niedziela, 31 stycznia 2016

195. Martin Schibbye, Johan Persson "438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom"


Martin Schibbye oraz Johan Persson – autorzy recenzowanej książki – postawili sobie za cel opisanie prawdziwej sytuacji w Ogadenie, w którym ma miejsce wydobycie ropy. Pięć dni po przekroczeniu granicy między Somalią a Etiopią zostają przechwyceni przez etiopską armię, a następnie oskarżeni o terroryzm. Ich reportaż to relacja z przetrzymywania, z walki o wolność – zarówno słowa, jak i możliwości powrotu do ojczyzny – oraz świadectwo nieposzanowania drugiego człowieka tudzież nieprzestrzegania jego podstawowych praw. 

438 dni to książka, która realizuje się na trzech zasadniczych płaszczyznach. Pierwsza z nich – najbardziej wyraźna, najprostsza do dostrzeżenia – to sytuacja dziennikarzy, tytułowa wojna przeciwko nim, zagrożenia, które – w walce o dobry artykuł, o rzetelnie przedstawienie sytuacji, za sprawą poświęcenia – ich dotyczą. To książka, która niezwykle dobitnie pokazuje, że jest to zawód wymagający nie tylko dobrego, lekkiego pióra i dużych zdolności obserwacyjnych, ale przede wszystkim niezachwianej wiary we własne cele, odwagi, pasji oraz poczucia, że prawością można przeciwstawić się kłamstwu i złu. Autorzy, szwedzcy dziennikarze, zostali potraktowani jako terroryści, co przyniosło nie tylko następstwa w postaci procesów sądowych, oskarżeń oraz przebywania w niewoli, ale zetknięcie się z murem, przepaścią nie do przebycia, zjawiskiem – jakże obcym dla europejskiej mentalności, dla wolności prasy – swoistego prześladowania, obsadzania – za sprawą propagandy, utrudnionych relacji z otoczeniem – w określonej roli. To pozycja, która brutalnie odsłania prawdę o tej profesji, o wyrzeczeniach i konsekwencjach, które niesie za sobą pragnienie napisania rzetelnego artykułu. W recenzowanej książce obserwujemy to zjawisko od środka, od wewnątrz, zachowując jednocześnie zewnętrzny obraz – walki rządu i różnych organizacji o uwolnienie mężczyzn, przedstawianie ich sytuacji przed media (zarówno europejskie, jak i lokalne) oraz ogólne nastroje i postawy. To tytuł, w którym prawda miesza się z wyobrażeniami, a chęć opisania rzeczywistości z jej bardzo silnym doświadczeniem. Nie sposób dosadniej i szerzej poznać tego rodzaju dziennikarstwa, niż z perspektywy, którą dzielą się z czytelnikiem Martin i Johan. 

Drugą płaszczyzną recenzowanej pozycji jest uwypuklenie, pełne ukazanie więziennej codzienności – zarówno w wymiarze fizycznym, przyziemnym, jak i tym duchowym – psychicznym. 438 dni to książka, w której obraz przetrzymywania, utknięcia w niewoli, wśród innych więzionych, jest niezwykle emocjonalny i przejrzysty. Autorzy poświęcają temu aspektowi dużo uwagi, ukazując odbiorcy realia i stosunek – zarówno do samego siebie, jak i sytuacji, w której się znajdują –  jaki kształtuje zniewolenie. Mowa między innymi o tym, co stanowi o penitencjarnej codzienności, o przemianach, jakie dokonują się w psychice przetrzymywanego, o kształtujących się między więźniami relacjach, o bierności względem rozwijających się sytuacji oraz o sposobach, które pozwalają nie tylko godnie przebyć okres ograniczenia wolności, ale przede wszystkim utrzymać fizyczną i psychiczną harmonię. Martin Schibbye i Johan Persson rzetelnie oddają czynności, które ich absorbowały – rozmowy, wysiłek fizyczny, sposoby spędzania czasu, potrzeby – przypatrując się wzajemnie, a także obserwując współtowarzyszy, społeczeństwo oraz funkcjonariuszy. Autorzy lawirują między różnymi stanami i postawami, pragnąc zachować moralny kręgosłup, opowiadając się po stronie prawdy, honoru, zmagając się z tęsknotą, lękami oraz brakiem udogodnień. To książka, która dogłębnie penetruje psychikę i fizyczną warstwę przetrzymywanego, ukazując wewnętrzną i zewnętrzną walkę o zachowanie w sobie człowieczeństwa, dawnej postawy, niezachwianego kręgosłupa moralnego. To w końcu fascynujący portret psychologiczny dwóch więźniów; dwie relacje tworzące jeden porywający obraz, którego przyswajanie mocno zajmuje odbiorcę. 

Wielowymiarowość 438 dni pozwala również dogłębnie poznać sytuację polityczną Etiopii i wydarzenia, które rozgrywają się na granicy Somalii i Etiopii, oraz w Ogadenie. To książka, w której konflikty i lęki społeczne, jakie targają mieszkańcami, wojskami i rządami tychże regionów, są widoczne, a ich istota zaprezentowana jest niezwykle klarownie. Problemy, z którymi boryka się Róg Afryki, można dostrzec niemal w każdym rozdziale, jednak doświadczyć można je najmocniej w tych, które opisują próby przekroczenia granicy, dostania się do Ogadenu. To porywające i zatrważające opisy, ukazujące codzienność tego miejsca – niegasnące konflikty, zatrzymania, strzelaniny. Czytelnik – za sprawą ekspresywnych i lapidarnych relacji, dynamicznego rozwoju wydarzeń oraz dwutorowej narracji – ma poczucie bezpośredniego obcowania z opisywaną rzeczywistością. 

Martin Schibbye i Johan Persson niniejszą książką zabierają głos w niezwykle ważnych sprawach – wolności słowa, niezależności dziennikarstwa oraz sytuacji rozgrywającej się na granicy Somalii i Etiopii. Robią to niezwykle obrazowo i głośno, gdyż to, co zostaje w czytelniku po lekturze 438 dni to coś znacznie więcej, niż obraz zniewolenia i zbiór faktów. Zostawia w nim bowiem wizja wielkiej tragedii, która dotknęła autorów oraz innych ludzi, przetrzymywanych na podstawie różnych zarzutów. To książka, która zabiera głos w imieniu wielu – nie tylko pokrzywdzonych, ale również tych, którym wolność i prawda przyświeca w życiu. To pozycja niewątpliwie warta uwagi, kształtująca wzorce dziennikarstwa. Tytuł ważny, otwierający oczy, zmuszający do refleksji. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 24 stycznia 2016

194. Andrzej Lipski "Czekając na przebudzenie"

Nie sądziłem, że to napiszę, ale w ostatecznym rozrachunku powieść przypadła mi do gustu. Początkowo – po lekturze kilkudziesięciu pierwszych stron – pomyślałem, że to nie jest pozycja, która mogłaby zrobić na mnie wrażenie, a jej liczne mankamenty z pewnością przysłonią to, co w niej dobre i ciekawe. Jednak, zagłębiając się w kolejne rozdziały, dałem się porwać. Całkowicie. 

Malcolm, główny bohater, wiedzie życie na pozór spokojne, realizując się jako ceniony nauczyciel historii. Pewnego dnia, po dwudziestu latach milczenia, postanawia nawiązać kontakt z ojcem. Bierze urlop, powołując się na nagłą śmierć rodziciela. Gdy dociera do niewielkiej górskiej miejscowości, w której mieszka dawno niewidziany ojciec, okazuje się, że ten, faktycznie nie żyje – zginął w wypadku, który miał miejsce w dniu przybycia Malcoma do miasta. Bohater, w oczach mieszkańców i stróży prawa, staje się głównym podejrzanym, a on sam – na przekór wielu osobom – próbuje rozszyfrować przeszłość zmarłego. 

Czekając na przebudzenie to książka, która pod wieloma względami kuluje. Co ciekawe – są to te elementy świata wykreowanego, o których najczęściej się wspomina, zastanawiając się nad tym, co jest zmorą słabych powieści. Mowa – zaczynając od zewnątrz, od najbardziej powierzchownego mankamentu – między innymi o tytule, który stanowi nie tylko pretensjonalne potraktowanie istoty pozycji, ale przede wszystkim tandetne, pseudofilozoficzną i wyświechtaną metaforę. Idąc tym tropem, również sama fabuła – przynajmniej w pierwszych fazach rozwoju – boryka się z tym problemem. Główny bohater, Malcolm, postanawia odnaleźć ojca, poczynając w kierunku tego planu pierwsze kroki w dniu, w którym ten ginie. Brzmi interesująco? Nie. Punkt zaczepienia akcji lichy, nieco naiwny, jednak – zgodnie z tym, w co czytelnik zostaje następnie wciągnięty – nie najgorszy. Dalsze losy bohatera, choć frapujące, rzetelnie odzwierciedlają wymowę tytułu – Malcolm powoli odkrywa przeszłość, a na końcu dochodzi do wniosków i prawd, za których sprawą odmienia swoje życie – przebudzając się. I choć czytelnika zżytego z postacią przemiana cieszy, to nie sposób ukryć, że jej owoce – jakże istotne dla głównego bohatera – są niesamowicie oczywiste – żeby nie powiedzieć tandetne. 

Powieść oparta jest na sprawdzonych filarach. Mamy do czynienia nie tylko z postacią, która w trakcie akcji przechodzi przemianę, ale również z tymi zjawiskami tudzież rozwiązaniami, które są znamienne dla thrillerów. Bohater wyrusza do obcego, małego, dziwnego, miasta, próbuje rozwikłać nie tylko tajemniczą śmierć, ale również niejasną przeszłość, w związku z czym spotyka się z oporem ludności, na czele z lokalnym stróżem prawa. Ponadto, samotnie zamieszkuje w leśnym, położonym daleko od miasta, domku, w którym dochodzi do enigmatycznych sytuacji – pojawia się włamywacz, a niedaleko rozgrywają się wydarzenia, które – według bohatera – stanowią przykład zjawisk paranormalnych. Mają miejsca także pościgi, próby zepchnięcia samochodu w przepaść, sztampowe wręcz porwania i przetrzymywania, a także – co spotkało się z moim zdziwieniem i swoistym rozbawieniem – naiwna sytuacja, w której bohater zostaje przywiązany do krzesła, a następnie pozostawiony w budynku, który, za sprawą detonacji, niedługo zniknie z powierzchni ziemi. Co więcej, następuje wsteczne odliczanie, a także – co najzabawniejsze – ryzykowne odłączanie przewodów, które – w ostatnich sekundach – ratuje bohaterowi życie. Podobnymi zagrywkami fabularnymi naszpikowana jest cała powieść, co sprawia, że czytelnik odbiera ją z przymrużeniem oka, a jej rozwój przebiega w sposób jakże oczywisty – przynajmniej dla tego odbiorcy, który choć trochę oczytany jest w tym gatunku. 

Bohaterowie Lipskiego to postacie nieszczególne, pozbawione cech, które mogłyby dawać o nich świadectwo. Autor kreuje postacie nijakie, względnie mało ciekawe. Dzieli je na dobrych i złych; ściganych i ścigających; winnych i niewinnych. Nie reprezentują one żadnych stanowisk, kieruje nimi wyłącznie określony cel: stróż prawa chce wyjaśnić sprawy tajemniczych śmierci, Malcolm poznać przeszłość, a morderca osiągnąć upragnione przez siebie korzyści. Jednak, w zalewie powyższych schematyczności, Andrzej Lipski naznacza dwie postacie wspólną cechą, na której w pewnym momencie opiera rozwój wydarzeń – tajemniczą umiejętnością przewidywania, niezawodnością przeczucia, zgadywania. Lucy – nastoletnia bohaterka – oraz Malcolm – bo o nich mowa – zostają w pewnym sensie sparowani, a ich ostateczne losy stanowią istotę powieści. 

Mimo wielu mankamentów, o których powyżej, Czekając na przebudzenie to książka, którą czyta się w zafascynowaniu, w zaintrygowaniu – na raz. To powieść pod względem strukturalnym prosta i momentami naiwna, jednak – za sprawą frapujących, choć niekiedy nieporadnie poprowadzonych, wydarzeń – interesująca. Z całą pewnością można by wyłuskać z niej więcej, uczynić pozycją wolną od tak podstawowych niedociągnięć i błędów, poświęcając jej odrobinę uwagi – skupiając się na formie, budowie. To książka, z której można wycisnąć jeszcze więcej; sprawić, by całkowicie porwała czytelnika. Potencjał bowiem ma – gorzej z wykonaniem. 

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 17 stycznia 2016

193. Michał Piedziewicz "Dżoker"

Dżoker należy do tych powieści, które nie tylko ukazują konkretną historię, uwypuklają prawdy czy myśli, ale również mocno osadzają czytelnika w jakiejś rzeczywistości, przenosząc do krainy, do czasów, których już nie ma. To opowieść, która sprawia, że czytający staje się bezpośrednim obserwatorem frapujących wydarzeń, naznaczonych tętnem życia miasta. 

Główni bohaterowie powieści to Łucja, pracownicza poczty, młody dziennikarz Adam Grabski oraz Krzysztof Wilczyński, zajmujący się przemytem alkoholu. Życie tej trójki, toczące się na terenie prężnie rozwijającej się Gdyni, plącze się ze sobą, przynosząc niesamowite wydarzenia oraz relacje, które – po ludzku – należą do zagmatwanych. Stanowią bowiem wyraz wielu ludzkich pragnień, determinujących postępowania. 

Jest w tej książce coś, co sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury, od zagłębiania się w wykreowaną przez Michała Piedziewicza rzeczywistość. To klimat. Bohaterowie, których powołał do życia, zdają się żyć w symbiozie, w integralnej relacji z miastem – Gdynią – które, podobnie jak postacie, zaczyna dopiero stawać na nogi, naradzać się, przechodzić na wyższy poziom istnienia, funkcjonowania. Bo miejscowość ma w tej powieści duże znaczenie, nie tylko ze względu na miejsce akcji, liczne odwołania historyczne i walory klimatotwórcze – autor dokonuje jego portretu, uwiecznia coś ulotnego, trudnego do dojrzenia – duszę. To opowieść, w której przestrzeń ożywa, zdaje się wychodzić na główny plan, bezpośrednio przed czytelnika, tworząc z bohaterami coś kompatybilnego, niemożliwego do rozdzielenia – postacie są mocno związane z Gdynią, miasto jest istotnym elementem ich losów, a z kolei te – jakże zagmatwane – stanowią esencję Dżokera. Właśnie ta niesamowita relacja, powiązanie, ta zależność, decyduje o tym, że powieść chwyta za serce, że pochłania, w pełni przenosi do ukazywanej rzeczywistości. Czytelnik czuje się tak, jakby dyskretnie, choć z wyśmienitej perspektywy, podglądał losy szukających odpowiedniej drogi ludzi, mając jednocześnie podgląd znacznie szerszy – na miasto – na jego najgłębsze warstwy, w te elementy, które podlegają ciągłym przemianom, przeobrażeniom. 


Gdynia w recenzowanej powieści dopiero się naradza. Powstaje, buduje się, unowocześnia, stając się miastem bynajmniej nie standardowym – wyjątkowym, będącym dla wielu ucieleśnieniem marzeń, symbolem czegoś nadchodzącego, nowych czasów. I właśnie taki obraz udziela się czytającemu; odbiera ją jako miejsce, które nie tylko się przebudowuje, wznosi, ale przede wszystkim tętni życiem – za sprawą różnych wydarzeń, relacji, spotkań, historii. To książka, która z niezwykłą pieczołowitością przygląda się miastu, w którym rozgrywa się akcja, ukazując to, co stanowi jego istotę – zarówno tę obiektywną, pełniącą obiekt zainteresowania wszystkich, jak i tę subiektywną, ważną dla bohaterów z różnych, nierzadko mocno prywatnych lub sentymentalnych, powodów. Autor uwypukla jej fizyczność, przytaczając wydarzenia związane z powstawaniem ważnych, znaczących miejsc – takich jak gmach poczty, w którym pracuje główna bohaterka – oraz podkreślając relacje, podejście wykreowanych bohaterów do Gdyni – ich przywiązanie, powody zafascynowania oraz opinie. To wszystko zostaje uzupełnione licznymi fotografiami, dopełniającymi tworzący się w głowie czytelnika obraz miasta. 

Bohaterowie, których losy poznajemy, to postacie realistyczne, dające wyraz tego, że warto poszukiwać nie tylko własnego miejsca na ziemi – i w wymiarze przyziemnym, jak i tym bardziej duchowym – ale również drogi, którą możliwe jest dojście do stanu spełnienia i szczęścia. To postacie ciekawie wykreowane, niosące wyraźną przeszłość, która – w wypadku wielu z nich – nie tylko wciąż pobrzmiewa echem, ale przede wszystkim determinuje wydarzenia. To osobowości na pozór proste, jednoznaczne i łatwe do pojęcia, jednak – co obrazuje rozwój wydarzeń – kryjące tajemnicę, coś, co uwypuklić może wyłącznie konkretna sytuacja. To postacie naznaczone przeszłością oraz silną potrzebą realizacji marzeń i zamiarów, pragnące tego, czego i my, żyjący w realnym świecie, oczekujemy – realizacji, stabilności, wzajemności. Michał Piedziewicz kreuje bohaterów, których postępowanie, choć nie daje świadectwa, nie niesie samo w sobie przekazu, to zdaje się ilustrować zarówno nas samych, jak i ludzi żyjących w odmalowywanych latach. To osobowości różne – kruche, delikatne, jednoznaczne, niejasne, zdecydowane, postępujące niemoralnie i nieetycznie – spojone wspólnym celem – osiągnięciem zamiarów, względnego szczęścia. 

Nad powieścią unosi się nie tylko klimat lat 20. i 30. XX wieku, ale również złudne poczucie, że wszystko się uda, że jest nadzieja... no, właśnie – nadzieja. To w pewnym sensie słowo klucz, wyraz wyrażający istotę Dżokera. I choć nie dla wszystkich bohaterów jest jednoznaczna, każdy interpretuje ją inaczej, reprezentując tym nie tylko odmienne postawy, ale nierzadko grupy społeczne, najczęściej jednak osobne interesy, to pełni kolejny spójny element wszystkich postaci, przewodnią myśl utworu. Książka reprezentuje stanowisko, według którego wszystko musi się udać, a przeciwności losu – takie jak finanse, niepowodzenia w miłości, rozstania, świadomość, że nadchodzi konflikt zbrojny, tęsknota – można pokonać. To tytuł przepełniony przekonaniem, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki, a jego osiągnięcie jest możliwe wyłącznie w Gdyni – w mieście cudów. Polecam.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG. 

środa, 6 stycznia 2016

192. Edaward H. Gryf "Przyjdź królestwo twoje. Tom I - Władza i wiara"

To, co czyni lekturę tej książki wyjątkową, to przede wszystkim integralne z akcją powieści tło – wzrastające szeregi chrześcijan. Właśnie ono stanowi o dobrej ocenie pierwszego tomu Przyjdź królestwo twoje, gdyż reszta – fabuła, bohaterowie rozwój wydarzeń, język – zdaje się kuleć, stanowić wyłącznie dodatek.

Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni trzeciego i czwartego wieku naszej ery przede wszystkim na terenie Rzymu. To, o czym opowiada recenzowana książka, to historia składająca się z kilku elementów, na pozór wyświechtanych i często wykorzystywanych w literaturze, jednak – za sprawą ciekawych rozwiązań i mnogości wątków – wciągających czytelnika. Walka o władzę stanowi integralny element walki przeciw chrześcijaństwu, miłość miesza się z religią, a dawny, odchodzący do lamusa świat, zdaje się ścierać z tym, co nadchodzi – z nowym ładem. 

Tło historyczne, które powinno stanowić dopełnienie przedstawianego świata, zdaje się go opanowywać, przejmować, odwracając uwagę czytelnika od właściwej akcji i bohaterów, skupiając jednocześnie uwagę na tym, co dzieje się w czasach, o których traktuje recenzowana książka. Dzieje się to nie bez przyczyny, gdyż wydarzenia i realia mocno wpływają na postawy i życie postaci, determinując ich zachowania i losy. Mamy do czynienia z bezwzględnymi władcami, którzy – w trosce o własne wpływy i znaczenie – próbują przeciwstawić się wszystkiemu, co godzi i osłabia ich urząd. Jednym z największych zagrożeń okazuje się wzrastające w siłę chrześcijaństwo, nie tylko znacznie i dynamicznie poszerzające liczbę wyznawców, ale przede wszystkim domagające się praw i zniesień tych zasad i dogmatów, które do tej pory stanowiły o świecie. Okazuje się, że na swojej drodze – prowadzącej zarówno do poszanowania ich wiary, jak i otrzymania wielu przywilejów – pojawiają się nie tylko ludzie, którzy w imię Stwórcy gotowi są poświęcić własne życie, ale również tacy, którzy na podstawie wzrastających nastrojów (pro i antychrześcijańskich) pragną osiągnąć rozmaite cele – zdobyć lub utrzymać władzę, wpływy albo się wzbogacić. Kontrastujące ze sobą wartości – świata odchodzącego, przemijających ideologii, trących na znaczeniu wierzeń w dawne bóstwa oraz rodzących się poglądów, zasad moralnych i rosnących w siłę przekonań – doprowadzają nie tylko do ścierania się ze sobą tych dwóch płaszczyzn, ale przede wszystkim do walk – nierzadko krwawych.

Starcia, o których mowa, to również fascynujący i wymowny portret, który ukazuje czytelnikowi autor. Opisy igrzysk, którymi władcy bawili poddanych, eliminując tym niepożądane zachowania i wzbudzając respekt przez cesarskim tronem i jego potęgą, to niezwykle realistyczne i obrazowe ustępy, których lektura naprawdę przenosi w czasie, czyniąc odbiorcę bezpośrednim świadkiem ukazywanych wydarzeń. Mowa przede wszystkim o prześladowanych chrześcijanach, których wyznanie, czyniące Boga, a nie cesarza, istotą najważniejszą, doprowadzało do licznych cierpień, tortur i poniżeń, rozgrywających się między innymi na arenach. Edaward H. Gryf plastycznie ukazuje kary, które ich spotykały – walki z bykami, pożeranie przez lwy, śmiertelne inscenizacje ukazujące sceny mitologiczne. Wszystko to, nie tylko wzbogaca powieść i głębiej osadza ją w przedstawianych realiach, ale przynosi wymierną wiedzę i poszerza świadomość. 

Pierwszy tom Przyjdź królestwo Twoje ukazuje ciekawie poprowadzone historie kilku bohaterów, z których nie sposób wyłonić przewodnią, najważniejszą. Śledzimy losy zarówno osób ze świecznika, decydujących o szerszych społecznościach, jak i tych, którzy poddawani są represjom, którzy muszą walczyć nie tylko o własne przekonania, ale przede wszystkim o życie. Pojawiają się również bohaterowie, którzy przechodzą przemianę, zarówno względem siebie, jak i innych – na przykład Mila, która swoją postawą zaskakuje Sylwestra pod koniec życia, niszcząc tym uczucie, jakim do niej pałał. Są to jednak postacie powierzchowne, które – choć ciekawie poprowadzone – nie reprezentują głębszych wartości, a ich postępowanie wynika przede wszystkim z przynależności do jednej z grup – chrześcijan i ludzi popierających tę religię, lub osób, które z nią walczą. To, o czym również warto wspomnieć, to niezwykle skomplikowana i zagmatwana fabuła, która – co ciekawe – dla czytelnika jest przejrzysta i zrozumiała. Pierwszy tom realizuje wiele motywów i zamierzeń bohaterów, a także zachowania, które najczęściej są sprzeczne ze sobą. Pojawiają się zemsty, knowania, prześladowania i miłość, a także walka o władzę, dominację, wolność wyznania i konflikty zbrojne. Wiele wątków wyjaśnia się w trakcie akcji, niektóre zaś – jak mniemam – zostaną rozwiązane w kolejnych tomach. I choć zdają się ustępować tłu historycznemu, opisom realiów, to – w moim przekonaniu – warto na nie czekać.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 2 stycznia 2016

191. Maciej Jastrzębski "Krym. Miłość i nienawiść"

Źródło
Krym. Miłość i nienawiść to książka, w której widoczne jest to, co ubrać w słowa, ukazać, uwypuklić jest niezwykle trudno – uczucia. Bohaterzy Jastrzębskiego to ludzie, których rzeczywistość zmusiła nie tylko do konfrontacji z tragicznymi i determinującymi losy sytuacjami, ale przede wszystkim do niełatwych wyborów, odrzucających możliwość kompromisu oraz bierne stanowisko. To ludzie żyjący w rozpadającym się świecie, w miejscu, które zdaje się wymykać spod ich kontroli. A wraz z nim – na wielu płaszczyznach – odchodzi nie tylko fizyczność, ale również cała metafizyka – wspomnienia, historia, oczekiwania.

Maciej Jastrzębski poznaje swoich bohaterów przez przypadek. Dzieje się to niedaleko granicy rosyjsko–ukraińskiej, gdzie spotyka Marianne z Symferopola oraz Fiodora z Moskwy, będących parą. Historia, jaką roztaczają przed autorem, dziennikarzem Polskiego Radia, staje się bazą pod pasjonującą opowieść o Krymie, o czasach, w których przyszło żyć mieszkańcom wyrywanego przez Rosję terytorium. To głęboka wyprawa między ludzi – w ich świadomość, uczucia, nastroje – oraz w to, co można nazwać duszą – zarówno ukraińską, jak i rosyjską. Maciej Jastrzębski roztacza bowiem przed czytelnikiem obydwie płaszczyzny, dwie strony, a także to, co w różnego rodzaju relacjach i opisach zanika – prawdziwy ludzki smutek, miłość, patriotyzm i poczucie potrzeby walki. Uważnie słuchając ludzi, którzy odmalowują przed nim swoje nastroje, nakreśla nie tylko tragiczne wydarzenia i opowieść miłosną, ale również wspomniane wyżej realia, odczucia mieszkańców Krymu.

Recenzowana książka to szeroki portret sytuacji wielu społeczności, których aneksja postawiła nie tylko w niejasnej, niekomfortowej i tragicznej sytuacji, ale przede wszystkim pozbawiła poczucia bezpieczeństwa i przynależności historyczno–kulturowej. To książka o ludziach, którzy po raz kolejny zostali w pewnym sensie wydziedziczeni, pozbawieni ojczyzny, niedobrowolnie przerzuceni na inną stronę, wbrew sobie ogrodzeni swoistym murem, osadzeni w rzeczywistości, która znacznie przerasta ich możliwości. I nie tylko pod względem fizycznym – realizującym się w postaci różnych ograniczeń i znacznych utrudnień – ale również duchowym, gdyż Krym. Miłość i nienawiść ukazuje to, co stanowi o ich aktualnej sytuacji – poczucie bezradności, lęku, strachu, rozpadu osobowości i przekonania o tym, że koniec – rozumiany jakkolwiek – jest rychły. Ludzie, o których pisze Jastrzębski, to między innymi Tatarzy – silnie naznaczeni i doświadczeni przez los. Ich cierpienie, istotnie wynikające z postawy Rosji, zakotwiczone jest znacznie głębiej, a jego przeżywanie – obserwowanie bieżących zajść, bezpośrednie obcowanie z nimi, codzienne spotykanie się z agresją i zbrodniczymi działaniami, niemożność zareagowania – nie tylko potęguje lęk przed tym, co następuje, ale przywodzi na myśl tragiczną przeszłość.

To, co ukazuje Maciej Jastrzębski, to także swoisty kontrast między tym, co jest a wyobrażeniem o tym, jak być powinno bądź jak rzekomo będzie. Postawy pierwszoplanowych bohaterów jednoznacznie odzwierciedlają takową rozbieżność, a ich uczucie – miłość – nadaje różnicy poglądów zupełnie inny, znacznie ważniejszy i głębszy wymiar. Mamy do czynienia z postaciami miotającymi się pomiędzy patriotyzmem, uogólnieniami, namiętnością, potrzebą opowiedzenia się po "swojej" stronie oraz niesienia prawdy. Marianna i Fiodor reprezentują podobne typy osobowości, naznaczony podobną hierarchią wartości i systemem moralnym. Jednak, gdy dochodzi do aneksji Krymu oraz innych zbrojnych i społecznych wykroczeń Rosji, między bohaterami pojawia się przepaść, znaczna różnica ideologiczna: Marianna otwarcie mówi o tym, że Ukrainie została wypowiedziana wojna, odczuwając przerażenie i nienawiść, gdy Fiodor traktuje te same wydarzenie zgoła inaczej – jako wyrównanie niesprawiedliwości, niesienie pomocy, zaprowadzanie porządków. Ona jest wierna swoim ideałom, reprezentując krymską społeczność, on stanowi zaś przykład dumnego Rosjanina, poddanego propagandzie, dostrzegającego wyłącznie to, co chciałby dostrzec. Za sprawą miłości, empatii oraz tragicznych wydarzeń –  porwania Marianny, nieprzyjemności, jakie dotknęły jej rodziców – bohater zdaje się przechodzić powolną przemianę, wychodząc z komfortowego położenia, a jego partnerka zaczyna rozumieć, że nie jest w stanie zmienić świata.

Krym. Miłość i nienawiść to książka dobra, godna polecenia i ważna z kilku powodów. Po pierwsze, rzetelnie, dosadnie i "od środka" dostarcza informacji o wydarzeniach na Krymie, obrazując to, co najpełniej ukazuje tragizm i powagę sytuacji – uczucia mieszkańców. Po drugie, uwypukla i głównym obiektem zainteresowania czyni człowieka, jego przeżycia i zachowania, dzięki czemu dostarcza interesujące portrety psychologiczne. I po trzecie, najważniejsze, stanowi wymowne świadectwo, kształtujące postawę czytelnika.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.