wtorek, 4 października 2016

274. Karen Foxlee "Sukienka w kolorze nocnego nieba"

Karen Foxlee przyzwyczaiła mnie do swojej specyficznej narracji poprzednią powieścią, wielokrotnie nagradzaną Kruchością skrzydeł. Tym razem zaprasza czytelnika do rzeczywistości nieco podobnej, również opowiadającej o relacjach – w tym ponownie rodzinnych – jednak realizującej się na inny sposób: we wspomnianym utworze świat bohaterów, typowej rodziny, rozlatywał się, w tym zaś, w Sukience w kolorze nocnego nieba, zdaje się zlepiać – z wielu mniejszych, na pozór kontrastujących ze sobą. 

Losy głównej bohaterki, dorastającej Rose Lovell, to historia na pozór powierzchowna, raczej typowa, dość oczywista. Przynajmniej ta, z którą przybywa do nowego, kolejnego w ciągu ostatnich lat, miasteczka. Wychowuje ją ojciec, zmagający się z alkoholizmem. Jej matka nie żyje, przez co wpływ, jaki determinuje postawę dziewczynki, wynika głównie z nierozgarniętego, enigmatycznego rodziciela. Po przeprowadzeniu się do nowego miejsca zamieszkania, bohaterka trafia do nowej szkoły, w której nawiązuje relację z jedną z uczennic. Postacie szybko się integrują, czemu niewątpliwie sprzyja wyglądane przez wszystkich wydarzenie, poprzedzane prowadzonymi już licznymi przygotowaniami oraz staraniami – coroczna parada dożynkowa. By móc w niej uczestniczyć, Rose – za namową koleżanki – udaje się do Edie Baker, z którą przygotowuje suknię. Suknię o kolorze nocnego nieba. 

Powieść Karen Foxlee to książka, którą czyta się w poczuciu tajemnicy. To właśnie ta enigmatyczność sprawia, że Sukienka w kolorze nocnego nieba jawi się czytelnikowi jako magiczna, intrygująca opowieść, ukazująca świat niebywały i pociągający na różnych polach. Z jednej strony przykuwa uwagę historią, która się w nim rozgrywa – niejasnymi poczynaniami, tajemniczo postępującą akcją, niezdefiniowanymi bohaterami; jednak z drugiej – nie wiem, czy nie z tej istotniejszej – samą rzeczywistością, która w ujęciu czasowym zdaje się nieuchwycona. Bo to, co się dzieje podczas akcji właściwej, co czytający obserwuje z wielką uwagą, choć istotnie wynika z wydarzeń aktualnych dla głównych postaci, to rozciągnięte jest znacznie szerzej, po sytuacje, które teoretycznie odeszły w zapomnienie z upływem czasu, po ludzi, których już nie ma, którzy ostali się wyłącznie w mniemaniu potomnych. I być może to, ta nieobecność pojmowana w kategoriach niebycia, fizycznego nieistnienia, przy jednoczesnej niemalże cielesnej obecności, wynikającej z myśli, percepcji, świadomości żyjących, stanowi klucz interpretacyjny do recenzowanej powieści. Bo przeszłość w tym utworze, pojmowana i odbierana jakkolwiek – jako dzieje minione, jako konkretna historia, jako wydarzenia, które wybrzmiały, jako ludzie, których już nie ma – odgrywa rolę niesłychaną, nieustanie nie tyle dopominając się czy dając o sobie znać, ile trwając – w myślach bohaterów. Wciąż powraca, wciąż ożywa, wciąż determinuje decyzje, a jej źródłem są nie tylko wspomnienia czy okoliczności, które przywołują ją z rzekomego niebytu, ale przede wszystkim miejsca i jej następcy – bohaterowie, którzy żyją, drepcząc po prochach poprzedników.

To, czego doświadcza główna bohaterka, to składowa procesu, który tożsamy jest dla każdej osoby w jej wieku – odkrywania własnej istoty, zagłębiania się we własnym człowieczeństwie, pojmowania tego, kim się jest. Otoczenie, w którym przebywa, wpływa na jej dojrzewanie w sposób kluczowy, znaczący, różnorako kierując tym procesem. Z jednej strony zmaga się z immanentną potrzebą bliskości, niekoniecznie w pełni zaspokajaną: brak matki oraz życie przy boku niezorganizowanego, nomadycznego, zmagającego się z uzależnieniem ojca, zapewne obciążają jej psychikę, nie pozwalając na wyjście poza świat, który dotąd przyswoiła, poznała. Z drugiej strony nowe otoczenie, do którego podchodzi dość sceptycznie, ze względu na własne doświadczenia, zdaje się determinować ją wiążąco, ukierunkowując w stronę przeciwną, niż robi to najintymniejsze środowisko. Gdy prywatnie podlega alienacji, zmagając się ze swoistym poczuciem piętna, obcości, zewnętrzne otoczenie wyrywa ją z osobności, próbując wtłoczyć w panującą rzeczywistość, wraz ze  wszystkimi jej zjawiskami i przedmiotami: relacjami, prawidłami, modami, pragnieniami oraz oczekiwaniami. Ze względu na młody wiek – jakże chłonny i podatny na wpływy oraz próby kształtowania – poddaje się swoistym presjom, wychodząc poza wykreowane przez siebie granice, przechodząc ciekawe przeobrażenie. Towarzyszą oczywiście temu różnego rodzaju emocje i stany, które jawią się bohaterce dość obco, niekiedy złowrogo.

Powieść Karen Foxlee to opowieść o dorastaniu, relacjach międzyludzkich oraz złudności. O tym, jak mylne potrafią być ludzkie wyobrażenia, jak daleko może iść prawda od pierwszych interpretacji oraz oczekiwań. To książka, w której różne światy – głównej bohaterki, Edie, jej rodziców, ojca Rose, przyjaciół – przenikają się, tworząc coś, co oprócz różnych związków i zawiłości, przynosi namacalny wręcz dowód na złudę: intencje oraz oczekiwania nie mają żadnego znaczenia; sięgają bruku, gdy konfrontują się z rzeczywistością. Sukienka w kolorze nocnego nieba to dość smutna historia o wkraczaniu w dorosłość, niekoniecznie z pozycji niedojrzałej, idealistycznej. Pod tym względem autorka przełamuje pewną konwencję, gdyż jej bohaterka od początku doświadcza tragizmu oraz niewiary w to, co zewsząd ją otacza. Dalszy tok wydarzeń, stanowiący kanwę recenzowanego utworu, zdaje się utwierdzać ją w tym przekonaniu, a czytelnika – zgodnie z filozoficznym stanowiskiem panta rhei – poruszać lekkością w ukazywaniu zmienności, niepoczytalności, niepewności wobec tego, co uznane za stałe, dogmatyczne.

5/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz