niedziela, 24 stycznia 2016

194. Andrzej Lipski "Czekając na przebudzenie"

Nie sądziłem, że to napiszę, ale w ostatecznym rozrachunku powieść przypadła mi do gustu. Początkowo – po lekturze kilkudziesięciu pierwszych stron – pomyślałem, że to nie jest pozycja, która mogłaby zrobić na mnie wrażenie, a jej liczne mankamenty z pewnością przysłonią to, co w niej dobre i ciekawe. Jednak, zagłębiając się w kolejne rozdziały, dałem się porwać. Całkowicie. 

Malcolm, główny bohater, wiedzie życie na pozór spokojne, realizując się jako ceniony nauczyciel historii. Pewnego dnia, po dwudziestu latach milczenia, postanawia nawiązać kontakt z ojcem. Bierze urlop, powołując się na nagłą śmierć rodziciela. Gdy dociera do niewielkiej górskiej miejscowości, w której mieszka dawno niewidziany ojciec, okazuje się, że ten, faktycznie nie żyje – zginął w wypadku, który miał miejsce w dniu przybycia Malcoma do miasta. Bohater, w oczach mieszkańców i stróży prawa, staje się głównym podejrzanym, a on sam – na przekór wielu osobom – próbuje rozszyfrować przeszłość zmarłego. 

Czekając na przebudzenie to książka, która pod wieloma względami kuluje. Co ciekawe – są to te elementy świata wykreowanego, o których najczęściej się wspomina, zastanawiając się nad tym, co jest zmorą słabych powieści. Mowa – zaczynając od zewnątrz, od najbardziej powierzchownego mankamentu – między innymi o tytule, który stanowi nie tylko pretensjonalne potraktowanie istoty pozycji, ale przede wszystkim tandetne, pseudofilozoficzną i wyświechtaną metaforę. Idąc tym tropem, również sama fabuła – przynajmniej w pierwszych fazach rozwoju – boryka się z tym problemem. Główny bohater, Malcolm, postanawia odnaleźć ojca, poczynając w kierunku tego planu pierwsze kroki w dniu, w którym ten ginie. Brzmi interesująco? Nie. Punkt zaczepienia akcji lichy, nieco naiwny, jednak – zgodnie z tym, w co czytelnik zostaje następnie wciągnięty – nie najgorszy. Dalsze losy bohatera, choć frapujące, rzetelnie odzwierciedlają wymowę tytułu – Malcolm powoli odkrywa przeszłość, a na końcu dochodzi do wniosków i prawd, za których sprawą odmienia swoje życie – przebudzając się. I choć czytelnika zżytego z postacią przemiana cieszy, to nie sposób ukryć, że jej owoce – jakże istotne dla głównego bohatera – są niesamowicie oczywiste – żeby nie powiedzieć tandetne. 

Powieść oparta jest na sprawdzonych filarach. Mamy do czynienia nie tylko z postacią, która w trakcie akcji przechodzi przemianę, ale również z tymi zjawiskami tudzież rozwiązaniami, które są znamienne dla thrillerów. Bohater wyrusza do obcego, małego, dziwnego, miasta, próbuje rozwikłać nie tylko tajemniczą śmierć, ale również niejasną przeszłość, w związku z czym spotyka się z oporem ludności, na czele z lokalnym stróżem prawa. Ponadto, samotnie zamieszkuje w leśnym, położonym daleko od miasta, domku, w którym dochodzi do enigmatycznych sytuacji – pojawia się włamywacz, a niedaleko rozgrywają się wydarzenia, które – według bohatera – stanowią przykład zjawisk paranormalnych. Mają miejsca także pościgi, próby zepchnięcia samochodu w przepaść, sztampowe wręcz porwania i przetrzymywania, a także – co spotkało się z moim zdziwieniem i swoistym rozbawieniem – naiwna sytuacja, w której bohater zostaje przywiązany do krzesła, a następnie pozostawiony w budynku, który, za sprawą detonacji, niedługo zniknie z powierzchni ziemi. Co więcej, następuje wsteczne odliczanie, a także – co najzabawniejsze – ryzykowne odłączanie przewodów, które – w ostatnich sekundach – ratuje bohaterowi życie. Podobnymi zagrywkami fabularnymi naszpikowana jest cała powieść, co sprawia, że czytelnik odbiera ją z przymrużeniem oka, a jej rozwój przebiega w sposób jakże oczywisty – przynajmniej dla tego odbiorcy, który choć trochę oczytany jest w tym gatunku. 

Bohaterowie Lipskiego to postacie nieszczególne, pozbawione cech, które mogłyby dawać o nich świadectwo. Autor kreuje postacie nijakie, względnie mało ciekawe. Dzieli je na dobrych i złych; ściganych i ścigających; winnych i niewinnych. Nie reprezentują one żadnych stanowisk, kieruje nimi wyłącznie określony cel: stróż prawa chce wyjaśnić sprawy tajemniczych śmierci, Malcolm poznać przeszłość, a morderca osiągnąć upragnione przez siebie korzyści. Jednak, w zalewie powyższych schematyczności, Andrzej Lipski naznacza dwie postacie wspólną cechą, na której w pewnym momencie opiera rozwój wydarzeń – tajemniczą umiejętnością przewidywania, niezawodnością przeczucia, zgadywania. Lucy – nastoletnia bohaterka – oraz Malcolm – bo o nich mowa – zostają w pewnym sensie sparowani, a ich ostateczne losy stanowią istotę powieści. 

Mimo wielu mankamentów, o których powyżej, Czekając na przebudzenie to książka, którą czyta się w zafascynowaniu, w zaintrygowaniu – na raz. To powieść pod względem strukturalnym prosta i momentami naiwna, jednak – za sprawą frapujących, choć niekiedy nieporadnie poprowadzonych, wydarzeń – interesująca. Z całą pewnością można by wyłuskać z niej więcej, uczynić pozycją wolną od tak podstawowych niedociągnięć i błędów, poświęcając jej odrobinę uwagi – skupiając się na formie, budowie. To książka, z której można wycisnąć jeszcze więcej; sprawić, by całkowicie porwała czytelnika. Potencjał bowiem ma – gorzej z wykonaniem. 

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

2 komentarze:

  1. Szkoda, że potencjał nie został do końca wykorzystany. Może jakiś dobry redaktor by pomógł...

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka nie dla mnie. Nie zaciekawił mnie bynajmniej po przeczytaniu Twojej recenzji. Możliwe jest, że to z powodu, że jak dotąd nie spotkałam się z piórem autora.


    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie,
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń