sobota, 26 marca 2016

205. Michał Gołkowski "Komornik"

Tytułowy komornik to osoba na usługach Góry, pracująca i wykonująca polecenia w sytuacji stanowiącej o losach ludzkości – w trakcie apokalipsy. Ezekiel Siódmy – bo o nim mowa – realizuje więc swoje zobowiązania, funkcjonując w świecie, który, choć groźny – pełny Wysłanników i wrogów – teoretycznie mu nie zagraża – ma bowiem wsparcie z Góry. Jego głównym zadaniem jest wykonanie egzekucji na niejakim Jonaszu, jednak jego odnalezienie – które prędzej czy później nastąpi – nie jest takie proste, a ponadto towarzyszą mu wydarzenia, których skutków nie sposób przewidzieć.

Obraz biblijnej apokalipsy to motyw od wieków wykorzystywany przez literaturę i sztukę. Michał Gołkowski postępuje jednak z nim w sposób nie tyle nowatorski, ile zaskakujący i intrygujący. Traktuje go jako punkt wyjściowy kreowanej przez siebie opowieści, jako tło i istotę rozgrywających się na kartach powieści wydarzeń, jednak nie czyni z nich wizji bożej zagłady, końca życia i wymiaru sprawiedliwości – choć istotnie takie występują – lecz jako pretekst do zaproszenia czytelnika w świat głównego bohatera, będącego tytułowym komornikiem – działającym na zlecenia Góry, osobiście wykonującym zlecenia na ludziach. To jego losy – dziejące się na tle i wskutek apokalipsy – stanowią istotę książki. Obrazy, jakie Komornik roztacza przed czytającym, to nie tylko plastycznie i ciekawie poprowadzone wyobrażenia, ale również personalnie dotykające odbiorcę wizje, kontrastujące wspaniałość i rozmach naszej cywilizacji z jej ostatecznym upadkiem, słabością i nietrwałością. Opisy wydarzeń i rozgrywek, które dotyczą spotkań sfery sacrum i profanum, ludzi i wysłanników, istot magicznych i zwyczajnych, życia i śmierci, rozgrywających się na tle jakże znanych nam miejsc, w jakże znanych warunkach – w centrach handlowych, na ulicach wielkich miast, wśród nowoczesnych, wysokich wieżowców – intrygują nie tylko wymownością, ale przede wszystkim swoistą realistycznością. Przedstawiają bowiem apokalipsę nie jako biblijną, uniwersalną, wolną od konkretnej płaszczyzny czasowej wizję, ale dziejącą się na "naszym podwórku", dotyczącą naszego pokolenia, naszych miejsc, naszych realiów. Właśnie ta bliskość, zrozumienie i utożsamianie się z kreowanym światem, sprawia, że czytając, nie tylko obserwuje losy bohaterów, ale także odnosi wrażenie dzielenia z nimi rzeczywistości – a co za tym idzie, współdzielenia wydarzań, które ich spotykają. 

Michał Gołkowski pisze w sposób lekki, niezwykle swobodny i plastyczny. Nie skupia się na postaciach, nie penetruje ich osobowości i przeżyć, lecz całą uwagę poświęca akcji i obrazowaniu sytuacji, które mają miejsce. To powieść na tej płaszczyźnie perfekcyjnie poprowadzona, tożsama pod względem fabularnym i językowym – dzieje się równie dużo wokół bohaterów, co w sposobie opowiadania. Komornik jest pisany bowiem ekspresyjnie i wyraziście, zdaniami oddającymi napięcie, rwącą akcję i nastroje przedstawianego świata – niepokój, zaskoczenie oraz przerażenie. Jest to język mięsisty, brutalny, niestroniący od przekleństw i naturalistycznych opisów, traktujących przede wszystkim o prowadzonych walkach i ofiarach, które pochłonęły. To książka, w której obrazowość odgrywa znaczną rolę, gdyż nie tylko dotyczy wielu miejsc akcji, z którymi należy zapoznać czytającego, ale przedstawia zjawiska i postacie, których wizualizacja jest niezbędna do kompletnego rozumienia wykreowanej rzeczywistości. Autor bez problemu radzi sobie z tymi wymogami, rzetelnie ukazując odbiorcy wszystko to, co o stanowi o jego powieści. 

Komornik, mimo czerpania z biblijnego motywu, to książka bynajmniej nie patetyczna, a do tego – co ciekawe – mocno ironiczna wobec chrześcijaństwa i pewnych postaw. To pozycja, w której autor uciera nosa pewnym zachowaniom i nastawieniom, a także daje wyraz temu, co – jak mniemam po obserwacji jego profilu na jednym z portali społecznościowych – sądzi na temat wiary i Kościoła Katolickiego. W powieści pojawiają się postacie, których zachowania lub wygłaszane treści realizują się nieco groteskowo, jako wyraz ironii i drobnych uszczypliwości. Jako przykład można przytoczyć nazywanie chrześcijaństwa Jedyną Słuszną Religią Miłości i Pokoju, a dogmatów religijnych Jedyną Prawdą. Ponadto, co również stanowi dużą zaletę, w Komorniku sporo humoru sytuacyjnego oraz postaci surrealistycznych, których przedstawianie – jakże dalekie od pierwowzoru – bawi i przełamuje pewną konwencję. Bohaterowie Gołkowskiego, pochodzący ze świata stojącego nad ziemską rzeczywistością, wysłannicy Góry, ukazani są bowiem w sposób kontrastujący z wyobrażeniami o nich – obdarci są z mistycyzmu i pozbawieni sakralizacji, a autor obarcza ich  ułomnościami i cechami charakteru, które zrywają z ich powszechnym wizerunkiem.

Recenzowana książka to pozycja, której niewątpliwie należy się uwaga. Michał Gołkowski pisze w sposób niezwykle ciekawy, kreując rzeczywistość nie tylko intrygującą, ale przede wszystkim stojącą w opozycji do tego, co znamy. Świat Komornika to miejsce pełne niebezpiecznych, porywających przygód, dziwnych i budzących niepokój sytuacji, niebanalnych bohaterów i zasad, które czytelnik zna i nie zna jednocześnie. Autor zabiera odbiorcę w podróż nieoczywistą, uzmysławiającą, że łamanie pewnych wyobrażeń, zabawa konwenansami i symbolami to nie tylko sposób na przedstawianie jakiejś historii, jakiejś rzeczywistości, ale również sposób na jej kreacje. To powieść angażująca i wciągająca. Zdecydowanie warta rekomendacji.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 20 marca 2016

204. Cristina Sanchez-Andrade "Zimowe Panny"

Jest w tej książce coś przejmującego. Coś, co sprawia, że czytelnik wciągnięty w świat przedstawiony, zainspirowany pierwszymi wydarzeniami, nie tylko nie może oderwać się od niej, wyjść czy też wynurzyć się na powierzchnię rzeczywistości go otaczającej, ale przede wszystkim w pełni zgłębić jej zakamarków, na wylot poznać jej przestrzeni. Jest to bowiem powieść, której wielowymiarowość – skądinąd osadzona na oszczędnej, surowej i prostej fabule – jest nieodgadniona, nieprzebyta, a jej tajemniczość – niewiedza względem punktu, do którego zmierza akcja – kształtuje w odbiorcy nakaz, zmuszający go do ciągłego wracania w świat Zimowych Panien. 

Zimowe Panny oferują czytelnikowi przede wszystkim osobliwość i enigmatyczność. Od pierwszych stron wyzywają go na swoisty pojedynek, toczący się wokół istoty, głównego problemu, zagadnienia powieści. Czytający brnie w świat Saladiny i Dolores, jednak nie bardzo wie, na czym on stoi, co go kształtuje, co determinuje, a co on – bierny obserwator – może zaobserwować, co może z niego wynieść. Kreślona przed nim wizja – rzeczywistości klarownej, choć złożonej; surowej, jednak wielopłaszczyznowej; smutnej, acz ciepłej; swojskiej, choć wyobcowanej – to obraz życia prostego, bliskiego bibliofilowi pod względami prozaicznymi, obcego na płaszczyznach psychologiczno-socjologicznych. To wyraz tego, co stanowi o świecie niezłożonym, w którym nie dominuje postęp i rozwój, a przeszłość – z jakże mocnym wpływem na teraźniejszość – oraz poczucie, że nie można żyć bezpiecznie i godnie, mając za sobą niegodne dzieje. W recenzowanej książce  mieszają się wszystkie czasy i perspektywy, co ukazuje nie tylko obiektywny portret rzeczywistości, o której traktuje, ale przede wszystkim istotę jej ducha – głębokie portrety świadomościowe bohaterów, prawidła, które o nich stanowią, znamienności wynikające z wyznawanych zasad. To powieść pełna niejasności i meandrów, wzbudzająca w czytelniku chęć penetracji ich, dotarcia do sedna, podjęcia próby zrozumienia tego, co leży u jej podstaw. 

Bohaterowie książki to osobowości indywidualne. I choć mamy do czynienia z szeroko pojętą masowością i wspólnotowością – potraktowaną jako wieś, sąsiedzi – to na ich tle wyróżnia się niemal każda postać, która została powołana do istnienia. Co ciekawe, najmniej znamienne portrety psychologiczne następują w przypadku głównych bohaterek – Saladiny i Dolores – jednak o nich stanowią nie opisy i osadzanie w ogólnych postawach, ale czyny – decyzje, rozwój wydarzeń, sytuacje, w których znajdują się pod koniec utworu. Cristina Sanchez-Andrade z niezwykłą dokładnością i starannością traktuje swoich bohaterów, nie tyle uważnie prowadząc ich przez akcję, ile głęboko zakorzeniając na konkretnych pozycjach, tożsamych z nastawieniem wobec innych i postępowaniami. Zimowe Panny odkrywają przed czytelnikiem całą paletę charakterów, spiętych podobną, chciałoby się rzec – wiejską, mentalnością, naznaczoną takimi cnotami i ułomnościami, które generują w wyobraźni odbiorcy wielorakie portrety – jednostek, zbiorowości, całego ukazanego świata. Zaprezentowana zostaje rzeczywistość, której nie sposób odmówić nie tylko intrygującego klimatu, ale przede wszystkim realizmu – wszystko, co zostaje ukazane i uwypuklone, jawi się nie tylko jako możliwe, ale również jako dokonane. Świat, który czytający poznaje, choć na pozór obcy i oddalony, odzwierciedla wiele prawd o naszym, a postacie, które w nim żyją, nas samych. Jest to jednak, o czym należy wspomnieć, przestrzeń momentami groteskowa, karykaturalna – tak jak w wypadku księdza, którego cechuje obżarstwo, lenistwo i chciwość, czy staruszki mieszkającej na wysokiej górze.

Zimowe Panny to przede wszystkim powieść o powrotach. O powrotach wielorakich, rozumianych w dowolny sposób. Realizują się tu one na różnych płaszczyznach, zarówno tych najbardziej oczywistych – jako powrót do rodzinnego kraju, do rodzinnego domu, do miejsca, w którym się chowało – jak i mocno symbolicznych, metafizycznych. Cristina Sanchez-Andrade roztacza przed czytającymi wizję świata, który podporządkowany jest przeszłości, który funkcjonuje w pewnym sensie pod jej dyktando, na skutek jej zawartości. Brak tu troski o jutro, brak dalekosiężnych planów. Nie sposób nawet odnaleźć intensywnych zmartwień chwilą obecną. Wszyscy bohaterowie – na czele z głównymi – żyją tym, co miało miejsce kiedyś, co zostało zainicjowane, a nieskończone tudzież niespełnione. Każdy z nich nosi w sobie ranę zamierzchłych czasów, determinującą ich postępowanie. Postacie są naznaczeno tym, co było, własnymi decyzjami oraz dawnymi relacjami z innymi osobami, przez co nie potrafią odnaleźć się w każdym kolejnym dniu, rozpaczliwie szukając odpowiedzi na nurtujące ich od lat pytania, obawiając się tego, że demony z przeszłości – choć drzemiące – mogą wpłynąć na to, co jest. To książka, która dobitnie ukazuje zależność między dniem wczorajszym a dzisiejszym, oraz to, że niedomknięcie pewnych spraw lub sprzeniewierzenie się samemu sobie, w imię obojętnie jakich wartości i celów, zawsze niesie za sobą konsekwencje, wpływające na dalsze losy osoby, której dotyczą.

Cristina Sanchez-Andrade inspiruje i wodzi czytelnika za nos. Zabiera w niejasną podróż, realizującą się jako flirt humoru i powagi, groteski i realizmu, przeszłości i teraźniejszości, prawdy i wyobrażeń. To książka rozczulająca i uzmysławiająca swoją obrazowością pewne prawdy. Prawdy, które dotyczą najbardziej określającej nas płaszczyzny – czasu. Brutalnie pokazuje, że nie wynikamy z mniemania o sobie czy pragnień dotyczących tego, kim chcemy być, ale w dużej mierze z tego, co za nami – naszej przeszłości. To pozycja wielowymiarowa, godna wielu przeczytań. To książka o rzeczywistości nieco oddalonej, a jednocześnie boleśnie bliskiej. O nas i o naszych problemach.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję Business&Culture i wydawnictwu Muza.

środa, 9 marca 2016

203. Tomasz Kowalski "Mędrzec kaźni"

Wiosną 1939 roku do Paryża przybywa amerykański dziennikarz, pragnący przeprowadzić wywiad ze starszym, tajemniczym mężczyzną – lokalnym katem. Rozmowa, którą zaplanował, powinna toczyć się po ściśle wymierzonym torze, zapewniającym artykułowi poczytność i uznanie za oceanem. Szybko się jednak okazuje, że rozmówca – jakże różniący się od tego, którego wyobraził sobie dziennikarz – ma nieco odmienne plany, znacznie wykraczające ponad najdziwniejsze i najodważniejsze scenariusze.

Mędrzec kaźni to książka przede wszystkim inteligentna. Inteligentna pod wieloma względami. Dotyczy to zarówno jej treści – dialogów, przekazu, opisów, obserwacji, bohaterów – jak i formy. Tomasz Kowalski proponuje czytelnikowi lekturę niezwykle rozwijającą i stymulującą. Wychodzi do niego z książką, której przyswajanie mocno wychodzi ponad poznawanie wyłącznie wykreowanego świata i jego postaci, gdyż literacka rzeczywistość nie tyle skłania, ile bezpośrednio wpływa na odbiorcę – zmusza do refleksji, formułuje wnioski i obserwacje. To pozycja pod tym względem bogata, oferująca czytelnikowi wiele. 

Autor posługuje się w powieści rosnącym napięciem, a także tajemnicą, wokół której porusza się czytający. Pisarz kreuje rzeczywistość, która zmierza w nieznanym odbiorcy kierunku, wiodąc go i intrygując enigmatycznością. Początkowo, podczas lektury pierwszych stron, odnieść można wrażenie, że utwór traktować będzie wyłącznie o zwierzeniach, poglądach kata, mocno kontrastującego z wyobrażeniami o nim. Następnie, w wyniku rozwoju wydarzeń, uwypuklić może się myśl, że jest to opowieść o niejednoznaczności, a najważniejsze są w niej napięcie i groza, które wywołuje u czytelnika. Ostatecznie, po poznaniu zakończenia, okazuje się, że jest to nie tylko książka o tym, o czym powyżej, ale również o złu, źródle wymierzania kary, śmierci oraz o zabijaniu, które – na bazie cenionych i wyznawanych przez nas wartościach – niekiedy spotyka się z przyzwoleniem. Nie jest to jednak wszystko, co najogólniej stanowi o Mędrcu kaźni. Treść bowiem – co bardzo ważne – mocno kooperuje z formą – zwłaszcza przy pomocy ironii oraz czarnego humoru. 

Sposób literackiego obrazowania jest w tym wypadku nadzwyczaj ważny. Tomasz Kowalki kreśli bowiem przed czytelnikiem wizję niejednoznaczną – dotyczy to zarówno głównego bohatera, punktu, do którego zmierza akcja, jak i świata, w którym dzieje się powieść. To utwór kontrastujący w sobie patetyczność ze zwykłością, powagę z groteską, makabrę z humorem, osobliwość z normalnością oraz cnotę z grzechem. Najbardziej widoczną, najmocniejszą skrajnością jest jednak sparowanie – obecne przez akcję całego utworu – śmierci z życiem. To ono wyłuszcza z treści całą dosadność i niesamowitość, mocno oddziałującą na czytelnika. Obecna jest zarówno w rozmowach (w których postrzegana jest jako coś oczywistego, koniecznego: by społeczeństwo mogło spokojnie funkcjonować, należy eliminować tych, którzy mu zagrażają), przywoływanych obrazach (żyjący – kat – musi odebrać życie przestępcy), jak i w akcji (opis budzącego się miasta po kluczowych dla utworu wydarzeniach).
  
Mędrzec kaźni to jednak przede wszystkim powieść filozoficznie głęboka, traktująca o wszystkim tym, co stanowi o nas, a także o tym, co związane ze śmiercią, wymierzaniem kary głównej i moralnością. Powieść stanowi wymowną podróż do świadomości kata, przynoszącą nie tylko obrazowy portret psychologiczny, ale również obraz świata postrzeganego przez mężczyznę zajmującego się wymierzaniem śmierci. Jego wypowiedzi dotyczące religii, zasad, zaprowadzania porządku, wartości, kręgosłupa moralnego, obowiązków względem społeczności, reakcji na agonię, dają swoiste świadectwo. To książka traktująca w pełni o karze głównej – o jej istocie, wymiarze, znaczeniu. To także powieść o idei, która sięgnęła bruku, oraz o złu, którego nie sposób wyplenić. Jedna z ostatnich scen utworu, przedstawiająca rozmowę komisarza z doktorem, zdaje się przypominać zakończenie Dżumy Alberta Camus, w którym narrator spostrzega, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika. Postawy tych bohaterów – odzwierciedlające stanowiska wielu z nas – niestety zdają się potwierdzać te słowa. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 7 marca 2016

202. Henry James "Amerykanin"

Newman – główny bohater książki – to zamożny, szarmancki Amerykanin, odbywający podróż po Europie. Podczas wyprawy – za sprawą rekomendacji znajomej – zakochuje się w młodej wdowie Claire de Bellegarde, pochodzącej z arystokratycznej rodziny. Mimo posiadania ogromnego majątku rodzina wybranki nie jest w stanie zaakceptować starającego się o rękę wybranki mężczyzny, powołując się na różnicę klasową. Bohater nie rezygnuje jednak ze starań, a jego późniejsze odkrycia doprowadzają go do dużego dylematu moralnego.

Amerykanin to powieść obszerna, zabierająca czytelnika nie tylko w podróż historyczono-geograficzną, ale przede wszystkim w wyprawę, której szlak prowadzi przez meandry ludzkiej świadomości, emocjonalności i ułomności, realizującej się jako wyraz pychy, próżności i dumy. Bohaterowie książki to postacie obdarzone niezwykle wyrazistymi osobowościami, prezentującymi nie tylko to, co stanowi o ich indywidualności, ale również o solidarności klasowej i wyobrażeniach, którymi otaczają się, budując wokół siebie mury. To osobowości odzwierciedlające mentalność wynikającą zarówno z prywatnych, rodzinnych uwarunkowań, jak i społecznych, oddające nie tylko zajmowane pozycje w hierarchii, ale również miejsca, w których żyją. Henry James opiera bowiem swoją opowieść na ukazywaniu kontrastu między świadomością, percepcją, sposobem postrzegania świata oraz umysłowości Amerykanów i Europejczyków w XIX wieku, uwypuklając historię głównego bohatera, starającego się o względy europejki, pochodzącej z przeświadczonego o własnej wyjątkowości rodu. 

Autor roztacza przed dzisiejszym czytelnikiem świat porywający klimatem i swoistą obcością, podaną w tak przystępny, klarowny i czarujący sposób, że jej inność nie tylko intryguje i zachwyca, ale przede wszystkim stanowi bardzo realną wizję przeszłości, z którą spotkanie nie realizuje się jako chwilowe przejście do innej, oddalonej, nieco zapomnianej rzeczywistości, ale jako całkowite zanurzenie w jej wymiarze. To książka pod tym względem zupełnie magiczna i zajmująca, porywająca odbiorcę w przedstawiany świat. Henry James kreuje go bowiem w sposób szeroki, ukazując jego istotę przede wszystkim przez pryzmat zachowań i osobowości bohaterów. Kreśli nie tylko jej ogólny, obiektywny portret, ale również mocno subiektywny – skontrastowany z amerykańską mentalnością i wyobrażeniami obcokrajowca. Amerykanin na tej płaszczyźnie to pozycja wielowymiarowa, zachwycająca zdolnościami obserwacyjnymi i płynnością w ukazywaniu ludzkich zachowań oraz postaw, wynurzających się nie tyle z opisów czy ostatecznych losów, ile z każdego – również z tych najmniej istotnych – zachowania, z każdej decyzji. Pisarz traktuje swoich bohaterów niezwykle uważnie, pozwalając każdemu z nich na odkrycie całej prawdy o sobie, na pełne rozwinięcie skrzydeł. Brak w tej powieści postaci, której portret psychologiczny byłby powierzchowny lub nużący. Każda stanowi nie tylko o sobie, ale i o grupie społecznej przedstawianej rzeczywistości lub stosunku wobec świata. Każda odzwierciedla zarówno własne cechy charakteru, jak i wszelkiego rodzaju stereotypy, wyobrażenia, konwenanse, które w jakiś sposób determinują ich działania. I choć brak w tej książce nagłych przemian czy szokujących przeistoczeń (na przykład z czarnego charakteru w osobę o krystalicznym usposobieniu), to losy bohaterów – naznaczane wyobrażeniami oraz traktowaniem świata w bardzo uproszczony sposób – intrygują czytelnika.

Amerykanin to nie tylko powieść ukazująca pewne prawdy o grupach społecznych czy konkretnych postawach, ale również porywająca historia miłości. Jest to książka, w której uwypukla się sposób dziewiętnastowiecznego postępowania, któremu podporządkować musiał się mężczyzna starający się o względy kobiety. Henry James ukazuje to w pełnej rozpiętości, bazując na staraniach, spotkaniach, rozmowach i relacjach wybrańców, przyglądając się nie tylko kolejnym etapom znajomości, ale również reakcjom środowiska. Newman, ze względu na społeczne pochodzenie, spotyka się bowiem z oschłością, uprzedzeniami i swoistą pogardą ze strony rodziny ukochanej, a stopniowe zacieranie się barier okazuje się ostatecznie wyłącznie złudzeniem – nic nie jest w stanie przemóc wyobrażeń i różnic społecznych. Nieco dramatyczne zakończenie związku, a także następujące po nim wydarzenia, wywołują w czytelniku litość. Pod wieloma względami to powieść podobna do Lalki Prusa – bohater doznaje zawodu miłosnego, spotyka się wyższością klasową, wyjeżdża.

Henry James prowadzi odbiorcę przez rzeczywistość intrygującą i niejednoznaczną. Przedstawia świat złudzeń i błędnych mniemań, a także przestrzeń, w której o człowieku i o jego prawach stanowi przynależność. To historia piękna i tragiczna zarazem, rozgrywająca się na wielu polach – jako opowieść o miłości, jako portret grup społecznych, jako ukazanie realiów epoki, jako wyraz różnic między amerykańską i europejską mentalnością. To książka głęboka i pod każdym względem przemyślana, oferująca czytelnikowi wszystko to, czego może oczekiwać od tego gatunku powieści. Autor kreuje taką historię, której znamienną cechą jest enigmatyczność – dotyczy to zarówno poszczególnych bohaterów i grup (mam na myśli choćby tajemnicę rodziny de Bellegrade), jak i rozwoju wydarzeń. To powieść, w której bohaterowie naprzemiennie wydobywani są z nurtu akcji, a następnie naświetlani i wyrażający pewne prawdy – o literackiej rzeczywistości, o dziewiętnastowiecznej mentalności, o nas samych. Amerykanin to książka intrygująca, zapewniająca wielogodzinną umysłową i estetyczną ucztę. 

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 1 marca 2016

201. Lenz Siegfried "Minuta ciszy"

Szymborska pisała, że minuta ciszy po umarłych czasem do późnej nocy trwa. Główny bohater Minuty ciszy, Christian, jest dowodem na to, że te słowa mają racje bytu, że są absolutnie prawdziwe, a życie je w pełni uzasadnia. Strata bowiem, którą poniósł, w pełni wyrażą tę myśl.

Niemcy, lata 70. XX wieku. Grono pedagogiczne i uczniowie opłakują śmierć trzydziestoletniej Stelli, nauczycielki języka angielskiego. Wśród uczniów znajduje się nastoletni Christian, wyjątkowo przeżywający nagłe odejście kobiety. Podczas upamiętniającej ceremonii przywołuje obrazy z przeszłości, roztaczając obraz ich krótkiej, choć niezwykle żarliwej, relacji.

Minuta ciszy pod względem konstrukcyjnym to powieść ciekawa, prowadząca czytelnika przez przedstawianą historię od końca – rozpoczyna się w momencie, gdy wszystko jest dokonane, a kolejne jej etapy rozświetlają niejasności i tłumaczą czytelnikowi zastaną sytuację. To stanowi duży walor recenzowanej książki, właściwie przemawiający za jej wyjątkowością, gdyż same wydarzenia, które mają w niej miejsce, abstrahując od językowego i obrazowego sposobu ukazania, nie są w stanie mocno zaskoczyć odbiorcę. Mamy bowiem do czynienia z powieścią, w której to, co nie powinno się wydarzyć, dzieje się. Pojawia się głęboka relacja, miłość, między uczniem – głównym bohaterem – a nauczycielką angielskiego, będącą punktem wyjściowym rozważań narratora. Nie tylko to, ale również szereg kolejnych sytuacji, naznaczających losy zakochanych, kontrastują z wyobrażeniem, jakie naradza się w głowie czytającego – para zostaje rozdzielona przez tragiczne wydarzenia, a jeszcze wcześniej ograniczona przez stereotypy i powszechnie uznawane normy oraz formy – otoczenie, różnice wieku, postawy wynikające z relacji uczeń-nauczyciel. Ich jedność, zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i świadomościowej, a także to, co z niej zostało – po śmierci Stelli – stanowią przedmiot zainteresowania nie tylko samego autora, ale również główny obiekt zainteresowania odbiorcy.

Christian, mimo młodego wieku, to postać szczególna – stojąca niemal na równi pod względem mentalnościowym i psychicznym ze znacznie starszą Stellą. To bohater, którego wyróżnia wyjątkowo naszkicowana osobowość, wyrażająca się przede wszystkim niebywałą mieszanką dziewictwa, dziecięcej wręcz naiwności z jednoznacznym męstwem i dojrzałością, a także intrygującą wrażliwością, która nieustannie przenika się ze świadomością świata – realizmem i osadzeniem w rzeczywistości. Lenz Siegfried kreuje takie postacie, które czytelnik obserwuje jakby przez mgłę, przez powłokę zamazującą kontury i szczegóły, czyniącą głównym elementem obserwacji same sytuacje, nie zaś sylwetki bohaterów. Ich spotkania – zarówno te pełne namiętności i czułości, jak i te zachowawcze, mniej prywatne – mają wymiar umowny, symboliczny, stanowiący zalążek rozważań o istotę miłości – możliwości jej definiowania, ograniczania, kontrolowania i rozumowania.

Bohaterowie powieści zdają się przebywać w zupełnie innym, obcym, wymiarze, a jednocześnie niezwykle klarownym i oczywistym. To w pewnym sensie świat złudzeń, będący równolegle światem mocno obarczonym realiami i odpowiedzialnością za czyny, decyzje i postanowienia. Dzieje się tak, gdyż dostajemy historię, która, choć wydarzyć się mogła, to wydarzyć się nie powinna; historię, która skoro się wydarzyła, powinna mieć inne zakończenie; historię, która choć piękna, ma wydźwięk tragiczny; historię niezwykle ciepłą, dążącą do swoistej harmonii, a jednocześnie gorzką, niszczącą dotychczasowy ład. Nie chcę popadać w niepotrzebny patos, nie chcę uciekać w wielkie słowa, jednak ta powieść jest na tyle uniwersalna i wymykająca się jednoznacznym ocenom, że nie sposób traktować jej w sposób mniej złożony. Wymaga bowiem od czytelnika otwartości i zdolności wychodzenia poza wyznaczone granice, gdyż w innym wypadku – podczas próby dosłownej lektury – może zostać odczytana jako jedna z wielu pozycji o miłości. Minuta ciszy to opowieść o uczuciu będącym ponad konwenanse i formy, a także o tym, że znajomość, która może mieć miejsce między ludźmi, nie musi – co więcej, nie powinna – być dyktowana i determinowana przez wiek. To historia o pięknej relacji, zwieńczonej tragedią. O potrzebie bliskości tudzież dorastaniu. Intrygująca, tajemnicza, nieco alegoryczna. Warta lektury.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura.