sobota, 27 lutego 2016

200. Piotr Witwicki "Petarda"

Piotr Witwicki kreśli przed czytelnikiem historię nieoczywistą, wodzącą za nos w różne strony. Wydawać by się mogło, że jest to jednowymiarowa opowieść o człowieku, którego życie zmusiło nie tylko do pozycji biernej, poddańczej, ale i przegranej – nieporywającej się na żaden wysiłek i starania, mające na celu odmienienie losu. Innym razem, po zagłębieniu się w powieść, na myśl może przyjść wniosek, że jest to rzecz o sportowcu, z naciskiem na to, co zostało z dawnej chwały i osoby osiągającej sukcesy na ringu, a także o tym, jak przebiega konfrontacja tych dwóch światów: popularności, blasku i formy z zapomnieniem i odtrąceniem. Podczas lektury innych fragmentów, poświęconych kolejnym elementom świata przedstawionego, można uznać Petardę za książkę o wychodzeniu z cienia, walki ze samym sobą, depresji, próbie zapanowania nad własnym życiem, stabilizacji i przeglądaniu się w teraźniejszości przez pryzmat niewłaściwych decyzji. Jest to bowiem pozycja merytorycznie obszerna i szeroka, umożliwiająca nie tylko poznanie historii relatywnie ciekawej, ale przede wszystkim dająca okazję do poznania postaci, której losy dają wymowne świadectwo. 

Przekaz Petardy to przede wszystkim wyraźnie zobrazowany portret psychologiczny głównego bohatera, realizujący się na zasadzie ukazania jego życiowej porażki, wynikającej nie tylko z błędnych decyzji i niesprzyjającego losu, ale również niewłaściwych znajomości i osobliwego środowiska. Buldog – niemal czterdziestoletni sportowiec, bokser – w trakcie akcji właściwej to postać, która – jakby się mogło wydawać – wszystko, co najlepsze, ma za sobą. Sukcesy zawodowe, wygrywane walki bokserskie, wysokie przychody, szczytowa popularność – wszystko to stanowi oznakę dawnych czasów, symbol przemijającej świetności i glorii. Dziś, po znacznym spadku formy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej, z dawnej chwały zostało wyłącznie rozpoznawalne nazwisko, a z wygrywanych i wyczekiwanych przez kibiców walk, drugorzędne starcia, zwieńczone fiaskiem nie tylko ze względu na niską skuteczność bohatera, ale i założony z góry plan. Buldog bowiem, by mieć jakieś źródło dochodu, "umawia" się na walki, sprzedając własną porażkę – za pieniądze pozwala się pokonywać, przyczyniając się tym do wzrostu popularności przeciwników. 

Oprócz niepowodzeń na płaszczyźnie zawodowej i społecznej, bohater zmaga się z licznymi problemami i zmartwieniami natury damsko-męskiej. Nieudane, krótkotrwałe związki, a także rozhisteryzowana, znerwicowana, pragnąca odebrać prawa do dziecka eksdziewczyna – to wszystko obarcza psychicznie postać Piotra Witwickiego, czyniąc jego życie ciągłym konfliktem – zarówno z otoczeniem, jak i ze samym sobą. Wśród trudnych relacji, działających nierzadko destrukcyjnie, należy również wymienić trenera i promotora, którzy – oprócz własnych osobliwych losów – zajmują się karierą Buldoga.

Petarda należy do tych powieści, których wszystkie składowe są tożsame: język z bohaterem, temat ze sposobem ukazywania rzeczywistości, przekaz z formą. To książka dosyć brutalna – przynajmniej na płaszczyźnie obrazowania i języka. Autor kreśląc losy bohatera, używa takich sformułowań i określeń, które – oprócz dynamizowania akcji – kojarzą się czytelnikowi ze środowiskiem, które pisarz porusza. To historia napisana żywym, dosadnym, niekiedy wulgarnym, mięsistym językiem, uwypuklająca sytuacje równie wyraziste. Piotr Witwicki prezentuje taki świat, którego odbiorca mógł się spodziewać, którego mógł oczekiwać – pojawiają się w nim brudne interesy, wyprute z empatii i uczuć relacje (również te najbardziej fizyczne, cielesne), przemoc oraz sposób postrzegania rzeczywistości. I bynajmniej nie jest to mankament, bo nie sposób zarzucić autorowi, że tak rzetelnie i szeroko portretuje ukazywaną rzeczywistość. Petarda jest to bowiem obraz szczególny, gdyż przedstawia rozmaite portrety psychologiczno-socjoligiczne, zarówno bohaterów – Buldoga, jego trenera, eksdziewczyny – jak i światów – sportu, boksu, nieczystych interesów.

Recenzowana książka to przede wszystkim opowieść o upadku oraz o tym, że niektóre sytuacje w życiu determinują ludzkie zachowania, zmuszając do podejmowania niekorzystnych i uwłaczających decyzji, sprowadzających nie tyle na manowce, ile na dno – społeczne i moralne.  To książka o przegrywaniu i przegranym – na każdej płaszczyźnie: zarówno tej najoczywistszej, stanowiącej źródło dochodu bohatera, jak i tej alegorycznej. Piotr Witwicki kreuje bowiem historię wielowymiarową, możliwą nie tylko do wielorakiej interpretacji i głębokiego odczytu, ale zmuszającą do podjęcia refleksji. Traktuje o wszystkim tym, co stanowi o naszym życiu – o przemijaniu, stawaniu się mniej użytecznym i efektywnym, o godzeniu się ze starzeniem i spadkiem formy, o "zwalnianiu" miejsca młodszym, o błędnych decyzjach i o zgubnych znajomościach. To także porywająca wyprawa w świat boksu i ubogacająca podróż do świadomości głównego bohatera. To książka o nas wszystkich – dla wszystkich. Niech jej tematyka nikogo nie zgubi, to lektura, która zafrapuje nie tylko miłośników boksu i sportu.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 19 lutego 2016

199. Agnieszka Tomczyszyn "Ezotero. Moje przeznaczenie"

Do lektury tej książki podchodziłem głównie przez pryzmat poprzedniego tomu, z którym przygodę wspominam dobrze. Zafascynowany ukazaniem relacji między matką a córką, ograniczającą wolność przez rodzicielkę, sięgnąłem po kolejną pozycję autorki, licząc na równie porywające wątki obyczajowe i portrety psychologiczne. Jakie było moje zaskoczenie – trudne do jednoznacznego zdefiniowania – gdy okazało się, że Ezotero. Moje przeznaczenie oferuje nieco inną wizję, perspektywę oraz wartości. 

Recenzowana powieść nie pretenduje w moim mniemaniu do miana wyjątkowej, a raczej stanowi ofertę dla tych czytelników, którzy wyglądają godziwej, acz prostej, rozrywki, oferującej nie tylko ciekawą fabułę i niebanalne rozwiązania, ale również garść obserwacji społeczno-filozoficznych, realizujących się na dość powierzchownym poziomie. To książka, której wydźwięk wynika przede wszystkim z konceptu na powieść, a nie z zachowań bohaterów czy ich rozważań. Przedstawia bowiem odwieczny problem walki dobra ze złem, przepuszczony przez ręce głównej bohaterki, która – po podjęciu ryzykownych decyzji, kłócących się ze sposobem postrzegania rzeczywistości przez jej sprzymierzeńców – jest w stanie nie tylko pomóc doraźnie, ale zbawić świat, używając do tego swych nadprzyrodzonych mocy. Zdolności, którymi dysponuje, wykorzystuje również do innych celów, między innymi poszukiwań Latte – dziewczyny nachodzącej ją w snach. 

Autorka kontrastuje na kartach powieści dwie zgoła różne płaszczyzny: rzeczywistość ziemską i świat magii. Zestawia je, kreśląc nie tyle wizję dwóch osobnych, różniących się sfer, ile wyrażając nadzieję na możność zespolenia ich, niosące dobro i nadzieję. To książka pod tym względem dosyć naiwna, choć –  co ciekawe – jednocześnie niezwykle rozważna. Rozpatruje bowiem z jednej strony perspektywę idealistyczną, wolną od podejrzeń i pełną przekonania, że świat można zmienić, ukazując zarazem to, co znamienne dla żyjących – zmaganie się z chorobami, cierpieniem i różnego rodzaju problemami. To powieść pełna złudzeń i mylnych wyobrażeń, a jednocześnie stanowiąca obraz swoistego raju, miejsca, w którym panuje harmonia i ład. To pozycja, która prezentuje wyraz zafascynowania dobrem i słusznością decyzji, a także niezachwianej wiary w idee oraz w to, że należy pomagać. Należy, gdyż Pola – główna bohaterka – dokładnie w ten sposób odnosi się do ziemskich spraw, uważając, że dysponujący mocami, które mogą rozwiązać większość ludzkich problemów, powinni oddać się pomocy i współżyciu z potrzebującymi.

