środa, 29 czerwca 2016

223. Michał Piedziewicz "Domino"

Konstanty Kotkowski wyrusza na front. Łucja Wilczyńska otrzymuje list od Adama Grabskiego, dawnej miłości. Koresponduje również do męża, Krzysztofa, któremu referuje o życiu. II wojna światowa oraz wydarzenia dziejące się znacznie później, a także problemy rodzinno-społeczne... wszystko to w Dominie, powieści wydanej nakładem wydawnictwa MG, splata się w jedną całość, dając obraz życia pokolenia, któremu los nie szczędził trudnych przeżyć...

Michał Piedziewicz wykreował świat, który mnie, czytelnika, całkowicie zachwyca. To rzeczywistość nad wyraz szeroka, realizująca się na tak wielu płaszczyznach i poziomach, że nie sposób nie wejść w nią w zaintrygowaniu. To opowieść – jakkolwiek zostanie to zrozumiane – ludzka, naznaczona wszystkim tym, co stanowi o naszym życiu. Zwyczajnym, a przy tym jakże magicznym. Mamy bowiem w ofercie, sięgając po Domino, i tło historyczne, które determinuje losy, i miłość, i rozstania, i problemy w relacjach, i wszystkie inne zjawiska, które towarzyszą nam każdego dnia. Autor kreśli losy bohaterów tak, że czytelnik nasiąka ich nastrojami, emocjami, potrzebami i przeżyciami, w pełni angażując się w ich losy. Jest to bowiem książka, która nie tylko uzmysławia pewne prawdy, przedstawia jakąś historię, ale przede wszystkim integruje wizją, jaką kreuje. To powieść skończona, pełna pod każdym względem, wybrzmiewająca długo po przeczytaniu ostatniego zdania. 

Miasto, Gdynia, podobnie jak w Dżokerze, pierwszej książce autora, jest istotnym elementem utworu. Następuje szerokie odmalowanie realiów, klimatów i niepokojów tego miasta, ukazanych przez pryzmat tego, co znamienne dla akcji – II wojny światowej. Ma miejsce wymowny, szczegółowy, portret tego miejsca, motywowany zarówno ogólnym, obiektywnym spojrzeniem, jak i mocno subiektywnym, jednostkowym, charakteryzującym się wyraźną emocjonalnością. Ten pierwszy, budujący klimat, którym nasiąka czytelnik, traktuje o nastaniu konfliktu zbrojnego, strasznej wojnie, i przedstawia nie tyle obrazy obrony, starć czy klęsk, które mają miejsce w Gdyni, ile poruszającą relację z upadku – stopniowego pogrążania się w działaniach wojennych, ingerowania obcych wojsk w życie miasta oraz niszczenia (zarówno tego jak najbardziej fizycznego, jak i mentalnego). Mamy bowiem do czynienia z rozległymi (bynajmniej nie nużącymi!) opisami sytuacji oraz wydarzeń, które realizują się również w formie dialogów czy rozmów bohaterów. Dzięki temu poznajemy tę sytuację znacznie głębiej i pełniej, gdyż z jądra miasta – od jego mieszkańców. Drugą perspektywą, równie przejmującą, są relacje poszczególnych postaci z konkretnymi miejscami czy samą Gdynią. Pojawiają się spostrzeżenia tudzież wspomnienia o lokalizacjach, budynkach czy wydarzeniach, które działy się w miejscach już nieistniejących lub będących w ruinie i zapomnieniu. Postacie Piedziewicza są nie tylko wielce zżyci z miejscowością, w której żyją, ale przede wszystkim stanowią o niej.

