wtorek, 26 lipca 2016

260. Jarosław Borszewicz "Mroki"

Dawno nie czytałem powieści, która zaintrygowałaby mnie tak wielce, jak Mroki Jarosława Borszewicza. To utwór, którego lektura obfituje w jakkolwiek rozumianą enigmatyczność, realizującą się na bardzo wielu polach. Czytając, nie sposób oderwać się od poczucia zachwytu, wynikającego zarówno z przekonania, że obcuje się z czymś wyjątkowym, jak i z możliwości kontaktu choćby z poszczególnymi zdaniami, z których niemal każde, co ciekawe, jawi się jako złota myśl.

Mroki to książka, która utkana jest z wielu impresji, retrospekcji, urywków, spostrzeżeń i obserwacji. Jej bohaterem jest Duet Zezowaty, student szkoły filmowej oraz dorożkarz. Obdarzony jest wielką wrażliwością, przez co odbiera świat, w którym żyje, znacznie dosadniej i znacznie szerzej, niż inni. Doświadczając miłości, zawodów, obaw, lęków, przeszłości, próbuje zrozumieć nie tylko siebie, ale również otaczającą go rzeczywistość.

Jarosław Borszewicz napisał powieść o powrotach i o tym, jak funkcjonują ludzie, którzy obdarzeni są wielką wrażliwością. Zatapia swoich bohaterów we wszystkim tym, co otacza nas każdego dnia, a co niekoniecznie jest przez nas dostrzegane. Bo przecież rzeczy i zjawiska, o których rozprawiają postacie recenzowanej pozycji, to integralne części naszej rzeczywistości, naszego jestestwa, naszego życia, a przy tym tak często bywają – świadomie lub nieświadomie – odpychane, odtrącane i umieszczane w sferze nieuwagi, niepamięci. Wobec takiej postawy, umniejszającej temu, co przykre lub obojętne na ludzkie działania, zdają się przeciwstawiać bohaterowie Mroków. I nie, nie w ramach buntu czy stawania w kontrze, ale z immanentnej potrzeby, z natury. Borszewicz kreuje bowiem postacie wrażliwe i otwarte zarówno na to, co wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Funkcjonując w świecie, zmierzają się ze wszystkimi niejasnościami, zagmatwaniami oraz kwestiami przerastającymi ludzką percepcję i ludzkie możliwości, co sprawia, że my, czytelnicy,  stajemy się bezpośrednimi świadkami zmuszonymi do analiz i przemyśleń. Wszystkie te aspekty, które definiują i determinują nie tylko naszą codzienność, ale przede wszystkim całe życie, są również dla bohaterów Borszewicza znaczące. Egzystencjalne rozterki oraz niewyrażone i niezmierzone potrzeby, wynikające z wielu dziedzin i wiążące na różne sposoby, przeplatają się z tym, wobec czego człowiek jest bezsilny, nieznaczący. Życie, definiowane przez Mroki w sposób najgłębszy, gdyż dotyczący jego najszlachetniejszych, najbardziej wartościowych płaszczyzn, zdaje się podporządkowane temu, co wzniosłe i związane z człowieczeństwem – uczuciami, emocjami, marzeniami, tęsknotami, pragnieniami. Świat bohaterów Borsewicza nie jest skażony konsumpcjonizmem czy wartościami wanitatywnymi – jest poza nimi, zdaje się unosić i realizować na zupełnie innej stopie, znacznie intensywniejszej i istotniejszej. Dotyczy bowiem wyłącznie wewnętrznego życia, przepełnionego nieodgadnionymi meandrami ludzkiej duszy, nie zaś rozterkami wynikającymi z czynności powszednich. Postacie Mroków zdają się żyć pełniej, mocniej, co oczywiście niesie za sobą szereg konsekwencji.

Opowieść Borszewicza naszpikowana jest emocjami, prezentując ich nieskończoną skalę. Wszystko, co związane z życiem wewnętrznym, przeżywane jest przez bohaterów utworu. Niewątpliwie najgłębiej doświadczają tego, co związane z miłością, rozczarowaniami oraz kwestiami egzystencjalnymi. Postacie Mroków próbują posiąść wiedzę związaną z ludzką przemijalnością, dotyczącą sposobów na to, by odnaleźć się nie tylko w upływie czasu, ale również w rzeczywistości, w której nic nie jest stałe. Uwikłani w różne myśli, próbujące dojść różnych prawd i prawideł, konfrontują własne przemyślenia i wyobrażenia o świecie nie tylko z silnym oporem, ale również z paradoksem czy wnioskiem, że pewnych rzeczy nie można przejrzeć czy zrozumieć. To opowieść o ludzkiej marności, pojmowanej nie tylko w odniesieniu do naszej okresowości, ale przede wszystkim jako wyraz tego, kim tak naprawdę jesteśmy: i wobec wszechrzeczy, i wobec siebie. Bo postacie wykreowane przez Borszewicza nie tylko złudnie próbują pojąć sprawy tak nieuchwytne i tak niejednoznaczne, jak cel życia, wartość człowieka, jego znaczenie, ale również zrozumieć istotę własnych uczuć. Mroki to książka, którą odbieram jako wyraz życia wewnętrznego wrażliwego człowieka, jako manifest człowieczeństwa. Głęboko dotyka tego, co w dużym uproszczeniu możemy nazwać dociekaniem własnej natury, przynosząc tym czytelnikowi wielorakie portrety oraz spostrzeżenia.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 24 lipca 2016

259. Christine von Brühl "Jak przestałam być arystokratką"

Mógłbym powiedzieć, że wymowę tej książki przeczułem na długo przed momentem, w którym przeczytałem jej ostatnie zdanie. Tak, to jedna z tych historii, którą, przy odrobinie przenikliwości, można przewidzieć, bazując wyłącznie na powierzchownych informacjach, na szkielecie – opisie. 

Jak przestałam być arystokratką to opowieść o tym, co się dzieje – zarówno z poszczególną osobą, jak i z jakąś grupą – gdy ma miejsce sytuacja, która nie powinna się wydarzyć. To dość uniwersalne, jednak w tym przypadku odnosi się to do miłości międzystanowej, pragnienia wyjścia poza schemat, w którym jest się zakotwiczonym nie tylko przez pochodzenie, ale przede wszystkim przez konwenanse, obawy i tradycje, której zdaję się być podporządkowany świat. Bohaterka, którą jest sama autorka, przedstawia czytelnikowi historię opowiadającą o tym, jak wbrew otoczeniu i lękom, wyrywa się z arystokratycznego środowiska, podejmując decyzje motywowane wyłącznie własnymi uczuciami oraz potrzebami.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że jest to książka, która zaskakuje. Jak spostrzegłem we wstępie, bazując na tym, co wydawca udostępnił w opisie, prędko można domyślić się, co stanowi istotę recenzowanej pozycji. I tak było w moim przypadku. Należy zaznaczyć, że Jak przestałam być arystokratką pod wieloma względami kreśli wizję dość prostą, oczywistą, typową, przedstawiając takie obrazy, które wpisują się w dobrze znane klamry. Opowiada bowiem historię, w której, by odnaleźć szczęście, spełnić własne pragnienia, odczuć spełnienie, jednostka musi stanąć w kontrze do szerokiej grupy społecznej, skazując tym siebie na niemałe konsekwencje. Christine von Brühl decydując się na niearystokratyczne życie, podejmując się czynności, których raczej wystrzegają się ludzie jej podobni, wstępując w związek z osobą, z którą nie dzieli grupy społecznej, skazuje siebie na swoistą banicję, odtrącenie klasowe, realizujące się na bardzo wielu płaszczyznach. Mimo to, wbrew realnym obawom, pozostaje wierna własnym ideałom, ponad wszystko ceniąc niezależność oraz miłość. Brzmi dość sztampowo, raczej nieciekawie, jednak dzięki panoramie arystokratycznego  społeczeństwa oraz poprowadzeniu tej opowieści przez różne warstwy społeczne, ostatecznie otrzymujemy dosadny obraz dotyczący między innymi tego, jak tradycja i poczucie obowiązku względem własnego pochodzenia zacieśniają percepcję oraz ograniczają wybory.

Christine von Brühl bazuje na ukazywaniu arystokratycznych zasad i wartości, stawiając je w kontrze do własnych pragnień. W ten sposób portretuje rozbieżność, która pojawia się, gdy jednostka kieruje się innymi zasadami, niż te, które wynikają z przynależności do grupy społecznej, której jest częścią. Co ważne, nie neguje ich, nie ocenia, spostrzega wyłącznie ich istotę oraz to, jak wielce determinują dość znaczące decyzje. Bo świat, który czytelnikowi przybliża, to rzeczywistość podporządkowana regułom, etykiecie, konwenansom, pochodzeniu oraz wszystkiemu temu, co wynika z tradycji, z poczucia przynależności. Brak w niej możliwości poszerzania pola akceptacji, redefiniowania wartości czy pryncypiów. Można się albo wpasować w to, co uznawane jest za odpowiednie, podążając tym ścieżką tradycji i akceptacji, albo nie, skazując siebie na społeczną alienację. Bohaterka recenzowanej opowieści, decydując się na drugą ewentualność, doświadcza przede wszystkim obaw, które wynikają z niedostosowywania się do świata, który dotąd stanowił o niej samej. Stając do niego w opozycji, umiejscawia siebie na zupełnie obcej pozycji, zobowiązując samą siebie do poszukiwania rozwiązań oraz nowych możliwości.

Jak przestałam być arystokratką to opowieść, która realizuje się dwutorowo. Opowiada bowiem, niezbyt udanie, zbyt obszernie, historię Christine, powielając wszystko to, co zostało dotąd powiedziane (o ryzykownej decyzji, o walczeniu o swoje, o sprzeciwianie się zastanym wartościom, o możności decydowania o własnym życiu). Jednocześnie jest to podparte niesamowitym fundamentem, którym jest obraz świata arystokratycznego, ukazujący jego realia w pełnej krasie. Trudno zatem jednoznacznie powiedzieć, czy któraś z tych płaszczyzn dominuje. Myślę, że opinia czytelnika wynikać będzie z nastawienia, z którym zasiądzie do lektury. Jeśli ktoś oczekuje ciekawych fabularnych rozwiązań, zawiedzie się; jeśli jest zaś nastawiony na społeczne obserwacje, odczuwać powinien satysfakcję. Tak więc lektury bynajmniej nie odradzam. Zastanówcie się jednak, drodzy Czytelnicy, która z potrzeb jest Wam bliższa.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Prozami

wtorek, 19 lipca 2016

258. Magdalena Parys "Biała Rika"

Dagmara, bohaterka książki, intensywnie zastanawia się nad sekretami własnej rodziny, próbując dowiedzieć się rzeczy, o których w jej domu się milczy. Zagłębiając się w historię, dostrzega coraz więcej tajemnic, których poznawanie ożywia dawne losy jej babci, zupełnie inaczej ukazujący losy jej rodziny.

Biała Rika to opowieść o powrotach, poprowadzona w sposób, który rzuca niecodzienne światło na dość pospolitą historię. Bo Magdalena Parys przedstawia czytelnikowi bohaterów, którzy uwikłani w różne problemy i zewnętrzne zawirowania, pogubili się we własnym życiu, wchodząc i wychodząc z rozmaitych relacji. Te postępowania, kończące lub rozpoczynające nowe znajomości, determinujące losy i zachowania, zaowocowały ostatecznymi położeniami, których zrozumienie wymaga głębokiego zanurzenia się w niejasnej przeszłości, próby pojęcia teoretycznie zamkniętych wątków oraz sklejenia poszczególnych sytuacji. Książka prowadzi odbiorcę przez świat utkany z wielu składowych, w których prym zdają się wieść silne uczucia, bieg historii oraz ludzkie pogmatwanie. Nic nie jest jednak w tej rzeczywistości klarowne i jasne, o wszystko należy zabiegać i wobec wszystkiego trzeba wykazywać się cierpliwością i dużym uporem. To nie tyle osobliwe w istocie (bo przecież tego uczy nas życie, powściągliwość to cnota, którą należy w sobie wykształcić), ile w wykonaniu – narratorem jest bowiem dziecko, czyli osobowość, która z natury stoi po drugiej stronie, w opozycji do tych cech. Magdalena Parys kreśli w ten sposób intrygującą opowieść, gdyż kontrastuje enigmatyczną historię z naiwnością i skłonnością do upraszczania dziecka, generując opowieść, w której nic nie jest oczywiste, a wszystko, co o niej stanowi, zatopione jest głęboko w przeszłości. 

Recenzowana książka przedstawia historię, która jawi się jako nieuporządkowana. Rzeczywiście, nie jest opowiedziana  w sposób linearny, pełno w niej przeskoków, retrospekcji, powrotów i wyprzedzeń w czasie, a także rzekomych dopowiedzeń redaktora, które przeplatają właściwą akcję. Wyrasta jednak z jednego źródła, zmierza również do jednego celu, który, choć nieco zamazany i bynajmniej w trakcie utworu nie staje się wyrazistszy, stanowi oczywiste zwieńczenie powieści. Akcja utworu przepełniona jest wydarzeniami z różnych dziedzin życia, zarówno tych historycznie ważnych, jak konflikty zbrojne, jak i codziennych, powszechnych. Narratorka Parys w sposób niezwykle uważny obserwuje i penetruje pospolitość, normalność dni, odnajdując w nich nie tylko poszczególne zachowania członków rodziny czy świata, który ją otacza, ale przede wszystkim role społeczne czy miejsca, jakie zajmują jej bliscy w rozmaitych relacjach czy opowieściach. Sporo w tej powieści zastanowień, które opierają się na potrzebie zrozumienia pewnych rodzinnych niejasności, pojawiających się wraz z upływem czasu i nierozwiązywaniem problemów na bieżąco. Bohaterowie zdają się rozmieszczeni nie tylko po świecie (bo przecież w tej książce relacje roztarły się również na płaszczyźnie przestrzennej), ale przede wszystkim w czasie. Zostawianie pewnych spraw własnemu biegowi, próby zapomnienia o wydarzeniach z dawnych czasów, odcinanie się od tego, co miało miejsce kiedyś, to zachowania znamienne dla bohaterów Magdaleny Parys. Nie zdają sobie oni jednak sprawy, jak dużo można wyczytać o nich z tego, co zamierzchłe. Bo przecież to, co dotknęło nas kiedyś, zdeterminowało nasze zachowania w późniejszym czasie. I choć większość postaci odcina się od tej prawdy, to Dagmara, dorastająca dziewczyna, usiłująca odkryć to, co ukryte, poznać własną tożsamość i zlokalizować swoją pozycję na przestrzeni wydarzeń rodzinnych, z uporem docieka prawdy.

Biała Rika, co ciekawe, to nie tylko powieść o odkrywaniu prawdy i zagłębianiu się w historii, ale również o tym, jak łatwo zapominamy o tym, co nas spotkało, co nas dotyczyło, jak prędko wspomnienia odchodzą w ciemną sferę, jakże obcą naszej świadomości. To również dojmująca opowieść o tym, jak bardzo rzuceni jesteśmy w przestrzeń czasowo-historyczną, jak istotnie bieg lat wpływa na to, kim jesteśmy oraz jak kształtują się kolejne pokolenia. Książka Magdaleny Parys obrazowo pokazuje, że nie jesteśmy – zarówno jako zbiorowość, jak i indywidualność – oderwani od czasu, że fakt, że żyjemy i funkcjonujemy właśnie teraz, nie jest niezawisły – wynika bowiem z wydarzeń, osób i decyzji, które miały miejsce kiedyś, w przeszłości. To książka, w której ciągłość, potoczystość faktów i nasza zależność od innych czynników, jawią się jako znamienne. Warto o tym pamiętać, warto to sobie uświadamiać, by być wolnym od maniery odrzucającej przeszłość, traktującej to, co dawne, jako nieistotne.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 16 lipca 2016

257. Sposób życia. Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara N. Łopieńska

Sposób życia to zapis rozmowy, poważnej i intrygującej konwersacji. Podkreślam to tak dobitnie, gdyż jest to istotne. W moim przekonaniu – niezwykle. Co mam na myśli? To, że dyskutuje dwóch ludzi, którzy oprócz tego, że mówią zbliżonym tonem, potrafią mieć nie tylko rozbieżne zdanie na jakąś kwestię, pogląd, ale przede wszystkim potrafią je wygłaszać. Zarówno Paweł Hertz, jak i Barbara N. Łopieńska, jawią się dość odważnie i wyraziście, jako ci, którzy w rozmowie zajmują konkretne stanowisko, z uporem rozwijając, poszerzając lub broniąc jakiś temat. To również wymiana zdań, której cechą znamienną jest emocjonalność oraz widoczne przeżywanie jej treści. Bohaterowie dyskusji potrafią się zdziwić, oburzyć, zachwycić, zaintrygować, nie dowierzać, czego nie kryją. Wręcz przeciwnie – jest to namacalne. Podają w wątpliwość odpowiedzi i przytaczane obrazy, dopytują, wykazując zaskoczenie lub zainteresowanie, sugerują szlaki tematyczne oraz dopytują, wyrażając wielkie zainteresowanie. To rozmowa żywa, tocząca się prędko, choć niekoniecznie – jakby się mogło wydawać – wynika to z treści. Tematy, których dotyczy, realizują się na płaszczyznach poważniejszych, dotyczących sensu życia, historii, przeszłości, ważnych decyzji oraz spraw egzystencjalnych. Fakt, że obcowanie z nimi jest przystępne, że nie wymaga szerszej percepcji czytelnika, wynika nie tylko z formy (rozmowy), ale przede wszystkim z jej charakteru – przyjaznego, merytorycznego oraz segmentowego. 

Paweł Hertz, bohater książki, kreuje w głowie odbiorcy intrygujący obraz swojej osoby. To postać, którą nie sposób jednoznacznie usadowić na jakiejś półeczce, gdyż zdaje się wyrażać wszystkie te cechy, które sprawiają, że jest nieuchwytną, niedefiniowalną jednostką. Jego losy jawią się niezwykle, a podejście do spraw i sytuacji, których doświadcza – zarówno bezpośrednio, fizycznie, jak i mentalnie – choć ułatwiają zrozumienie, kim tak naprawdę jest, to nie naświetlają pełnego obrazu. Wysnuć jednak można kilka wizji, które składają się na patchwork jego osobowości. Pierwszą, najintensywniejszą, jaką spostrzegłem i w jakiej utwierdziłem się po lekturze, jest swoisty stoicyzm, opanowanie oraz pogodzenie się z życiem. Hertz bowiem rozumie czym stoi świat i rzeczywistość, a prawidła życia, wobec których łatwo się bezskutecznie zbuntować, są przez niego nie tylko zaakceptowane, uznane za coś integralnego, ale ujarzmione. Rozmówca Łopieńskiej nie okazuje żalu do życia, historii i ludzi, nie frustruje się tym, że przemija, że kończą się jakieś etapy, że los nie zawsze był dla niego łaskawy. Wręcz przeciwnie. W jego odpowiedziach dostrzec można pełną aprobatę i zdolność nie tylko odnajdywania się w różnych sytuacjach, ale przede wszystkim niezmierną mądrość, powagę i świadomość, które niewątpliwie ułatwiają przeżywanie i doświadczanie rzeczywistości. Kolejną składową obrazu Hertza, którą przynosi lektura, jest niezwykle szlachetna cecha, jaką jest roztropność i umiejętność patrzenia na własne życie z boku, obiektywnie. Choć nie jest to książka rozdrapująca przeszłość i rany, to historia odgrywa ważną rolę. Bohater Łopieńskiej roztacza wizje zarówno tego, co obiektywne dla przeszłości (faktów i wydarzeń), jak i tego, co jednostkowe, co dotyczy wyłącznie jego osoby. Przywołuje przy tym szereg ważnych dla polskiej kultury nazwisk oraz istotnych miejsc czy instytucji, tworząc dla czytelnika ciekawą perspektywę poznawczą.

Sposób życia okazało się dla mnie lekturą ważną, co wynika przede wszystkim z możliwości zagłębienia się w kwestiach kulturowych i egzystencjalnych, których w dużej mierze dotyczy recenzowana pozycja. Rozmowy o literaturze, tłumaczeniu, artystach, sztuce, podchodzeniu do książek, dla mnie, osoby, która jest wielce zaintrygowana światem słowa pisanego, okazały się nie tylko kluczowe do poznania postaci Hertza, ale również punktem wyjścia do intrygujących rozważań. Imponująca jest również świadomość rozmówcy Łopieńskiej, związana z tym, co umieścić możemy na płaszczyźnie egzystencjalno-filozoficznej. Ustępy o przemijaniu, o rozdźwięku między duchem a metryką, o immanentnym konflikcie ze światem, o śmierci i odchodzeniu bliskich, są dojmujące. To książka, którą czyta się w zaintrygowaniu i podziwie, a także w rosnącym przekonaniu, że obcuje się z kimś nie tylko wyjątkowym, ale przede wszystkim światłym. Oprócz tego, że zagłębia się w losy, w świadomość niezwykłej osoby i rzeczywistości, której doświadcza, czytelnik wyrusza w podróż, podczas której konfrontuje własne przemyślenia z wnioskami i obserwacjami Hertza. To zapis rozmowy, która intryguje i rzuca światło na wiele spraw. Przynajmniej dla mnie – pozycja ważna.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 11 lipca 2016

256. Maciej Żurawski "Czarna wołga"

Bohater powieści Macieja Żurawskiego, kapitan Kazimierz Zgrobel, musi stawić czoło serii przerażających zabójstw, które wstrząsają Wrocławiem. W swoim śledztwie natrafia na mnóstwo niejasności i enigmatycznych poszlak, a punktami wyjściowymi do poszukiwań stają się knajpy i speluny, w których spędza coraz więcej czasu.

Czarna wołga to kryminał sprawnie napisany. Choć nie przedstawia historii, która onieśmielałaby czytelnika osobliwością na poziomie kreowanej opowieści, to czyta się ją naprawdę dobrze, w lekkim zaintrygowaniu i poczuciu wtajemniczenia, a także w przekonaniu, że należy dotrzymać towarzystwa głównemu bohaterowi do końca, do rozwiązania wszystkich wątków. Jest to jednak powieść przede wszystkim zatopiona w klimacie PRL-u, i właśnie to, aura tego okresu, daje się odczuć jako pierwsza, jako główna płaszczyzna. Śmiem nawet stwierdzić, że sama fabuła i bohaterowie schodzą na dalszy plan, wypełniając jedynie przestrzeń: mieszkania, ulice, miejsca zbrodni i komisariaty, by pozwolić odbiorcy całkowicie zatopić się w dusznym klimacie tamtych lat. 

Postacie Żurawskiego żyją i funkcjonują w skomplikowanych, choć i tak nieco uproszczonych (nierozproszonych, skupionych na poszczególnych zjawiskach lub cechach, uogólniających niekiedy), relacjach. Zmagają się z różnymi pragnieniami, wydarzeniami i kłopotami, dźwigając na barkach nie tylko własną przeszłość, ale przede wszystkim tajemnice innych. Bo w świecie, w którym toczy się akcja, choć wiele spraw jest oczywistych, klarownych dla czytającego (na przykład kto jest mordercą, dość szybko dowiadujemy się o tym (i to od samego bohatera!)), brakuje swobodnej przejrzystości, ewidentnego podziału na prawych i lewych, bandytów i zbawicieli. Charaktery i osobowości mieszają się, nie tylko między sobą jako nagromadzenie postaci o różnych priorytetach czy celach, ale również w sobie, wewnątrz bohaterów – ktoś zamierza tępić zło, ścigać złoczyńców, sam ostatecznie popełnia coś, co jest jednoznacznie niemoralne; ktoś inny skrywa straszliwą prawdę, o której niewiedza determinuje losy wielu osób; względna prawość nie jest przeszkodą, by podejmować decyzje, które obiektywnie uznawane są za nieprzyzwoite. Inne przypadki, tym razem odwrotne – wszystko wskazuje na to, że bohater postąpi źle, a jego prawdopodobna decyzja ma uzasadnienie, byłaby motywowana i pewnym sensie usprawiedliwiona, to ostatecznie postępuje wbrew podświadomym oczekiwaniom odbiorcy, przynosząc nie tylko zaskoczenie pochłoniętemu lekturą, ale przede wszystkim zgoła inne rozwiązania fabularne, niż wskazują na to okoliczności. 

Klimat PRL-u, o którym wspominałem powyżej, jest niezwykle istotną składową Czarnej wołgi. Rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja, do cna przesiąknięta jest tym, co stanowiło o tamtych czasach, co wyraża się nie tylko okolicznościami, miejscami i czasem akcji, czy specyficznym nastrojem tudzież wykorzystywaniem konkretnych adresów czy elementów, ale również intrygującą aurą, spowijającą rozgrywające się wydarzenia. To świat brudny, niejasny i szary, przepełniony mglistymi postępowaniami i ludźmi, których nie sposób jednoznacznie rozszyfrować. Autor w dużej mierze nadaje klimat utworu prowadząc bohaterów przez speluny, podejrzane i budzące wątpliwości lokale, wypełniając ich żołądki dużo ilością alkoholu, co, jakby nie patrzeć, jawi się jako znamienne dla tamtych lat.

Czarna wołga to typowo skonstruowana powieść kryminalna, mocno obsadzona historycznie, dająca się poznać przede wszystkim jako ta, której istotą jest klimat. I choć tło historyczne nie jest rozwinięte, ważne wydarzenia czy daty pojawiają się sporadycznie, jedynie w postaci informacji, to odnosi się wrażenie, że obcuje się z idealnie osadzonym w jakimś czasie światem. To zapewne zasługa nastrojowości i obrazowości utworu. Sama fabuła nie zaskakuje, jednak wzbudza zainteresowanie odbiorcy. Książka, choć nie jawi się jako ta, do której będzie się wracać po latach, stanowi dobry pomysł na miłe spędzenie czasu.

3,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 9 lipca 2016

225. Jan W. "Niedopieszczeni"

O tym, jak jest w korporacji, powiedziano już wiele. Naprawdę dużo, nierzadko treściami, które stoją do siebie w mocnej kontrze: jedni chwalą, uwypuklają zalety, możliwość rozwoju, inni ewidentnie krytykują, wytykając wyścig szczurów i negatywne wpływanie na człowieka. Jan W., książką Niedopieszczeni, również zajmuje w tej sprawie stanowisko, opowiadając się po stronie drugich – tych, którzy w korporacji się nie odnaleźli, którzy powzięli decyzje, by się od niej uwolnić.

Główny bohater Niedopieszczonych to postać, która korporację zna od podszewki. I właśnie po niej – brutalnej, wymagającej, tajemniczej – oprowadza czytelnika, pokazując zarówno to, co piękne i godne pozazdroszczenia, jak i to, co straszne, deprawujące. 

Na wstępie należy zaznaczyć, że nie jest to powieść dobra. Z kilku względów. Pierwszym, a zarazem najważniejszym, jest fakt, że traktuje o zjawisku, które przedstawia, w sposób niezwykle schematyczny, powielający wszystko to, co zostało dotąd powiedziane. Właściwie ta pozycja nie ma wymiernej racji bytu, gdyż nie wnosi niczego nowego, nie rzuca innego światła, nie pozwala dojrzeć nieznanych dotąd płaszczyzn czy struktur korporacji i jej wpływu na jednostkę, a jedynie przedstawia wizję świata takiego, który czytelnik zdążył już poznać w innych tekstach kultury. Konwencja jest prosta: korporacja jest zła, korporacja wyniszcza, korporacji należy się strzec. I to istota tejże powieści, najpełniej wyrażająca treść. Autor stara się w sposób dość impresyjny, prędki ukazać tę rację, jednak ze względu na kruchy, kulejący zarys fabularny, na mizernie prowadzoną akcję, wychodzi to kiepsko. Obserwujemy bowiem bohatera, który daje się poznać jako ten, któremu praca w "korpo" nie jest na rękę, gdyż niesie za sobą szereg niepożądanych, uwłaczających i niszczących psychicznie zjawisk, mających realny wpływ na jego życie. Ponadto, co jest związane z zawodem, zmaga się z niejasną relacją z pewną kobietą. Przez całą akcję utworu snuje retrospekcje, enigmatyczne wizje, prowadząc luźne, pourywane kreacje obrazów i wydarzeń, stopniowo składających się na jedną panoramę rzeczywistości. Jest to jednak dość niezgrabne, chaotyczne i nade wszystko powierzchowne. To tak brutalnie powielone spostrzeżenia i prawdy, że aż trudno w pełni zanurzyć się w czytaniu. Bohater odkrywa, co go wyniszcza, kto ma na niego zły wpływ, czemu powierzył swoje życie i od czego powinien się uwolnić, by móc odzyskać nie tylko kontrolę nad sobą, ale i szczęście. Zdaje się, że autor prowadzi swoją postać przez korporacyjną rzeczywistość bez większego pomysły czy zamierzenia, opierając się przede wszystkim na pseudoodkrywczych spostrzeżeniach i prawdach. Bo nie ma w tej książce niczego, co mogłoby nie tylko czytelnika zaskoczyć, ale przede wszystkim zaintrygować. O wszystkim, o czym pisze Jan W., napisano lub powiedziano wcześniej. 

O ile wymowa Niedopieszczonych pozostawia wiele do życzenia, o tyle język i wydanie sprawiają dobre wrażenie. Narrator – główny bohater – powieści przedstawia swoją historię w sposób mocno ekspresyjny, świetnie wyrażając własne nastawienie do sytuacji, które go dotyczą. Jest to narracja wielce ironiczna, nacechowana uprzedzeniem do konsumpcjonizmu i powierzchowności, skupiająca swoją uwagę przede wszystkim na świecie zastanym, czyli nastawionym na dobra doczesne, szybki zysk i życie zgodne z dyktowanymi trendami. Bohater gardzi wszystkim tym, wyśmiewając zarówno tych, którzy postępują w sposób podobny, jak i tych, którzy zarabiają na powyższych tendencjach. Nie jest to jednak postać z poczuciem wyobcowania. Postrzega siebie jako immanentną część świata zastanego, wyraźnie dystansując się od zasad, które go definiują. W sposób charakterystyczny ocenia nie tylko wyzysk, szalony konsumpcjonizm, wyścig szczurów, powszechne zakłamanie, ale i siebie – zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo (jako część pewnych społeczności). Niedopieszczeni to jednak powieść, która zawodzi. Szkoda czasu na czytanie czegoś, co tak mocno powiela treści i spostrzeżenia. Brak w tej książce elementów, wobec których można przycupnąć na dłużej, które mogą spowodować, że czytelnik poczuje się zaintrygowany, prowadzony w kierunku nowych wniosków i refleksji. To pozycja, która jawi się jako jedna z wielu. Brak w niej osobliwości i elementów, dla których mógłbym ją zarekomendować.
 
2/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 7 lipca 2016

224. Mateusz Kotlarski "Kotlet na wynos, czyli autostopem za równik"

Książki podróżnicze to nieodzowny element wakacyjnego ekwipunku. Nie tylko, takie pozycje czyta się przecież z rumieńcem na polikach przez cały rok, jednak latem, gdy czasu i sposobności niewątpliwie więcej, po tego typu wydawnictwa sięga się jakby chętniej. Przynajmniej ja tak mam. Kotlet na wynos, czyli autostopem za równik zaintrygowało mnie wielce, gdyż traktuje o rejonach świata, którymi ja, jako podróżnik amator, jestem zainteresowany, oraz przedstawia formę podróżowania autostopem, czyli tą, która dla wielu jawi się jako zupełnie obca. 

Mateusz Kotlarski popełnił taką książkę, którą czyta się nie tylko z przyjemnością, ale przede wszystkim z niebywałą ciekawością tego, co dalej, co kartkę, rozdział później. Trudno to wyrazić, bazując wyłącznie na własnych odczuciach, najpełniej bowiem widać to podczas lektury recenzowanej pozycji, ale Kotlet na wynos zasysa, motywuje czytelnika na dalszą, nieprzerwaną wyprawę. Wynika to zapewne z tego, że opisy z podróży nie są długie, nie są nużące. Wręcz przeciwnie. Spisane są w sposób zwięzły, obrazowy, dynamiczny i prędki. To, co autor przeżywa, doznaje i obserwuje podczas podróży, ukazane jest w sposób nieco impresyjny – nie roztacza szerokich i przesadzonych relacji, ma miejsce natomiast lapidarny rzut, wyrażający jednak nie to, co powierzchowne, a to, co stanowi istotę. Kotlarskiego intryguje podróż jako możliwość poznawania czegoś innego, rozumianego bardzo szeroko – miejsc, ludzi, kultur, tradycji, mentalności. Zajmuje go zarówno to, co widoczne od razu – warunki bytowania, sposoby odnoszenia się społeczności poznawanych zarówno do tubylców, jak i obcych, codzienne rytuały, relacje z otoczeniem i miejscem zamieszkania, a także to, co ukryte, a znamienne – postrzeganie rzeczywistości czy siebie w kontekście innych. Widoczne jest wyraźne zaintrygowanie dwoma płaszczyznami: człowiekiem, jako tym, do którego warto podróżować (można odnieść wrażenie, że cała ta podróż odnosi się wobec człowieka) oraz podróżą, jako czynnością. Z jednej strony, co charakterystyczne dla przemieszczania się autostopem, poświęcany jest ogrom uwagi stopniowemu zbliżaniu się do wyznaczonych miejsc, przy czym należy wspomnieć, że relacje z przejazdów są niezwykle szerokie – Mateusz Kotlarski przygląda się i tym, którzy zdecydowali się go zabrać, i temu, co podczas podwózki doświadcza. Zajmuje go zarówno towarzystwo, jak i nastrój towarzyski – czego dotyczą rozmowy, jak przebiegają, jak zachowuje i odnosi się wobec Niego kierowca. Z tych relacji wyłaniają się poszczególne typy nie tyle ludzi, którzy podróżują, ile obywateli konkretnych państw. Możemy zaobserwować ich naturę oraz kontrastowość, która występuje zarówno w stosunku do nas, ludzi zachodu, jak i tych, których autor podczas swojej wyprawy spotkał prędzej. Ten dualizm dostarcza odbiorcy niewątpliwie szeroką panoramę, zawierającą przede wszystkim człowieka – w całej jego istocie.

Kotlet na wynos zawiera opis z podróży, w której zwiedzający integruje się z napotkanymi podczas przemierzania społecznościami. To ważne, gdyż czytający doświadcza nie tylko ogólnego obrazu tego, jak wygląda życie, jak się żyje w obcych miejscach, ale przenika do znacznie głębszych struktur, do jądra – codzienności, mentalności i sytuacji, które podejrzeć można wyłącznie wtedy, gdy zostanie się w pełni przyjętym, zaakceptowanym przez tubylców. Mateusz Kolarski zamieszkuje na przykład z mongolską rodziną w jurcie, nie tylko obserwując ich zachowania czy rytuały, ale przede wszystkim stając się częścią ich świata – przejmuje nawyki, dostosowuje się do warunków i panujących tam zasad, pracuje, wyprowadza owce. On sam, a w rezultacie i odbiorca relacji, nasiąka klimatem i istotą odwiedzanych miejsc. Kotlarski podróżuje bez ograniczeń czasowych, pozwala sobie zatem na dłuższe pozostawania w jednym miejscu, a co za tym idzie – szersze poznanie i głębszą penetrację tego, co nowe.

Recenzowana książka to pozycja, którą czyta się jednym tchem. Dostarcza nie tylko wymownych wizji i obrazów tego, jak wygląda świat, jak toczy się życie w miejscach przez autora odwiedzonych, ale również wymiernych informacji, ciekawostek i spostrzeżeń. Kotlet na wynos przyczynia się do wygenerowania niesamowicie bogatego wyobrażenia o świecie przedstawianym, sprawiając, że czytelnik odkłada to wydawnictwo na półkę w równie wielkim zaintrygowaniu, co trwa podczas lektury. Polecam wszystkim tym, którzy interesują się podróżami na wschód, oraz tym, którzy cenią dobrze napisaną, niewymagającą literaturę podróżniczą.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.