piątek, 30 września 2016

273. Kamil Sipowicz "Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt"

Kamil Sipowicz recenzowaną książką zwraca uwagę na świat, który zdaje się ginąć, być pochłanianym przez nasz, większy. Mowa o świecie zwierząt, braci mniejszych.  Rzeczywistości, która, choć nieustannie trwa przy naszej, stanowiąc z nią integralną całość, postrzegana bywa jako podległa, mniej istotna. Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt to pozycja, która uwypukla jej znaczenie, stawiając znak równości między ludźmi a zwierzętami. 

Bohaterami Sipowicza, obiektem jego zainteresowań są – jak łatwo wywnioskować już z samego tytułu – zwierzęta. Przede wszystkim te, które są wiernymi – lub mniej wiernymi, przelotnymi, niezobowiązanymi – dzikimi – kompanami jego codzienności. A jest ich co niemiara, zarówno domowych, jak i nie. Twórca mieszka bowiem wraz z żoną na Roztoczu, które rozciąga się między Kraśnikiem w Polsce i Lwowem na Ukrainie. Tereny te, jakże pierwotne i nieprzebyte, zamieszkują rozmaite stworzenia i porastają różnorakie rośliny. Czas zdaje się tu toczyć zupełnie inaczej, na ewidentnie innych zasadach: w zmowie z przyrodą, porami roku, sezonami oraz porami dnia. W tej książce Sipowicz pozwala dojść do głosu wszystkim tym, którzy stanowią o jego rzeczywistości, uwypuklając znaczenie nie tylko tytułowych – predysponowanych do miana najważniejszych, na czele z  Ramoną – zwierząt, ale wszystkich, z którymi w różnych relacjach nawiązuje kontakt. Snuje spostrzeżenia i obserwacje, stawiając nie siebie, a właśnie ich – braci mniejszych – na piedestale.

Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt to książka, w której widoczne jest przede wszystkim podejście Sipowicza do zwierząt. Podejście, które nie zaskakuje, nie wywiera wrażenia, ale przywraca w mniemaniu czytelnika swoistą harmonię, równowagę w postrzeganiu świata ludzkiego oraz zwierzęcego. Bo – nie sposób nie zauważyć – zwykliśmy traktować tych, z którymi dzielimy planetę, jako nie tyle nie tak ważnych, co my, ile mniej znaczących. W świecie Ramony ma zaś miejsce zupełnie inne podejście, stojące w kontrze, a przy tym absolutnie naturalne: zwierzęta są pełnoprawnymi obywatelami, stoją dokładnie na tym samym stopniu znaczenia, co ludzie. Co więcej, Sipowicz zauważa, że to one – wbrew temu, co możemy mniemać o samych sobie – są wyżej położone w hierarchii uwzględniającej rozwój, perfekcyjność, gdyż w swojej formie – jako zwierzęta – osiągnęły doskonałość, pełnie, są istotami skończonymi, dopełnionymi, a my nie. Spostrzega również, zastanawiając się nad okrucieństwem mordu, że dopóki będziemy zabijać zwierzęta, nie mamy szans na wyższy rozwój duchowy. 

Kontemplacja braci mniejszych – ich natury, istoty, zachowań, relacji z człowiekiem – stanowi istotną składową recenzowanej książki. Kamil Sipowicz zdaje się przeglądać w opisywanych zwierzętach, wyglądając nie tylko ich prawdziwego oblicza, ale przede wszystkim znaków, obrazów, cech ludzkich. Doszukuje się tego, o czym być może niekiedy zapominamy: zwierzęta, jak ludzie, czują, potrafią okazywać radość, strach, smutek. Bywają dobre, bywają złe. Nie są wyrwane z kontekstu, są determinowane przez różne zjawiska, a ich postawa – jak u nas – wynika z wielu wpływów, takich jak otoczenie, przeszłość oraz pragnienia. Dopatrując się w nich tego, co jakże ludzkie, znamienne i tożsame z tym, czym jesteśmy, uwypukla ich znaczenie, umniejszając tym wyjątkowości człowieka. Zdaje się, że nie pisze o tym wprost, nie mówi bezpośrednio o równowartości ludzkości i zwierząt, ale z jego opisów, z tego, jak ukazuje przedstawiane istoty, wyłania się ewidentne spostrzeżenie: choć dzieli nas wiele, jesteśmy połączeni wieloma wspólnymi cechami, które powinni być gruntem pod wspólną relację. Zauważa, jak bogaty jest ich świat, przyglądając się różnorodności nie tylko charakterów czy zachowań zwierzaków, ale również niepowtarzalności związków, w jakie wchodzą. Pisze o tym, jak wygląda to pod jego dachem, doszukując się w zachowaniach tytułowych domowników m.in. zazdrości czy potrzeby uznania, oraz przełożenia na relacje z ludźmi, zaznaczając zbawienne wpływy: np. psy lub koty uszczęśliwiają swoich opiekunów, ci zaś dogadzają im, spełniając ich oczekiwania oraz zapewniając różnego rodzaju dobra. 

Kamil Sipowicz kreuje opowieść o świecie, który jawi się jako wyrwany z rzeczywistości, którą znamy. Opisuje życie wolne i naznaczone kontaktem z naturą oraz zwierzętami, zdeterminowane przez upływ czasu pojmowany w kategoriach wyłącznie przyrodniczych (zmieniających się pór dnia i roku). Zachwycają go wydarzenia i zjawiska proste, mające miejsce w otoczeniu ciszy i natury. Wszystko, co tworzy tę sielską krainę, zazębia się, przenika: człowiek ze zwierzyną, ludzki dorobek ze środowiskiem, nasza rzeczywistość z rzeczywistością braci mniejszych, nasze losy z ich losami. To obraz świata kompletnego, prawdziwego, nastawionego na przeżywanie szlachetnych wartości i piękna, które wynika z kontaktu z tym, co pierwotne. Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt generuje w czytelniku tęsknotę do czystych relacji ze zwierzętami, samo wydanie książki zaś – ubogacone ilustracjami Olgi Sipowicz – do nieustannego zagłębiania się w przedstawianą wizję.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 27 września 2016

272. Anna Kaniecka-Mazurek "Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić"

Skłamałbym, gdybym powiedział, że ta książka w pełni sprostała moim oczekiwaniom. Zabierając się za lekturę, zaintrygowany tytułem oraz opisem, spodziewałem się naprawdę wiele, zwłaszcza treści, która zmusiłaby mnie do przemyśleń, pokazując zupełnie obcy skrawek rzeczywistości. Ostatecznie nie czuję rozczarowania, nie żałuję poświęconego czasu, jednak nie mogę powiedzieć, że Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić to powieść, która wywarła na mnie większe wrażenie. 