Domino to wzruszająca powieść o tym, jak skomplikowane potrafi być życie. Losy bohaterów przedstawiają historię pokolenia, wobec którego w kontrze stanęła wojna. W całym swym okrucieństwie, dając się odczuć jako ta, która niszczy, deformuje i zabiera. Co? Niemal wszystko. Spokój, stabilność, pewność, dobre warunki, pewną sytuację materialną, relacje, miłość, bliskich. Wpływa na wszystkie płaszczyzny życia, bezpowrotnie zmieniając bieg rzeczy tudzież istotę. W książce Michała Piedziewicza mamy bowiem wstrząsające wyprawy na wojnę, poszukiwania bliskich, rozpaczliwe powroty i tęsknoty, a także decyzje, które trudno ocenić jednoznacznie. Strach przeplata się z miłością, ryzyko z poczuciem odpowiedzialności, potrzeba bezpieczeństwa z ciągłym zagrożeniem, ubóstwo z pragnieniem życia. Książka skupia się jednak przede wszystkim na człowieku, na jego przeżyciach. To, co najbardziej ujmuje w recenzowanej powieści, to potraktowanie życia w sposób tożsamy z prawdziwym – skomplikowany, niejasny. Brak w tej opowieści dogmatów czy ewidentnych wzorców – bohaterowie nie ucieleśniają symbolicznych charakterów. Są enigmatyczni, skrywają tajemnicę. Żyją, funkcjonują w świecie niełatwym, a ta rzeczywistość determinuje ich losy. Doznają niewyobrażalnych krzywd, rozpadów, muszą walczyć o przeżycie, o atencję, o miłość. Muszą żegnać się z bliskimi – na jakiś czas lub na zawsze. Doświadczają wszystkiego, co najgorsze, najstraszliwsze, a mimo to nie gasną, nie umiera w nich nadzieja.... bo to, co złe – można dojść do takiego wniosku podczas lektury – musi kiedyś minąć. 

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

sobota, 25 czerwca 2016

222. Wisława Szymborska "Ludzie na moście"

Poezja Wisławy Szymborskiej jest dla mnie ważna. Bardzo. Za każdym razem, gdy  myślę o tym, by sięgnąć po tomik wierszy (a w ostatnim czasie zdarza mi się to czynić niebywale często), pierwszą myślą jest to, by wybrać któryś autorstwa polskiej noblistki. Upatruję w lekturze jej wierszy nie tylko niezmierzoną przyjemność estetyczno-intelektualną, ale również poczucie, że nie jestem umoralniany czy potępiany, a delikatnie, choć wymownie, ukierunkowany. Bo wartości i prawdy, które można odczytać ze spuścizny poetki, są istotne również dla mnie.

Ludzie na moście to tomik, o którym łatwo i niełatwo – równocześnie – pisać. Dzieje się tak, gdyż z jednej strony przekazy tych wierszy, kierunki myślowe, ku którym mnie popychają, są przeze mnie zdefiniowane, odczytane, z drugiej strony zmagam się z nie lada problemem, by jednoznacznie powiedzieć, co stanowi ich istotę. Nie sposób bowiem zamknąć jądra tych utworów w tak krótkiej formie, jaką jest ten tekst. Bo poezja Szymborskiej, a także sposób, w jaki do niej podchodzę, to płaszczyzny, o których mógłbym pisać, pisać i pisać.... Postaram się jednak w miarę lapidarnie wyrazić to, co najwymiernej określa mój stosunek do wierszy pochodzących z recenzowanego tomiku.

Poezja Ludzi na moście to liryka poszukująca. Człowiek, który wyłania się z utworów zebranych w tej pozycji, to człowiek umiejscowiony na drodze, w rzeczywistości, którą otacza szalenie wiele zjawisk, sytuacji i bodźców, mających bezpośredni wpływ na jego życie. Szymborska zajmuje się istotą ludzką oraz jej problemami. Pisze o tym, co stanowi o nas i o naszym życiu, kontrastując to, co wielkie, co teoretycznie znaczące dla naszego bytowania, z tym, co powierzchowne, krótkofalowe i marne. Bo rzeczy ogromne, kroki milowe, dokonania nauki i odkrycia, dotyczące zarówno tego, co bliskie lub dawne, jak i tego, co stanowi o wszechświecie, jawią się tutaj dwojako. Z jednej strony uwypuklają enigmatyczność rzeczywistości i naszego życia, z drugiej zaś obrazują, jak mało znaczymy, jak dwutorowo toczy się życie. Bo realizuje się w nas i poza nami – jesteśmy poddani zarówno upływowi własnemu, który następuje niewyobrażalnie prędko i zatrważająco, jak i przemijaniu zewnętrznemu, które również zawiera w sobie to mniejsze, bezpośrednio związane z nami. Podmiot liryczny niejednokrotnie zmaga się z miejscem, rolą i znaczeniem człowieka we wszechświecie, a także zajmuje się jego relacją z innymi, z całą wszechrzeczą. Słowa wielkie, tematy wielkie – wszystko wskazuje na to, że wiersze te muszą być wzniosłe oraz patetyczne. Otóż nie, bynajmniej. Właśnie w tym upatruję znamienitość tych tekstów – Szymborska penetruje tak istotne, tak niedefiniowalne zagadnienia w sposób tak przystępny, tak prosty. Prowadzi czytelnika ścieżką poetycką, wyraźnie wskazując palcem, na co warto spojrzeć, czemu się warto przyjrzeć. I choć nie mówi wprost, co jest prawe, a co nie, to odbiorca prędko dostrzega wartości obrazów przedstawionych, generując własne spostrzeżenia i poglądy.

Przemijalność to w moim przekonaniu słowo klucz dla tego tomiku. Płaszczyzna ta przenika niemal każdy wiersz, stając się najwymowniejszą składową utworów. Stanowi jednak o sobie w sposób dość osobliwy, nie postrzega bowiem swojej istoty jako oderwanej od innych czynników, niezintegrowanej, jako tej, która jest istotą samą w sobie. Szymborska zajmuje się nią, ale postrzega ją wyłącznie w kontekście czegoś – ciągłości wszechrzeczy, świata, innych ludzi, przedmiotów, dat czy wydarzeń. Stabilność otoczenia – nieskończoność, nieprzemijalność wszechświata, istnienia, jako takiego – zostaje przez poetkę wymownie przyrównywana do losów człowieka, które ukazane w ten sposób dostają nowy, przykry obraz – nietrwały, krótki. Wiersze zajmują się człowiekiem jako tym, który rzucony jest w czas i który nie tylko nie potrafi nad nim zapanować, ale również w pełni zrozumieć. Nie ma w nich goryczy przemijania, brak pretensji do świata o to, że nasz los dobiegnie kiedyś końca, że umrzemy. Jest świadomość tego, że to wszystko trwa absolutnie krótko, jednak wiedza ta nie jest źródłem roszczeń, a spokoju – pogodzenia ze sobą, z tym, co dookoła. I choć rzeczy, którymi się otaczamy – co ewidentnie widać w wierszu Odzież – przeżyją nas, są nam potrzebne tylko dopóki żyjemy, a wszystko, co było przed nami – świat, kosmos, istota ludzka, natura – będzie trwało również po nas (co uzmysławia nam, jak marni, jak nieznaczący jesteśmy), w wierszach brak niepokoju względem końca czy naszej chwilowości. Jest za to niezmierzona próba umiejscowienia człowieka w tym wszystkim, co przez niego zastane, oraz uwypuklenie – mimo wszystko, mimo jego kruchości i chwilowości – jego znaczenia.

Wisława Szymborka uważnie obserwuje człowieka, patrząc na niego wyłącznie w kategoriach relacji z otoczeniem. Czy zabierzemy się za lekturę Nadmiaru, Widoku z ziarenkiem piasku, Odzieży, Domu wielkiego człowieka, W biały dzień czy Dzieci epoki, we wszystkich tych wierszach dostrzeżemy żyjącego jako tego, który jest uwikłany w rozmaite relacje. Zarówno w te wielkie, egzystencjalne, jak i mniejsze, związane z przynależnością lub posiadaniem. Poetka klarownie ukazuje, że to właśnie te powiązania definiują i nadają znaczenie ludzkiemu istnieniu, że to z nich wynika wszystko to, co o nas stanowi. Bo wszechrzecz jest zupełnie obojętna na nas, na pojedyncze życie, nie spostrzegła – o ile można tak powiedzieć – że powstaliśmy, że trwamy, że umrzemy. Jesteśmy jednymi z wielu, idziemy drogą, która została wydeptana przez miliardy ludzi przez nami. Naturze również jest obojętne to, że istniejemy, ona sama zaś – w całym swym pięknie i różnorodności – nie ogranicza i nie definiuje się. Tylko my, nazwani przez bogów greckich Jednodniowymi, tak znacząco podlegamy czasowi oraz tak wielce jesteśmy ograniczani przez to, co dookoła. Próbujemy uzasadniać własny byt, tłumacząc to, co zastane, szukając własnej roli w przestrzeni, jednak nie mamy na to wystarczająco czasu – niezmiennie przemijamy. Pomimo brutalności spostrzeżeń, z którymi Szymborska zostawia czytelnika, Ludzie na moście to tomik, który zasadza w odbiorcy ziarenko spokoju oraz pewności, że to, że jest, że trwa, że żyje, ma sens. Bo przecież Nie ma takiego życia,/ które by choć przez chwilę/ nie było nieśmiertelne, a cudem jest wszystko to, co nas otacza.

6/6

Za tomik dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 21 czerwca 2016

221. Olgierd Świerzewski "Master"

Korporacja to zło. Taka opinia w wielu kręgach jest na tyle stanowcza i pewnie postawiona, że wrośnięta wręcz w ziemię. Tak się przyjęło, tak się mówi. Bo praca w korporacji jawi się jako niezdrowa, niemoralna, wymagająca wysiłku i wyrzeczeń, sprowadzająca człowieka do roli pionka, a jego wartość ustalająca nie na poziomie osobowości czy czynów, a wartości zawodowej i sukcesów. Master Olgierda Świerzewskiego to obszerna powieść, która pozwala dobitnie obcować z tym światem, umożliwiając dostrzeżenie tego, co naradza nam się w głowie, gdy myślimy o tym, co stanowi o korporacji. 

Główny bohater to jedna z wyrazistszych postaci, z jzkż zetknąłem się w ostatnim czasie. To charakter zdecydowany, silny, jakby nie do zdarcia, któremu nie sposób zagrozić. Aleks Rymmer, bo o nim mowa, specjalista w Green Stone, przeniesiony z zagranicznego centrum do polskiego oddziału, ponownie próbuje wrócić na szczyt korporacyjnej hierarchii. Nie cofnie się przed niczym, a świat, w którym prowadzi grę, zna na tyle dobrze, że jest wręcz predysponowany do tego, by rozdawać karty. I faktycznie, czyni to, narażając się wielu ludziom, którzy, mimo starań, nie są w stanie mu zaszkodzić.

Master to powieść intensywna. To opinia niewątpliwie osobliwa, jednak najpełniej wyraża to, co o niej sądzę. Myślę tak, gdyż wszystkie płaszczyzny, wszystkie składowe tej książki, można zamknąć w tym określeniu, nie odejmując ani nie zawężając żadnego znaczenia. Olgierd Świerzewski wykreował historię, która jest niezwykle śpieszna, oraz świat, który jest po brzegi wypełniony wydarzeniami i sytuacjami, które jawią się jako wielkie, niecodzienne oraz zwracające na siebie uwagę. Bo rzeczywistość, którą czytelnik poznaje podczas lektury, jest niesamowita. To intrygujące, ale utwór, którego akcja rozgrywa się głównie w murach biurowca, korporacji, którego fabuła ograniczona jest do działań szeroko pojętego biznesu, porywa nie mniej, niż świetnie poprowadzony kryminał. Porywa, gdyż zasysa w wir intryg, konszachtów, rywalizacji i podstępów, będących jednocześnie fascynującymi i nieczystymi zagrywkami, jak i przepustką do poznania płaszczyzn obcych i bliskich odbiorcy równocześnie. Żyjemy bowiem w świecie korporacyjnym, w którym prym wiedzie chęć piastowania wysokich stanowisk i pozycji społecznych, o które trzeba powalczyć, na które trzeba zasłużyć. I bohaterowie Świerzewskiego pokazują, jak wiele można oddać, by osiągnąć własne założenia, by spełniać ambicje. Walczą – bo to najtrafniejsze określenie – niemal na śmierć i życie. Przekraczają różne grancie, postępują wbrew nie tylko oczekiwań innych, ale również wbrew sobie, decydując się na czyny, które uwłaczają lub stoją w kontrze do ich moralności. Bo moralność w tym świecie nie istnieje. Ta rzeczywistość jest z niej wypruta. Nawet wszelkie działania, których ostatecznym owocem jest pomoc, są działaniami stricte biznesowymi – wchodzą w skład promocji, ocieplania wizerunku lub są składową wpływania na czyjąś decyzję. Nie sposób jednak jednoznacznie ocenić tego, co na pierwszy rzut oka może wydawać się nieczyste, godne skarcenia. Czytelnik zastanawia się, czy w świecie, w którym wszyscy postępują w ten sposób, należy wymagać prawości i moralności. Czy można świadomie nie czynić krzywdy i zła, decydując się wyłącznie na te postawy, które, choć ewidentnie słuszne, przynoszą mniejsze profity, mniejsze skutki. Pieniądze, bo o nie przede wszystkim toczy się bój, w recenzowanej powieści jawią się jako najznamienitsze trofea, a ten, który zwycięża, posiada honor, szacunek i sławę. Zwycięzca jednak może być tylko jeden, przegranych zaś, niekiedy w najokrutniejszym znaczeniu, bardzo wielu.

Nie ma w tej książce, mimo całkowitej kreacji, niczego, co nie mogłoby wydarzyć się tuż za rogiem większego lub mniejszego miasta, w jednej ze znanych lub nieznanych nam firm. Książka Olgierda Świerzewskiego realizuje się tak dosadnie, tak wielce prawdopodobnie, że nie sposób nie przyjąć tego, co czytelnik podczas lektury doświadcza, za prawdę, za coś, co z pewnością w tej chwili ma miejsce. To powieść o nas i o naszych relacjach nie tylko biznesowych, ale również międzyludzkich. Bo Master to wstrząsająca opowieść o pustce i tęsknocie, których brzmienia nie sposób uciszyć. Bohaterowie doświadczają tych, a także wielu innych przykrych uczuć, niezwykle mocno, topiąc własne frasunki i problemy w używkach, seksie oraz pracy. Sukces miesza się z bólem, a szczęście z nieszczęściem. To, co znamienne dla zawodowych powodzeń, przeplata się z prywatnymi tragediami, a życiowe, miłosne wzloty z różnymi upadkami. To powieść o ludzkich uczuciach oraz o przystosowywaniu się do otaczających warunków. Bohaterowie Świerzewskiego prezentują całą panoramę charakterów i osobowości, niemierzona jest głębia ich uczuć oraz pragnień. Autor poddaje te szerokie spektrum indywidualności tym samym presjom, tym samym wyzwaniom i sytuacjom, dzięki czemu możemy dokonać szerokiej obserwacji, jak korporacja i towarzyszące jej stany wpływają na psychikę, do czego doprowadza wyścig szczurów, czego obawiają się i czym żyją ci, którzy każdego dnia walczą o sukcesy zawodowe.

Master to powieść olbrzymia – zarówno pod względem objętościowym, jak i merytorycznym. Dotyka wielu zagadnień, wielu płaszczyzn życia, które związane są z walką o byt, o sukcesy, o pozycję w korporacji. To książka, w którą się wchodzi, którą się nasiąka. Nie tylko fabułą, akcją utworu, ale również językiem, bohaterami. Wiem, jestem o tym przekonany, że lektura tej książki dla wielu okaże się nie tyle literacką przygodą, ile porywającą wyprawą w świat nieznany. Bo finansowe imperium, o którym traktuje, nie jest takie, na jakie wygląda, a wygodne, luksusowe gabinety i miłe, pyszne lunche to wyłącznie szczyt góry lodowej. Jeśli chcesz, drogi Czytelniku, poznać ten świat od poszewki, nasiąknąć jego emocjami, wziąć udział w grze o wszystko, niewątpliwie powinieneś sięgnąć po najnowszą powieść Olgierda Świerzewskiego.


4,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

220. Maria Rodziewiczówna "Lato leśnych ludzi"

Lato leśnych ludzi to opowieść o życiu, do jakiego, według niektórych, w tym bohaterów książki, przeznaczony jest człowiek. To historia kilku postaci, które swój czas spędzają z dala od zgiełku i rzeczywistości determinowanej przez powierzchowne wartości, wybierając naturę – las. Maria Rodziewiczówna kreśli wizję iście franciszkańską, pochwalającą proste życie, związane z przyrodą.

Rosomak, Pantera i Żuraw, bohaterowie książki, spędzają lato w leśnej głuszy, żyjąc wyłącznie lasem i tym, co ich w nim spotyka. Zajmują się uprawą, doglądają natury i zwierząt, skupiając się na pięknie, które wynika z natury.

Powieść Rodziewiczówny to sposobność do wyprawy dalekiej i bliskiej jednocześnie. Brzmi enigmatycznie, czyż nie? W istocie jednak tak nie jest, zupełnie. To bowiem książka, która przenosi czytelnika w dzicz, na łono natury, w puszczę, do lasu – z jednej strony miejsc tak bliskich osobie czytającej, gdyż natura otacza nas zewsząd – zarówno tych, którzy żyją bezpośrednio na jej łonie, jak i tych, którzy bytują nieco dalej, wśród wieżowców i autostrad; z drugiej strony jest to przepustka do świata jakby obcego, realizującego się w zupełnie innym wymiarze, niż ten, który znamy. Bo to kraina pozbawiona człowieka – istota ludzka nie jest w niej predysponowana do sprawowania władzy, do ustalania zasad, a jest jedynie poddanym, który musi się dostosować do warunków i sytuacji, które proponuje. Są to jednak okoliczności nie z tych, których moglibyśmy się obawiać, a z tych, które powinniśmy wyglądać z utęsknieniem. Przyroda, zwierzyna, rośliny, warunki atmosferyczne, zmieniające się pory roku i dnia – wszystko to bynajmniej nie ogranicza bohaterów, a wręcz przeciwnie – pozwala na bardzo wiele: na różnorodność i czerpanie z bogactwa świata zastanego. To, co piękne wynika tutaj z natury, nie z człowieka. To las, to przyroda ustalają w pewnym sensie wzorce estetyczne, które świadomy, empatyczny, kochający zielone, prawdziwe oblicze świata czytelnik, doceni.

W Lecie leśnych ludzi autorka wykazuje się niebywałą wiedzą na temat lasu. To powieść, w której wyraźnie zostaje ukazane wszystko to, co dotyczy tego miejsca – jego krajobraz, mieszkańcy, klimat, relacja z człowiekiem oraz warunki. Książka traktuje o lesie merytorycznie, pozwalając nie tylko zaobserwować, jak bohaterowie w nim funkcjonują, ale przede wszystkim dobitnie i wymiernie poczuć jego klimat oraz przenieść się w tą jakże enigmatyczną i wspaniałą rzeczywistość. Rodziewiczówna jest nieśpieszna w obserwacji przyrody i tego, co mam miejsce na łonie natury, a sposób, w którym o niej pisze, zachwyca. Jest to bowiem narracja uważna i lekka, oddająca ulotność oraz piękno lasu, a człowiek, który jest w tej przestrzeni osadzony, ukazany jest jako jej integralna część. Bo autorka przedstawia wizję świata złożonego i kompatybilnego, w którym istota i natura to jedno. Nie ma w tej powieści rozdziału na to, co ludzkie i na to, co związane stricte z przyrodą, gdyż żyjący jest bezpośrednio powiązany z tym, co go otacza. To, co na zewnątrz, poza chatką, w której żyją bohaterowie, nie jest rzeczywistością obcą, czymś nieznanym czy innym. Jest to bowiem świat, w którym i żyją, i z którym immanentną relacją są powiązane postacie Rodziewiczówny.

Język, którym została napisana powieść, jest wyszukany i bogaty. Nieco archaiczny, jednak szybko idzie przyzwyczaić się do niego, poczuć jego rytm i spostrzec jego piękno. Nie ma w tej książce przestojów w czytaniu, choć nie dzieje się za wiele. Bohaterowie żyją, obcują z przyrodą, podziwiają jej piękno, współpracują zarówno z naturą, jak i sami ze sobą, a czytelnik, od pierwszych stron głęboko zanurzony w przedstawianej rzeczywistości, obcuje z tym wszystkim, co ich spotyka. Lato leśnych ludzi to powieść ujmująca prostotą i pięknem. I choć leśni ludzie, według definicji samej Rodziewiczówny, trzymają się samotnie, o sobie nikomu nie opowiadając, my, zainteresowani recenzowaną pozycją, możemy podejrzeć ich losy, dołączyć do ich gromady.


5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

niedziela, 5 czerwca 2016

219. Karen Foxlee "Kruchość skrzydeł"

Kruchość skrzydeł to jedna z tych powieści, w której czytelnik zanurza się w pełni. Wchodzi w opowiadaną historię, całkowicie zawierzając swój czas losom bohaterów oraz przerzucając się z własnego w świat opowieści. To książka, którą czyta się w zdumieniu i zaintrygowaniu, a obraz rzeczywistości, jaką kreuje, porywa i przeraża. Przeraża prawdą, gdyż trafnie ukazuje to, co dotyczy nas i naszych rodzin. To, co często spotykane, z czym nie potrafimy się uporać.

Karen Foxlee dogłębnie opisuje historię pewnej, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, przeciętnej, typowej, spokojnej rodziny. Jest to jednak opowieść o takich relacjach, które bynajmniej nie mają się dobrze, które nie przedstawiają kochającej się, harmonijnej familii, w której wszystkie przeszkody i problemy pokonywane są razem, we wspólnym działaniu bliskich. Wręcz przeciwnie. To historia, w której każdy jest sam, a nikt nie rozumie tego, co dzieje się z jego krewnymi. Bo wizja domu rodzinnego, jaka wyłania się z Kruchości skrzydeł, stoi w silnej opozycji do tej podręcznikowej, idealnej, wykreowanej przez piękne, idealistyczne powieści lub seriale, w których największą wartością jest rodzina, a wszystkie starania, jakie są przez jej członków podejmowane, by poszerzyć integrację i jeszcze mocniej zawiązać relację, okazują się sukcesem. W świecie głównej bohaterki tak nie jest. Pełno w nim nieudanych starań, krótkich wzlotów i bolesnych, długofalowych upadków. Nadzieja, która się naradza, tli się wątłym promieniem, a ciągłe problemy i zawirowania zdają się naznaczać, determinować nastawienia postaci. Bo to opowieść o próbie zmienienia biegu rzeki – nieudolnych staraniach wyciągnięcia na powierzchnie osoby, która zmaga się z wielkimi problemami. I właśnie ta pomoc, naznaczona brakiem zrozumienia, staje się powodem ostatecznego upadku. Nie tylko tej, która sięgnęła dna, do której inni wystawiali pomocne dłonie, ale wszystkich – całej familii. Bo Kruchość skrzydeł to historia upadku i rozłamu, stopniowego zawalania się tak solidnej oraz trwałej twierdzy, jaką rzekomo jest rodzina. 

