wtorek, 31 maja 2016

218. Ilona Łepkowska "Pani mnie z kimś pomyliła"

Na wstępie – im szybciej, tym lepiej, stąd decyzja, by napisać o tym już w pierwszym zdaniu – należy zaznaczyć, że nie jest to powieść wyłącznie dla kobiet, nie jest to bynajmniej żadne czytadło. Piszę o tym, gdyż ja, zwiedziony ogólnym wrażeniem, pomyślałem po lekturze pierwszych stron, że wtopiłem, że trafiłem na taką książkę, która z pewnością nie jest dla mnie. I, proszę państwa, myliłem się. Myliłem, bo Pani mnie z kimś pomyliła Ilony Łepkowskiej to szalenie intrygująca opowieść dla wszystkich – niezależnie od płci, literackich preferencji. To porywająca i wymowna książka o błędnych przekonaniach wynikających z obserwacji ludzi mediów – aktorów, piosenkarzy, dziennikarzy.

Joanna, główna bohaterka powieści, prowadzi zwyczajne życie. Zmaga się z problemami finansowymi, samotnie wychowując córkę oraz bezskutecznie domagając się alimentów od byłego męża. Pracuje jako tłumacz z języka włoskiego. Trafia na plan startującego programu telewizyjnego, gdzie wykorzystuje swoje językowe umiejętności, pomagając w porozumiewaniu się pracowników z przełożonym, który nie zna języka polskiego. W wyniku osobliwej sytuacji, a także spełnieniu szczególnych wymogów osób decyzyjnych, zostaje prowadzącą nowego formatu, co przysparza jej nie tylko tak potrzebnych pieniędzy, ale również dużej sławy. Joanna, w krótkim czasie, z nikomu nieznanej kobiety, staje się prawdziwą gwiazdą, przyciągającą widzów i zdobywająca coraz to nowsze tytuły oraz wpływy. Udziela wywiadów, cieszy się niegasnącym pasmem sukcesów i uznaniem. Nie może jednak ułożyć sobie życia osobistego, a relacje przyjacielsko-rodzinne, w których trwała dotąd z powodzeniem, zaczynają się kruszyć. 

Pani mnie z kimś pomyliła to powieść brutalnie prawdziwa. Pozwala czytelnikowi dotrzeć do jądra tego, co możemy identyfikować z wielką medialną sławą. Odsłania wszystkie prawdy o tym, co znaczy być popularnym i jak salonowa obecność determinuje normalne, codzienne życie oraz sposób postrzegania zarówno rzeczywistości, jak i samego siebie. Bohaterka Łepkowskiej pojawiła się w świecie popularnych i podziwianych nagle, bez jakiegokolwiek przygotowania, bez wyraźnych zapowiedzi. Pojawiła się jako ta, którą cechuje naturalność, spontaniczność i prawda. Prawda, której tak brak w tym udawanym, zakłamanym, pozoranckim światku. I za to – za tę autentyczność – pokochali ją ludzie, publiczność. Nie trwało to jednak długo. Ta wymowna naturalność szybko ustąpiła, poddając się presji otoczenia, podszeptom znawców sławy oraz oczekiwaniom, które stawiają media. Joanna na oczach najbliższych, którzy próbowali zrozumieć, przerwać ten niebezpieczny i dynamiczny proces, zmieniła się w rasową gwiazdę – opowiadającą o życiu prywatnym, chętnie bywającą w miejscach, w których bywać wypada nie tylko ze względu na kontrakty i umowy, ale i na niespisany protokół. Tempo wydarzeń, presja, wymagania, pogoń za kolejnymi sukcesami, realizacja następujących po sobie założeń – wszystko to sprawiło, że bohaterka stała się zupełnie inną kobietą, nie tyle wbrew sobie, ile bez świadomej kontroli tego procesu. Bo przecież na zarzuty, na troskę, na pytania otoczenia o to, dlaczego zachowuje się inaczej, dlaczego postępuje tak, jakby z dawną Joanną – tak lubianą i normalną – nie miała nic wspólnego, odpowiadała zdziwieniem. Zdziwieniem, które po czasie przemieniło się w zrozumienie i pojęcie, że faktycznie, wszystko to, co ostatnio ją spotkało, co definiowane jest jako sukces i popularność, faktycznie ukształtowało jej postawę, determinując decyzje i postępowanie. Nie bez powodu napisałem, że to powieść brutalna. Cała jej brutalność polega właśnie na tym, że tak bezpośrednio, płynnie i wyraziście pokazuje, jak sława zmienia – niekoniecznie na dobre. Uzmysławia, że wszystko to, co widzimy, przypatrując się znanym i lubianym, to tylko szczyt góry lodowej, piękne opakowanie, poza wyjściowa. Cała prawda, która ich definiuje, która o nich świadczy, najczęściej jest zupełnie inna, mniej kolorowa i medialna. 

Ilona Łepkowska wykreowała bohaterkę, której życie zawodowe nie idzie w parze z życiem wewnętrznym. Stając się kobietą sukcesu, nagradzaną prestiżowymi tytułami, bardzo dobrze zarabiającą, cieszącą się uznaniem, stopniowo gubiła spokój, szczęście, harmonię oraz poczucie tego, że panuje nad samą sobą. To portret kobiety, która dorabiając się pozycji rynkowej i majątku, zagubiła sens i przekonanie co do tego, kim chce być, jako kto chce się realizować. Autorka niezwykle skrupulatnie ukazuje proces gubienia się i odchodzenia od mentalnego komfortu, a także zastępowania jednych realiów drugimi. To powieść, w której dobitnie zostają ukazane wszystkie mankamenty sławy, które następnie zostają ewidentnie skontrastowane z korzyściami. Losy bohaterki konfrontują wewnętrzną pustkę z zewnętrzną pełnią towarzyską i chaosem, powierzchowne powodzenie z intymnym cierpieniem, zawodowe szczęście z depresją, popularność z samotnością. Bo Pani mnie z kimś pomyliła to wymowna opowieść o samotności i depresji, które rozgrywają się w tłumie, w centrum życia społecznego, wśród tych, którzy nawet nie podejrzewają, że osoba, wobec której pałają podziwem tudzież sympatią, może przeżywać prawdziwy dramat. Dramat, który nieleczony może doprowadzić do ostatecznego końca. Nie tylko kariery i dużych przychodów, ale końca wszystkiego – życia. 

Recenzowana powieść to utwór dojmujący. Stanowi niezwykle wymowny wyraz tego, czym naprawdę jest sława, jak przebiega, co się dzieje człowiekiem, gdy nie potrafi nad nią zapanować, gdy przejmuje kontrolę nad jego życiem. To opowieść, którą chce się czytać, gdyż przedstawia rzeczywistość, która tak twardo stoi w opozycji do tego, co znamy. Spoglądamy być może z zazdrością i podziwem na tych, którym się udało, którzy goszczą na okładkach magazynów, na telewizyjnych ekranach, nie zdając sobie sprawy, jak wielki ponoszą koszt, jak trudny i niełatwy jest to zawód. Potrafi bowiem nie tylko wiele dać, ale również bardzo dużo zabrać, czego przykładem są losy Joanny, bohaterki Ilony Łepkowskiej. To książka obrazująca prawdę o show-biznesie, o regułach, które o nim stanowią, a także o cenie, jaką przychodzi zapłacić za sławę. Przynosi również refleksję nad tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne i czy łatwo jest podejmować decyzje, które na pierwszy rzut oka powinny być oczywiste. Pani mnie z kimś pomyliła poleciłbym wszystkim tym, którzy ślepo spoglądają w świat gwiazd i celebrytów, a także tym, którzy chcą uzmysłowić sobie, jak naprawdę wygląda życie naznaczone popularnością. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję Business & Culture oraz wydawnictwu Muza.

niedziela, 29 maja 2016

217. Robert Ostaszewski "Zginę bez Ciebie"

W Ciechanowie, mieście, w którym mieszka i pracuje Konrad Rowicki, dochodzi do tajemniczej śmierci – samobójstwo popełnia nastoletnia Jowita Dudek, córka wiceprezydenta miasta. Dochodzenie w tej sprawie – zgodnie z zaleceniami góry, przełożonych – ma zostać jak najszybciej zamknięte. Sprzeciwia się temu główny bohater, który nie wierzy w oficjalną wersję. Pragnie odkryć prawdę, gdyż dostrzega analogię do tajemniczych samobójstw z przeszłości. Rozpoczyna prywatne śledztwo, które staje w kontrze nie tylko do decyzji zwierzchników, ale przede wszystkim ludzi, którym zależy, by nikt nie grzebał w tym, co było dotąd niewyjaśnione.

Zginę bez Ciebie to pod wieloma względami typowy, schematyczny wręcz kryminał. Mamy do czynienia z niejasnym śledztwem, w którym ktoś uparcie szuka, a inni za wszelką cenę próbują uniemożliwić poznanie prawdy, odwieść od szlaku, który prowadzi do rozwiązania zagadki. Osobą, która z impetem rozwiązuje niejasności, łączy fakty, poszukując winowajców, jest Konrad Rowicki – zmęczony, doświadczony przez los, podkomisarz. Prowadząc śledztwo, spotyka się z różnym oporem, zarówno tym odgórnym, wewnętrznym (od przełożonego, który wyraźnie dał do zrozumienia, że w tej sprawie nie ma co węszyć, że dochodzenie ma zostać zamknięte – jak najprędzej), jak i zewnętrznym, pochodzącym z niejasnych źródeł. Mimo przeciwności nie ustępuje, na własną rękę – niezgodnie z poleceniami i przepisami – podejmuje się poszukiwań, intensywnie działając nie tylko na rzecz sprawy Jowity Dudek, ale również tych, które według niego mają jakieś powiązania ze śmiercią tej bohaterki. Rowicki jest bowiem przekonany, że samobójstwa, które w ostatnich latach popełniły podobne do siebie – pod wieloma względami – dziewczyny, muszą mieć wspólny mianownik, wspólną oś. Choć działa impulsywnie, bez przygotowania, podejmując decyzje motywowane przeczuciami i doświadczeniem, a nie staranie wygenerowanym planem działania, podpartym obserwacjami i wnikliwą analizą, udaje mu się sprytnie docierać do ludzi i historii, które stopniowo ukazują całą prawdę o niejasnych i tragicznych wydarzeniach.

Sama postać Konrada Rowickiego została również wykreowana w sposób typowy dla tego gatunku powieści. Jest to bohater, który pod wieloma względami jest wypalony – zarówno zawodowo, jak i życiowo. Do pracy chodzi niechętnie, nie angażuje się w powierzone mu zadania, nie wchodzi w przyjacielskie relacje ze współpracownikami, ma osobliwe relacje z przełożonymi. Pracuje z przyzwyczajenia, bez emocjonalnego zaangażowania. Również na polu osobistym prezentuje postawę, która cechuje wielu bohaterów tego gatunku. Jego życie osobiste właściwie nie istnieje. Żyje w małym mieszkaniu, ciągnie się za nim smutna, dołująca historia – motywująca zarówno jego działania, jak i determinująca opinię czytelnika na jego temat – oraz prowadzi życie typowo kawalerskie – na wielu polach. Dopiero enigmatyczne sprawa Jowity Dudek, podparta nielogicznymi nakazami przełożonych, dziwnym zachowaniem ojca dziewczyny, sprawia, że bohater angażuje się emocjonalnie w śledztwo. Jak się ostatecznie okazuje, nie bez powodu. Sprawa, której wyjaśnienia się podjął, wiąże się z przeszłością – relacji, która łączyła go z kobietą jego życia, Marią. Przemiana, która zaszła w bohaterze, podejmowane ryzyko (zarówno te, które dotyczy pozycji zawodowej, jak i własnego bezpieczeństwa) choć nie zaskakują czytelnika (to bardzo często wykorzystywany sposób generowania fikcji literackiej), to podparcie ich psychologiczną stroną powieści (o której poniżej) intrygują i pogłębiają postać głównej postaci.

Ciekawie zostało ukazane to, co świadczy o zachowaniach i postawie Konrada. Jego przeszłość, a dokładnie związek z Marią, czytelnik poznaje stopniowo – im bliżej końca utworu, tym bardziej zagłębia się w przedstawianą historię. Rowicki prowadził bowiem swego rodzaju pamiętnik, w którym rozliczał się z przeżyć, które towarzyszyły relacji z ukochaną. Niełatwe okoliczności, cierpienia, depresja – wszystkim tym naznaczony był związek. Jednak, co straszne, jego zwieńczenie było okrutniejsze – bezpowrotnie odcisnęło piętno na Konradzie. Za sprawą tego psychologicznego elementu powieści, czytelnik nie tylko szerzej i głębiej poznaje psychikę głównego bohatera oraz jego losy, ale dostrzega pewną zależność, która ewidentnie wyjaśnia, że to, kim jesteśmy, jak postępujemy, wynika nie tylko z pragnień czy przekonań, ale w dużej mierze z przeszłości. Bo ona, jaka by nie była – dobra czy zła – determinuje nasze działania oraz wybory.

Zginę bez Ciebie intryguje nie tylko historią, którą przedstawia, ale również formą. Jest to powieść, która została fantastycznie napisana. Humor, którym autor raczy oraz wyśmienita ironia, podparta złośliwością i osobliwą naturą bohatera, a także ukazywanie kreowanej opowieści przez pryzmat prawdziwych, aktualnych dla czasu akcji utworu wydarzeń, sprawiają, że czytelnik czerpie przyjemność nie tylko ze śledzenia rozwoju wydarzeń, ale również z samego czytania – jako czynności. Pochłaniając rozdział za rozdziałem (bo tak należy mówić o lekturze tej powieści), nie sposób się nie zaśmiać czy nie spostrzec, jak celne i zabawne są uwagi bohatera, co do polskiej rzeczywistości, sukcesów naszych piłkarzy czy pewnych zachowań tudzież postaw.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję Business & Culture oraz wydawnictwu MUZA.

piątek, 27 maja 2016

216. Charles Dickens "Maleńka Dorrit"

Dwa określenia, w których mógłbym zamknąć swoją opinię na temat Maleńkiej Dorrit to prostota i wymowność. To słowa, które najpełniej ujmują to, co sądzę o powieści Dickensa. Odzwierciedlają całą siłę, która bije z tego utworu, która sprawia, że lektura pozostaje niezapomnianą, wyjątkową. To jedna z tych książek, które niosą olbrzymi przekaz, które uzmysławiają pewne wartości, uwypuklają istotne prawidła.

Dickens popełnił powieść niewątpliwie wielką. Taką, w której postacie są charakterystyczne, reprezentujące coś znacznie więcej, niż zbiór cech czy zachowań, które nadaje na potrzeby utworu autor. To bohaterowie z jednej strony mocno osadzeni w przedstawianej rzeczywistości, a z drugiej zawieszeni gdzieś poza nią – wśród nas. To osobowości, które reprezentują coś znamiennego i prawdziwego, co pozwala dostrzec pewne zjawiska w świecie, w którym żyjemy. Pogrążając się w lekturze Maleńkiej Dorrit, zanurzamy się w patchworku utkanym z dwóch, jakże skrajnych, realiów: tytułowej Dorrit, która reprezentuje to, co piękne, podszyte miłością, prawdą i troską, oraz światem postaci, które postępują nie tyle nieczysto, ile niejasno – mamy do czynienia z enigmatycznymi bohaterami, tajemniczymi interesami, zaborczymi charakterami. Podobna kontrastowość występuje na innych płaszczyznach, na przykład przy relacjach, jakie łączą konkretne charaktery z miejscami, w jakich żyją. Niewinna, nieskalana Dorrit przebywa w więzieniu, co przy jej postępowaniu tudzież osobowości jawi się jako osobliwe. Jej troska, opieka nad ojcem i członkami rodziny, postrzegana przez pryzmat otoczenia, w którym wyrosła, w którym trwa, zatrważa, pokazując, że o człowieku winny stanowić wyłącznie jego działania oraz to, jaki jest, a nie skąd pochodzi czy w jakich warunkach się chował. Interesująco zostaje również poprowadzony wątek nagłego wzbogacenia się rodzinny głównej bohaterki, opuszczenie murów więziennych i wyruszenie w podróż. Wywindowanie społeczne, zastrzyk gotówki, wolność, prestiż – wszystko to w jakimś stopniu – co z uwagą opisuje narrator – naznaczyło bohaterów, kształtując ich charaktery i wpływając na decyzje, jakie podejmują. Tylko Dorrit – mimo licznych uwag otoczenia, od którego tak odstawała – nie uległa świadomości o wysokiej pozycji społecznej, nie tyle nie doceniając możliwości, jakie daje, ile martwiąc się o własną nieprzydatność – skoro ojcu ponownie się wiedzie, komu jest potrzebna? 

Maleńka Dorrit to powieść wielowymiarowa. Choć fabularnie jest dość oszczędna, ukazuje czytelnikowi całą paletę charakterów, sytuacji, postaw i zachowań, które dźwigają na swych barkach jakąś wartość. Nierzadko niemałą, wyraźnie ukazującą pewną zależność lub prawdę. Obrazy, które kreuje, dotyczą przede wszystkim człowieka uwikłanego – w konkretne zjawiska, relacje, zależności. Ukazuje jednostkę, podkreślając jej znaczenie i wartość. Bo w świecie Dickensa to konkretna osoba kształtuje rzeczywistość, determinując losy drugiego człowieka. Mamy do czynienia z postaciami, które postępują w sposób szlachetny, odmieniając życie potrzebujących czy cierpiących, oraz z bohaterami, którzy przysparzają podobnymi zachowaniami krzywdę lub zadają ból. Autor nie bazuje jednak na takich skrajnościach, jednoznacznie pokazując, co jest dobre i prawe, a co ewidentnie złe, lecz uzmysławia czytelnikowi, że bycie szlachetnym i moralne postępowanie zawsze przynosi owoce oraz sprawia, że nie tylko osoba, która kieruje się sercem i troską o innych, ale również całe otoczenie, w którym żyje, czerpie z tego korzyści. Bo to powieść przede wszystkim o wartości człowieka, która wynika z jego relacji z innymi, staraniami wobec innych oraz pracy na rzecz ludzi. To opowieść traktująca o bezgranicznej miłości i prawości w działaniach oraz o tym, że niezależnie od środowiska, wydarzeń i oczekiwań, zachowanie tzw. postawy wyprostowanej jest możliwe. Tytułowa Dorrit, choć nazywana maleńką, choć działającą na rzecz najbliższych od wczesnego dzieciństwa, utożsamiana jest zarówno z dobrem i niewinnością, jak i dojrzałością. To zachwycające, niezwykle wymowne, że tak młoda – chciałoby się powiedzieć, że mała – osoba, o tak ograniczonych możliwościach, tak wymiernie i wielce świadczyła pomoc, opiekę i troskę. Skontrastowanie tak wielkich czynów z tak młodym wiekiem i dziecięcą postawą sprawia, że kwestie, które są poruszane, jawią się jako niezwykle widoczne, oczywiste wręcz – niesienie dobra, miłość, troska, świadczenie pomocy to wartości nieprzecenione, które winny stanowić o naszym człowieczeństwie, o tym, kim jesteśmy. Nie dobra doczesne, nie majątek. Jedynie to, co możemy oferować innym, ma prawdziwą wartość.

Powieść Dickensa to utwór ciepły i prawdziwy, który zasadza w czytelniku ziarenka myśli, będące punktem wyjścia do rozważań. To opowieść o nas i o tym, co stanowi o naszej przydatności i naszym znaczeniu. Książka porusza te wartości, które są pryncypialne, ponadczasowe. To historia, która powinna zakorzenić się głęboko w każdym z nas, by wydać tak duże plony, byśmy mogli zastanowić się nad tym, co tak naprawdę jest ważne. Może jednak okazać się, że ważnie nie jest to, co dotąd uważaliśmy, a to, co traktowała jako istotne tytułowa Dorrit. Książka niewątpliwie warta uwagi.

6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

poniedziałek, 23 maja 2016

215. Fiodor Dostojewski "Idiota"

Idiota to powieść wielka. Nie tylko ze względu na liczbę stron i rozmiar fabularny, ale przede wszystkim na obrazy, jakie kreuje. To utwór nadzwyczajnie złożony, utkany z tego wszystkiego, czego świadomy czytelnik może oczekiwać, czego może pragnąć. Dostojewski przedstawia odbiorcy rozmaite prawidła, które stanowią zarówno o naszym świecie, tajemniczej Rosji, jak i o nas samych. Wyciąga z wnętrza człowieka wszystko to, co o nim stanowi, co nim kieruje tudzież wpływa na decyzje, jakie podejmuje, oraz na postawy, które zajmuje. To utwór bogaty w portrety psychologiczne, umożliwiający dokładnie i długotrwałe przyglądanie się poszczególnym bohaterom, skłaniające do wysnuwania spostrzeżeń, tez i myśli, których świadomość ewidentnie ubogaca czytelnika. To książka wymierna i ważna – intryguje, rozwija, pochłania, zmusza do refleksji. Wszystkie potrzeby, jakie lektura może spełnić, zostają przez nią zrealizowane. 

Dostojewski kreuje postacie, które zachwycają jednostkowością – wyrazistością, osobliwością, starannym poprowadzeniem oraz osadzeniem w sieci relacji, które uwypukla znamienności i cele konkretnych bohaterów. To książka, w której dokonuje się panorama charakterów, wartości, postaw, idei oraz zamierzeń, mówiących niemało o ludzkiej naturze, o relacjach międzyludzkich i prądach, które determinują nasze życie. Popełnione zostają światy i światki – wspólne dla wszystkich postaci oraz indywidualne – niosące wartość ich realizacją. Czytelnik dostrzega bowiem wszystko to, co stanowi o wykreowanej przez autora rzeczywistości, przez pryzmat wielu płaszczyzn: ogólnej wymowy świata, w którym żyją bohaterowie, przez konkretne myśli, zamierzenia i stanowiska, przez sytuacje i wpływy, oraz najgłębsze uczucia, emocje i potrzeby, nad którymi nie potrafimy panować. W rezultacie może przerzucić zgromadzoną wiedzę o literackiej wizji świata na środowisko, w którym żyje, konfrontując bodźce i prawidła. Bo Idiota to przede wszystkim powieść prawdziwa, ujmująca rzetelnością i wymiernością wizji.

To, co przede wszystkim intryguje w recenzowanej książce, to wielowymiarowy portret głównego bohatera, księcia Myszkina, który przybywa do Rosji ze Szwajcarii. Przybywa bez majątku, jednak szybko wzbogaca się, otrzymując spadek. Jego życie zostaje również wzbogacone – choć początkowo trudno stwierdzić, czy korzystnie – miłością. A właściwie miłościami – do Nastazji Filipownej i Agłai Iwanownej. To właśnie wobec tych kobiet rozdarte jest serce bohatera, to właśnie dla nich gubi rozsądek, zatracając się w uczuciu. Dostojewski kreśli wizję jego zakochania w sposób szeroki, uwypuklając wszystkie te zachowania i postawy, które świadczą o naiwności Myszkina i idealizacji w postrzeganiu wybranek. Kontrastuje również to, co piękne, proste i szlachetne w jego uczuciu, z tym, co podłe, brudne i zagmatwane – zarówno w zachowaniach bohaterek, jak i w środowisku. Idiota prezentuje bowiem pełną panoramę społeczeństwa rosyjskiego – jego mentalności, istoty, wydźwięku, relacji z jednostką – przeciwstawiając ją z postawą księcia. Mamy zatem do czynienia ze skrajnymi obrazami, których współistnienie dopełnia się, uwypuklając pewne prawdy. Z jednej strony Lew Myszkin – dobry, naiwny, piękny w swej prostocie, jednoznaczny, ufny, ciepły, pokorny, a z drugiej nie tylko konkretne sylwetki, ile stworzona przez nie brudna wizja dziewiętnastowiecznego społeczeństwa – trudnego, złego, pozbawionego wartości i pryncypiów. Dostojewski kreśli przy tym wymowne portrety jednostek, wyciągając na wierzch wszystko to, co nieuchwytne i niewygodne – całą niewesołą prawdę, najciemniejsze zakamarki ludzkiej natury i psychiki.

Idiota to powieść absolutnie skończona, idealna pod każdym względem. Zachwyca wymową, ogółem, intrygując przy tym szczegółem, detalem. Kreśli wizję szeroką, prezentując czytelnikowi panoramy wszelakie – emocji, postaw, społeczeństwa, charakterów. Dostojewski przemawia do odbiorcy prostotą przekazu, umiejętnością ukazywania tego, co zepchnięte, co mroczne. Wydobywa z człowieczej duszy, z głębi psychiki wszystkie te cechy, myśli, zdolności, których istnienie wolelibyśmy ukryć. To książka penetrującą naszą naturę, ukazującą przykrą prawdę. Zmusza do intensywnego zastanowienia się, czy warto być dobrym, czy warto być prawym, gdy może to nie tyle przyczynić się do czegoś szlachetnego, do czegoś, co ma wartość, ile przede wszystkim do naszego cierpienia, do naszych niepowodzeń. Bo Myszkin tytułowym idiotą jest nie bez powodu. Za dużo oferował, za bardzo chciał, za mocno wierzył w to, że należy być dobrym. To książka o człowieku ukazanym w pełni – ze wszystkimi przywarami, zdolnościami i prawdami. O tym, jak potrafi być szlachetny i piękny, oraz o tym, jak potrafi nisko upaść, jaki potrafi być podły, nikczemny. Książka ważna, niewątpliwie warta lektury.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 17 maja 2016

214. Wiesława Maciejak "A życie się toczy"

Obraz życia na wsi intryguje. Interesuje mnie na tyle intensywnie, że niekiedy jestem w stanie zaryzykować lekturę miałkiej historii, napisanej pod znak tkliwych, romantycznych wątków lub opowieści o tym, jak jakaś biedna dziewczyna chce się wyrwać z rodzinnej miejscowości, wyjechać do miasta wielkiego i obcego. Nie inaczej było w przypadku powieści Wiesławy Maciejak A życie się toczy, po którą sięgnąłem ze względu na panoramę życia na wsi, prowincjonalnej mentalności, godząc się na to, że mogę dostać opowieść, która niekoniecznie mnie interesuje.

To, co najbardziej ujęło mnie w lekturze A życie się toczy, to niezwykle szeroka, dokładna i wielopłaszczyznowa panorama wsi, jako świata, który rządzi się własnymi prawami, który definiowany i determinowany jest na podstawie własnych, jakże odrębnych, zasad oraz prawideł. To wizja w pewnym sensie mitologiczna, gdyż stanowi o rzeczywistości, którą przedstawia, jak o dogmacie, racji, która jest oczywista i jedyna. Autorka roztacza przed czytelnikiem obraz tego wszystkiego, o czym zainteresowany tematem może domniemywać – mamy codzienną rzeczywistość, naznaczoną trudną, rzetelną, rutynową pracą, życie w cieniu obrzędów kościelnych i wszystkich tych elementów wierzeń, które mogą wpływać na postawę jednostki; dostajemy konkretny, wyraźny rys zależności i relacji zarówno między osobami pochodzącymi z tej samej grupy społecznej, jak i panów ze sługami. Uwypuklona ponad wszystko jest jednak codzienność – naznaczona obowiązkami i odsuwaniem na drugi plan własnych potrzeb. A jest ich wiele i są różnorodne, gdyż bohaterowie, którzy żyją w świecie recenzowanej powieści, mocno kontrastują ze sobą – mamy zarówno ubogich, uległych względem wyżej postawionych, jak i tych, którym się powodzi, którzy stanowią o własnym otoczeniu i życiu. 

A życie się toczy rodzi w świadomości czytelnika pewną panoramę, obraz zależności i prawideł, które są znamienne dla świata, o którym traktuje powieść Wiesławy Maciejak. To świat jasny i klarowny, a jednocześnie rozdarty i podzielony. Obok tych, którym wiedzie się dobrze, żyją Ci, którzy muszą usługiwać i wyzbywać się własnego honoru tudzież własnych potrzeb – jakże przejmujące jest to dla czytelnika, zwłaszcza wydarzenia kluczowe dla recenzowanej książki – na przykład mimowolna ciąża będąca wynikiem gwałtu. Wizja roztaczana jest jednak znacznie szerzej, prezentując zarówno ogół, znamienność, istotę, jak i szczegół, detal. Obraz matki, dla której losy dziecka – poczętego w gwałcie – są obojętne na tyle, że intensywniej angażuje się w wychowanie pociechy swojej pani, ewidentnie je faworyzując, zatrważa. Podobnie na czytelnika działają m.in. wizje ucieczek i poniżania kobiet, które zostały wykorzystane, które spodziewają się nieślubnego dziecka. Bo wartości kościoła – co znamienne dla prowincjonalnej ludności – znaczenie mają tutaj niewyobrażalne nie tylko dla postawy poszczególnych osób, ale przede wszystkim dla ogólnego wydźwięku, lokalnej mentalności.

Musze przyznać, że niezupełnie roztropna była decyzja, by sięgnąć po książkę Wiesławy Maciejak. To powieść, której nie sposób zarzucić braku klimatu, charakterystycznych postaci lub intrygującego miejsca akcji – bynajmniej. To jednak pozycja, której lektura realizuje się przede wszystkim na płaszczyznach, które być może dla mnie, jako czytelnika ukierunkowanego na inne sposoby narracji, inne historie, okazały się nietrafione. To bowiem powieść dość sentymentalna, opierająca się na prostym – w pewnym sensie solidarnościowym – poczuciu współczucia i swoistej tożsamości z postaciami, które – jak mniemam – w największym stopniu mogą odczuwać kobiety o określonych czytelniczych preferencjach. Nie jest to jednak – co istotne – książka oczywista czy przewidywalna. Oferuje nutkę niepewności, niejasności, intrygująco flirtującą z sagowym podejściem do literackiej rzeczywistości.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 11 maja 2016

213. Helena Kowalik "Miłość, zbrodnia, kara"

Helena Kowalik proponuje czytelnikowi obszerny zbiór krótkich reportaży. Reportaży wstrząsających, gdyż ukazujących w pełni okrucieństwo, którego jest w stanie dopuścić się człowiek. Są to historie przerażające, ukazane w sposób pełny i prosty. Autorka na warsztat bierze wydarzenia, których wspólnym punktem jest miłość – niestety taka, która pozbawiona jest happy endu. Miłość zwieńczona strachem, krwią i skomplikowanym procesem.

Recenzowana książka przedstawia szerokie spektrum okrucieństw tudzież krzywd, które spotkały ludzi w związkach. To sytuacje, w których jedna ze stron – nierzadko żyjąca w mylnym przeświadczeniu co do osoby, z którą przeżyła jakiś okres – doznaje niewyobrażalnego cierpienia, zazwyczaj odbierającego to, co najcenniejsze – życie. To pozycja, w której uwypuklają się wszystkie chore, prowadzące do klęsk emocje i postawy, takie jak niezmierna zazdrość czy przekonanie, że można decydować o życiu drugiej osoby. Właśnie, decydowanie. To chyba słowo klucz, gdyż bohaterowie reportaży popełniają decyzje względem osób – zazwyczaj tragiczne i nieodwracalne. To książka, w której wszystko to, co niezdrowe w związku, a także owoce, które są efektem ślepej miłości, stałego zaufania, wychodzą na pierwszy plan. Wychodzą i przerażają, bo jak – zadajmy sobie te pytania – można igrać na czyiś uczuciach, licząc wyłącznie na szybki zysk? Jak można konfabulować, przekonywać o wielkiej miłości, a tak naprawdę uprawiać brutalną grę? Jak można jednocześnie "kochać" kilka osób? I wreszcie pytanie, na które odpowiedź najtrudniej znaleźć: jak można kogoś zabić?

Miłość, zbrodnia, kara to studium wielu tragicznych przypadków, które nie powinny się nigdy wydarzyć. To wgląd do świadomości tych, którzy w imię miłości krzywdzili, dokonywali mordu, lub tych, którzy pod pozorem wielkiego uczucia osiągali własne, najczęściej stricte materialne, korzyści. Nie sposób w pełni ukazać rozmachu okrucieństw, którym przygląda się czytelnik podczas lektury, gdyż jest ich bardzo dużo, jednak prościej mówić – obraz wyłania się sam – o ogólnej panoramie tego, co opisuje autorka. To sytuacje skrajne, kontrastujące ze wszystkim tym, co powszechnie uznajemy za dobre, moralne i prawe. To wydarzenia szokujące swym okrucieństwem i wydźwiękiem, pokazujące, że zło to zjawisko, które dotyczy każdego – nas, sąsiadów za ścianą lub płotem, ludzi przypadkiem spotkanych na ulicy, znajomych, nieznajomych. Większość bohaterów, którzy przewijają się przez karty książki, uchodziło za ludzi, których nie sposób podejrzewać o żadną patologiczną aktywność. To osoby sukcesu, wspaniali ojcowie i małżonkowie, wykształcone jednostki, dobre i niewzbudzające podejrzeń otoczenia postawy. Ci, którzy ostatecznie dają się poznać, jako ucieleśnienie źródła krzywd, bynajmniej nie jawią się z początku podobnie. To ludzie, którzy robią wrażenie przynajmniej dobre – mili, troskliwi, interesujący, dobrzy, cierpliwi, zaangażowani, normalni. Żadna z tych osób nie przypomina katów, morderców, żadna z nich także – co jest do przewidzenia – nie wspomina na pierwszym spotkaniu, w pierwszych fazach relacji, że zdolna jest zabić, zadać ból, oszukać. Nie wspomina – być może z wielu powodów. Raz, że wyjawienie prawdziwych planów, prawdziwej natury, nie sprzyja realizacji założeń – na przykład wzbogacania się cudzym kosztem. Dwa – być może taka osoba sama nie wie, co w niej siedzi, do czego jest zdolna. Bo przecież – jak to pisała Szymborska – tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. A miłość sprawdza jak nic. Wyciąga na wierzch nie tylko to, co dobre, wspaniałe, ale także to, co wolelibyśmy ukryć, schować na dnie osobowości – między innymi zazdrość.

Na początku było uczucie. Wielkie, niczym nieskrępowane. Uczucie, które wzięło się teoretycznie z przypadku. Do osoby, która idealistycznie poszukiwała drugiej połówki na jednym z portali, zgłosiła się inna. Napisała krótką wiadomość, wyrażającą chęć bliższego poznania, zapewniającą, że pod wieloma względami ich oczekiwania są tożsame, że warto poświęcić chwilę, bo być może to przeznaczenie. Po tym szło z górki: wymiana treści, zdjęć, spotkanie, zrodzenie się uczucia, zaufania. Dalsze scenariusze różnią się nieco, jednak zwieńczone są łzami, utratą dóbr materialnych lub... życia. To schemat. Niełatwy do pojęcia – no bo jak tak można? – ale prawdziwy. Na tyle prawdziwy, że zrealizowany wielokrotnie, że doświadczony przez wiele osób. Miłość, zbrodnia, kara przedstawia mnóstwo takich sytuacji, obrazując zarówno ból, który powoduje strata, jak i emocjonalną oraz psychiczną płaszczyznę. Bo przecież nie mówimy o pionkach ani o wyprutych z życia wewnętrznego manekinach, ale o ludziach. Tych samych, którzy pięknie, namiętnie kochają, ale równie intensywnie cierpią. A postacie, które opisuje Helena Kowalik, mają powodów do łez bez liku – zostały oszukane, zranione, wykorzystane, odepchnięte, poniżone, skrzywdzone. Wszystko, co najgorsze do przeżycia w związku, stało się w ich życiu faktem. Niezwykle brutalnym.

Książka Kowalik to sposobność do analizy postaw i psychiki osób, które krzywdzą i doznają krzywdy. Niezwykle klarownie zostaje ukazany sposób wzbudzania zaufania, owijania ofiary wokół palca, przy jednoczesnym pokazaniu zaangażowania i uczucia, którym pała poszkodowana. To także obraz ogromu emocji i całej sytuacji, która ma miejsce po odkryciu prawdy. To obrazy brutalne, realizujące się na sali sądowej, przy przytaczaniu wszystkich faktów i całej przeszłości, których zrozumienie w pełni wyjaśnia motywy, które kierowały złoczyńcą. A mamy ich wielu. Tak jak wspominałem, zazwyczaj takich, których trudno na pierwszy rzut oka o coś posądzić. Bo czy ojciec, wzorowa głowa rodziny, gorliwy katolik, który w ogrodzie modli się do kapliczki, który przewodniczy kółkom religijnym, którego dzieci uczęszczają na poranne msze, może okazać się tyranem, wymierzającym dzieciom przerażające kary? Albo czy mężczyzna, który jawi się jako bogaty biznesmen, o wielu pasjach i nieskazitelnym charakterze, może okazać się oszustwem? Otóż tak, mogą. Helena Kowalik pokazuje to na wielu – proszę mi wierzyć, naprawdę wielu – przykładach. I choć wierzyć się nie chce, tak było.

Miłość, zbrodnia, kara me jednak pewien mankament. Mam na myśli jej obszerność, treść – powierzchownie bogatą. Większość reportaży opiera się na tych samych zasadach, na podobnych motywach. Przy lekturze bardziej zaangażowanej, dłuższej, imiona (nierzadko zmienione) i fakty zacierają się, tracąc swoje kontury, indywidualność, a w świadomości czytelnika pozostają pojedyncze obrazy (np. ojca-tyrana-katolika, mężczyzn, którzy z zimną krwią zamordowali emerytkę, a następnie nogą "dopchali" jej w gardło szkło), ogólna panorama. Być może taki był zamysł autorki, by ukazać wydźwięk, istotę, coś znamiennego dla opisywanych zjawisk, jednak dla mnie, czytelnika ceniącego szczegóły, zacieranie się treści reportaży było sporym problemem.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję Business&Culture oraz wydawnictwu Muza.

poniedziałek, 9 maja 2016

212. Anna Arno "Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker"

Źródło
Anna Arno popełniła książkę, której lektura obcuje w przeżywanie i przyswajanie najszlachetniejszych treści, jakie mogą powstać w oparciu o życie artysty. Jest to bowiem pozycja, w której przeplatają się wszystkie elementy, wszystkie płaszczyzny życia malarki, tworzące integralną całość, ujawniającą się nie tylko w postawach życiowych, ale przede wszystkim w sztuce. Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker to niezwykły wgląd w twórczość artystki, rozumiany nie tylko jako motywowany życiem osobistym odbiór spuścizny, ale analiza powodów, wpływów, pragnień i bodźców, które wpłynęły na jej istotę. Lektura recenzowanego wydawnictwa tak naprawdę pozwala na głębokie wejrzenie w świadomość i mentalność artystyczną, umożliwiające nie tylko bliższe, owocniejsze poznanie bohaterki książki, ale przede wszystkim pełniejsze zrozumienie obrazów, które po sobie zostawiła. To pod tym względem pozycja zupełnie wyjątkowa i szalenie intrygująca, realizująca się nie jako biografia czy opracowanie dzieł Pauli Modersohn-Backer, ale jako szeroka opowieść o jej życiu i procesie tworzenia. Wyłania się z niej wizja malarki, jako tej, która swoją egzystencję podporządkowała tworzeniu, a każdy dzień naznaczała pracą i zabieganiem o permanentny rozwój, umożliwiający dojście do form, które w pełni wyrażają wewnętrzne przekonania. 

Nieustana praca nad warsztatem i treścią to jeden z najciekawszych, najbardziej wymownych i znamiennych obrazów omawianej książki. Autorka uwypukla pracę nad sobą, której nieustanie podległa bohaterka książki. Kreśli przed czytelnikiem wizję wzmożonego wysiłku, którego celem było nabycie takich umiejętności i poskromienie takich form, by przelewać na płótno to, co naradza się w głowie, co rozbrzmiewa w duszy. Codzienne starania, a także inspirowanie się nie tylko twórczością innych, wybitnych artystów – Anna Arno opisuje podróże artystki, których celem było między innymi obcowanie z wybitnymi twórcami, obrazami i wystawami – ale również kontakt z twórczością partnera, który choć nie popierał w pełni wyrazu artystycznego Pauli, istotnie odcisnął się na jej twórczości, również stanowi obiekt zainteresowania autorki. Opisane zostają wszystkie zjawiska kulturowe tudzież społeczne, wszystkie możliwe wpływy, społeczności i jednostki, które mogły ukształtować nie tylko wizję, ale i wrażliwość malarki, których odbicia doszukać się można w jej obrazach. Dokonana zostaje szeroka analiza otoczenia i bodźców, które mogły przełożyć się na to, co tworzyła Paula Modersohn-Backer. Jest to niezwykle ważne i ciekawe, gdyż umożliwia pełniejszy odbiór jej twórczości.

Istotne jest również to, że autorka, choć dokonuje interpretacji, nie narzuca czytelnikowi swojego zdania, swojej opinii. Lektura tropów, którymi raczy odbiorcę, na przykład na temat kwiatów, które są silnie zakotwiczone w twórczości bohaterki książki Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker, pozwala dostrzec więcej, co jest możliwe w każdej chwili, gdyż wydawnictwo zostało wzbogacone o liczne reprodukcje. Niesamowite jest to, że pierwszy kontakt z obrazami artystki, poprzedzający przyswajanie treści Anny Arno (reprodukcje zostały umieszczone na pierwszych stronach książki), tak odbiega od tego, który ma miejsce po lekturze. Jest to jeden z dowodów na to, że lektura tego wydawnictwa wymiernie poszerza horyzonty i przybliża nie tylko tematykę, ale i formę obrazów – wszystko o czym pisze autorka ma wpływ na percepcję odbiorcy. Jest to zatem książka wielowymiarowa, gdyż traktuje o wszystkich aspektach twórczego życia Pauli Modersohn-Becker, zahaczając również o te tematy, które choć realizowały się na prywatnej, codziennej, intymnej płaszczyźnie, to miały wpływ na jej sztukę. 

Książka Anny Arno to sposobność do wstąpienia w świat artystyczny, pełny twórczych poszukiwań i rozważań. Jednym z takich miejsc, w których odbywały się spotkania, twórcze konfrontacje, dyskusje pełne wzniosłych tematów, była wieś Worpswede, będąca swoistym symbolem wewnętrznego rozdarcia Pauli. Bohaterka recenzowanej książki choć ceniła warunki, które zapewniała jej cisza i prostota prowincji, odczuwała potrzebę przebywania w Paryżu – mieście, w którym uczestniczyła w kulturalnych wydarzeniach, gdzie pobierała nauki, obserwowała mistrzów, rozwijała własne umiejętności i poczucie estetyki. Rozdźwięków w życiu artystki doszukać możemy się więcej – o czym również pisze Anna Arno – a realizują się one zarówno na płaszczyźnie wewnętrznej (dotyczącej pragnień, potrzeb), artystycznej, intymnej (w wąskich relacjach) oraz społecznych (niezrozumienie przez pewne środowiska obrazów malarki).

Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker to pozycja merytorycznie obszerna, prezentująca wszystko to, co związane z życiem twórczym (bo o tym przede wszystkim traktuje) Pauli Modersohn-Becker. Czytelnikowi zostają ukazane wszystkie te płaszczyzny osobowości i rzeczywistości, w której obracała się artystka, które miały przełożenie na jej sztukę. To książka rzetelnie i sprawnie napisana, oddająca treści najważniejsze dla odbiorcy jej spuścizny. To wydawnictwo, które czerpie z wielu źródeł, które dostarcza w sposób przystępny nie tylko ogrom informacji, ale przede wszystkim wskazówek interpretacyjnych, których wartość przy kontakcie z obrazami Pauli Modersohn-Backer jest nieoceniona. Pozycja absolutnie interesująca i godna rekomendacji.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 7 maja 2016

211. Iwona Kienzler „Maria Skłodowska-Curie. Złodziejka mężów, życie i miłości”

Źródło
Maria Skłodowska-Curie. Złodziejka mężów, życie i miłości to książka, której lektura pasjonuje. Pasjonuje, gdyż prowadzi czytelnika wieloma drogami przez życie i świat bohaterki, o której traktuje. Ukazuje wszystko to, co stanowiło o noblistce, a także te płaszczyzny jej osobowości i życia, które doprowadziły ją do poszczególnych sytuacji bądź postaw. To książka pod tym względem obszerna i niezwykle merytoryczna, dostarczająca czytelnikowi nie tylko konkretnych, poszczególnych, wyraźnych informacji, ale przede wszystkim nakreślająca życie Marii Skłodowskiej-Curie nie jako ciąg wydarzeń tudzież faktów, ale jako rozległą panoramę – oczywistą i zrozumiałą, gdy spojrzy się na nią szerzej; być może niejasną, gdy potraktuje się ją wyrywkowo. To wydawnictwo, którym zainteresować powinni się wszyscy Ci, dla których nie tyle kariera naukowa, ile cała postać noblistki jawi się jako intrygująca. Zapewniam – taka jest.

Iwona Kienzler zajmuje się wieloma dziedzinami życia noblistki, kładąc nacisk przede wszystkim na szeroko pojęte życie osobiste. Pisze o tym, co motywowało Skłodowską-Curie podczas wyboru studiów tudzież miejsca, w którym będzie pobierać nauki, oraz o tym, jak przebiegał okres nauki. Dostarcza informacji o postępach w edukacji oraz o pierwszych większych sukcesach, a także o wszystkim tym, co związane z karierą naukową, odkryciami oraz otrzymaniem prestiżowej nagrody. Autorka traktuje te tematy o tyle ciekawie, że zainteresują nie tylko miłośników nauki – chemii, matematyki, fizyki – ale znacznie szersze grono czytelników, gdyż przeplata, ukazując integralność, prace z życiem osobistym, sukcesy z porażkami, odkrycia i postępy z kwestiami związanymi z relacjami z rodziną i znajomymi. Z recenzowanej książki wyłania się obraz Skłodowskiej-Curie jako tej, która swoje życie podporządkowywała nauce, nie tylko poświęcając jej ogrom czasu, ale przede wszystkim oddając jej zaangażowanie i własne zdrowie. Należy bowiem spostrzec, że noblistka nie tylko pracowała w niebezpiecznych – niezbadanych wówczas wpływach pierwiastków promieniotwórczych – warunkach, które niewątpliwie odbiły się na jej stanie, ale również regularnie się przepracowywała, co miało miejsce już od czasu studiów.

Autorka poświęca również sporo uwagi feminizmowi, z którym można utożsamiać Skłodowską-Curie. Choć noblistka świadomie nie włączała się w ruchy feministyczne, to niewątpliwie przyczyniła się do zmiany postrzegania kobiet w nauce, do rozszerzenia ich praw i możliwości. Bohaterka książki to postać, która pod wieloma względami na tej płaszczyźnie przoduje – jako pierwsza kobieta otrzymała Nagrodę Nobla, była pierwszą kobietą profesorem na paryskiej Sorbonie. Z tego względu spotkała się nie tylko z umniejszaniem lub marginalizowaniem przez tradycyjne, konserwatywne środowiska, ale również uczyniono z niej postać publiczną, której życiem interesowały się rozmaite społeczności, na czele z bulwarową prasą. Autorka tym sposobem kreśli szeroki obraz noblistki, gdyż przedstawia ją zarówno z rzetelnego, podpartego wspomnieniami i faktami punktu widzenia, jak i przepuszczonego przez filtry społeczne – doniesienia medialne oraz nastroje epoki.

Maria Skłodowska-Curie. Złodziejka mężów, życie i miłości to książka, po którą warto sięgnąć. Warto, gdyż w sposób przystępny i niezwykle porywający dostarcza informacji nie tylko o Skłodowskiej-Curie, ale i rzeczywistości, w której żyła. Bohaterka Iwony Kienzler intryguje, a jej postawa oraz osiągnięcia pokazują, że można się realizować. To wydawnictwo, które zabiera w wyprawę w świat noblistki, oprowadzając po wszystkich tych zakamarkach jej życia, których poznanie w pełni nakreśla postać tej wyjątkowej kobiety. Książka powinna zainteresować wszystkich tych, którzy cenią dobrze napisane, niosące nie tylko wymierną wiedzę, ale i ukryte przesłanie, biografie, oraz tych, którzy interesują się nauką lub epoką, w której żyła noblistka.


6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.