Utwór Anny Kanieckiej-Mazurek to opowieść o kobiecie, której życie przez immanentną składową istnienia, jaką jest płeć, zostało naznaczone tragedią. Urodzona jako dziewczynka, wbrew oczekiwaniom i pokładanym w niej nadziejom ojca, została poddana osobliwemu wychowaniu, realizującemu resztki nadziei i ambicji zaborczego rodziciela. Stając się dorosłą, choć coraz bardziej wyswobadzała się spod destrukcyjnych wpływów, nieustanie podlegała oddziaływaniu tego, czego dotąd doświadczyła. Wychowanie zaważyło na jej późniejszych losach, a decyzje tych, którzy sprawowali nad nią opiekę, wciąż odbijało się w jej dorosłych poczynaniach.

Integralność między dojrzałą postawą a dzieciństwem to temat obecny nie tylko w psychologii, ale również w literaturze. Znane są czytelnikowi utwory – zarówno te bardziej popularne, kanoniczne, jak i te, które zyskały mniejszą uwagę – które dotykają tej relacji, obrazując, jak destrukcyjny lub zbawienny wpływ ma wychowanie. Anna Kaniecka-Mazurek w swojej powieści również porusza ten temat, ukazując losy bohaterki, Zofii, której pojawienie się na świecie nie szło w parze z wyobrażeniami ojca. Ten, zaintrygowany sportem, pokładający nadzieje w tej dziedzinie, oczekiwał bowiem, że jego żona – Mirka – urodzi syna, który zrealizuje wszystkie jego aspiracje i marzenia, przynosząc tym chlubę oraz poczucie spełnienia. Niestety, rodzinę dopełniła córka, co początkowo okazało się niemałym rozczarowaniem, jednak z czasem – po oswojeniu się z zaistniałą sytuacją – stało się początkiem planu B, innego rozwiązania. Mężczyzna postanowił bowiem tak wychować pociechę, by mogła również osiągać sukcesy w sporcie, w innej dyscyplinie. Mając na celu ustaloną dla córki przyszłość, przez całe jej dzieciństwo postępował tak, jakby wychowywał chłopca. Wprawiając dziecko w określony schemat, ukierunkowując na wybrane przez siebie postawy, dając rzekomo odpowiedni przykład, pozbawił jej poczucia kobiecości, generując w jej świadomości przekonanie, zgodnie z którym nie tylko powinna być, ale jest... przedstawicielem przeciwnej płci. 

To, czego Zofia doświadczyła, dorastając, nie odeszło w zapomnienie w chwili, gdy stała się niezależna, gdy zapoczątkowała szereg prób, które miały na celu odcięcie się od przeszłości. Wyprowadzka, dążenie do zmiany w postrzeganiu samej siebie, inne towarzystwo – wszystko to zdawało się nieść nowe jutro, pomagać, jednak ostatecznie nie przynosiło żadnych rezultatów, a bohaterka – choć pozornie układająca sobie życie – wciąż ponosiła klęskę. Mówimy bowiem o postaci, która została ukształtowana w taki sposób, że jej fundamenty są nie tylko sprzeczne z tym, kim jest, ale przede wszystkim nieustannie determinują jej losy – oczywiście w kontrze do oczekiwań. Nieszczęście, jakiego doświadcza, zdaje się realizować znacznie straszniej i wymowniej, gdyż szkodząc jej, zaniżając morale i przynosząc cierpienie, wynika jednocześnie z niej samej, z jej psychiki, świadomości. To nie rodzaj karmy, zła doświadczonego ze względu na znajomości, smutku spowodowanego niemożnością... To problem, który ciąży, który działa destrukcyjnie, a przy tym wynika z jednostki, której dotyczy. Portret, który popełnia autorka, ukazując tę dwoistość przypadku bohaterki, intryguje, ewidentnie obrazując nierozerwalność mniemania i formy, duszy i ciała. Bo wszystko, co ma miejsce w życiu Zofii, determinowane jest jej stanem ducha, który z kolei wynika z innych płaszczyzn, w których ewidentny prym wiedzie wychowanie. To one jawi się jako najistotniejszy generator ludzkich postaw i zachowań, a także jako ta składowa człowieka, z którą nie sposób walczyć, której nie można się wyzbyć. Całe dorosłe życie wynika z okresu dzieciństwa, a dojrzała postawa zbudowana jest na bazie wychowania. Te powiązanie jest kluczem do zrozumienia historii Zofii, do szerszego odczytania recenzowanej powieści. 

Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić to utwór o kobiecie, która nie wiedząc kim jest, żyła w ciągłym poszukiwaniu odpowiedniego wcielenia, zlokalizowanego w rozmaitych relacjach, związkach. To opowieść, która zdaje się realizować gombrowiczowską konieczność formy, jednak wynikającą nie z tych samych, co w Ferdydurke, płaszczyzn. W rzeczywistości wykreowanej przez Annę Kaniecką-Mazurek, bohaterka nieustannie poszukuje odpowiedniej roli, satysfakcjonującego znaczenia, gdyż nie została nim obdarzona w dzieciństwie. Obdarta i wyzbyta z tego, co znamienne dla człowieka – cech i postrzegania związanego z płcią, z własną istotą – oraz ulepiona według uznania ojca, stworzona na obraz jego myśli, stała się postacią bezbarwną, bez znaczenia i szerszego wymiaru. Zabłąkana i nieobyta z samą sobą, mimochodem ruszyła w poszukiwania wymiaru, w którym mogłaby się zrealizować, poczuć się osobą zdefiniowaną, tożsamą z tym, kim jako człowiek jest. Pozbawienie jej immanentnego przekonania o samej sobie zmusiło ją do wyglądania kolejnego – niedostępnego. Bo – zdają się mówić losy bohaterki – jeśli człowiek nie nabędzie na wczesnym okresie przekonania o samym sobie, nigdy go nie uzyska. 

Książka Anny Kanieckiej-Mazurek to pozycja, która mimo intrygującej historii, nieco rozczarowuje. Przede wszystkim ze względu na niesamowicie rozbudowane opisy kwestii genealogicznych bohaterów, które – ku mojemu zdziwieniu – nie tylko nie stanowią o niczym istotnym w świecie akcji właściwej, ale również nużą. Choć to opowieść o tym, jak wiele o nas stanowi przeszłość, to tak głębokie zaglądanie w dzieje minione, dotyczące dziadków lub dalekich głównej bohaterce postaci, nie rzutuje w żaden sposób na jej losy. Oczywiście, postawa Zofii wynika z wychowania, a te z wychowania jej rodziców, na co składają się również warunki zewnętrzne, takie jak wydarzenia historyczne czy środowiskowe, jednak przez znaczną część utworu czytelnik śledzi losy następujących po sobie postaci (dziadków z jednej strony, dziadków z drugiej strony, innych członków rodziny), które zdają się nie prowadzić do niczego konkretnego. Brak zarysowanego celu w tej części opowieści zanudza, a także powoduje niemałą dezorientację w odnajdywaniu się w wykreowanej rzeczywistości. 

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 25 września 2016

271. Marcin Szczygielski "Poczet królowych polskich. Powieść i klucz"

To, co ujęło mnie w książce Szczygielskiego, to przede wszystkim klarowność ciągłości czasu i istnienia, rozumianego jako integralny związek między tym, co minione, a tym, co dzisiejsze. Poczet królowych polskich to bowiem powieść, w której czas i teraźniejszość jawią się zupełnie szerzej, zahaczając swoim zasięgiem o płaszczyzny i wydarzenia rzekomo tak odległe i nieistotne, a w rzeczywistości tak naznaczające i determinujące. 

Powieść Szczygielskiego to utwór, w którym jednostka mierzy się z niezmierzonym ogromem przeżyć, wydarzeń, postaci, zjawisk i historii, które miały miejsce w przeszłości – zarówno w tej, która w sposób bezpośredni dotknęła bliskich czy rodziny, jak i tej, która dotyczyła ludzkości. Bohaterowie książki – na czele z główną bohaterką – zagłębiają się w niej, próbując nie tyle rozwiązać zagwozdki, nadać sens nierozstrzygniętym sprawom czy odnaleźć odpowiedzi na nurtujące lub przemilczane pytania. Czynią to, by odnaleźć się w tym, co ma miejsce teraz, teoretycznie z dala od tego, co dotknęło niegdyś żyjących. Pojęcie aktualnie rozgrywających się wydarzeń wymaga bowiem od nich szerszego – znacznie szerszego – spojrzenia na własne położenie, które – co idzie wręcz lawinowo, konieczna perspektywa niesie niezbędność kolejnej – w sposób immanentny poszerzane jest o kolejne okresy, kolejne postacie, kolejne wydarzenie. Wszystko, co następuje teraz, ma swą genezę w przeszłości, mocno zakorzenione powody i argumenty. I piszę o tym nie bez powodu, bo to istotny klucz do zrozumienia recenzowanego utworu. W świecie, w którym toczy się akcja powieści, w rzeczywistości, w której żyją  jej bohaterowie, każda decyzja niesie za sobą szereg skutków i owoców, które następują niekoniecznie bezpośrednio po sytuacji, której dotyczą – niekiedy rozłożone są w czasie, dając o sobie znać dopiero w dalekiej przyszłości, dotykając tym potomnych, kolejne pokolenia. Poczet królowych polskich dotyczy bowiem historii jako tej, która jest dziedziczna, ciągnąca się latami, następująca w czasie, a przy tym zupełnie poza nim – nie podlega upływowi, wciąż jest obecna i permanentnie determinuje. Widać to również po wydarzeniach najświeższych, dopiero nabierających wymiaru – bodziec lub sytuacja popychają bohaterów do decyzji, które definitywnie generują dalszy tok wydarzeń, zmuszając np. do podejmowania granicznych postanowień. 

Poczet królowych polskich to powieść z kluczem, dotyczy bowiem realnych postaci i prawdziwych wydarzeń, poddanych fikcji literackiej oraz takim wybiegom i zabiegom, by uzyskały interesujący dla czytelnika wymiar. Cała ta opowieść rozgrywa się na kilku zasadniczych płaszczyznach, a wielotorowa narracja umożliwia znacznie szerszą obserwację, głębsze przeniknięcie i poznanie. Dostajemy powieść, w której jedna opowiadania historia, przedstawiana jest z kilku perspektyw – zarówno personalnych (dotyczących punktu widzenia poszczególnych bohaterów), jak i czasowych. To znaczące, gdyż zgłębiając powieść, możemy dostrzec jej niejednoznaczność interpretacyjną, realizującą się w sposób relatywny. Każdy bohater, każda decyzja i każdy ciąg przyczynowo-skutkowy, który możemy w niej dostrzec, możliwy jest do odczytania na wiele sposobów, zależnych od punktu wyjścia. W rzeczywistości wykreowanej przez Szczygielskiego ma miejsce bowiem to, co tak wielce dotyczy nas – niejednoznaczność decyzji, zwłaszcza tych, które są tak głęboko zakorzenione w przeszłości. To, co dla bohaterów, którzy żyją podczas akcji właściwej, jawi się jako niezrozumiałe, głupie czy błędne, dla tych, którzy postępowali w sposób oceniany, wydawało się klarowne i oczywiste. Nie ma tutaj, w tym świecie, dogmatów, a relacje międzyludzkie, niekiedy tak ociężałe i niezbadane, zdają się fundamentem, punktem, wobec którego toczy się cała opowieść. Bo to bohaterowie są oczkiem w głowie autora, to im przygląda się najbardziej, to ich stawia wyżej niż akcję powieści. Czytelnik ma świadomość tego, obserwuje ich znaczenie zupełnie naturalnie, dostrzegając wszystko to, co ich spotyka zarówno w wymiarze następujących wydarzeń, jak i kreacji literackiej rzeczywistości. Zostają bowiem uwikłani w rozmaite zjawiska i sytuacje, takie jak wojna, prześladowania na tle narodowościowym, zdrady, rozstania, emigracje czy codzienne życie, ale również niezwykle mocno obsadzeni są w pajęczej sieci relacji. Funkcjonując, obijają się swoimi pragnieniami i decyzjami o innych, niekiedy stojących w kontrze, innym razem działających zgodnie z oczekiwaniami, prezentując czytającemu niezwykle frapujący portret – jednostki w różnych kontekstach.

Recenzowana książka to utwór, który czyta się z dużą przyjemnością, bardzo płynnie. To mimo to powieść naznaczona smutkiem, rozczarowaniem i bólem, spowodowanym odejściami i rozstaniami. Braki, jakich doświadczają bohaterowie, determinują nastrój czytelnika. A dotyczą potrzeb różnych, wynikających z wielu płaszczyzn człowieczeństwa. Cierpią na niedostatek, na brak informacji oraz niezrozumienie własnego położenia, smucą się ze względu na brak akceptacji i poczucie wyalienowania, zamartwia ich to, co ukrywają przed nimi inni, oraz to, co zasłoną tajemnicy potraktował czas. Zdają się jednak przede wszystkim cierpieć wskutek odejść. Książka Szczygielskiego to utwór, który naznaczony jest odchodzeniem i samotnością. Nic, na czele z czasem i ludźmi, nie jest w tej rzeczywistości stałe, wszystko płynie, wszystko przemija, ubywa. Związki, relacje, prawdy, informacje, pozorna stałość, pamięć – wszystko to zatraca, zamazuje się każdego dnia, tracąc własne kontury i znaczenie. Przed tym rozpadem, przed tą nieuchronnością upływu, próbują bronić się bohaterowie, walcząc lub starając się nie zwracać uwagi na przemijanie. Zwodzi ich to jednak na manowce, prowadzi do ostatecznej klęski, a determinujące nas zjawisko stanowi dla nich graniczne doświadczenie. Poczet królowych polskich to książka, w której przemijanie przenika się z ciągłością, a przeszłość z tym, co obecne. To powieść, którą warto przeczytać.
5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 17 września 2016

270. Heinz Heger "Mężczyźni z różowym trójkątem"

Trudno pisać o tej książce, zachowując neutralną postawę. Właściwie – nie sposób. Mężczyźni z różowym trójkątem to bowiem pozycja, którą czyta się w przerażeniu i przekonaniu, że obcuje się z opisem czegoś, co nie może być prawdziwe, co nie mogło mieć miejsca – ze względu na brutalność obrazu, jaki przedstawia. Ta pozycja nie pozostawia czytelnika w obojętności, złudzeniu – całkowicie odkrywa okrucieństwo wydarzeń, o których traktuje, bezwzględnie ukazując przerażającą prawdę.

Mężczyźni z różowym trójkątem dotyczą przede wszystkim jednostki w kontekście wydarzenia tak tragicznego i granicznego, jakim jest obóz koncentracyjny. To przerażająca relacja z miejsca, w którym realizował się odwrócony dekalog, stanowiąca rozwinięcie tematu obozowego – dotyczy bowiem sytuacji i społeczności, które – nawet w powojennej europie – zostały schowane za zasłonę milczenia, zepchnięte w niebyt oraz świadomą alienację. To pozycja o tych, którzy stanowili temat tabu – ludziach, którzy zostali wepchnięci w piekło ze względu na odmienną – homoseksualną – orientację. Na mocy Paragrafu 175. Okrucieństwo wynikające z uprzedzeń i poczucia wyższości, a także mniemanie, że można decydować o cudzych losach, naznaczone nienawiścią i brutalnością, skontrastowane z niezrozumieniem i niewinnością, tworzą szeroki obraz historii społeczności, której odebrano człowieczeństwo w ramach rzekomego wymiaru sprawiedliwości za przestępstwo – nieodpowiednią miłość.

Przez całą opowieść o zagładzie przetacza się jedna kluczowa myśl, zdeterminowana dezorientacją oraz rozpaczą – jak można karać ludzi, którzy niczego złego nie zrobili, a jedynym zarzutem, który został wobec nic wystosowany, to uczucie do przedstawiciela tej samej płci? To pytanie, na które ani czytelnik, ani autor, nie znajduje odpowiedzi, rozrywa serca – zarówno opowiadającego, jak i czytającego. Konfrontuje bowiem w swojej istocie dwie skrajne natury, dwie kontrastujące płaszczyzny, zjawiska – niezmierną nienawiść i pogardę z czystą miłością i niewinnością. Ten obraz – dwutorowości opisywanych wydarzeń – zdaje się rozlewać na wszystkie składowe relacji, ukazując, jak niezrozumiałe jest czynienie krzywdy przez zbrodniarzy, jak niezawinione jest cierpienie tych, które przedstawiane piekło dotyczy. Jest to bowiem opowieść o jednym z najokrutniejszych okresów w historii ludzkości, czasie, w którym upadły wszystkie wartości, a człowiek stał się bestią, sędzią i katem. Ukazuje jednak ten okres narracją nieco odmienną, bardziej szczegółową, gdyż dotyczy konkretnej społeczności – homoseksualnej. W ten sposób rzuca nie tylko światło na losy konkretnej grupy społecznej, ale również całego okrucieństwa obozowego – robi to jednak w kontekście tych, którzy obsadzeni zostali  w nim na bazie Paragrafu 175.

Charakterystyczna dla Mężczyzn z różowym trójkątem – oraz dla innych relacji (nie tylko związanych z obozami zagłady), które dotyczą wydarzeń determinujących ludzką naturę tudzież postawę – jest niemożność ocenienia, jednomyślnego zakwalifikowania postępowania więźniów, opartego na podstawie powszechnie panujących systemów moralnych lub tradycyjnych hierarchii wartości. Wspomina o tym przede wszystkim Heger, opisując swoje kontakty i relacje z nazistowskimi wojskowymi, sprawującymi władzę nad przebywającymi w obozach. Mowa przede wszystkim o bliskich, zażyłych, intymnych – chciałoby się rzec: niemoralnych – powiązaniach, zapewniających protekcję oraz ochronę przed wieloma sytuacjami – śmiercią, niezwykle trudną pracą oraz przemocą. Takie relacje – będące w powszechnej pogardzie, wyraźnie naznaczające jednostkę, która się im poddaje – w świetle opisywanych wydarzeń nie jawią się w sposób tak oczywisty, wymagają znacznie szerszej interpretacji, głębszego zastanowienia. Autor nie bez powodu ukazuje je w takim kontekście, gdyż obrazuje nie tylko jedną z metod, za których sprawą możliwe było polepszenie sobie warunków w obozach koncentracyjnych, ale przede wszystkim uwypukla wolę życia oraz determinacje, która generuje zachowania i postawy. W obliczu śmierci – jak wspomina sam Heger – człowiek potrafi zrobić wiele, wyzbywając się niekiedy samego siebie, własnego człowieczeństwa, by uniknąć ostateczności. To książka, która ukazuje wolę życia nadzwyczajnie wprost, bezpośrednio, naocznie. Porusza bowiem jej jądra, kontrastując pragnienie trwania, istnienia, które determinuje różne niejednoznaczne zachowania, z łatwością i powszechnością odbierania życia.

Relacja Hegera to w dużej mierze opisy okrucieństwa i zła, które wydarzyło się w przedstawianym obozie zagłady. To książka, w której dobitnie i brutalnie widać to, co stanowiło codzienność tego miejsca – niewymowne cierpienie za niezawinione krzywdy. To opowieść o tych, którzy doznali piekła na ziemi, którym odebrano człowieczeństwo i podstawowe prawa, których pozbawiono życia. Mężczyźni z różowym trójkątem opowiadają historię społeczności – ukazaną na przykładzie poszczególnych losów – której życie zdeterminowały cudze uprzedzenia, cudze poczucie wyższości. Oni – ludzie, którzy przypisali sobie prawo do decydowania o innych – naznaczyli granicznymi przeżyciami całe rzesze osób, traktując je w sposób nieludzki, przedmiotowy. Autor roztacza opisy sytuacji, podczas których ciało i wszystko to, co związane z istnieniem, traktowano bez szacunku, bez żadnego poszanowania i moralności. Mamy do czynienia z obrazami tortur, śmierci, oderwania od życia całej sfery sacrum oraz wyjątkowości. Człowiek – zwłaszcza ten prześladowany, m.in. za orientację homoseksualną – nie znaczy tutaj nic, nie ma żadnej wartości, a jego istnienie jest uwarunkowane od woli lub uprzedzeń innych – rzekomo lepszych, wartościowszych – społeczności. Tytułowych mężczyzn pozbawiono prawa do życia, potraktowano jako niegodnych przebywania wśród "normalnych". Wszystko to w imię niezrozumiałych przekonań, motywowanych nienawiścią. To książka, w której śmierć – jakże powszechna, obecna – miesza się z niezmierzonym pragnieniem życia, a przynależność do pewnej grupy społecznej tożsama jest z alienacją, brakiem szacunku. To relacja o świecie, w którym wszystkie wartości sięgnęły bruku, a odwrócony dekalog realizuje się w każdej chwili, każdego dnia. Pozycja absolutnie wstrząsająca, niewątpliwie warta uwagi.

6/6

czwartek, 15 września 2016

269. Edith Wharton "Jak każe obyczaj"

Undine, główna bohaterka powieści, naznaczona jest myślą, która w pełni zdeterminowała jej życie – sądzi, że wartość człowieka wynika z przynależności do konkretnych grup społecznych oraz posiadania. Nie dysponując dużym majątkiem oraz istotnymi znajomościami, za wszelką cenę pragnie spełnić własne ambicje, co doprowadza ją oraz jej bliskich do katastrofalnych skutków.

Jak każe obyczaj to książka, którą trudno jednoznacznie zdefiniować, wskazując najwyraźniejszy, dogmatyczny tor, którym toczy się jej przekaz tudzież wartość. Porusza bowiem wiele problemów, zjawisk i postaw, które w odpowiednich momentach kolejno stawia na pierwszym planie lub ucisza, zwiększając tymczasowo wymowę innego. To niewątpliwie cecha wielkich dzieł, takich, w których pod pierwszą, najbardziej namacalną i dosłowną płaszczyzną, możliwą do dostrzeżenia nawet przez niezbyt spostrzegawczego czy wyrobionego czytelnika, kryją się kolejne, jeszcze szerzej i głębiej penetrujące wykreowaną rzeczywistość. Podobnie jest w przypadku recenzowanej powieści, jednak tutaj ma miejsce przejrzystość i klarowność przekazu, kolejnych warstw lub znaczeń, którymi traktuje odbiorcę autorka. Niczym w kalejdoskopie następują po sobie następne wątki, budowane cały czas na fundamencie głównego – postępowań bohaterki, Undine Spragg. Jej decyzje, permanentnie motywowane tymi samymi pragnieniami i oczekiwaniami, przynoszą coraz to głębsze rozwinięcia portretowanego zachowania, ukazywanej postawy, co kreśli nie tylko szeroki portret jej osoby, jako postaci zachłannej na podziw, narcystycznej, żądnej towarzyskiej obecności oraz zbytku, ale również środowiska, w którym się porusza, oraz mentalności poszczególnych klas społecznych. Bo recenzowana powieść realizuje się wielowymiarowo, tworząc mnogie obrazy i zestawienia, kreśląc zawiłe relacje międzyludzkie, w których wartości pryncypialne zdają się sięgać bruku. Z kolei wszystko to, co doczesne i nietrwałe, a także wszelka powierzchowność – którą czytelnik obserwuje w wielu kontekstach – przejmują kontrolę nad ludzkimi zachowaniami, wiodąc prym.

Książka Edith Wharton opiera się przede wszystkim na portrecie głównej bohaterki, który dokonuje się z kilku perspektyw. Pierwszym – najbardziej widocznym – jest oczywiście jej postawa, naznaczana wyborami oraz zachowaniami. Mamy do czynienia z postacią, której nadrzędnym celem jest społeczna popularność, obracanie się wśród towarzyskiej śmietanki, życie na wysokim poziomie. Wyłącznie to – blichtr oraz złudne przekonanie, zgodnie z którym bywanie oraz dostatek świadczą o wartości człowieka – determinują jej wybory, które – w sposób niezwykle mocny – naznaczają losy ludzi, z którymi w jakiś sposób jest powiązana. Odwrócona hierarchia wartości – bo tylko o takiej w przypadku Undine możemy mówić – niesie ze sobą dość przewidywalne, typowe skutki – charakterystyczne dla tych, którzy za nadrzędny cel stawiają awans społeczny oraz posiadanie wielu dóbr doczesnych – jednak ukazanie ich w kontekście innych oraz nie tyle ostatecznej porażki, ile stopniowego pogrążania się, upadania, sprawia, że losy bohaterki stanowią zarówno intrygującą opowieść, jak i sposobność do kontemplacji celu życia oraz wartości. Jak każe obyczaj w sposób odwrotny, na około, traktuje o nich, gdyż w sposób przejrzysty i otwarty mówi o tym, co istotne, obrazując to kontrą, przeciwnością, całkowitą odwrotnością, oraz przykładem, mówiącym o tym, jakie konsekwencje niesie niemoralność, bezrefleksyjność i zbyt ziemskie oraz zbyt powierzchownie pojmowanie rzeczywistości tudzież definiowanie własnej wartości przez pryzmat m.in. towarzyskiej obecności. Nie tylko Undine stanowi wyraz ślepego pożądania za stricte materialnymi pragnieniami, ale również ci, z którymi było "po drodze" bohaterce. Zarówno jej rodzina, ludzie, wśród których wyrosła, którzy w dużym stopniu ukształtowali jej osobowość oraz jej błędne mniemania, jak i bliscy i środowisko, w którym permanentnie pragnie się odnaleźć, realizują główną myśl powieści, obrazując powierzchowność, płytkość i marność tego, co możemy zdefiniować jako traktowanie siebie w kontekście majątku i popularności – im większe zgromadzone zasoby i wpływy, im wyższa zajmowana pozycja w hierarchii społecznej, tym większe znaczenie i wartość człowieka.

Obydwa powyżej wspominane portrety, jakie kreuje recenzowana powieść – losów i mentalności głównej bohaterki oraz losów i doświadczeń jej bliskich, które zostały naznaczone postawą Undine – zostały rzucone na kolejne płaszczyzny, równie znaczące i wymowne. Decyzje w Jak każe obyczaj mają ogromne znaczenie, niosą konsekwencje i następujące po sobie sytuacje, stanowiące o prawidłach i istotnych cechach jednostek, zbiorowości, mentalności oraz światów, które dają o sobie znać w książce. Ciągi przyczynowo-skutkowe, obrazujące m.in. zachłanność, rozrzutność, niemoralność, bezwzględność, poświęcenie, których obserwacja zwieńczona zostaje jednoznacznymi spostrzeżeniami oraz wnioskami, stanowiącymi przekaz utworu, przeplatają się z wieloma kontrastami, na podstawie których autorka ukazuje nie tylko relatywność postrzegania rzeczywistości oraz niejednoznaczność pragnień ludzi, którzy z założenia powinni być jednomyślni, ale również różnice wynikające z przynależności do konkretnych warstw społecznych oraz pochodzenia. Urodzenie i posiadanie w świecie bohaterów znaczą bowiem bardzo wiele. Co więcej, zdają się tym, co w pełni stanowi o ludzkim znaczeniu – zarówno w wymiarze wyobrażenia, samooceny, samopoczucia, jak i wartości obiektywnej, wynikającej z powszechnego uznania, panujących przekonań. Autorka kontrastuje nie tylko chorobliwą potrzebę uznania, ale również międzykontynentalne różnice w odbieraniu siebie i innych – w kontekście społeczeństwa, własnej rodziny, tradycji oraz różnego rodzaju uprzedzeń. Jak każe obyczaj penetruje wszystkie te zagadnienia, ciągle zajmując się jednostką – przez pryzmat grup społecznych i ich zasad – względem wielu zjawisk, pragnień, norm oraz postaw.

Powieść Edith Wharton to utwór wielowymiarowy, poruszający niezwykle wiele tematów i zjawisk. To książka o niezmierzonej potrzebie bycia, rozumianego jako zauważalność, społeczna popularność, oraz o dążeniu do różnych spełnień. To powieść, która w sposób przystępny i przejrzysty – na bazie losów bohaterki – ukazuje ważną prawdę na temat żądz materialnych. Jednoznacznie mówi o tym, że ślepy pęd za dobrami doczesnymi oraz wysoką pozycją w hierarchii społecznej zawsze kończy się porażką, gdyż wynika z najpłytszych, najbardziej powierzchownych i nietrwałych pragnień. Co więcej, fiasko to dotyka nie tylko osoby, która je realizuje, ale również tych, którzy stanowią jej bliskie środowisko. Bo potrzeby Undine nie tylko jej samej przyniosły zawody i cierpienia, ale również odebrały najcenniejszą wartość – życie – zakochanemu w niej mężczyźnie, oraz naznaczyły pustym dzieciństwem jej syna. Powierzchowność niszczy tutaj szlachetność, nikczemność dobroć, a zło prawość. Ma jednak miejsce ostateczny powrót do harmonii, gdyż losy Undine zdają się realizować biblijną prawdę – wszystko, co związane z wartościami wanitatywnymi to pogoń za wiatrem, a szczęścia oraz spełniania należy szukać gdzie indziej. Jak każe obyczaj nie definiuje jednak jednoznacznie poprawnej postawy, zostawiając czytelnikowi pole do własnych wniosków.

6/6 

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

środa, 7 września 2016

268. Eryk Lipiński "Pamiętniki"

Pamiętniki bywają pisane w sposób patetyczny, mający na celu ukazanie autora jako tego, który charakteryzuje się wysublimowaniem, światłością, postawą mędrca. Ten, który niedawno wydało wydawnictwo Iskry, autorstwa Eryka Lipińskiego, stoi w kontrze do powyższego spostrzeżenia, gdyż napisany został w sposób nie tylko lekki, jakby niezobowiązujący, ale także humorystyczny i zdystansowany, co z kolei rzetelnie odzwierciedla naturę autora. 

Eryk Lipiński, urodzony w 1908 w Krakowie, to jeden z najbardziej cenionych polskich karykaturzystów. Był inicjatorem stworzenia pisma satyrycznego "Szpilki" oraz pomysłodawcą Muzeum Karykatury w Warszawie. Dzieciństwo spędził w Moskwie, studiował na ASP w Warszawie, w pełni doznał okrucieństwa wojny, przebywając w Oświęcimiu i na Pawiaku. Lata powojenne zdeterminowała praca twórcza, realizująca się głównie na płaszczyźnie projektowania plakatów filmowych i teatralnych, a także tworzeniem ilustracji oraz pisaniem humorystycznych tekstów.

Jak sam spostrzega, urodził się w roku Małpy, co – według wierzeń – naznaczyło go potrzebą zgłębiania wiedzy. Losy, jakich doświadczał, zarówno bezpośrednio, na własnej skórze, jak i za sprawą obserwacji – należy bowiem zaznaczyć, że Eryk Lipiński jawi się jako niezwykle rzetelny tudzież cierpliwy obserwator rzeczywistości, zdolny wyciągać wnioski i poczynać intrygujące spostrzeżenia – z pewnością zapewnił mu zaspokajanie tej potrzeby. Naznaczył go bowiem takimi doświadczeniami, wydarzeniami i ludźmi, na podstawie których można nie tylko nabrać wiedzy o świecie czy samym sobie, ale również zrozumieć i pojąć pewne prawidła. Nawiązuję przede wszystkim do tych okresów z życia autora, które jawią się jako kształtujące, jako graniczne – dzieciństwo, czasy akademickie, trudne losy wojenne oraz powojenne. Wszystkie one przeplatają w sobie smutek i radość, boleść i uniesienia, znoje i sukcesy, życie twórcze oraz codzienne. Eryk Lipiński pisze o tym, co ważne – zarówno subiektywnie, jak i obiektywnie – i poświęca dużo uwagi wszystkiemu temu, co znamienne dla jego życia – mają miejsce smutne ustępy o wojnie, intrygujące opisy życia twórczego oraz pasji sportowych i podróży. Z pieczołowitością zaznacza na kartach swojej opowieści ludzi, których poznanie i z którymi znajomość okazały się istotne, dostarczając czytelnikowi niesamowicie bogate obrazy środowisk artystycznych i inteligenckich, które odbiorca może poznać z perspektywy wewnętrznej – od strony przeżyć oraz relacji autora. 

Pamiętniki w dużej mierze zyskują dzięki formie, narracji, sposobie opowiadania, którym posługuje się Eryk Lipiński. To pisanie niezobowiązujące, choć istotnie zajmujące, intrygujące. Wszystko, co zostaje przedstawione, jest podszyte dużą dawką inteligentnego i lotnego humoru, a także dużą dawką ironii, ciekawego dystansu – jakże istotnych cech dla postawy bohatera recenzowanego wydawnictwa. To książka, która stanowi dla czytelnika niewątpliwie dużą gratkę intelektualną, gdyż zarówno w treści, jak i w formie, realizuje się na najwyższych poziomach. Przedstawia obraz minionej rzeczywistości oraz ukazuje szeroką panoramę inteligenckiego społeczeństwa, urodzonego na początku dwudziestego wieku. To fascynujący patchwork kultury, historii, społeczeństwa, wydarzeń, ludzi, codzienności, świata artystycznego oraz humoru, w którym prym zdaje się wieść optymizm i wiara w to, że to, co złe, minie, a to, co dobre, nadejdzie. Książka niewątpliwie warta uwagi – zarówno na poziomie tekstu, jak i wydania. Pamiętniki Lipińskiego zostały bowiem pięknie wydane, a opowieść uzupełniają liczne zdjęcia oraz ilustracje. 

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 5 września 2016

267. Andrzej Katzenmark "Życie to pejzaże minione"

Teza, zgodnie z którą, to, jacy jesteśmy, wynika z tego, co dotąd przeżyliśmy, jaką przeszłość mamy za sobą, stanowi kanwę wielu powieści. Takie utwory starają się dociec pewną części ludzkiej natury, udowadniając integralny związek między wczoraj a dziś. Życie to pejzaże minione należy do tego typu literatury, gdyż losy głównego bohatera zdeterminowane są przez wydarzenia z lat minionych. Podczas szkolenia Teodor –  pierwszoplanowa postać powieści – w prelegentce dostrzega bowiem dawną miłość, co sprawia, że zaczyna odżywać w nim wszystko to, co dotąd – teoretycznie – było uśpione, tkwiło w zapomnieniu. 

Powieść Andrzeja Katzenmarka to utwór, w którym wyróżnić możemy dwie, jakże kontrastujące ze sobą, jakże różne, części: gorszą i lepszą. Rozkładają się nawet w sposób zgodny z zapisem: najpierw następuje gorsza, następnie lepsza, choć – niestety – w tej drugiej niekiedy pojawiają się przebłyski tej pierwszej. Co mam na myśli? Kilka elementów, kilka niedopracowań lub zbędnych ustępów, które nie tylko nie ubogacają, nie wnoszą niczego istotnego czy pożądanego do utworu, ale znacznie go osłabiają, zanudzając i frustrując czytelnika. Nawiązuję przede wszystkim do znacznie przeintelektualizowanego sposobu pisania, narracji, która zdaje się silić wyłącznie na to, by brzmieć górnolotnie, ambitnie. Niestety, dość często tak nie jest. Zbędne patetyczne brzmienie, nagminne stosowanie określeń i słów, których zadaniem – jak mniemam – jest utrzymanie czytelnika w przeświadczeniu, że autor dysponuje niezwykle bogatym zasobem słownictwa, obciążają proces czytania, męcząc – po prostu – czytającego. Co ważne, nie chodzi tylko o samą formę tekstu. Również powiązanie między nią a treścią, przekazem, jawi się niekiedy kuriozalnie, gdyż w sposób tak kwiecisty, przesadzony, jakby na pokaz, przekazywane są opisy dość błahych lub wyprutych ze znaczenia – zarówno dla akcji utworu, jak i wiadomości czytelnika – wydarzeń lub spostrzeżeń. Mają zatem miejsce liczne, rozległe, niewarte lektury ustępy, będące przykładami fragmentów, które stanowią przerost formy nad treścią. Dość często czyta się je w niemałym poirytowaniu, zażenowaniu, gdyż na przykład po raz kolejny zawierają liczne inwersje, które, niestety, nie dają pożądanego efektu. 

Jednak, jak wspominałem, Życie to pejzaże minione to nie tylko utwór składający się z wątpliwej jakości fragmentów, ale również powieść, która momentami robi bardzo dobre wrażenie, przedstawiając taki obraz rzeczywistości, który chwyta za serce i zachwyca czytającego. Autor wykreował opowieść o mężczyźnie, którego los w sposób niezwykle determinujący naznaczył sytuacjami i relacjami, które mimo upływu czasu nie tracą na ważności, które zdają się niezależne i ponadczasowe dla postawy oraz świadomości bohatera. Stworzył postać, która zdaje się trwać dwojako: aktualnie i w przeszłości. Wydarzenia, które go dotknęły, sytuacje, jakie doświadczył, ciągną się za nim latami, nieustannie wpływając na to, kim jest. I nie mam na myśli niechcianych, natrętnych wspomnień, czy obaw wynikających z doświadczonych konsekwencji, ale taką postawę życiową, która jest bezpośrednio, całkowicie uformowana przez to, co minione. Katzenmark dokonuje bowiem portretu niezwykłego: udaje mu się ukazać relatywność życia, ludzkich decyzji, pokazując, jak wiele zależy od tego, co nas spotyka – zarówno w wymiarze dnia dzisiejszego, jak i przyszłego.

Powieść przedstawia losy bohatera, którego niezrealizowane uczucie naznaczyło go w tak wielkim stopniu, że sprawiło, że ten – mimowolnie i świadomie jednocześnie – odciął się od otaczającej go rzeczywistości, od świata uciech, prawdziwych emocji, ludzi i aktualnych wydarzeń, uciekając w zupełnie obcą, nierealną rzeczywistość... antyku. To, czym żyje, co stanowi podwaliny jego codzienności, dawno minęło, wybrzmiało, jawi się jako nieznaczące dla obecnie panujących czasów. Zachwycając się spuścizną greków, czytając rozprawy filozoficzne i utwory literackie wchodzące w skład podwaliny europejskiej tożsamości, sukcesywnie oddala się od realiów, stając się nie tylko wyalienowaną i wyobcowaną postacią, ale realizująca własne życie na zupełnie innych płaszczyznach. Jak sam podkreśla, odnajduje spokój i swoiste bezpieczeństwo oraz spełnienie, tak obce w życiu rzeczywistym. Bo w nim – wśród aktualnie żyjących – nie może spełnić własnych pragnień, przede wszystkim związanych z uczuciem. Doświadczenie, jakiego doznał na tej płaszczyźnie, całkowicie ukierunkowało celowość jego istnienia, zupełnie odwracając od świata doczesnego i tego, co zazwyczaj stanowi o jego wymiarze, przerzucając miejsce realizacji z rzeczywistości znanej (w której doznał zawodu, smutku) do dawnej, nieco sakralnej, wyidealizowanej, w której harmonia zdaje się wieść prym, a wszelkiego rodzaju zawody i trudny nie mają miejsca. To odwrócenie się od świata właściwego, świadome odejście od niego na rzecz innej płaszczyzny, spowodowane mogło być wyłącznie granicznym doznaniem, kształtującym ludzką postawę i morale. I takim była miłość, wielkie uczucie do kobiety. Losy bohatera zdają się pokazywać, jak znaczące są porywy serca, jak bardzo potrafią zdeterminować życie i naznaczyć jednostkę.

Życie to pejzaże minione to opowieść o wrażliwcu-uciekinierze, bohaterze, wobec którego los wystosował uczucie tak wielkie i tak szeroko odbierane, że bezpowrotnie odcisnęło piętno na świadomości przeżywającego. To historia tragiczna i jednoznaczna, w jakiś sposób definiująca miłość, jako siłę lub stan, który potrafi nie tyle oddziaływać na człowieka, ile definitywnie wpływać na jego życie. Andrzej Katzenmark napisał piękną powieść o smutku, nieodwzajemnionym uczuciu i o tym, jak bardzo jesteśmy podatni na różne zewnętrzne bodźce. To także książka o sposobach na radzenie sobie z trudami i wyznaczania celu w życiu. Gdyby nie to, że składają się na nią również te mankamenty, o których pisałem powyżej, mógłbym napisać, że recenzowana pozycja to niewątpliwie godne uwagi wydawnictwo, przynoszące czytelnikowi wszystko to, czego ten może pragnąć od tego typu literatury.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.