czwartek, 29 grudnia 2016

286. Arkadiusz Rączka "Herezja"

Moje zainteresowanie tą książką okazało się strzałem w dziesiątkę. Choć nie byłem przekonany, czy to na pewno pozycja dla mnie, czy zainteresuję się jej treścią, prędko nabrałem przekonania, że fabuła i bohaterowie intrygują równie wielce, co okładkowy opis, a świat przedstawiony tak silnie wciąga, że na czas lektury zapomina się o własnym – niezależnie od okoliczności. 

Herezja to średniowieczna powieść drogi, prowadząca przez katarską i mandejską herezję, przynosząca szereg obrazów i niezliczonych wydarzeń, skupionych wokół poszukiwań słynnego, mitycznego wręcz, Świętego Graala.

To, co w moim przekonaniu stanowi nadrzędną cechę recenzowanej powieści, to swoista mistyczność, objawiająca się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim uchwytna jest w wymiarze klimatu oraz w nastrojowości, sugestywności i obrazowości tekstu. Bo jest to, co pogrubioną czcionką należałoby podkreślić, utwór, który niezwykle mocno oddziałuje na czytelnika, głównie na jego wyobraźnię i poczucie przynależności do innego, poznawanego, świata. To jedna z tych książek, które frapują, które nie pozwalają na odejście od siebie, nim nie przebrnie się przez znaczną część historii. Wszystko, co składa się na płaszczyznę obrazu, zostało przez autora poprowadzone z niebywałą wzorcowością i starannością. Tekst jest wdzięczny i wymiernie oddaje nastrój epoki oraz realia, w których toczy się akcja utworu, a wszelakie opisy – zarówno bohaterów, jak i miejsc czy sytuacji – wydają się pełne i na tyle wymowne, by można było odbierać je jako coś więcej – jako przyczynek do szerszego poznania czy zrozumienia kreowanej rzeczywistości. W związku z gatunkiem, który reprezentuje Herezja, czyli powieść drogi, bohaterowie utworu przemieszczają się, a wraz z nimi uwaga narratora, obiekt jego zainteresowań. W ich skład wchodzą oczywiście rzeczy wymagane, takie jak miejsca, rozgrywające się sytuacje, pojawiające się postacie, ale również rozmaite kurioza i błahostki – definiowane tak w odniesieniu do rozwiązania utworu – które stanowią niemałe smaczki, możliwe do odczytania wyłącznie przy uważnej lekturze. Dzieje się bowiem dużo, zarówno bezpośrednio w akcji, jak i poza nią, a mianowicie we wszystkim tym, czym raczy nas narrator. Mam na myśli przede wszystkim szereg zjawisk, koncepcji, idei, postaw i warunków, które są tożsame z czasami, w których dzieje się akcja utworu, którymi w sposób płynny została ubogacona opowieść. Ścieranie się wartości, tendencji, poglądów, systemów moralnych, podejść i zapatrzeń, w tym niby jednolitym okresie, zajmują i autora, i bohaterów, co sprawia, że książka Arkadiusza Rączki oferuje znacznie więcej, niż porządną, wartą uwagi rozrywkę. Powieść niesie bowiem ze sobą wymierną wiedzę, dotyczącą i tego, co przyziemne, powiedzmy historii czy społeczeństwa, jak i czegoś istotniejszego, nadrzędnego, m.in. filozofii czy środowiskowej mentalności. 

Opisowość utworu stanowi również niebywałą zaletę w odniesieniu do ukazywania postaci, ich psychologizacji czy takiego kreowania osoby, obrazu, które polega na wplątywaniu bohatera w różne zażyłości, zdarzenia czy prądy, i na podstawie tych relacji generowaniu wizji jego natury i osobowości. To absolutnie ciekawe, zwłaszcza że w recenzowanej powieści rozmaitych różnic, kontrastów oraz odmiennych typów m.in. ideologicznych jest niemało, więc czytelnik może obserwować różne zachowania i różne postawy, dokonując tym niezwykle szerokiej panoramy. Dotyczy ona również tego, co stanowi o przedstawionym świecie jako takim – o jego prawidłach, wartościach, zasadach oraz historyczności. Także pod tym względem Herezja intryguje, gdyż zapewnia opowieść, która realizuje się na wielu polach i w wielu wymiarach, mocno wykraczającą poza ramy fabularne, wkraczającą w subiektywne pola interpretacyjne i poznawcze.

Recenzowana książka to powieść ciekawa i magiczna, idealna zarówno do niezobowiązującej lektury i rozrywki, jak i zaspokojenia potrzeb bardziej wymagającego odbiorcy. To powieść, która prezentuje ciekawą historię poszerzoną o liczne plany, konteksty, idee i niedopowiedzenia. Utwór Arkadiusza Rączki to niebywała okazja do podróży w odległe czasy, do zatopienia się w ich klimacie, pejzażu i wszystkim tym, co stanowi o ich wyjątkowości.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

285. Charles Dickens "Klub Pickwicka"

Samuel Pickwick, założyciel tytułowego klubu, to mężczyzna dobroduszny i szlachetny, zrzeszający wokół siebie niebanalnych ludzi. Założywszy wspomniany klub, wpada na pomysł podróży w głąb Anglii, w celach poznawczych – zarówno wyjątkowych miejsc, jak i postaci. Pomysł, jakże ciekawy, prędko został zrealizowany, przynosząc samemu bohaterowi, jak i towarzyszom podróży, niemało osobliwych przygód i znajomości.

Klub Pickwicka to książka, która zachwyca czytelnika przede wszystkim prostotą i wysublimowaniem, objawiającym się na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, Dickens ma niebywałą umiejętność opowiadania historii, takiego przedstawiania i obrazowania, które, choć niby nietrudne, uchwytne, okazuje się niebanalną panoramą niezmiernych charakterów, zjawisk, realiów, czasów oraz prawideł, które stanowią zarówno o rzeczywistości, jak i społeczeństwie. To fascynujące, że równocześnie, niby przypadkiem, niby w drodze – bo przecież recenzowana książka to powieść drogi – kreśli portrety zarówno ogólne, obiektywne, szerokich grup czy wąskich społeczności, jak i indywidualności, konkretnych postaci, których zachowania i postawy są znaczące nie tylko dla akcji utworu, ale również dla odzwierciedlanych realiów. To pozycja pod tym względem wybitna, przynosząca szereg okazji do wymiernej obserwacji i typów, i charakterów, i poszczególnych postaci, która pozwala na coś więcej, niż zwykłą, rozrywkową lekturę. Czytelnik może, co istotne, współtworzyć wizję przedstawianego świata, wyciągając własne wnioski na temat pojawiających się bohaterów czy rozgrywających się sytuacji, poszerzając tym świat, który poznaje w lekturze. To ważne, gdyż Dickens, popełniając powieść drogi, w moim mniemaniu wyszedł z założenia, by ukazać bogactwo społeczne przemierzanego miejsca, umożliwiając odbiorcy nie tylko obserwację, ale i pełne poznanie. Po drugie, wszystko, co zostaje opisane, pokazane jest niemal w złotych proporcjach – uwypuklone zostają rzeczy ważniejsze, delikatnie wspomniane mniej istotne; jednym bohaterom zostaje poświęcone więcej uwagi, innym mniej. Podróżując, postacie Dickensa doświadczają różnych przygód i znajomości, i choć nie wszystkie naświetlone zostają szeroko, dosadnie, dzięki niebywałym umiejętnością autora, czytelnik odnosi wrażenie pełnego poznania opisywanych miejsc oraz takiej wyjściowej perspektywy, która daje wgląd we wszystkie płaszczyzny literackiej rzeczywistości. Po trzecie, przemierzając kolejne miejsca i poznając kolejnych bohaterów, nieustannie uzewnętrznia się natura głównych postaci, wszystko to, co o nich stanowi. Z jednej strony ciągle posuwamy się do przodu, wchodząc coraz głębiej w dickensowski świat, a z drugiej permanentnie zatapiamy się w naturze bohaterów. Można zatem odnieść wrażenie, że lektura opiera się na tych dwóch poznaniach: rzeczywistości oraz postaci.

To, co znamienne dla Dickensa, objawia się również w Klubie Pickwicka. Nadzwyczajny dar opowiadania i budowania atmosfery, klimatu, kunsztowność literacka oraz celowość i wyjątkowość słowa to jedne z tych elementów, które tworzą wspaniałą rzeczywistość recenzowanej pozycji. Celność spostrzeżeń oraz trafność obserwacji, a także klarowność, a przy tym magiczność, obrazów, budują misternie skonstruowany świat, który, choć na pozór prosty i być może oczywisty, jest niebanalny i intrygujący. Wszystko, co się na niego składa, zachwyca i współistnieje: bohaterowie z realiami, wydarzenia z ogólnymi sytuacjami, opis z opisywanym obiektem. Cała powieść funkcjonuje na zasadzie maszyny, tak, że odnosi się wrażenie, że wszystko się ze wszystkim zazębia, a przy tym funkcjonuje w sposób zgoła naturalny i logiczny. Dickens obserwuje niezwykle uważnie, nie wyciąga pochopnych wniosków, pozwala wybrzmieć konkretnym zdarzeniom i bohaterom, nie szczędząc przy tym ironicznych zauważeń czy wysublimowanego humoru. To, co dla tej powieści istotne, oprócz panoramy społeczeństwa oraz portretów konkretnych charakterów, to atrakcyjność językowa, realizująca się zarówno na płaszczyźnie języka jako takiego (stylu, doboru słów, obrazowości), jak i jego wydźwięku – w tym humoru. Nie raz, nie dwa podczas lektury można się zaśmiać, nie tylko ze względu na dowcipność czy aluzyjność, ale przede wszystkim na trafność uwagi czy obserwacji. 

Książka Dickensa zasługuje na uwagę wielu czytelników, zwłaszcza tych, którzy zaczytują się powieściami drogi, utworami, w których istotą są portrety psychologiczne oraz społeczne, a także miłośników kunsztownie kreowanych opowieści, dokładnie przemyślanych i wyważonych. To pozycja absolutnie interesująca, popełniona z rozmachem, a przy tym stoicyzmem. Nie sposób poczuć znużenia czy zagubienia, choć wydawnictwo jest niezwykle misterne i bogate w bohaterów oraz wydarzenia. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

piątek, 23 grudnia 2016

284. Irena Wyczółkowska "Mitoplotki"

Książka Ireny Wyczółkowskiej to interesująca wyprawa w starożytność, poprowadzona nieco inaczej, niż czytelnik mógłby się spodziewać. Kluczem do zrozumienia sprawy, podejścia autorki do omawianych tematów, powinien być tytuł, Mitoplotki, który rzetelnie odzwierciedla to, co stanowi o recenzowanej pozycji. Książka składa się bowiem z krótkich tekstów, okołomitologicznych, zajmujących się albo mniej znanymi informacjami lub tropami interpretacyjnymi, albo znanymi postaciami i sytuacjami, przedstawionymi w zupełnie świeży sposób. 

Książkę podzielić można na dwa zasadnicze bloki. Pierwszy, pisany prozą, dotyczy różnych rozważań, spostrzeżeń, dociekań oraz myśli, podpartych tematami mitologicznymi i starożytnością w rozmaitych zakresach: historycznych, kulturowych, społecznych. Drugi, liryczny, składa się z wierszy autorki, które opierają się na podobnych motywach.

Mitoplotki to pozycja, która zachwyca przede wszystkim lekkością, z jaką została napisana, oraz nieoczywistym podejściem, które objawia się na wielu płaszczyznach każdego utworu. Nawiązuję w dużej mierze do poczucia zaskoczenia, zaintrygowania, wynikającego z przełamania  wizji korzystania z dzieł starożytności, która determinuje myślenie o nich w sposób patetyczny, w pewnym sensie mistyczny. Teksty, które dotyczą tej literatury i kultury, poznawane głównie w szkole lub za sprawą powszechnie znanych przekazów, jawią się poważnie i fundamentalnie – zarówno w wymiarze literackim, jako podwaliny naszej tożsamości, jak i historycznym. Przez to, przez to postrzeganie, zwykliśmy podchodzić do tej literatury inaczej, jakby z dystansu, zaliczając ją do sfery sacrum. Autorka, Irena Wyczółkowska, w swoich utworach nie tylko przekracza tę niespisaną zasadę, ale traktuje źródła, do których się odwołuje, zupełnie inaczej, zabierając się za nie zupełnie na około. Wyciąga z nich różne cząstki, elementy i obrazy, i poddaje je takim literackim tudzież intelektualnym zabiegom, by wydobyć z nich zupełnie nowe twarze, wyrazy, które zaskakują nie tylko przekazem, ale i formą. Jednym słowem, bawi się, jednak nie robi tego w sposób bezcelowy, a starannie przemyślany. Kreując różne toki myśleniowe, naprowadzając czytelnika na zupełnie nowe tropy interpretacyjne i poznawcze, rzutując to, co opisane i dokonane, na to, co aktualne i dopiero zachodzące, uaktualnia źródła starożytne. Przeplata bowiem zmartwienia, problemy, mentalność oraz bohaterów kultury antycznej z dzisiejszą codziennością i naszymi rozterkami, społecznościami oraz zjawiskami, pozwalając tym na ponowne odczytywanie dzieł kanonicznych i nabranie świadomości, że to, co minione, jest tożsame z nami – z naszą osobowością, relacjami czy zawiłościami. 

Ironiczne poczucie humoru, przewrotność oraz duża zdolność budowania niebywałych obrazów na podstawie analogii to nadrzędne cechy autorki, które uwypuklają się w utworach wchodzących w skład recenzowanego wydawnictwa. Wizja ciągłości, która stanowi o sile tej książki, kreowana jest przez pisarkę niezwykle sprawnie i silnie, a jej wymiar, jakże dosadny i trafny, najmocniej wpływa na odbiorcę. To niemała zaleta Mitoplotek, że tak płynnie łączą to, co ponadczasowe, z tym, co doczesne, a także to, co wysokie, z tym, co na pozór niskie. Powszedniość miesza się tu z wyjątkowością, codzienność ze sferą sacrum, przeszłość z teraźniejszością, wysublimowanie z prostotą, a patetyczność z powszechnym humorem. To książka zdecydowanie intrygująca i z wielu względów aktualna. Choć korzysta z dorobku antyku, nie wymaga szerokiej znajomości tej spuścizny. Broni się bowiem, za sprawą przejrzystości i obrazowości, samą sobą, i jako dzieło zupełnie indywidualne przynosi refleksje, różne emocje i spostrzeżenia, które pozwalają dostrzec w niej nie tylko nawiązania do wiadomych źródeł, ale również wyraźną niezależność.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

283. Georg Heym "Umbra vitae"

Umbra vitae to tomik, który podporządkowany jest jednej myśli, jednemu nastrojowi, płynnie udzielającemu się czytelnikowi podczas lektury. Zebrane wiersze stanowią nie tylko wnikliwą analizę przeżyć wewnętrznych autora oraz wizji nadchodzących czasów, ale również swoistą wyprawę w przyszłość, w XX wiek, którą my, współcześni, potrafimy skonfrontować z historycznymi realiami, dostrzegając, że obawy podmiotu lirycznego bynajmniej nie okazały się bezpodstawne.

Wiersze z recenzowanego tomiku stanowią w dużej mierze przykłady utworów katastroficznych, prezentujących konkretną, uściśloną wizję, dotyczącą nie tyle rychłej katastrofy, zagłady i definitywnego końca (choć także), ile strachu wobec niewiadomej, którą skrywają nadchodzące czasy. To teksty, które kreują specyficzny nastrój, naszpikowany różnego rodzaju lękami, obawami oraz przejawami destrukcyjnych zachowań. To przede wszystkim zbiór, który w sposób dosadny wyraża powątpiewanie względem tego, co przyszłe, względem XX wieku, nowego świata oraz tego, na co się zanosi. Upadek wartości i znaczenia jednostki, wzrastanie znaczenia miast i przemysłu, a także różnego rodzaju napięcia i niejasności, będące wymownymi zapowiedziami okrutnych wydarzeń, zdają się stać u podstaw wierszy, tworzyć fundament przedstawianej poezji. W tych utworach przeplatają się perspektywy i postawy, a także obiekty odnoszenia, gdyż z jednej strony dotyczą losów jednostki, a z drugiej tak szerokich i obcych społeczności, jak wielkie miasta. Zróżnicowane są również tematy, jednak trwałe, nadrzędne pozostają nastoje niepewności oraz strachu.

Georg Heym porusza w swoich wierszach przede wszystkim rozpad, rozumiany najszerzej. Dotyczy on bowiem zarówno płaszczyzny fizycznej, indywidualnej, i wyraża się w nieuchronnym przemijaniu, śmierci oraz wszystkimi następstwami, które są z nią związane, jak i społecznej, realizującej się w wizji schyłkowej cywilizacji, upadku wartości moralnych i wszystkiego tego, co stanowi o ważności człowieka. Sposób postrzegania istoty, jakże tożsamy z okresem, w którym powstawały recenzowane utwory, polega głównie na odjęciu jej wszystkiego tego, co szlachetne, wzniosłe, wyjątkowe i wywyższające, oraz na podkreśleniu marności, nikłości oraz przypadkowości. To wiersze, w których my, ludzie, opisani zostajemy jako ci, którzy nie ważą i nie znaczą, którzy prędko odchodzą, znikając w niepamięci. Co więcej, obraz tego, co czeka nas po śmierci, naszych ciał i dusz, również zostaje uwypuklony. Przedstawia on ludzkie ciała w fazie rozkładu, w pełni oddane różnym procesom i naturze, duszę zaś targaną skrajnymi emocjami, błądzącą i cierpiącą. Ta panorama istnienia, choć dobrze znana literaturze, skonfrontowana  z nastrojami epoki, w której powstała, przeraża i intryguje trafnością wizyjności oraz rzetelnością w oddawaniu tego, co wyraża te czasy.

Wiersze, które wchodzą w skład Umbra vitae, wydane pośmiertnie przez przyjaciół poety, oprócz apokaliptycznej wizji upadku, posługują się również wieloma innymi obrazami oraz konwencjami, takimi jak turpizm czy perspektywa jednostki względem miasta – jego ogromu, monumentalności. Utwory te podporządkowane są omawianemu prędzej nastrojowi, przeczuciu zbliżającej się klęski oraz strachu przed przyszłością, a także mroczności, realizującej się na granicy nocy i dnia, snu i jawy, życia i śmierci, strachu i przerażenia. Te przeplatające się ze sobą płaszczyzny, graniczne stany i enigmatyczne wizje, zdeterminowane nieustannym poczuciem grozy oraz ekspresywnym sposobem przedstawiania, podparte obrazami rozczłonkowania człowieka według sprzecznych stanów oraz niejasnych pragnień, pozwalają całkowicie zanurzyć się w atmosferze  przełomu XIX i XX wieku, a także utożsamić się zarówno z nastrojem, jak i przekazem wierszy. Wiele obaw i zjawisk, którym poeta poświęca uwagę, co ciekawe, istnieją w naszej świadomości również dzisiaj, więc wiersze wciąż jawią się jako aktualne.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 10 grudnia 2016

282. Juliusz Wojciechowicz "Bez znieczulenia"

Opowiadania Wojciechowicza to utwory, które oddziałują na czytelnika na kilku płaszczyznach, z których prym zdaje się wieść zaskoczenie. Autorowi udaje się to osiągnąć za sprawą wielu technik i sposobów, jednak największą zasługę ma w tym obraz kreowanego świata – nieco prześmiewczy, przerysowany, groteskowy. Wszystko to, cała ta wizja podparta przewrotnymi formami, intryguje i nie pozostawia odbiorcę obojętnym. 

Bez znieczulenia to zbiór opowiadań, będących swoistym obrazem rzeczywistości, w której żyjemy, a która, w mniejszym lub większym stopniu, kuleje. Autor, Juliusz Wojciechowicz, wszystko to, co stanowi o nas samych i o naszym świecie, zamyka w ramach krótkich tekstów, generując je w sposób, który dosłownie poraża czytelnika. Bo te utwory, niezależnie od ograniczeń, jakie determinują ten gatunek, stanowią przykład świetnie napisanych i poprowadzonych opowieści, prezentujących zarówno wymowny obraz, jak i to, do czego się odwołują. 

Opowiadania, które wchodzą w skład recenzowanego zbioru, najpełniej charakteryzuje stwierdzenie, że bije z nich celowość. Czytając, nie sposób utracić wrażenia, że kreowane światy kreowane są dokładnie po coś, w konkretnym celu, który odczytać możemy jako próbę uchwycenia tego, co nas, współczesnych, otacza. To obraz rzeczywistości ukazany w różnych zwierciadłach (krzywych, zabawnych, strasznych, przewrotnych itd.), których nadrzędną funkcją jest wprowadzanie czytelnika w określone stany czy postawy. I tak jest, w istocie – nastrój i klimat konkretnych opowiadań, a także bohaterowie i wydarzenia, które o nich stanowią, zaznaczają się nie tylko w świadomości czytelnika, za sprawą wyraźnych czy sugestywnych obrazów, ale również w jego wymiernej, bezpośredniej reakcji. Bo śledząc losy konkretnych postaci, zagłębiając się w poszczególne panoramy i wizje, nie można nie poddać się realnym wpływom, przynoszącym takie owoce, jak szczere zaskoczenie czy rozbawienie. Nie raz, nie dwa, podczas lektury, dawałem się zaskoczyć, nie tylko na płaszczyźnie tekstu, jako takiego (toku zdarzeń), ale przede wszystkim wymyślnej formy, odwołującej się do różnych konwencji czy sposobów manipulacji odbiorcą. Mamy do czynienia choćby z nawarstwianiem się podobnych obrazów, wykorzystywaniem utartych schematów i figur w zupełnie nowy sposób, operowaniem typami i skojarzeniami oraz niespodziewanymi zakończeniami, przewrotnie puentującymi opowiadania. 

Juliusz Wojciechowicz operuje stylem, który prezentuje się szalenie ciekawie, zapewne ze względu na swą osobliwość. Posługuje się wieloma sposobami obrazowania, tworząc swoiste miraże, mieszając rozmaite konwencje i rodzaje gry. Jego opowiadania opierają się na satyrze, grotesce i czarnym humorze, a także na takim podejściu do ukazywanych historii, by tragedia i komedia, blask i ciemność, jednoznaczność i niejednoznaczność mieszały się, tworząc zaskakujące wizje i niemałe zdumienie w oczach czytelnika. Pisząc o tym, przywołuję w głowie Miętówkę, jedno z opowiadań, które zaskoczyło mnie zupełnie niespodziewanym zakończeniem. Bez znieczulenia proponuje utwory dokładnie przemyślane i różnorodne, przedstawiające nie tylko szeroki wachlarz treści i patentów, ale również znaczeń oraz przekazów. Jedne bawią i w sposób najprostszy zaskakują, inne zatrważają trafnością i ironią, inne wręcz umoralniają. Wszystko to zaserwowane jest niebywałym, ciętym, mocnym, przemyślanym językiem, z którego można wyciągnąć wiele dobrych fraz, sprawdzających się równie dobrze poza kontekstem i opowiadaniem. 

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 8 grudnia 2016

281. Marcin Sanakiewicz "Telewizja ponowoczesna. Logiki i imaginacje medialne"

Być może nieroztropnie uogólniam, ale wyróżnić można dwa wyraźne obozy, których dyskusja rozgrywa się w związku z istotą telewizji: przeciwników oraz zwolenników. Prawdopodobnie, co mogą potwierdzać wyniki oglądalności różnych programów, tych drugich jest więcej, jednak nie sposób nie usłyszeć głosów antagonistów, twierdzących, że telewizja nie jest warta uwagi, że należy się jej wystrzegać, że są inne, szlachetniejsze, formy spędzania czasu oraz przyjmowania różnych treści. Nie oceniając tych stanowisk ani nie utożsamiając się z żadnym z nich, pozwolę sobie wydać opinię, która zawiśnie ponad nimi, która ma charakter ogólny, obiektywny: media (na czele z telewizją) intrygują na płaszczyznach struktury, fenomenu oraz z relacji z odbiorcą. W związku z tym spostrzeżeniem, a także z zainteresowaniami środkami masowego przekazu, zdecydowałem się na lekturę książki Marcina Sanakiewicza.

Telewizja ponowoczesna. Logiki i imaginacje medialne traktuje o tym, co obserwujemy, oglądając telewizję. Autora zajmuje jednak nie produkcja, sama w sobie, a wszelkiego rodzaju procesy, idee, chwyty i tendencje w tworzeniu różnych programów, a także to, co ma miejsce w bezpośredniej relacji z widzem. To książka, która rozbiera na czynniki pierwsze, stojące u podstaw ponowoczesnej telewizji, zasady, obrazując prawidła i realia, które determinują jej funkcjonowanie. Tematy, które przedstawia, ukazuje nie tylko przez pryzmat teorii, domysłów i spostrzeżeń, ale przede wszystkim za sprawą licznych przykładów, porównań i odwołań. Choć jest to pozycja, o czym należy niewątpliwie wspomnieć, wydana w ramach Ogólnopolskiego Konkursu Medi@stery, mającego za zadanie promocję najlepszych prac magisterskich napisanych przez absolwentów studiów dziennikarskich, mogą ją śmiało czytać ci, którym obcy jest naukowy czy akademicki tok rozumowania tudzież język, gdyż nawet dla laików tematu praca ta jawi się jako zrozumiała i czytelna.

Sanakiewicz, zajmując się realnością telewizji, pisze głównie o tym, jak rzeczywistość, w której żyjemy, którą dobrze znamy, zostaje przedstawiana  w tv, jakim procesom, kodyfikacjom czy zmianom zostaje poddana. Ten bez wątpienia najszerzej omówiony temat, przynosi niezwykle hojną garść informacji oraz wniosków, zwracających uwagę odbiorcy na rzeczy, które dotąd mógł nie dostrzegać. Bo wiadomości czy komunikaty, jakie odbieramy, korzystając z dobrodziejstw różnego rodzaju programów, wbrew rzekomo prawym intencjom czy naszemu dość naiwnemu podejściu, niekoniecznie przekazywane są w sposób czysty, niezmącony ingerencją nadawcy czy jego wartościowaniem. Właściwie wszystko, co zostaje nam oferowane, podlega pewnym przeróbkom i wpływom, które, co należy zaznaczyć, nie zawsze mają charakter propagandowy czy radykalnie wpływający na postawę odbiorcy, a dość często wpisujący się w wizję, konwencję czy potrzebę programu. Pod tym względem autor przygląda się wielu czołowym pozycjom antenowym, takim jak Wiadomości, Fakty czy Wydarzenia, dokładnie analizując konkretne odcinki, ukazując zarówno zależności między nimi, jak i wszelkiego rodzaju deformacje lub zmiany w przedstawianiu rzeczywistości. Rzecz odnosi się również do niezwykle ciekawych zjawisk medialnych, jakimi są na przykład generacje problemów i afer, które są postrzegane w tych kategoriach wyłącznie przez medialne omówienia oraz nagłaśnianie. Dzieje się tak za sprawą przekształcania zdarzeń potocznych w wyjątkowe oraz tych niecodziennych w zwykłe. Sanakiewicz pisze również współtworzeniu przez widza telewizyjnej rzeczywistości, a także przygląda się wielu programom, stosując podejścia stricte badawcze: pod względem mieszania narracji, dobierania tematów czy innych temu podobnych płaszczyzn.

Telewizja ponowoczesna dotyczy również zjawisk, o których nieświadomy odbiorca, czyli taki, dla którego istotna jest wyłącznie treść, nie forma, być może nie ma pojęcia. Pod tym względem to książka, która rzeczywiście otwiera oczy, przynosi wymierną wiedzę i zwraca uwagę na elementy telewizyjnej rzeczywistości, które, choć tworzą ją w znacznym sposób, determinując wręcz, umykały dotąd widzowi. Mowa tutaj między innymi o przedstawianiu telewizji w telewizji, swoistych zabawach i rytuałach, filtrach i tendencjach, obrazowania obrazami, ścieraniu się wartości materialnych i niematerialnych oraz udawaniu – co należy podkreślić – przez różne programy prawdziwej rzeczywistości. To, o czym należy wspomnieć, to rozpiętość badań i obserwacji, jakie prowadzi autor. Pisząc o konkretnym, powiedzmy, że zawężonym, zjawisku, nie ucieka od innych, które – co świadczy o zagmatwaniu tematu – je współtworzą. Co ważne, przedstawia tę panoramę prowadzonych obserwacji w sposób stonowany, segregując treści i nieustannie podpierając je mnogimi przykładami.

Książka Marcina Sanakiewicza to pozycja, którą warto przeczytać, gdyż pozwala dociec wielu prawd i zweryfikować pewien element współczesnej telewizji. To książka oferująca przejrzyste, zrozumiałe i ciekawie przedstawione informacje, niosące nie tylko teoretyczną, ale przede wszystkim praktyczną wiedzę. Choć narracja prowadzona jest w duchu stricte akademickim, wydawnictwo polecić można wszystkim czytelnikom, nie tylko tym, którzy są w jakiś sposób wtajemniczeni w omawiane zagadnienia.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.