Ezotero. Moje przeznaczenie to historia z całą pewnością zgrabnie poprowadzona, przeplatająca nie tylko wątki, ale również gatunki. To powieść, w którą czytelnik wchodzi całkowicie, zagłębiając się w niebywały świat magii i codzienności. Jest jednak w niej coś, co znacznie odwracało moją uwagę; sprawiało, że niekiedy odczuwałem znużenie. To swoiste rozmycie, brak wyraźnej formy, przewodniego problemu, wokół którego rozgrywa się akcja, albo natłok wątków tudzież ich jednoczesne rozwijanie i rozwiązywanie, niepozwalające na pełne zanurzenie się w jednym z nich. Ta mnogość wydarzeń (poszukiwania Latte, relacje Poli z rodzicami i innymi postaciami, chęć niesienia dobra, włączanie się w pomoc, zagłębianie się w historii), płaszczyzn (strefy ziemskiej i nadzwyczajnej (ze wszystkimi wyzwaniami i problemami, które o nich stanowią)), bohaterów oraz tłumaczących następstwa w akcji historiach, z czasem zlewa się w jedną, niezbyt wymowną, choć klarowną, całość, męczącą odbiorcę dobrobytem.

Choć Agnieszka Tomczyszyn wykreowała historię dość znaną czytelnikowi – wolę niesienia zmian przez osobę uprzywilejowaną, obdarzoną magicznymi zdolnościami, zmuszoną do rozwiązywania zagadek z przeszłości – to zaskakuje, czyniąc ją bliską czytającemu. To książka dla wszystkich tych, którzy cenią w literaturze możliwość ucieczki, oderwania się od codzienności, a także możność szerokiej penetracji świata przedstawionego. To powieść, w którą czytelnik wchodzi głęboko, poznając jej rozmaite płaszczyzny – przemieszczając się w czasie, między rzeczywistościami i po jej świecie. Nie jestem pewny, czy to lektura dla mnie – oraz dla tych, którzy cenią nade wszystko w literaturze obserwacje socjologiczno–filozoficzne – jednak, mając na uwadze pierwszy tom oraz te zalety, o których wyżej, mogę polecić lekturę zainteresowanym tego typu pozycjami.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

niedziela, 7 lutego 2016

198. Edward H. Gryf "Przyjdź królestwo twoje. Tom II - Przymierze"

Drugi tom powieści to przede wszystkim imponujące opisy walk, prób podbojów miast i zaskakujących zwycięstw, jakich dokonują wojska pod przywództwem Konstantyna. To niesamowite, jaką lekkością i obrazowością dysponuje autor, pisząc o przeprawach, zmaganiach i bitwach, przyglądając się nie tylko ogólnemu wydźwiękowi oraz skutkom potyczek, ale przede wszystkim szczegółom, serwując czytelnikowi realistyczne opisy. Edward H. Gryf traktuje wykreowane przez siebie wydarzenia niezwykle uważnie – skupia się na poszczególnych zachowaniach bohaterów, ich reakcjach na realizujące się sytuacje oraz ukazuje je w sposób szeroki, nie szczędząc uwagi i miejsca.

Rozgrywki, które stanowią o akcji tego tomu, to porywające walki, przedstawiane równie ciekawie i ekspresyjnie, co prześladowanie chrześcijan w pierwszym tomie. Wyprawy, których podejmują się między innymi wojska Konstantyna – zmierzające w stronę Rzymu – intrygują rozmachem i bogactwem wydarzeń, a także plastycznością i prawdopodobieństwem historycznym. Korci mnie, by użyć w kontekście recenzowanego tomu określenia powieść drogi, gdyż czytelnik – niemal przez całą akcję utworu, za różnymi bohaterami – podróżuje, przemierzając wykreowany świat wzdłuż i wszerz, podążając nie tylko w szeregach armii w imię podboju, walki, ale również w miejsca i do postaci, których istnienie i ważność stanowią istotę drugoplanowych wątków. Jednak właśnie zmagania Konstantyna porywają najbardziej, zachwycając czytelnika swoistą monumentalnością i utrwalonym przez sztukę obrazem walk odbywających się w starożytności. Ta zgodna z wyobrażeniami odbiorcy wizja świata przedstawionego – jego archetypiczność – nie tylko realizuje tożsamy z oczekiwaniami klimat, ale sprawia, że staje się bardziej prawdopodobny i realistyczny, a czytający odczuwa swoiste bezpieczeństwo i spełnienie.

Nie sposób nie wspomnieć o wyższości technicznej recenzowanego tomu nad poprzednim. Autor, pod wieloma względami, w tym wypadku radzi sobie znacznie lepiej, ukazując to, co wykreowane w jego wyobraźni, nie tylko zręczniej i plastyczniej, ale w sposób wolny od nieporadności, jaką można zaobserwować niekiedy w poprzednim tomie. Przymierze to pozycja zamykająca opowieść, finalizująca wszystkie wątki oraz zostawiająca świat ukazany w harmonii i ładzie. Edward H. Gryf stosuje znane literackie patenty i zagrywki, jednak udaje mu się tak zwodzić i intrygować czytelnika, że wszystko, co prezentuje, jawi się jako frapujące i inne. Równie ciekawie – co znamienne dla obu części – traktuje swoje postacie, obdzierając je ze swoistego heroizmu i wyjątkowości, jakimi zwykliśmy postrzegać postacie żyjące w opisywanych miejscach i latach. Autor ukazuje zarówno ich dobrze znane – mężne, silne, wyjątkowe, przywódcze – oblicza i cechy, jak i rozmaite ułomności, co sprawia, że poznajemy bohaterów mniej mitycznych i heroicznych, a bardziej ludzkich, zrozumiałych. Umieszcza w ich ustach również liczne wulgaryzmy – niekiedy, przynajmniej w moim mniemaniu, przesadzone i niepotrzebne – czyniąc tym dialogi ekspresywniejszymi.

W recenzji poprzedniego tomu moją uwagę zajmowały bezwzględnie kapitalne i intrygujące opisy sytuacji chrześcijan – prześladowanych, zabijanych, wykorzystywanych do politycznych zagrywek. Przymierze odchodzi nieco od tej płaszczyzny, ukazując odmienną sytuację wyznawców Chrystusa – zgodną ze zmienionym postrzeganiem i traktowaniem przez społeczeństwo i władzę – panuje większa wolność wyznania i tolerancja. Ta część nie zachwyca już jak poprzednia tłem akcji, ale nią samą – podbojami, walkami, próbami przechwycenia władzy oraz wyprawami.

Przyjdź królestwo twoje to opowieść, w którą wchodzi się bardzo głęboko, która porywa i zachwyca ukazywaną rzeczywistością. To powieść, której lektura pozwala zanurzyć się w czasach starożytnych, poznać je niemal od podszewki. Przenosi czytelnika w świat imperialnej polityki, próby podporządkowania nie tylko coraz to nowszych terytoriów, ale również świadomości, umysłów obywateli. To historia ukazująca początki chrześcijaństwa, uwypuklająca nie tylko nadzieję, jaką wierni pokładali w Bogu oraz silną wiarę, ale przede wszystkim prześladowania, którym byli poddawani. To także opowieść o świecie, który stanął na rozdrożu, który musiał zdecydować, w którą stronę powinien iść – pozostać przy dawnym ładzie, przy dawnej wierze, przy dawnej polityce, czy podążać nowymi drogami, w stronę nowych porządków, w imię nowego boga. Przyjdź królestwo twoje to dwa obszerne tomy, będące zarówno szeroką panoramą społeczeństwa, jak i głębokim portretem poszczególnych bohaterów. To książki, w których to, co ludzkie – nienawiść, miłość, żądza władzy, chęć dominacji – przeplata się z tym, co boskie – z wierzeniami, nauczaniem, posłannictwem, mistycyzmem. To opowieść, w której sacrum miesza się z profanum, a władza z życiem codziennym.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 4 lutego 2016

197. Piotr Zaczkowski "Szkoła złudzeń. Dziennik"

Źródło
Co mogę powiedzieć o lekturze Szkoły złudzeń Piotra Zaczkowskiego? Przede wszystkim to, że czuje się niezręcznie, gdyż, jak wiadomo, nie ma przyzwolenia na czytanie cudzej korespondencji, prywatnych zapisków, pamiętników i różnego rodzaju dokumentacji. Nie ma, nie wolno, zakaz. Jednak, sięgając po tę książkę, drogi Czytelniku, musisz liczyć się z tym, że posuniesz się o krok dalej – przenikniesz do świata autora.

Szkoła złudzeń to nic innego jak dziennik Zaczkowskiego. Zawiera bowiem różnego rodzaju zapiski, traktujące o różnych płaszczyznach życia, funkcjonowania i zainteresowaniach piszącego. Poruszane są tu rozmaite zagadnienia i tematy, dotyczące między innymi tego, co formalne i urzędowe, wzniosłe i nieuchwytne, oraz tego, co stanowi o prozie życia. Jego zapiski przeplatane są różnymi tekstami kultury, zarówno własnego autorstwa, jak i innych osób. 

Recenzowana książka to pozycja osobliwa, oszczędna pod wieloma względami. Autor prowadząc dziennik – lub wybierając to, co ma zostać opublikowane – nie zmusza się do żadnej systematyczności czy powinności, narzucającej regularność w pisaniu oraz tematykę, o której miałyby traktować powstające zapiski, a pozwala sobie na zupełną dyspensę – notuje wyłącznie wtedy, kiedy ma coś do zakomunikowania, do powiedzenia, do przelania na papier, lub wtedy, kiedy w Jego życiu wydarza się coś, o czym warto lub wypada wspomnieć. Pisze więc nieregularnie, zostawiając między zapiskami przerwy rzędu nierzadko wielu miesięcy, nie poczuwając się w żaden sposób do odpowiedzialności uzupełniania czy zapełniania luk informacyjnych, donosząc o tym, co się przez ten czas wydarzyło, co uległo zmianie. I dobrze. To nie silenie się na regularność i swoistą powszechność sprawia, że powstało dzieło niezaszufladkowane, wolne od czasu, miejsca i różnych podziałów, stanowiące coś ponad – coś znacznie wartościowszego, ciekawszego – wyraz nie tyle pewnego okresu z życia autora, ile jego osobowości, istoty; tego, co o nim stanowi. Dziennik obejmuje bowiem lata 1975-2012 i wyraża te spostrzeżenia, cechy i wydarzenia, które w jakiś sposób naznaczyły, ukierunkowały lub zaintrygowały autora. I za sprawą tego zewnętrznego, panoramicznego portretu, o Piotrze Zaczkowskim można dowiedzieć się wiele. Jednak, co równie istotne – poznajemy obraz niemal wyłącznie z życia duchowego, inteligenckiego i zawodowego. Brak w tej książce prywaty, informacji o życiu prywatnym, o polityce, o wydarzeniach, którymi w danym czasie żyło społeczeństwo. 

Szkoła złudzeń w sposób płynny przeplata w sobie przemyślenia o codzienności, wierze, własnej drodze życiowej, ze sztuką. Lapidarne zapiski stanowią nierzadko fragmenty listów, cytaty i spostrzeżenia, którymi autor wyraża swój stosunek do świata. Wiele tekstów dotyczy śmierci, życia wiecznego oraz Boga, a także stosunku piszącego do spraw ostatecznych. Piotr Zaczkowski notuje więc o zmartwychwstaniu, o przejściu w nieistnienie i o strachu (lub jego braku), który dotyczy odejścia ze świata żyjących. Jest to również dziennik, w którym wyrażone są nie tylko obawy związane z kwestiami ostatecznymi, ale przede wszystkim z lękami i niepewnością życia codziennego. Mowa między innymi o różnych niepowodzeniach i prywatnych dramatach (wyrażanych często pismami urzędowymi lub zawiadomieniami) oraz o poszukiwaniach celu, własnej drogi. Piotr Zaczkowski to w pewnym sensie homo viator – permanentnie szuka odpowiedzi i sposobu na życie. Notuje o tym, kim chciałby być, co chciałby osiągnąć – może w literaturze, teatrze, reklamie albo jako dyrektor placówek kulturalnych. Chcę konfrontacji z literaturą, choć niekoniecznie z fikcją literacką, pisze. Ponadto umieszcza swoje wiersze, recenzje i prace, wyrażając tym własny stosunek do sztuki.

Dzienniki Zaczkowskiego to obraz duchowego życia artysty, usilnie poszukującego drogi rozwoju tudzież  szans. To zapiski, w których wyjątkowość spostrzeżeń, obserwacji i świadomości przeplata się z miałkością codzienności, a rozwój osobisty, wiedza i doświadczenie z tym, co przyziemne. To książka dająca świadectwo uważnego, odpowiedzialnego życia, pełnego przemyśleń i refleksji, o którym nie stanowi pozycja społeczna czy zasobność portfela, ale bogactwo wewnętrzne i sztuka. Szkoła złudzeń to swoisty portret inteligenta, bezkompromisowego człowieka, myśliciela. To pozycja, w której gorzkość przeplata się ze wspaniałością myśli, radość ze smutkiem. To pozycja, którą odczytywać można na wiele sposobów: jako świadectwo, jako wyraz wewnętrznego życia, jako odpowiedź na to, co zewnętrzne, jako zapis przeżyć i obserwacji artysty, jako dziennik osoby światłej. Wszystkie te płaszczyzny splatają się podczas lektury, przynosząc czytelnikowi głęboki, nieuchwytny, przejmujący tekst. 

6/6

Za książę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 2 lutego 2016

196. Bronisław Grąbczewski "Podróże po Azji Środkowej. Pamir i Hindukusz"

Źródło
Podróże po Azji Środkowej. Pamir i Hindukusz to książka, która oprócz walorów stricte rozrywkowych, niesie coś znacznie wymowniejszego, wartego uwagi – wiedzę. I nie tylko tę, która pozwala – za sprawą obserwacji – zrozumieć innych, inne kultury, rzeczywistość i prawidła, które stanowią o nas samych, ale przede wszystkim podejrzeć, przenosząc się w czasie, świat, który już nie istnieje. To niezwykle frapująca i głęboka wyprawa do miejsc zastanych przez autora, do ludzi przezeń poznanych, do społeczności i obszarów, które czytelnik poznaje bezpośrednio – z poczuciem współtworzenia opisywanej wyprawy.

Bronisław Grąbczewski jest bowiem bardzo wnikliwym obserwatorem, zainteresowanym wieloma płaszczyznami podróżowania. Opisuje zarówno to, co widzi, przemieszczając się – przyrodę, krajobraz – jak i to, co stanowi wyraz obserwacji socjologicznych. Zajmują go zwyczaje, zachowania i postępowania ludzi napotkanych, a także ich wygląd tudzież miejsca, w których żyją. Poświęca dużo uwagi osadom oraz sposobom ich funkcjonowania. Przygląda się metodom uprawy ziemi, wyglądom domów i świątyń – tak jak w wypadku opisów kandżuckiej osady – oraz wierzeniom. Grąbczewski przeżywa swoją podróż niezwykle świadomie i dogłębnie – odbywa ją uważnie i dostrzega wszystko to, co stanowi o przemierzanych regionach.

Podróże po Azji Środkowej to również bogate źródło informacji o tym, jak się kiedyś podróżowało, o wszelkich niebezpieczeństwach i koniecznościach, do których trzeba było się dostosowywać, chcąc zorganizować wyprawę. Mowa między innymi o formalnościach, o których wspomina Bronisław Grąbczewski, a także o tych wydarzeniach, które determinowały i definiowały wyprawy. To opisy codziennej podróży, poszukiwań miejsca do postoju, pokonywania kolejnych etapów i wyznaczania następnych celów, korespondencyjnego kontaktowania się z istotnymi osobami oraz zagrożeń, które nie tylko mogły spotkać podróżujących, ale które często miały miejsce.

Lektura recenzowanej książki to również niebywała okazja do zagłębiania się w urodzie i przyrodzie opisywanych miejsc. Autor stosuje lapidarne, choć merytoryczne i obrazowe opisy, traktujące między innymi o rzekach, jeziorach, górach, faunie i florze, przedstawiające nie tylko ich piękno tudzież wyjątkowość, ale również znaczenie i unikalne powiązanie z danym miejscem.

Obcowanie z Podróżami po Azji Środkowej niewątpliwie umila – a być może i przenosi na zupełnie inny, bardziej szlachetny i wyjątkowy poziom – wydanie. To pozycja, której właściwości fizyczne zachwycają od pierwszego spotkania. Książka została niezwykle gustownie, choć oszczędnie, wydana. Okładka – twarda, gruba, z wysokiej jakości papieru, grzbiet książki materiałowy, a wnętrze – jakże istotne – zachwycające wysokiej jakości, śliskim papierem. Nie jestem drukarzem, nie zajmuję się więc książkami od tej technicznej, namacalnej strony, nie mogę więc w sposób profesjonalny ubrać w słowa tego, co czuję, dzierżąc tę książkę, jednak – proszę mi wierzyć – publikacja zdecydowanie zachwyca.

Zapiski Bronisława Grąbczewskiego to cudowny patchwork z podróży, utkany wszystkim tym, co podczas wyprawy warto zanotować, zapamiętać, zostawić w sobie na dłużej. To pozycja, której lektura przebiega na wielu polach, przynosząc czytelnikowi wnikliwe obserwacje, spostrzeżenia i wymierną wiedzę, podaną w sposób przejrzysty. Wszystko, co stanowi o Podróżach po Azji Środkowej, zachwyca – zarówno treść, jak i jej fizyczność. Polecam.


5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.