sobota, 10 grudnia 2016

282. Juliusz Wojciechowicz "Bez znieczulenia"

Opowiadania Wojciechowicza to utwory, które oddziałują na czytelnika na kilku płaszczyznach, z których prym zdaje się wieść zaskoczenie. Autorowi udaje się to osiągnąć za sprawą wielu technik i sposobów, jednak największą zasługę ma w tym obraz kreowanego świata – nieco prześmiewczy, przerysowany, groteskowy. Wszystko to, cała ta wizja podparta przewrotnymi formami, intryguje i nie pozostawia odbiorcę obojętnym. 

Bez znieczulenia to zbiór opowiadań, będących swoistym obrazem rzeczywistości, w której żyjemy, a która, w mniejszym lub większym stopniu, kuleje. Autor, Juliusz Wojciechowicz, wszystko to, co stanowi o nas samych i o naszym świecie, zamyka w ramach krótkich tekstów, generując je w sposób, który dosłownie poraża czytelnika. Bo te utwory, niezależnie od ograniczeń, jakie determinują ten gatunek, stanowią przykład świetnie napisanych i poprowadzonych opowieści, prezentujących zarówno wymowny obraz, jak i to, do czego się odwołują. 

Opowiadania, które wchodzą w skład recenzowanego zbioru, najpełniej charakteryzuje stwierdzenie, że bije z nich celowość. Czytając, nie sposób utracić wrażenia, że kreowane światy kreowane są dokładnie po coś, w konkretnym celu, który odczytać możemy jako próbę uchwycenia tego, co nas, współczesnych, otacza. To obraz rzeczywistości ukazany w różnych zwierciadłach (krzywych, zabawnych, strasznych, przewrotnych itd.), których nadrzędną funkcją jest wprowadzanie czytelnika w określone stany czy postawy. I tak jest, w istocie – nastrój i klimat konkretnych opowiadań, a także bohaterowie i wydarzenia, które o nich stanowią, zaznaczają się nie tylko w świadomości czytelnika, za sprawą wyraźnych czy sugestywnych obrazów, ale również w jego wymiernej, bezpośredniej reakcji. Bo śledząc losy konkretnych postaci, zagłębiając się w poszczególne panoramy i wizje, nie można nie poddać się realnym wpływom, przynoszącym takie owoce, jak szczere zaskoczenie czy rozbawienie. Nie raz, nie dwa, podczas lektury, dawałem się zaskoczyć, nie tylko na płaszczyźnie tekstu, jako takiego (toku zdarzeń), ale przede wszystkim wymyślnej formy, odwołującej się do różnych konwencji czy sposobów manipulacji odbiorcą. Mamy do czynienia choćby z nawarstwianiem się podobnych obrazów, wykorzystywaniem utartych schematów i figur w zupełnie nowy sposób, operowaniem typami i skojarzeniami oraz niespodziewanymi zakończeniami, przewrotnie puentującymi opowiadania. 

Juliusz Wojciechowicz operuje stylem, który prezentuje się szalenie ciekawie, zapewne ze względu na swą osobliwość. Posługuje się wieloma sposobami obrazowania, tworząc swoiste miraże, mieszając rozmaite konwencje i rodzaje gry. Jego opowiadania opierają się na satyrze, grotesce i czarnym humorze, a także na takim podejściu do ukazywanych historii, by tragedia i komedia, blask i ciemność, jednoznaczność i niejednoznaczność mieszały się, tworząc zaskakujące wizje i niemałe zdumienie w oczach czytelnika. Pisząc o tym, przywołuję w głowie Miętówkę, jedno z opowiadań, które zaskoczyło mnie zupełnie niespodziewanym zakończeniem. Bez znieczulenia proponuje utwory dokładnie przemyślane i różnorodne, przedstawiające nie tylko szeroki wachlarz treści i patentów, ale również znaczeń oraz przekazów. Jedne bawią i w sposób najprostszy zaskakują, inne zatrważają trafnością i ironią, inne wręcz umoralniają. Wszystko to zaserwowane jest niebywałym, ciętym, mocnym, przemyślanym językiem, z którego można wyciągnąć wiele dobrych fraz, sprawdzających się równie dobrze poza kontekstem i opowiadaniem. 

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz