odnosi się nie tylko do zjawiska i realiów, które opisuje, ale również do samej książki – Cywilizacji komunizmu. Pozycja ta zdaje się konstruować narrację wokół tego spostrzeżenia, próbując nie tylko przedstawić fakty zgodne z zacytowanym spostrzeżeniem, ale również ukazać podobną przewrotność. 

Tyrmand, który szczerze pogardzał komunizmem, nie kryjąc własnych poglądów i uprzedzeń, napisał tę książkę, by pokazać, na czym naprawdę polega i w czym tkwi zło tego systemu, tłumacząc demokratycznemu Zachodowi jego istotę oraz wszystko to, co o nim stanowi. Uważnie obserwując jego przebieg oraz społeczeństwo, wysnuwa szereg spostrzeżeń i obserwacji, w jakiś sposób oddających realia, w których musiał żyć. 

Cywilizacja komunizmu to książka, która traktując o komunizmie, o szarej, siermiężnej, trudnej, pozbawionej nadziei i manipulującej świadomością tudzież percepcją rzeczywistości, opowiada nie tylko bezpośrednim przekazem tekstu, informacjami, jakie zawiera i które czytelnik przyswaja, ale również formą – operowaniem specyficznym sposobem narracji, korzystającym z ironii, przewrotności, swoistej prześmiewczości oraz niedosłownym definiowaniem komunizmu jako coś, co nie tylko jest złe i z wielu powodów niemoralne, ale również – po prostu – kuriozalne. Tyrmand porusza bardzo poważny temat i nie chodzi wyłącznie o sam system – jako ogólne zdarzenie czy umiejscowione w przestrzeni i w czasie zjawisko – ale przede wszystkim o poszczególne zagadnienia i elementy, które tak rzetelnie i wymownie go definiują. Bo recenzowana książka drąży komunizm od dwóch, jakże skrajnych, stron: od środka i od zewnątrz. Skupia się zarówno na ogólnikach, większych tendencjach czy szerokich, nieco powierzchownych, spostrzeżeniach i teoriach, stopniowo zagłębiając się w kolejne elementy i mniejsze, podparte codziennością i licznymi przykładami, obserwacje. Dotyczy z jednej strony tego, co może wydawać się nadrzędne lub ogólne, a przy tym starannie penetruje wąskie przestrzenie i płaszczyzny, takie jak konkretne sytuacje czy zdarzenia.

Tyrmand skupia się przede wszystkim na tym, co codzienne, powszechne, czyli na doświadczeniach ludzi, obywateli, których życie jest nieustannie determinowane na wszystkich płaszczyznach przez system. Przygląda się ich relacji z władzami oraz z wszystkim tym, co tożsame dla komunistycznej rzeczywistości. Mamy zatem obrazy rutynowych czynności, takich jak praca, zakupy czy nauka, społecznych ról i powinności, w których uwzględniona jest szeroko zakrojona propaganda, oraz rozbieżność między przyziemnymi potrzebami a możliwościami. Leopold Tyrmand opisuje człowieka w procesie, czyli jednostkę – na tle grupy, niekiedy za sprawą grupy – która od najmłodszych lat – od urodzenia – podlega z góry zaplanowanemu procesowi urabiania, który ma na celu kształtowanie w obywatelu takiej postawy, by wpisywał się w założenia komunizmu, by funkcjonował i istniał tak, jak wymaga od niego nadrzędna idea. Czytając, obserwujemy zmieniającą się tożsamość i świadomość jednostki, determinowaną przez szkoły, uczelnie, propagandę, doświadczenia oraz schematy i postawy, wpajane za pomocą wielu praktyk i działań. Pisarz pokazuje jednak – co ważne – nie tylko sam przebieg, ale również różne komplikacje, kontrowersje, niejasności czy opory, mówiące wiele zarówno o komunizmie, jak i o samej naturze człowieka. 

Niewątpliwie istotna jest wielotorowość narracji o tytułowym zjawisku, realizująca się na wielu polach, wśród których należy wymienić między innymi socjologię, etykę, sztukę, religię, ekonomię i politykę. Cywilizacja komunizmu porusza wszystkie te zagadnienia i tworzy w ten sposób szeroki obraz komunizmu, nie tyle obiektywny, co wypośrodkowany. Tyrmand snuje obserwacje i spostrzeżenia, które pochodzą ze zderzenia dwóch biegunów: pierwszego, stanowiącego opisywaną rzeczywistość, z drugim, o którym stanowi świadomość innego życia, toczącego się w wolności i demokracji. Dzięki temu – tym dwóm widzeniom – możliwa jest nie tylko refleksja płynąca od środka, ale również relatywna – odnosząca się do czegoś. Dziś, czytając ten tekst jako swoiste świadectwo czasów, mamy możliwość porównania opisanych zdarzeń i zjawisk w odniesieniu do własnych doświadczeń i przemyśleń, które niemal zawsze idą w parze z osądami i zauważeniami samego autora. 

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 22 lutego 2017

293. Marcel Woźniak "Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie"

Marcel Woźniak napisał książkę, która zdaje się przedstawiać takiego Tyrmanda, jakim był w rzeczywistości. Ukazuje tę postać w sposób obiektywny i z takiej perspektywy, która nie sili się na wydawanie wszechwiedzących sądów tudzież spostrzeżeń, a uwzględnia niejednoznaczność i respektuje trudności w jednoznacznym przedstawianiu pisarza, wynikające z wielu niewiadomych oraz tajemnic.

Moja śmierć będzie taka, jak moje życie próbuje opowiedzieć historię życia Tyrmanda, które było pełne dwuznaczności oraz trudnych doświadczeń, wynikających nie tylko z prywatnych, związanych zarówno ze sprawami osobistymi, jak i kwestiami zawodowymi, zdarzeń, ale również z bardziej zewnętrznych, związanych z sytuacją polityczną, społeczną oraz kulturową. Marcel Woźniak, kreśląc losy pisarza, zahacza m.in. o szeroki rynek wydawniczy i kulturowy, ukazując rozmaite zależności między bohaterem książki a postaciami, instytucjami i postawami, które determinowały lub miały znaczenie w tamtych czasach.

Recenzowana pozycja zalicza się do grona tych biografii, które nie tylko przedstawiają ciąg wydarzeń i ukazują zależności oraz przemiany, jakie dokonywały się na przestrzeni lat w portretowanej osobie, ale także intrygują czytelnika, opowiadając przedstawiane życie w taki sposób, by wydawało się w równym stopniu prawdziwe, co niezwykłe lub z wielu powodów ciekawe. Kreśli bowiem losy człowieka, który w swej naturze jawi się tajemniczo, i którego losy,  mimo widocznej potoczystości, ciągu przyczynowo-skutkowego, zdają się niejasne i pogmatwane. Bo – co należy podkreślić – Tyrmand, wbrew sytuacji, która teraz ma miejsce, czyli popularności jego twórczości, za życia niekoniecznie spotykał się z uznaniem i szacunkiem innych. Zmagał się z licznymi opresjami i swoistym prześladowaniem, wynikającym nie tylko z opozycyjnego czy krytycznego stanowiska względem wielu postaci, idei oraz zdarzeń, ale również z odwagi do bycia innym, nieustępliwym w stosunku do własnych racji oraz poglądów. Mówimy, co należy zaznaczyć, o człowieku, który w niełatwych czasach postawił na niezależność i inność, decydując się na taką postawę – nie tylko w sensie ideologicznym, społecznym czy moralnym, ale również estetycznym lub modowym (nawet jego wygląd powodował poruszenie!) – która dla pewnych osób była po prostu nie do przyjęcia lub  kategorycznie zła i szkodliwa – odnosi się to zwłaszcza  do sprawujących władzę oraz piastujących decyzyjne stanowiska. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie siłą rzeczy opowiada o skomplikowanej relacji między samym Tyrmandem a – ogólnie mówiąc – środowiskiem, dotyczącej nie tylko różnicy na wielu polach, ale również bezpośrednich, widocznych walk, realizujących się w obrębie uniemożliwiania publikowania czy społecznej alienacji. Ta walka, nieustannie toczona, związana z wyłączaniem z rynku wydawniczego, umniejszaniem zasług jako pisarza, inteligenta czy osoby, która aktywnie uczestniczy w życiu kulturalnym i społecznym, ukazywana jest z kilku perspektyw i uwzględnia nie tylko bezpośredni wpływ na konkretną sytuację czy postawę, ale również na przyszłość i trudy, których przyjedzie doświadczyć pisarzowi. 

To także, co nieuniknione w wypadku biografii pisarza, zapis twórczych zmagań, tym razem związanych nie tyle z niemocą, co z brakiem reakcji lub możliwości wydawania. Cała narracja o Tyrmandzie jest podparta właściwie opowieścią o pisaniu, życiu między słowami i różnego rodzaju blokadami oraz przeciwnościami, które motywowane były wieloma czynnikami. Nieprzystający wygląd i osobliwa postawa, jakże alienująca w tak konserwatywnym i wymagającym środowisku, jakim jest środowisko pisarskie, oraz uciskanie ze strony władz i wydawnictw nie raz, nie dwa doprowadzały bohatera Woźniaka do niełatwych sytuacji, związanych i z bardziej doczesnymi, wręcz fizycznymi, problemami, takimi jak zła pozycja społeczna, brak środków do godnego życia, i psychologicznymi, rzutującymi na postrzeganie samego siebie oraz innych. To, co uwypukla się zarówno z poszczególnych rozdziałów i wydarzeń, jak i całej książki, obrazu pełnego życia, to przede wszystkim pragnienie tworzenia, wypowiadania się i poświęcania życia pisaniu. Tyrmand, mimo licznych pasji i zainteresowań, mimo wielu podróży, związków i sytuacji, które niejedną osobę by złamały, do końca pozostał wierny wyobrażeniu własnego powołania i powinności – tworzeniu. Widać to nie tylko po braku rezygnacji czy ciągłych staraniach o to, by móc wydawać, ale również po codziennych czynnościach, nieustających obserwacjach, przelewaniu myśli i doświadczeń na papier, zbieranych nie tylko mimochodem, ale – jak można by pomyśleć – celowo, odgórnie. Życie Tyrmanda podporządkowane zostało sztuce, a wszystko to, co go dotykało i spotykało, miało swoje przełożenie na to, co powoływał do życia w świecie tekstu pisanego – w literaturze.

Książka dotyczy również dość chaotycznego, złożonego życia prywatnego, intymnego i rodzinnego, toczącego się na wielu polach i w wielu znajomościach oraz relacjach. Środowiska, które odbijają się w tekście, to nie tylko społeczności  przyjazne, do których należał Tyrmand, ale również różnego rodzaju opozycje oraz przeciwnicy, którzy przecież tak intensywnie opowiadali się przeciw pisarzowi. To również próba zrozumienia Tyrmanda jako tego, który wdawał się w liczne relacje z kobietami, nierzadko ewidentnie źle dobranymi. Marcel Woźniak przygląda się również tym znajomościom, które wykraczają poza tak wąską zażyłość, opisując liczne kontakty z zagranicznymi wydawcami, inteligentami oraz różnymi pisarzami i twórcami. Umieszcza tym Tyrmanda w licznych środowiskach i stosunkach, obrazując, jak nieprzystający był do pewnych miejsc w pewnym czasie.

Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie to pozycja ciekawie i przystępnie napisana, w rzetelny sposób oddająca osobowość i życie Tyrmanda, kreśląca taki portret, który trafnie odzwierciedla jego losy – niejednoznaczne, wielopłaszczyznowe oraz złożone. To książka, która ukazuje Tyrmanda nie tylko jako twórcę, ale również jako człowieka. Po prostu. Uwypukla w nim to, co dotyczy każdego z nas – uczucia, niejasności, zmartwienia oraz walkę z przeciwnościami. Marcel Woźniak wydobywa w ten sposób jednolity obraz osoby niezwykle złożonej, determinowanej różnymi wewnętrznymi i zewnętrznymi czynnikami.

6/6

 Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 18 lutego 2017

292. Jarosław Abramow-Newerly "W cieniu paryskiej Kultury"

Elity intelektualne czy środowiska artystyczne to społeczności, o których czytanie – w moim przekonaniu – może być niezwykle inspirujące oraz motywujące. Przede wszystkim na płaszczyźnie samorozwoju oraz poszerzania wiedzy związanej ze sztuką, tworzeniem oraz wszystkim tym, co tożsame z postrzeganiem procesu twórczego.

W cieniu paryskiej Kultury to książka, która ukazuje kilka zależności, kilka płaszczyzn, z których najciekawsze wydają się dwie. Po pierwsze, zróżnicowanie mentalności i wyobrażeń, roztaczanych zarówno po jednej, jak i drugiej stronie muru, powstałego w wyniku zimnej wojny. Obraz tej sytuacji, wymownej relacji, realizującej się w ramach kontaktu tych, którzy funkcjonowali i działali w myśli, że zachód, elity przebywające we Francji, nie tylko różnią się sposobem życia czy ideologiami, ale przede wszystkim wartościami czy postawami, które postrzegane były jako niepoprawne, złe. Wizja świata obcego, nieznanego, żyjącego jakby innym życiem, innymi prawami, podług innych wartości oraz sposobów percepcji, intryguje przede wszystkim zetknięciem z rzeczywistością, poznaną w trakcie podróży. Uwypuklone zostają wszystkie mylne wyobrażenia i złudne postawy, tak jednoznacznie traktujące to, co nieznane, a co tak wielce w obiegu społecznym determinowane było przez ludzi decyzyjnych. To książka, która pokazuje to, zarówno niepoprawność osądów, jak i proces ich weryfikacji, niezwykle dobitnie, traktując właściwie przejście – od kłamstwa do prawdy, od złudy do opinii motywowanych poznaniem, od stereotypu do naocznej obserwacji i wyciągnięcia odpowiednich wniosków – jako coś nadrzędnego, współtworzącego główną oś narracyjną z drugą płaszczyzną – ukazaniem środowisk artystycznych i inteligenckich, skupionych wokół paryskiej Kultury. Jak sam autor mówi, snując refleksje i spostrzeżenia, miejsce ich pracy, ich postawy oraz to, jak zachowywali się zarówno wobec siebie, wykonywanych czynności, jak i gości z Polski, były nie tylko zaskakujące, ale również zdumiewające. Postępowali bowiem i wyrażali takie stanowiska wobec świata i innych, które stały w opozycji do wyobrażeń, którymi nasiąkł autor książki, mieszkając w Polsce. Zaskakiwało go wszystko, począwszy od miejsca, w którym pracowali, przez sam tryb i sposób pracy, po osobowości i charaktery. To pod tym względem pozycja absolutnie frapująca i przynosząca wymierny obraz sytuacji tamtych lat, uwzględniająca nie kontrasty i niepoprawne wyobrażenia, ale także izolację mentalną i ograniczenia percepcyjne.

Jarosław Abramow-Newerly pisze także bezpośrednio o ludziach, których poznaje, których spotyka, dzięki czemu obserwujemy swobodnie przewijające się tak znamienite osoby, jak Czesław Miłosz czy Agnieszka Osiecka. Autor bardzo wyraźnie portretuje społeczności, w których się obraca, ukazując nie tylko ich swoistość, naturę oraz charakterystyczne cechy, ale również swoje nastawienie oraz postawę. Przedstawia działalność, aktywność oraz wszystko to, co związane z życiem zawodowym, a także to, co należy do prywatnej, towarzyskiej sfery życia. Pisząc o tym, jak odnalazł się w środowisku paryskiej Kultury, odsłania realia oraz związki, a także to, co związane z twórczą czy publicystyką: motywacje, pragnienia, problemy i różnego rodzaju wyzwania, wynikające nie tylko z ambicji, ale również z rzeczywistości, stawiającej różne wyzwania i piętrzącej problemy. Recenzowana książka przybiera kolejne znaczenie i pozwala się odczytać na nowo, na inny sposób, w świetle ostatnich  ustępów, które przedstawiają ostatnie tygodnia życia Hertza, i które pokazują relację między nim a autorem. W świetle tych zdarzeń oraz emocji, jakie im towarzyszą, W cieniu paryskiej Kultury można zinterpretować znacznie szerzej, jako manifest, obraz przyjaźni i współpracy ze wspomnianą, istotną nie tylko dla autora, ale także dla portretowanej społeczności oraz kultury, postacią, zawierający w sobie nie tylko zapis znajomości, ale również przemian i wszystkiego tego, co nastąpiło w autorze pod wpływem tej zażyłości.

Ta książka otwarcie zaprasza do świata, który choć przeminął, nieustannie pobrzmiewa. To relacja pisana wspomnieniami, traktująca o inspirujących i ważnych dla naszej kultury osobach. To narracja niekiedy sentymentalna, choć częściej wiernie odzwierciedlająca sytuacje, których dotyczy, dostarczająca czytelnikowi nie tylko konkretnej wiedzy, zapisów sytuacji, znajomości oraz wglądu w zdarzenia z życia i działalności pewnej sfery społecznej, do której należeli wybitni twórcy, ale także źródło ciekawych opowieści oraz anegdot, dotyczących cenionych postaci.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 15 lutego 2017

291. "Franciszek Walicki we wspomnieniach Anioła Stróża"

O dość ciekawym sposobie podchodzenia do wspomnień, takim, by wychodził poza ramy typowego snucia refleksji i wydobywania minionych wydarzeń, można by napisać niemało, przywołując wiele tytułów czy postaci. Franciszek Walicki we wspomnieniach Anioła Stróża mogłoby wpisywać się w zbiór pozycji, które podejmują się wspominania nieco inaczej, specyficznie, o czym mówi już sam tytuł. Tytułowe wspomnienia przywoływane są bowiem przez Anioła Stróża, który prowadzi narrację o swoim podopiecznym – Franciszku Walickim. 

Książka ta ma charakter albumowy i prezentuje się – co pragnę podkreślić – niezwykle ładnie. Dołożono wszelkich starań, by jej wydanie przyniosło czytelnikowi poczucie satysfakcji i spełnienie potrzeb estetycznych. Została wydana w dużym formacie, w twardej oprawie, a jej wnętrze zdobią liczne ilustracje, fotografie oraz skany. Zaprezentowane zostają zdjęcia z różnych okresów życia Walickiego, związane zarówno z jego działalnością zawodową, jak i sferą bardziej prywatną – przyjaciółmi, rodziną oraz środowiskiem. Fotografie rzetelnie ilustrują kolejne etapy rozwoju i dorastania, dzięki czemu obserwować możemy wymowny przebieg życia artysty, zaczynając od wczesnego dzieciństwa – zdjęcia rodziców, domu rodzinnego – przez edukację i dorastanie po dorosłość. Ostatniemu etapowi poświęcono najwięcej uwagi, najwięcej też ilustracji wyraża ten okres, w tym czasy związane z żeglarstwem, podróżami oraz życiem prywatnym. Bogato zobrazowana zostaje także sfera artystyczna, m.in. kolejno powstających zespołów oraz rozmaitych współprac i relacji, które mocno zdeterminowały nasz rynek muzyczny oraz kulturę. 

Franciszek Walicki we wspomnieniach Anioła Stróża to jednak nie tylko liczne fotografie i ilustracje, ale również informacje, podawane czytelnikowi przez tytułową – nieziemską – postać. Wspomniany Anioł Stróż przywołuje Walickiego w sposób dość osobliwy, nieco ironiczny i przewrotny, wykorzystujący lekko komediowy obraz zastępów anielskich i  sfery niebiańskiej, nie raz, nie dwa wywołujący uśmiech na twarzy czytelnika. To opowieść snuta raczej niezobowiązująco, która nie pretenduje do tego, by stanowić  obszerne źródło wiedzy na temat wspominanej postaci. To raczej książka, która jest pretekstem do przywołania postaci Walickiego, która jedynie upamiętnia lub zachęca do zagłębienia się w jego przeszłość i historię, bardzo atrakcyjnie – choć powierzchownie – opowiadająca o jego życiu. Przedstawiane wydarzenia, sytuacje, fakty i osoby, ukazywane są dość pobieżnie, na zasadzie przywołania lub uwypuklenia, i realizują się w ramach opowiadania o pewnych kluczowych, jednak stanowiących  swoisty wycinek, zdarzeniach z życia artysty. Wskazuje na to nie tylko ogólny, wybiórczy zarys biograficzny, ale również przywołany stosunek wspominającego Anioła Stróża, który koncentruje się raczej na poszczególnych cechach czy sytuacjach, a nie na ujednoliconym obrazie wspominanej postaci. 

Recenzowana książka to przede wszystkim wgląd w artystyczną działalność Walickiego, głównie w aktywność związaną z tworzeniem zespołów oraz relacji owocujących nie tylko ciekawymi i twórczymi znajomościami, ale również konkretnymi współpracami. Obserwujemy powoływanie do życia – jakże kluczowych zarówno dla tamtych lat, jak i polskiej sceny muzycznej – zespołów, takich jak Rhythm and Blues, Czerwono-Czarni czy Niebiesko-Czarni. Dostajemy także do rąk wybór tekstów autorstwa Walickiego, które wykonywali najwięksi rodzimi artyści, wśród których należy wymienić Niemena, Kubasińską oraz Rusowicz. Do wszystkich utworów, opatrzonych zdjęciem, załączone zostały uwagi lub ciekawostki, co pozwala na szersze poznanie oraz interpretację. Zgodnie z zapewnieniem samego Anioła Stróża, czas, który przeznaczymy na ich lekturę, z pewnością nie okaże się czasem straconym.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 9 lutego 2017

290. Mariusz Ziomecki "Umierasz i cię nie ma"

Mariusz Ziomecki napisał powieść kryminalną, która prezentuje dość pokrętną historię przestępstw, za którymi stoją rozmaite przekręty i wojny polityczne, pokazujące, jak zagmatwanym i brudnym środowiskiem są sfery polityczne. Ukazuje zdarzenia, które rzeczywiście mogły się wydarzyć, które nie byłyby dla nas zaskoczeniem. Autor kreuje taką opowieść, która brzmi realistycznie, gdyż podporządkowana jest takim zachowaniom i postawom, które są tożsame z tym, co znamy, do czego przywykliśmy, obserwując współczesną rzeczywistość. 

Umierasz i cię nie ma to książka, która przedstawia losy dwóch nieaktywnych, emerytowanych gliniarzy – byłej policyjnej psycholog oraz byłego śledczego z wydziału zabójstw. Postawiwszy własne bezpieczeństwo finansowe na jedną kartę, przeprowadzili się nad Zalew Zegrzyński, nad którym powoli wznosili niewielki pensjonat, mający zapewnić nie tylko materialne zabezpieczenie na lata, ale również niezmierzony spokój i stabilność. Wizja błogiego życia zaczyna okazywać się odległa, gdy w pobliżu dochodzi do przerażającego wydarzenia – zamordowany zostaje burmistrz miasteczka oraz dwie młode kobiety z organizacji ekologicznej. Młodzi policyjni emeryci zostają wplątani w niejasne śledztwo, które prędko pokazuje, że wszystko to, co do tej pory było wiadome, to tylko elementy tajemniczej układanki, znacznie wykraczającej poza domniemywania i oczekiwania śledczych. 

Obraz, jaki kreuje główny bohater, a przy tym narrator (powieść wykorzystuje narrację pierwszoosobową), budowany jest na dość prostej konstrukcji, a mianowicie na kontraście. Z jednej strony dostajemy wizję świata, o jaką walczą główni bohaterowie, która utożsamiana jest z wytchnieniem, spokojem, odpoczynkiem, stabilnością oraz wolnością, a z drugiej obserwujemy, jak zostają wplątani w tragiczny wir wydarzeń, przynoszący nie tylko strach, niepewność i niebezpieczeństwo, ale przede wszystkim ofiary. To mimowolne uczestnictwo w śledztwie (i tym oficjalnym, policyjnym, i tym prywatnym, prowadzonym na własną rękę) całkowicie pochłania głównego bohatera, podporządkowując jego życie niejasnym okolicznościom i wydarzeniom, które po nich następują. To historia naszpikowana poszkodowanymi, trupami oraz różnymi krzywdami, tocząca się na kilku szczeblach. Pierwszym z nich są prowadzone poszukiwania, próby odkrycia prawdy i źródła zdarzeń, który realizuje się bezpośrednio w obrębie wydarzeń właściwych, czyli tropienia, śledzenia, niebezpiecznych konfrontacji oraz domniemywania i łączenia faktów. Właśnie ten stopień, stanowiący kanwę akcji, zaskakuje najbardziej, gdyż prowadząc do kolejnego – nieczystych zagrywek w wysokich sferach ˜– odsłania kolejne tajemnice i zmusza do wnikania w różnego rodzaju następstwa oraz powiązania, ukazujące, jak niełatwa i wielowymiarowa jest badana sprawa. Drugim, wspomnianą już grą wśród wysoko postawionych postaci, okazuje się coś, co podporządkowane jest dość oczywistym zjawiskom, jakże tożsamym z naszą rzeczywistością. Przedstawiana opowieść rozgrywa się również wśród sytuacji, które dotyczą problemów rodzinnych oraz skrywania tragedii przed światem, celem utrzymywania dobrej opinii o bliskich, o własnym środowisku. Dotyczy to nie tylko tak małej jednostki społecznej, jaką jest rodzina, ale także znacznie szerszej – dobra ogółu. Zamordowane kobiety z organizacji ekologicznej, a także wszystko to, co za tym idzie (zarówno za tragicznie zmarłymi, jak i tymi, którzy taki wyrok wydali), niesie pewien wyraźny manifest czy raczej obraz – tego, jak gradacji i hierarchizowaniu ulegają rzeczy czy zjawiska, które nie powinny podlegać wartościowaniu. 

Autor tworzy skomplikowaną relację, która jest jednocześnie fundamentem kryminalnej intrygi, między sferami społecznie wysokimi (osobami decyzyjnymi, dzierżącymi władzę, dysponującymi rozległymi wpływami oraz niemałymi majątkami) i między tymi, którzy są pod wieloma względami mali. Pokazuje, jak niesprawiedliwość, pragnienie zemsty oraz gra interesów dotyka idei i osób relatywnie nieważnych, i jak, wbrew społecznej świadomości o tym, że wszyscy są równi (zarówno w świetle prawa, jak i relacji międzyludzkich), jedni potrafią wpływać czy decydować za drugich. To powieść kryminalna, która rozgrywa się w świetle takich wydarzeń i takich postaw, która przynosi tożsamą z powyższymi zależnościami panoramę. Umierasz i cię nie ma intryguje czytelnika i częstuje porządnie wykreowaną historią, przynoszącą spotkania z niejasnymi, tajemniczymi i groźnymi sytuacjami, które z jednej strony dotyczą sfery osób, które są nieuchwytne, które działają w tajemnicy, a z drugiej rozgrywają się wśród bohaterów niewpływowych, postawionych przeciw całemu mechanizmu rozgrywających się zdarzeń. Mariusz Ziomecki napisał kryminał nieoderwany od rzeczywistości i interesujący, zapewniający udział we frapującym dochodzeniu, przynoszącym przy tym pewną społeczną refleksję. 

4,5/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Akurat

czwartek, 2 lutego 2017

289. Janina Lesiak "Dobrawa pisze cv"

Wśród książek, które traktujemy jako przepustkę do przeszłości, do świata na poły wybrzmiałego, znajduje się niemało pozycji, które oprócz zatopienia nas w tym, co minione, oferują znacznie więcej – głębokie przeżycie ukazywanej rzeczywistości i wydarzeń, które miały w niej miejsce. Książka Janiny Lesiak, Dobrawa pisze cv, to właśnie tego typu wydawnictwo – zajmuje się  tym, co obiektywne, czyli historycznymi wydarzeniami, a przy tym subiektywnymi odczuciami, wewnętrznym życiem tytułowej bohaterki.

Dobrawa  Przemyślidka, córka czeskiego księcia Bolesława Srogiego, żona Mieszka I, matka Bolesława Chrobrego oraz Świetosławy, to postać, która trwale zapisała się w pamięci potomnych. Średniowieczni kronikarze przypisali jej nakłonienie męża, księcia Polskiego z dynastii Piastów, do przyjęcia chrztu w 966, a jako władczyni została nazwana Matką Chrzestną Polaków. Wydała na świat pierwszego króla Polski oraz królową Szwecji i Dani. W książce Janiny Lesiak wydarzenia z życia Dobrawy, które dziś trudno jednoznacznie zinterpretować czy odczytać, ze względu na to, że są otoczone aurą tajemnicy, łączą się w jeden ciąg, przedstawiając taki obraz tej kobiety, który pozwala przyjrzeć się nie tylko temu, co mogła doświadczyć, ale przede wszystkim temu, co mogło mieć miejsce w jej wnętrzu – w psychice i w sercu. 

Dobrawa pisze cv nakłania czytelnika do tego, by zatrzymał się przy postaci Dobrawy, by powziął decyzję o próbie zrozumienia tej postaci oraz podjęciu refleksji związanej z jej życiem i znaczeniem. To książka, która stara się przybliżyć tak odległą czasowo osobę, nie tylko nakreślając ogólny przebieg zdarzeń, znany z kronik czy encyklopedii, ale przede wszystkim uzewnętrznić jej osobowość i przeżycia, a także wszystko to, co w odniesieniu do najogólniej rozumianej przeszłości mogło uchodzić za mniej ważne, znajdujące się poza zainteresowaniem spisujących czy analizujących historię. Janina Lesiak zajmuje się swą bohaterką tak, jakby nie pochodziła z odległej, nieco zakurzonej i zapomnianej epoki, a z rzeczywistości, którą dobrze znamy czy rozumiemy. Bo w tej książce wszystko to, co trudne, niejasne i oderwane od naszego pola poznawczego, jawi się klarownie i zrozumiale. Wynika to z postawy, którą przyjmuje autorka, i którą traktuje Dobrawę. Polega ona na takim podejściu, które odrzuca legendarność czy historyczność tejże postaci, czyni ją mniej mityczną i oderwaną, traktując tym, co dotyczy każdego z nas, a co odbierane jest przez podręczniki historycznym bohaterom – zrozumieniem i postrzeganiem przez pryzmat empatii i zrozumienia. Właśnie to, ten punkt wyjściowy, ta postawa, na której zbudowana jest cała opowieść, przynosi poruszający i intrygujący obraz Dobrawy, jako tej, która oprócz szeregu wydarzeń, mniej lub bardziej spektakularnych, doświadczyła wielu rozterek, smutków, radości, tęsknot czy niespełnionych pragnień, które przecież tak wielce – co znamienne dla nas wszystkich – determinują postępowanie. Autorka stara się zgłębić jej naturę oraz ukazać zależności między doświadczeniami, takimi jak rozstania, porody, rozłąki, a tym, jak ją zapamiętaliśmy. Kreśli obraz przepełniony smutkiem i dobrocią, granicznymi emocjami. Postrzega Dobrawę bez otoczki legendarności, ściągając ją z piedestału czy muzealnych gablot, i zauważa ją jako kobietę – córkę, matkę, żonę. 

Kobiece pojmowanie bohaterki jest znamienne dla książki Lesiak, stanowi właściwie główną oś prowadzonej opowieści oraz centralny punkt, na którym skupia uwagę czytelnik. Dobrawa pisze cv, oprócz kontekstów historycznych czy politycznych, przede wszystkim opowiada o wszystkich tych rolach, które odgrywała żona Mieszka I, a które bezpośrednio wynikały z jej płci i osobowości. To opowieść o kobiecie, która do swoich powinności (bycia matką tudzież żoną) podchodziła w sposób niezwykle staranny i odpowiedzialny, nie tylko wywiązując się z tego, wobec czego została lub sama się zobowiązała, ale pragnąc znacznie więcej. Jako kobieta doświadczyła i mocno przeżyła porody, a następnie tragiczne rozstania z dziećmi, o których nie tylko, co oczywiste, nie mogła zapomnieć, ale które nieustannie stanowiły powód jej rozterek i lęków. Sytuacje, które postawił przed nią los, wydarzenia, którym musiała stawić czoła, rozgrywały się zarówno poza nią, jak i w niej. Autorka rzetelnie i wyraźnie kreśli obraz kobiety zmartwionej, cierpiącej z powodu miłości i matczynych rozterek, która nie tylko pragnęła dobra dla swoich dzieci, ale również innych – w tym realizacji powinności, do jakich według niej została zobowiązana. Jako przykładna matka i żona dbała także o to, by niesione było słowo Boże, by powstawały kościoły i miały miejsca nawrócenia. Postawiony przed sobą cel realizowała skrupulatnie i rzetelnie, przynosząc tym wiele dobrego miejscu, w którym mieszkała. 

Dobrawa pisze cv to pozycja, która umożliwia zatopienie się w osobowości, przeżyciach oraz doświadczeniach, które dotyczyły Dobrawy, oraz we wszystkim tym, co determinuje postępowanie. To opowieść o niełatwym życiu i o kobiecości, a zatem o byciu matką, żoną oraz moralną przewodniczką narodu. To historia wymiernie poruszająca i intrygująca, przynosząca nie tylko refleksję nad postacią tytułowej bohaterki, ale również nad początkiem naszego kraju, dawnymi wydarzeniami oraz historią. Janina Lesiak napisała książkę, która pokazuje Dobrawę z perspektywy ludzkiej, duchowej, uwypuklając pewną prawdę: mimo upływu czasu, przeobrażeń i przemian, niezmienne zostaje w nas jedno – życie wewnętrzne oraz podatność na różnego rodzaju doświadczenia. 

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.