Powieść pozwala nie tylko zaobserwować proces rozpadu relacji domowników, ale umożliwia znacznie więcej – stać się jego częścią, bezpośrednim obserwatorem. Dziesięcioletnia Jeninifer Day stara się wyjaśnić przyczyny śmierci swojej siostry, jej matka zaś, nieco chaotycznie i ewidentnie nieskutecznie, próbuję przed tą śmiercią uchronić nastoletnią córkę. Dostajemy zatem dwa, prowadzone jednocześnie, wymowne portrety. Pierwszy, realizowany przez główną bohaterką, małą Jennifer, stanowi dociekania i intrygującą obserwację tego, co dzieje się nie tylko ze zmieniającą oraz wymykającą się kontroli i zrozumieniu siostrą, ale również matką, ojcem, rodzeństwem, babcią, najbliższym społeczeństwem oraz towarzyszami Beth. To obserwacja świata brudnego, obdartego z czystości i moralności, przepuszczona przez dziecięcą wrażliwość, naiwność oraz zero-jedynkowe postrzeganie rzeczywistości. Splata się tutaj niezrozumienie i akceptacja osobliwego postępowania siostry, a także bezwarunkowa wiara w innych ze zrezygnowaniem i oderwaniem od tego, co powszechnie uważane za prawe czy moralne. Drugi portret, kreślony przez matkę, jak i rodzinę, bohaterki, dotyczy procesu upadku zarówno Beth, jak i całej familii. Rozwija się nieśpiesznie, stopniowo bowiem obserwujemy coraz mocniejsze odchodzenie od bliskości i normy, a rozluźnianie się relacji następuje w tle – wskutek podejmowanych działań i czynów. Ewidentnie widać, co różni i co sprawia, że miłość, zaufanie i wsparcie bliskich ulega rozpadowi, a także, co destrukcyjnie wpływa na poszczególnych członków rodziny. Mamy bowiem do czynienia z postaciami charakterystycznymi, prezentującymi rozmaite postawy – jest zatroskana, oddalona od rzeczywistych problemów pociech matka, nieco znużony i obojętny ojciec, nierozumiejące istoty wydarzeń i nacechowane naiwnością oraz idealizmem dzieci, drobnomieszczańscy sąsiedzi oraz niezwykle wierząca babcia, która wszystkie zmartwienia powierza Bogu oraz praktykom religijnym. Ci bohaterowie, połączeni różnymi relacjami i sympatiami, choć trwają w jednej społeczności, w jednej gromadzie, w trakcie akcji utworu oddalą się znacznie, stając się dla siebie obcymi i niezrozumiałymi. 

Kruchość skrzydeł to powieść, która dobitnie pokazuje przekraczanie progu, jakim jest dorosłość. Jednak nie tę, której synonimicznym wyrażeniem jest dojrzałość czy niezależność, ale tę, którą wyobrażają sobie młodzi, zbuntowani ludzie. Bohaterowie Karen Foxlee doświadczają tego trudnego okresu z różnych perspektyw – jedni sami przeżywają dojrzewanie, drudzy mają dopiero je przed sobą, inni dawno je przeszli, jednak nie potrafią zrozumieć tego procesu oraz pomóc w jego przechodzeniu. To książka o wyalienowaniu wynikającym z poczucia odmienności, które nie tylko odsuwa osobę doświadczającą ten stan, ale również rozsadza grupę ludzi, którzy chcą ponownie zintegrować się z nią. Bo to opowieść o tym, jak trudne jest i dojrzewanie, i sama dorosłość. Decyzje, które podejmuje zarówno młody, buntujący się człowiek, jak i jego najbliżsi, zaważają na przyszłości wszystkich. Karen Foxlee w swojej historii wyraźnie pokazuje, że rodzina to jedno ciało, jedna materia, przeżywająca wszystkie bóle i problemy razem. I choć bohaterowie powieści swoją rodzinę w pewnym sensie utracili, to prawda ta zostaje z czytelnikiem. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura.