czwartek, 29 grudnia 2016

286. Arkadiusz Rączka "Herezja"

Moje zainteresowanie tą książką okazało się strzałem w dziesiątkę. Choć nie byłem przekonany, czy to na pewno pozycja dla mnie, czy zainteresuję się jej treścią, prędko nabrałem przekonania, że fabuła i bohaterowie intrygują równie wielce, co okładkowy opis, a świat przedstawiony tak silnie wciąga, że na czas lektury zapomina się o własnym – niezależnie od okoliczności. 

Herezja to średniowieczna powieść drogi, prowadząca przez katarską i mandejską herezję, przynosząca szereg obrazów i niezliczonych wydarzeń, skupionych wokół poszukiwań słynnego, mitycznego wręcz, Świętego Graala.

To, co w moim przekonaniu stanowi nadrzędną cechę recenzowanej powieści, to swoista mistyczność, objawiająca się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim uchwytna jest w wymiarze klimatu oraz w nastrojowości, sugestywności i obrazowości tekstu. Bo jest to, co pogrubioną czcionką należałoby podkreślić, utwór, który niezwykle mocno oddziałuje na czytelnika, głównie na jego wyobraźnię i poczucie przynależności do innego, poznawanego, świata. To jedna z tych książek, które frapują, które nie pozwalają na odejście od siebie, nim nie przebrnie się przez znaczną część historii. Wszystko, co składa się na płaszczyznę obrazu, zostało przez autora poprowadzone z niebywałą wzorcowością i starannością. Tekst jest wdzięczny i wymiernie oddaje nastrój epoki oraz realia, w których toczy się akcja utworu, a wszelakie opisy – zarówno bohaterów, jak i miejsc czy sytuacji – wydają się pełne i na tyle wymowne, by można było odbierać je jako coś więcej – jako przyczynek do szerszego poznania czy zrozumienia kreowanej rzeczywistości. W związku z gatunkiem, który reprezentuje Herezja, czyli powieść drogi, bohaterowie utworu przemieszczają się, a wraz z nimi uwaga narratora, obiekt jego zainteresowań. W ich skład wchodzą oczywiście rzeczy wymagane, takie jak miejsca, rozgrywające się sytuacje, pojawiające się postacie, ale również rozmaite kurioza i błahostki – definiowane tak w odniesieniu do rozwiązania utworu – które stanowią niemałe smaczki, możliwe do odczytania wyłącznie przy uważnej lekturze. Dzieje się bowiem dużo, zarówno bezpośrednio w akcji, jak i poza nią, a mianowicie we wszystkim tym, czym raczy nas narrator. Mam na myśli przede wszystkim szereg zjawisk, koncepcji, idei, postaw i warunków, które są tożsame z czasami, w których dzieje się akcja utworu, którymi w sposób płynny została ubogacona opowieść. Ścieranie się wartości, tendencji, poglądów, systemów moralnych, podejść i zapatrzeń, w tym niby jednolitym okresie, zajmują i autora, i bohaterów, co sprawia, że książka Arkadiusza Rączki oferuje znacznie więcej, niż porządną, wartą uwagi rozrywkę. Powieść niesie bowiem ze sobą wymierną wiedzę, dotyczącą i tego, co przyziemne, powiedzmy historii czy społeczeństwa, jak i czegoś istotniejszego, nadrzędnego, m.in. filozofii czy środowiskowej mentalności. 

Opisowość utworu stanowi również niebywałą zaletę w odniesieniu do ukazywania postaci, ich psychologizacji czy takiego kreowania osoby, obrazu, które polega na wplątywaniu bohatera w różne zażyłości, zdarzenia czy prądy, i na podstawie tych relacji generowaniu wizji jego natury i osobowości. To absolutnie ciekawe, zwłaszcza że w recenzowanej powieści rozmaitych różnic, kontrastów oraz odmiennych typów m.in. ideologicznych jest niemało, więc czytelnik może obserwować różne zachowania i różne postawy, dokonując tym niezwykle szerokiej panoramy. Dotyczy ona również tego, co stanowi o przedstawionym świecie jako takim – o jego prawidłach, wartościach, zasadach oraz historyczności. Także pod tym względem Herezja intryguje, gdyż zapewnia opowieść, która realizuje się na wielu polach i w wielu wymiarach, mocno wykraczającą poza ramy fabularne, wkraczającą w subiektywne pola interpretacyjne i poznawcze.

Recenzowana książka to powieść ciekawa i magiczna, idealna zarówno do niezobowiązującej lektury i rozrywki, jak i zaspokojenia potrzeb bardziej wymagającego odbiorcy. To powieść, która prezentuje ciekawą historię poszerzoną o liczne plany, konteksty, idee i niedopowiedzenia. Utwór Arkadiusza Rączki to niebywała okazja do podróży w odległe czasy, do zatopienia się w ich klimacie, pejzażu i wszystkim tym, co stanowi o ich wyjątkowości.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

285. Charles Dickens "Klub Pickwicka"

Samuel Pickwick, założyciel tytułowego klubu, to mężczyzna dobroduszny i szlachetny, zrzeszający wokół siebie niebanalnych ludzi. Założywszy wspomniany klub, wpada na pomysł podróży w głąb Anglii, w celach poznawczych – zarówno wyjątkowych miejsc, jak i postaci. Pomysł, jakże ciekawy, prędko został zrealizowany, przynosząc samemu bohaterowi, jak i towarzyszom podróży, niemało osobliwych przygód i znajomości.

Klub Pickwicka to książka, która zachwyca czytelnika przede wszystkim prostotą i wysublimowaniem, objawiającym się na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, Dickens ma niebywałą umiejętność opowiadania historii, takiego przedstawiania i obrazowania, które, choć niby nietrudne, uchwytne, okazuje się niebanalną panoramą niezmiernych charakterów, zjawisk, realiów, czasów oraz prawideł, które stanowią zarówno o rzeczywistości, jak i społeczeństwie. To fascynujące, że równocześnie, niby przypadkiem, niby w drodze – bo przecież recenzowana książka to powieść drogi – kreśli portrety zarówno ogólne, obiektywne, szerokich grup czy wąskich społeczności, jak i indywidualności, konkretnych postaci, których zachowania i postawy są znaczące nie tylko dla akcji utworu, ale również dla odzwierciedlanych realiów. To pozycja pod tym względem wybitna, przynosząca szereg okazji do wymiernej obserwacji i typów, i charakterów, i poszczególnych postaci, która pozwala na coś więcej, niż zwykłą, rozrywkową lekturę. Czytelnik może, co istotne, współtworzyć wizję przedstawianego świata, wyciągając własne wnioski na temat pojawiających się bohaterów czy rozgrywających się sytuacji, poszerzając tym świat, który poznaje w lekturze. To ważne, gdyż Dickens, popełniając powieść drogi, w moim mniemaniu wyszedł z założenia, by ukazać bogactwo społeczne przemierzanego miejsca, umożliwiając odbiorcy nie tylko obserwację, ale i pełne poznanie. Po drugie, wszystko, co zostaje opisane, pokazane jest niemal w złotych proporcjach – uwypuklone zostają rzeczy ważniejsze, delikatnie wspomniane mniej istotne; jednym bohaterom zostaje poświęcone więcej uwagi, innym mniej. Podróżując, postacie Dickensa doświadczają różnych przygód i znajomości, i choć nie wszystkie naświetlone zostają szeroko, dosadnie, dzięki niebywałym umiejętnością autora, czytelnik odnosi wrażenie pełnego poznania opisywanych miejsc oraz takiej wyjściowej perspektywy, która daje wgląd we wszystkie płaszczyzny literackiej rzeczywistości. Po trzecie, przemierzając kolejne miejsca i poznając kolejnych bohaterów, nieustannie uzewnętrznia się natura głównych postaci, wszystko to, co o nich stanowi. Z jednej strony ciągle posuwamy się do przodu, wchodząc coraz głębiej w dickensowski świat, a z drugiej permanentnie zatapiamy się w naturze bohaterów. Można zatem odnieść wrażenie, że lektura opiera się na tych dwóch poznaniach: rzeczywistości oraz postaci.

To, co znamienne dla Dickensa, objawia się również w Klubie Pickwicka. Nadzwyczajny dar opowiadania i budowania atmosfery, klimatu, kunsztowność literacka oraz celowość i wyjątkowość słowa to jedne z tych elementów, które tworzą wspaniałą rzeczywistość recenzowanej pozycji. Celność spostrzeżeń oraz trafność obserwacji, a także klarowność, a przy tym magiczność, obrazów, budują misternie skonstruowany świat, który, choć na pozór prosty i być może oczywisty, jest niebanalny i intrygujący. Wszystko, co się na niego składa, zachwyca i współistnieje: bohaterowie z realiami, wydarzenia z ogólnymi sytuacjami, opis z opisywanym obiektem. Cała powieść funkcjonuje na zasadzie maszyny, tak, że odnosi się wrażenie, że wszystko się ze wszystkim zazębia, a przy tym funkcjonuje w sposób zgoła naturalny i logiczny. Dickens obserwuje niezwykle uważnie, nie wyciąga pochopnych wniosków, pozwala wybrzmieć konkretnym zdarzeniom i bohaterom, nie szczędząc przy tym ironicznych zauważeń czy wysublimowanego humoru. To, co dla tej powieści istotne, oprócz panoramy społeczeństwa oraz portretów konkretnych charakterów, to atrakcyjność językowa, realizująca się zarówno na płaszczyźnie języka jako takiego (stylu, doboru słów, obrazowości), jak i jego wydźwięku – w tym humoru. Nie raz, nie dwa podczas lektury można się zaśmiać, nie tylko ze względu na dowcipność czy aluzyjność, ale przede wszystkim na trafność uwagi czy obserwacji. 

Książka Dickensa zasługuje na uwagę wielu czytelników, zwłaszcza tych, którzy zaczytują się powieściami drogi, utworami, w których istotą są portrety psychologiczne oraz społeczne, a także miłośników kunsztownie kreowanych opowieści, dokładnie przemyślanych i wyważonych. To pozycja absolutnie interesująca, popełniona z rozmachem, a przy tym stoicyzmem. Nie sposób poczuć znużenia czy zagubienia, choć wydawnictwo jest niezwykle misterne i bogate w bohaterów oraz wydarzenia. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

piątek, 23 grudnia 2016

284. Irena Wyczółkowska "Mitoplotki"

Książka Ireny Wyczółkowskiej to interesująca wyprawa w starożytność, poprowadzona nieco inaczej, niż czytelnik mógłby się spodziewać. Kluczem do zrozumienia sprawy, podejścia autorki do omawianych tematów, powinien być tytuł, Mitoplotki, który rzetelnie odzwierciedla to, co stanowi o recenzowanej pozycji. Książka składa się bowiem z krótkich tekstów, okołomitologicznych, zajmujących się albo mniej znanymi informacjami lub tropami interpretacyjnymi, albo znanymi postaciami i sytuacjami, przedstawionymi w zupełnie świeży sposób. 

Książkę podzielić można na dwa zasadnicze bloki. Pierwszy, pisany prozą, dotyczy różnych rozważań, spostrzeżeń, dociekań oraz myśli, podpartych tematami mitologicznymi i starożytnością w rozmaitych zakresach: historycznych, kulturowych, społecznych. Drugi, liryczny, składa się z wierszy autorki, które opierają się na podobnych motywach.

Mitoplotki to pozycja, która zachwyca przede wszystkim lekkością, z jaką została napisana, oraz nieoczywistym podejściem, które objawia się na wielu płaszczyznach każdego utworu. Nawiązuję w dużej mierze do poczucia zaskoczenia, zaintrygowania, wynikającego z przełamania  wizji korzystania z dzieł starożytności, która determinuje myślenie o nich w sposób patetyczny, w pewnym sensie mistyczny. Teksty, które dotyczą tej literatury i kultury, poznawane głównie w szkole lub za sprawą powszechnie znanych przekazów, jawią się poważnie i fundamentalnie – zarówno w wymiarze literackim, jako podwaliny naszej tożsamości, jak i historycznym. Przez to, przez to postrzeganie, zwykliśmy podchodzić do tej literatury inaczej, jakby z dystansu, zaliczając ją do sfery sacrum. Autorka, Irena Wyczółkowska, w swoich utworach nie tylko przekracza tę niespisaną zasadę, ale traktuje źródła, do których się odwołuje, zupełnie inaczej, zabierając się za nie zupełnie na około. Wyciąga z nich różne cząstki, elementy i obrazy, i poddaje je takim literackim tudzież intelektualnym zabiegom, by wydobyć z nich zupełnie nowe twarze, wyrazy, które zaskakują nie tylko przekazem, ale i formą. Jednym słowem, bawi się, jednak nie robi tego w sposób bezcelowy, a starannie przemyślany. Kreując różne toki myśleniowe, naprowadzając czytelnika na zupełnie nowe tropy interpretacyjne i poznawcze, rzutując to, co opisane i dokonane, na to, co aktualne i dopiero zachodzące, uaktualnia źródła starożytne. Przeplata bowiem zmartwienia, problemy, mentalność oraz bohaterów kultury antycznej z dzisiejszą codziennością i naszymi rozterkami, społecznościami oraz zjawiskami, pozwalając tym na ponowne odczytywanie dzieł kanonicznych i nabranie świadomości, że to, co minione, jest tożsame z nami – z naszą osobowością, relacjami czy zawiłościami. 

Ironiczne poczucie humoru, przewrotność oraz duża zdolność budowania niebywałych obrazów na podstawie analogii to nadrzędne cechy autorki, które uwypuklają się w utworach wchodzących w skład recenzowanego wydawnictwa. Wizja ciągłości, która stanowi o sile tej książki, kreowana jest przez pisarkę niezwykle sprawnie i silnie, a jej wymiar, jakże dosadny i trafny, najmocniej wpływa na odbiorcę. To niemała zaleta Mitoplotek, że tak płynnie łączą to, co ponadczasowe, z tym, co doczesne, a także to, co wysokie, z tym, co na pozór niskie. Powszedniość miesza się tu z wyjątkowością, codzienność ze sferą sacrum, przeszłość z teraźniejszością, wysublimowanie z prostotą, a patetyczność z powszechnym humorem. To książka zdecydowanie intrygująca i z wielu względów aktualna. Choć korzysta z dorobku antyku, nie wymaga szerokiej znajomości tej spuścizny. Broni się bowiem, za sprawą przejrzystości i obrazowości, samą sobą, i jako dzieło zupełnie indywidualne przynosi refleksje, różne emocje i spostrzeżenia, które pozwalają dostrzec w niej nie tylko nawiązania do wiadomych źródeł, ale również wyraźną niezależność.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

283. Georg Heym "Umbra vitae"

Umbra vitae to tomik, który podporządkowany jest jednej myśli, jednemu nastrojowi, płynnie udzielającemu się czytelnikowi podczas lektury. Zebrane wiersze stanowią nie tylko wnikliwą analizę przeżyć wewnętrznych autora oraz wizji nadchodzących czasów, ale również swoistą wyprawę w przyszłość, w XX wiek, którą my, współcześni, potrafimy skonfrontować z historycznymi realiami, dostrzegając, że obawy podmiotu lirycznego bynajmniej nie okazały się bezpodstawne.

Wiersze z recenzowanego tomiku stanowią w dużej mierze przykłady utworów katastroficznych, prezentujących konkretną, uściśloną wizję, dotyczącą nie tyle rychłej katastrofy, zagłady i definitywnego końca (choć także), ile strachu wobec niewiadomej, którą skrywają nadchodzące czasy. To teksty, które kreują specyficzny nastrój, naszpikowany różnego rodzaju lękami, obawami oraz przejawami destrukcyjnych zachowań. To przede wszystkim zbiór, który w sposób dosadny wyraża powątpiewanie względem tego, co przyszłe, względem XX wieku, nowego świata oraz tego, na co się zanosi. Upadek wartości i znaczenia jednostki, wzrastanie znaczenia miast i przemysłu, a także różnego rodzaju napięcia i niejasności, będące wymownymi zapowiedziami okrutnych wydarzeń, zdają się stać u podstaw wierszy, tworzyć fundament przedstawianej poezji. W tych utworach przeplatają się perspektywy i postawy, a także obiekty odnoszenia, gdyż z jednej strony dotyczą losów jednostki, a z drugiej tak szerokich i obcych społeczności, jak wielkie miasta. Zróżnicowane są również tematy, jednak trwałe, nadrzędne pozostają nastoje niepewności oraz strachu.

Georg Heym porusza w swoich wierszach przede wszystkim rozpad, rozumiany najszerzej. Dotyczy on bowiem zarówno płaszczyzny fizycznej, indywidualnej, i wyraża się w nieuchronnym przemijaniu, śmierci oraz wszystkimi następstwami, które są z nią związane, jak i społecznej, realizującej się w wizji schyłkowej cywilizacji, upadku wartości moralnych i wszystkiego tego, co stanowi o ważności człowieka. Sposób postrzegania istoty, jakże tożsamy z okresem, w którym powstawały recenzowane utwory, polega głównie na odjęciu jej wszystkiego tego, co szlachetne, wzniosłe, wyjątkowe i wywyższające, oraz na podkreśleniu marności, nikłości oraz przypadkowości. To wiersze, w których my, ludzie, opisani zostajemy jako ci, którzy nie ważą i nie znaczą, którzy prędko odchodzą, znikając w niepamięci. Co więcej, obraz tego, co czeka nas po śmierci, naszych ciał i dusz, również zostaje uwypuklony. Przedstawia on ludzkie ciała w fazie rozkładu, w pełni oddane różnym procesom i naturze, duszę zaś targaną skrajnymi emocjami, błądzącą i cierpiącą. Ta panorama istnienia, choć dobrze znana literaturze, skonfrontowana  z nastrojami epoki, w której powstała, przeraża i intryguje trafnością wizyjności oraz rzetelnością w oddawaniu tego, co wyraża te czasy.

Wiersze, które wchodzą w skład Umbra vitae, wydane pośmiertnie przez przyjaciół poety, oprócz apokaliptycznej wizji upadku, posługują się również wieloma innymi obrazami oraz konwencjami, takimi jak turpizm czy perspektywa jednostki względem miasta – jego ogromu, monumentalności. Utwory te podporządkowane są omawianemu prędzej nastrojowi, przeczuciu zbliżającej się klęski oraz strachu przed przyszłością, a także mroczności, realizującej się na granicy nocy i dnia, snu i jawy, życia i śmierci, strachu i przerażenia. Te przeplatające się ze sobą płaszczyzny, graniczne stany i enigmatyczne wizje, zdeterminowane nieustannym poczuciem grozy oraz ekspresywnym sposobem przedstawiania, podparte obrazami rozczłonkowania człowieka według sprzecznych stanów oraz niejasnych pragnień, pozwalają całkowicie zanurzyć się w atmosferze  przełomu XIX i XX wieku, a także utożsamić się zarówno z nastrojem, jak i przekazem wierszy. Wiele obaw i zjawisk, którym poeta poświęca uwagę, co ciekawe, istnieją w naszej świadomości również dzisiaj, więc wiersze wciąż jawią się jako aktualne.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 10 grudnia 2016

282. Juliusz Wojciechowicz "Bez znieczulenia"

Opowiadania Wojciechowicza to utwory, które oddziałują na czytelnika na kilku płaszczyznach, z których prym zdaje się wieść zaskoczenie. Autorowi udaje się to osiągnąć za sprawą wielu technik i sposobów, jednak największą zasługę ma w tym obraz kreowanego świata – nieco prześmiewczy, przerysowany, groteskowy. Wszystko to, cała ta wizja podparta przewrotnymi formami, intryguje i nie pozostawia odbiorcę obojętnym. 

Bez znieczulenia to zbiór opowiadań, będących swoistym obrazem rzeczywistości, w której żyjemy, a która, w mniejszym lub większym stopniu, kuleje. Autor, Juliusz Wojciechowicz, wszystko to, co stanowi o nas samych i o naszym świecie, zamyka w ramach krótkich tekstów, generując je w sposób, który dosłownie poraża czytelnika. Bo te utwory, niezależnie od ograniczeń, jakie determinują ten gatunek, stanowią przykład świetnie napisanych i poprowadzonych opowieści, prezentujących zarówno wymowny obraz, jak i to, do czego się odwołują. 

Opowiadania, które wchodzą w skład recenzowanego zbioru, najpełniej charakteryzuje stwierdzenie, że bije z nich celowość. Czytając, nie sposób utracić wrażenia, że kreowane światy kreowane są dokładnie po coś, w konkretnym celu, który odczytać możemy jako próbę uchwycenia tego, co nas, współczesnych, otacza. To obraz rzeczywistości ukazany w różnych zwierciadłach (krzywych, zabawnych, strasznych, przewrotnych itd.), których nadrzędną funkcją jest wprowadzanie czytelnika w określone stany czy postawy. I tak jest, w istocie – nastrój i klimat konkretnych opowiadań, a także bohaterowie i wydarzenia, które o nich stanowią, zaznaczają się nie tylko w świadomości czytelnika, za sprawą wyraźnych czy sugestywnych obrazów, ale również w jego wymiernej, bezpośredniej reakcji. Bo śledząc losy konkretnych postaci, zagłębiając się w poszczególne panoramy i wizje, nie można nie poddać się realnym wpływom, przynoszącym takie owoce, jak szczere zaskoczenie czy rozbawienie. Nie raz, nie dwa, podczas lektury, dawałem się zaskoczyć, nie tylko na płaszczyźnie tekstu, jako takiego (toku zdarzeń), ale przede wszystkim wymyślnej formy, odwołującej się do różnych konwencji czy sposobów manipulacji odbiorcą. Mamy do czynienia choćby z nawarstwianiem się podobnych obrazów, wykorzystywaniem utartych schematów i figur w zupełnie nowy sposób, operowaniem typami i skojarzeniami oraz niespodziewanymi zakończeniami, przewrotnie puentującymi opowiadania. 

Juliusz Wojciechowicz operuje stylem, który prezentuje się szalenie ciekawie, zapewne ze względu na swą osobliwość. Posługuje się wieloma sposobami obrazowania, tworząc swoiste miraże, mieszając rozmaite konwencje i rodzaje gry. Jego opowiadania opierają się na satyrze, grotesce i czarnym humorze, a także na takim podejściu do ukazywanych historii, by tragedia i komedia, blask i ciemność, jednoznaczność i niejednoznaczność mieszały się, tworząc zaskakujące wizje i niemałe zdumienie w oczach czytelnika. Pisząc o tym, przywołuję w głowie Miętówkę, jedno z opowiadań, które zaskoczyło mnie zupełnie niespodziewanym zakończeniem. Bez znieczulenia proponuje utwory dokładnie przemyślane i różnorodne, przedstawiające nie tylko szeroki wachlarz treści i patentów, ale również znaczeń oraz przekazów. Jedne bawią i w sposób najprostszy zaskakują, inne zatrważają trafnością i ironią, inne wręcz umoralniają. Wszystko to zaserwowane jest niebywałym, ciętym, mocnym, przemyślanym językiem, z którego można wyciągnąć wiele dobrych fraz, sprawdzających się równie dobrze poza kontekstem i opowiadaniem. 

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 8 grudnia 2016

281. Marcin Sanakiewicz "Telewizja ponowoczesna. Logiki i imaginacje medialne"

Być może nieroztropnie uogólniam, ale wyróżnić można dwa wyraźne obozy, których dyskusja rozgrywa się w związku z istotą telewizji: przeciwników oraz zwolenników. Prawdopodobnie, co mogą potwierdzać wyniki oglądalności różnych programów, tych drugich jest więcej, jednak nie sposób nie usłyszeć głosów antagonistów, twierdzących, że telewizja nie jest warta uwagi, że należy się jej wystrzegać, że są inne, szlachetniejsze, formy spędzania czasu oraz przyjmowania różnych treści. Nie oceniając tych stanowisk ani nie utożsamiając się z żadnym z nich, pozwolę sobie wydać opinię, która zawiśnie ponad nimi, która ma charakter ogólny, obiektywny: media (na czele z telewizją) intrygują na płaszczyznach struktury, fenomenu oraz z relacji z odbiorcą. W związku z tym spostrzeżeniem, a także z zainteresowaniami środkami masowego przekazu, zdecydowałem się na lekturę książki Marcina Sanakiewicza.

Telewizja ponowoczesna. Logiki i imaginacje medialne traktuje o tym, co obserwujemy, oglądając telewizję. Autora zajmuje jednak nie produkcja, sama w sobie, a wszelkiego rodzaju procesy, idee, chwyty i tendencje w tworzeniu różnych programów, a także to, co ma miejsce w bezpośredniej relacji z widzem. To książka, która rozbiera na czynniki pierwsze, stojące u podstaw ponowoczesnej telewizji, zasady, obrazując prawidła i realia, które determinują jej funkcjonowanie. Tematy, które przedstawia, ukazuje nie tylko przez pryzmat teorii, domysłów i spostrzeżeń, ale przede wszystkim za sprawą licznych przykładów, porównań i odwołań. Choć jest to pozycja, o czym należy niewątpliwie wspomnieć, wydana w ramach Ogólnopolskiego Konkursu Medi@stery, mającego za zadanie promocję najlepszych prac magisterskich napisanych przez absolwentów studiów dziennikarskich, mogą ją śmiało czytać ci, którym obcy jest naukowy czy akademicki tok rozumowania tudzież język, gdyż nawet dla laików tematu praca ta jawi się jako zrozumiała i czytelna.

Sanakiewicz, zajmując się realnością telewizji, pisze głównie o tym, jak rzeczywistość, w której żyjemy, którą dobrze znamy, zostaje przedstawiana  w tv, jakim procesom, kodyfikacjom czy zmianom zostaje poddana. Ten bez wątpienia najszerzej omówiony temat, przynosi niezwykle hojną garść informacji oraz wniosków, zwracających uwagę odbiorcy na rzeczy, które dotąd mógł nie dostrzegać. Bo wiadomości czy komunikaty, jakie odbieramy, korzystając z dobrodziejstw różnego rodzaju programów, wbrew rzekomo prawym intencjom czy naszemu dość naiwnemu podejściu, niekoniecznie przekazywane są w sposób czysty, niezmącony ingerencją nadawcy czy jego wartościowaniem. Właściwie wszystko, co zostaje nam oferowane, podlega pewnym przeróbkom i wpływom, które, co należy zaznaczyć, nie zawsze mają charakter propagandowy czy radykalnie wpływający na postawę odbiorcy, a dość często wpisujący się w wizję, konwencję czy potrzebę programu. Pod tym względem autor przygląda się wielu czołowym pozycjom antenowym, takim jak Wiadomości, Fakty czy Wydarzenia, dokładnie analizując konkretne odcinki, ukazując zarówno zależności między nimi, jak i wszelkiego rodzaju deformacje lub zmiany w przedstawianiu rzeczywistości. Rzecz odnosi się również do niezwykle ciekawych zjawisk medialnych, jakimi są na przykład generacje problemów i afer, które są postrzegane w tych kategoriach wyłącznie przez medialne omówienia oraz nagłaśnianie. Dzieje się tak za sprawą przekształcania zdarzeń potocznych w wyjątkowe oraz tych niecodziennych w zwykłe. Sanakiewicz pisze również współtworzeniu przez widza telewizyjnej rzeczywistości, a także przygląda się wielu programom, stosując podejścia stricte badawcze: pod względem mieszania narracji, dobierania tematów czy innych temu podobnych płaszczyzn.

Telewizja ponowoczesna dotyczy również zjawisk, o których nieświadomy odbiorca, czyli taki, dla którego istotna jest wyłącznie treść, nie forma, być może nie ma pojęcia. Pod tym względem to książka, która rzeczywiście otwiera oczy, przynosi wymierną wiedzę i zwraca uwagę na elementy telewizyjnej rzeczywistości, które, choć tworzą ją w znacznym sposób, determinując wręcz, umykały dotąd widzowi. Mowa tutaj między innymi o przedstawianiu telewizji w telewizji, swoistych zabawach i rytuałach, filtrach i tendencjach, obrazowania obrazami, ścieraniu się wartości materialnych i niematerialnych oraz udawaniu – co należy podkreślić – przez różne programy prawdziwej rzeczywistości. To, o czym należy wspomnieć, to rozpiętość badań i obserwacji, jakie prowadzi autor. Pisząc o konkretnym, powiedzmy, że zawężonym, zjawisku, nie ucieka od innych, które – co świadczy o zagmatwaniu tematu – je współtworzą. Co ważne, przedstawia tę panoramę prowadzonych obserwacji w sposób stonowany, segregując treści i nieustannie podpierając je mnogimi przykładami.

Książka Marcina Sanakiewicza to pozycja, którą warto przeczytać, gdyż pozwala dociec wielu prawd i zweryfikować pewien element współczesnej telewizji. To książka oferująca przejrzyste, zrozumiałe i ciekawie przedstawione informacje, niosące nie tylko teoretyczną, ale przede wszystkim praktyczną wiedzę. Choć narracja prowadzona jest w duchu stricte akademickim, wydawnictwo polecić można wszystkim czytelnikom, nie tylko tym, którzy są w jakiś sposób wtajemniczeni w omawiane zagadnienia.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 16 listopada 2016

280. Tomasz Pospieszny "Zapomniany geniusz. Lise Meitner - pierwsza dama fizyki jądrowej"

Zapomniany geniusz. Lise Meitner - pierwsza dama fizyki jądrowej to biografia niezwykła. Muszę o tym wspomnieć na wstępie, bez żadnych szerszych zapowiedzi, gdyż to stwierdzenie, obecne we mnie już podczas lektury, najpełniej oddaje jej naturę. To książka genialna nie tylko dlatego, że przedstawia losy genialnej kobiety, ale również ze względu na niemałe umiejętności autora, który z wielu faktów, wydarzeń i zjawisk, jakie miały miejsce zarówno bezpośrednio w życiu bohaterki, jak i w czasach, w których żyła, tworzy klarowny, jednolity, choć wielowymiarowy, portret. Portret, który intryguje, wzrusza, wzbudza wzburzenie, żal i współczucie, a równocześnie niezmierzoną motywację. Wynika to przede wszystkim z wyraźnego obrazu, jaki następuje podczas czytania książki Tomasza Pospiesznego. Mam na myśli ukazanie Lise Meitner jako tej, która nieustannie i nieustępliwie, wbrew przeciwieństwom, konwenansom oraz różnego rodzaju  trudom, którymi była traktowana zarówno przez środowisko naukowe, jak i ogół społeczeństwa i wydarzenia historycznie, dążyła do postawionych sobie zadań. Nie zwątpiła bowiem w wartość nauki, we własną celowość i znaczenie, na przekór brnęła w to, co odbierała zarówno jako własną pasję i rolę, jak i swoistą powinność. Ten intrygujący portret przemagania niemożności oraz uczciwej – co należy podkreślić wielkimi literami – walki, jawi się czytelnikowi jako ewidentna realizacja myśli, jakoby wszystko było możliwe, jeśli pragnienie podparte jest rzetelnym działaniem i staraniami. 

To, co zajmuje autora, to nie tylko ogrom pracy, która właściwie zdeterminowała i ułożyła życie Meitner, ale również wszelki odbiór na jej działania. Gdy świat zachwycał się wynikami badań i przełomowymi odkryciami, za którymi stał zespół naukowy, w którego skład wchodziła bohaterka Pospiesznego, środowisko naukowe oraz różnego rodzaju komisje, będące decyzyjne wobec przyznawania prestiżowych i znaczących nagród, wyrażało nie tylko nieufność względem Meitner, ale wyraźną ignorancję i pogardliwość. Czasy, w których żyła, nie tylko zostały naznaczone straszliwymi wojnami – które stanowią znaczący okres w życiu uczonej – ale również krzywdzącą pozycją kobiet, które zostały podporządkowane mężczyznom oraz wyrzucone przez nich ze wszystkich ważnych obszarów. Tak więc austriacka badaczka, mimo wielkiej, przeogromnej inteligencji, wiedzy oraz zdolności, wbrew sukcesom, które odnosiła na płaszczyźnie odkryć i spostrzeżeń, nieustannie bywała spychana poza główny nurt nauki, co realizowało się nie tylko jako niechętne uznawanie wyników jej prac, ale głównie jako wyalienowanie z najbardziej widocznej części tego środowiska, a mianowicie z różnego rodzaju elit oraz miejsc, w których naukowcy bywali doceniani – ze społeczności akademickich oraz wąskich tytułowanych odpowiednimi nagrodami grup. Mimo celowemu nietraktowaniu Meitner jako osoby wybitnej, znaczącej dla świata nauki, mimo nierównemu postrzeganiu jej dorobku przez pryzmat ogólnego stanu nauki tamtych lat, kariera badaczki nabierała rozpędu, a znaczenie jej osoby rosło z roku na rok. Owocowało to nie tylko szerszym uznaniem, ale również przełamywaniem pewnych stereotypów – uchodzących dotąd za dogmaty, za święte racje. 

Książka Pospiesznego to w równym stopniu obraz kobiety, która pokonuje różnego rodzaju bariery, udowadniając tym własną wartość oraz wartość własnej pracy, co obraz osoby, która na wielu polach poniosła swoistą porażkę. Hitlerowska polityka kraju, z którym związała znaczną część naukowego życia, nie oszczędziła samej badaczki. Prześladowana za żydowskie pochodzenie, w obawie o własne bezpieczeństwo, musiała przymusowo wyemigrować, odcinając się tym nie tylko od dotychczasowych kompanów nauki, ale również od niej samej. Przebywając na wygnaniu, doświadczyła głębokiej depresji, wynikającej z braku możliwości przeprowadzania badań, realizacji tego, co dotąd stanowiło o jej istnieniu – naukowych poszukiwań oraz rozstrzygnięć. Korespondencja, jaką wówczas prowadziła, a także obserwacja jej losów i poczynań, ewidentnie ukazują, jak istotna  była dla Meitner fizyka. Jej brak, a także nieobecność w środowisku, o przynależność do którego tak intensywnie walczyła, pozostawił na bohaterce książki niemałe piętno. Równie smutno, co obraz cierpienia na wygnaniu, jawią się wydarzenia związane ze zrozumieniem zjawiska rozszczepiania jądra atomowego, które zostało przypisane wyłącznie wieloletniemu przyjacielowi i współpracownikowi badaczki, mimo jej ogromnego współudziału. 

Zapomniany geniusz. Lise Meitner - pierwsza dama fizyki jądrowej to książka smutna i wymowna. Ukazuje czytelnikowi niewątpliwie intrygujące losy wybitnej austriackiej uczonej, naznaczone z jednej strony smutkiem i niesprawiedliwością, która wynikała z prześladowań i społecznych przekonań, a z drugiej strony wielką radością i pięknem, które realizowało się za sprawą ogromnej pasji i naukowych sukcesów. To biografia, która w pełni pokazuje, jakim geniuszem, a przy tym pokornym, moralnym człowiekiem, była Lise Meitner, dla której nawet najokrutniejsze czasy nie były powodem do porzucenia fizyki, do odejścia od celów i marzeń. To pozycja, która kreśli wielowarstwowy portret pierwszej damy fizyki jądrowej, ukazujący zarówno życie naukowe, jak i prywatne. Wydawnictwo niewątpliwie godne polecenia. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 13 listopada 2016

279. Rosario Gomez Alfonso "Opowieści z duszą"

Opowieści z duszą to zbiór historii, które zdają się stanowić nie tyle komplet tekstów do przeczytania, ile źródło natchnienia i początek drogi, którą czytelnik może podążać, by odkryć to, co ważne, by naznaczyć własne życie szlachetnością. Brzmi to dość patetycznie, jednak takie jest zadanie tej książki – co potwierdza m.in.opis wydawnictwa. Co więcej, różnorakie reakcje odbiorców zdają się to potwierdzać.

Owszem, można doszukać się wielu źródeł inspiracji i ewidentnych postaw, które winny jawić się nam, poszukującym odpowiedzi na egzystencjalne pytania, jako wzorcowe, jednak dość często – o czym należy wspomnieć – można odnieść wrażenie, że przedstawiane opowieści nie tylko nie determinują niczego szlachetnego, ale przede wszystkim zawodzą. Zawodzą płytkością, powierzchownością, przewidywalnością i rzekomo moralizatorskim brzmieniem, które tak naprawdę nie jest w stanie zebrać żadnych owoców. Wynika to głównie z tego, że teksty, które proponuje Rosario Gomez Alfonso, dość często brzmią niezwykle infantylnie, zupełnie nieadekwatnie do wymagań odbiorcy. Bo o ile w wielu opowieściach można dostrzec kunsztowność literacką, ciekawy zamysł, intrygujące przesłanie i zdolność do zwrócenia uwagi odbiorcy na konkretne zjawisko czy postawę, o tyle w wielu z nich uwypukla się wyłącznie jakkolwiek rozumiana powierzchowność – zarówno na płaszczyźnie struktury tekstu, jak i jego relacji z czytelnikiem. Kuriozalność niektórych opowieści realizuje się właśnie na tej płaszczyźnie, gdyż albo przedstawiają coś, co jest oczywiste i wręcz powszechne, albo coś, co nie niesie za sobą żadnej wartości poznawczej. Można jednak dyskutować, podkreślając, że jest to relatywne, że dla każdego odbiorcy co innego może być odkrywcze, jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że niektóre z przytaczanych utworów traktują o takich oczywistościach, o których właściwie nie da się nie wiedzieć, żyjąc w naszej cywilizacji, w naszej kulturze.

Nie jest jednak tak, że Opowieści z duszą to książka, którą zupełnie nie warto się zainteresować. Bynajmniej. Zawiera bowiem wiele tekstów, które rzeczywiście otwierają oczy, mają wartości kształtujące, zmuszają czytelnika do refleksji. Jednym z takich utworów jest Połówka koca, wstrząsająco spuentowana historia o tym, jak odtrącamy naszych rodziców, ludzi starszych, brutalnie spychając ich na margines życia, pozbawiając opieki i bliskości, skazując tym samych siebie – paradoksalnie – na taki sam los. Właśnie taki zabieg, wymowna i porażająca przekazem puenta, to znamienny sposób na budowanie nie tylko obrazów, ale całych tekstów, które proponuje czytelnikowi recenzowana książka. Zakłada bowiem jako punkt wyjścia przedstawianie lapidarnych, nieskomplikowanych fabularnie czy opisowo historii, o dość uniwersalnym przekazie, podsumowanych esencjonalną mądrością, konkluzją lub morałem. To zabieg zdecydowanie prosty, jednak ze względu na swą oczywistość, z całą pewnością mocno wpływa na odbiorcę, a także umożliwia szersze dotarcie – do różnorakiego grona czytelników. 

Rosario Gomez Alfonso przedstawiając zebrane opowieści, decyduje się jednak na coś, co zdecydowanie budzi mój sprzeciw. Dostawia bowiem do wielu tekstów różnego rodzaju komentarze, dłuższe lub krótsze, omawiające przesłanie utworu. Tak więc, przy tak prostych konstrukcjach, jakimi są zebrane opowiastki, o tak widocznym i klarownym morale, doświadczamy niezrozumiałego i zupełnie niepotrzebnego streszczenia, dziwacznej próby powtórzenia tematu, albo – w gorszym wypadku – wyrazu założenia, że czytelnik mógł nie zrozumieć tego, co jest istotą konkretnego tekstu. Nawet jeśli takie założenie nie zostało przyjęte, a wspominane "dodatki" mają jedynie na celu uwypuklenie przekazu, należy spostrzec, że mogą mocno zawężać znaczenie, jakie wyłuska z nich odbiorca, narzucając mu odmienne. Opowieści z duszą to mimo to książka, która rzeczywiście wypełnia swoje zadanie, gdyż zwraca uwagę odbiorcy na konkretne zjawiska i problemy. Dzięki swej uniwersalności, zawieszeniu poza przestrzenią i czasem, możliwa jest lektura w każdej sytuacji, przez każdego, niezależnie od kontekstu i wieku (opowieści te nadadzą się bowiem zarówno dla dzieci, jako sposób przekazywania wartości, jak i dla starszych).

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 5 listopada 2016

278. Mona Eltahawy "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie"

Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie – mówiąc kolokwialnie – uderza. Od pierwszych stron nieprzerwanie po ostatnie zdanie. Uderza, gdyż ukazując okrucieństwo i barbarzyństwo, jakie ma miejsce na Bliskim Wschodzie (przede wszystkim względem kobiet), przeczy temu wszystkiemu, co uważamy za fundamentalne i naturalne dla człowieka XXI wieku.

Recenzowana książka dobitnie uzmysławia czytelnikowi, jak daleko od humanitarności, poszanowania, wolności, równouprawnienia i wszystkiego tego, co zdaje się stanowić immanentną cechą ludzkiego istnienia, znajdują się społeczności, którymi zajmuje się autorka. To, co niniejsza pozycja przedstawia, zatrważa i budzi nie tyle oburzenie, ile absolutne przerażenie, świadomość niemożności pojęcia czy zrozumienia tego, co ma miejsce na Bliskim Wschodzie, w krajach, które podporządkowują kobietę mężczyźnie, których obywatele determinowani są przez prawa natury rzekomo boskiej. Trudno właściwie obrazowo wysłowić się, czyniąc konkluzję lub nakreślając główną myśl zjawiska, o którym traktuje Bunt, gdyż jest to wydawnictwo, które niezwykle szeroko i dogłębnie zajmuje się omawianym tematem, penetrując go z wielu stron. Mona Eltahawy przedstawia cały problem z kilku perspektyw. Przede wszystkim uwypukla ogólny obraz, obserwując ogół zjawiska, chwytając tym w ramy kulturowo-socjologiczne społeczną mentalność, powszechne obawy i przyzwyczajenia, a także stereotypy oraz tradycje. Na drugim torze, realizowanym równocześnie z pierwszym, nieustannie zajmuje się jednostkowymi doświadczeniami i refleksjami, przytaczając własne przemyślenia oraz obserwacje, lub relacje tudzież opinie innych – znajomych, uczonych, pisarzy, polityków. Ta wielowymiarowość narracyjna, kreśląca nie tylko szerszy obraz, ale umożliwiająca wypowiedzenie się większej rzeszy osób – zarówno tych, którym panująca sytuacja pasuje, jak i tych, którzy z wielu względów opowiadają się przeciw – niewątpliwie stanowi wielką zaletę omawianej książki, gdyż treść, którą odbiorca mógłby uznać za realizacje odmiennego kodu kulturowego, zostaje uzasadniona faktami i argumentami, co sprawia, że ewidentnie jawi się jako wyraz bestialskiego i niepodpartego sensowną ideologią prześladowania pewnej grupy społecznej.

Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie zdaje się nie tylko przedstawiać rzeczywisty obraz sytuacji kobiet w krajach, w których o ich prawach stanowią fanatycy posługujący się niezrozumiałym, konserwatywnym poglądem, nacechowanym uprzedzeniami i nieludzkimi ideami, ale przede wszystkim realizować założenia, które stoją u jej podstaw. Mona Eltahawy jako feministka zaangażowana w walkę o prawa kobiet w kulturze arabskiej podkreśla konieczność dyskusji i podejmowania różnego rodzaju decyzji, które mogą rzutować na realia. I ta książka, zgodnie z tym, o czym w niej pisze, przedstawiając obszary działań – różnego rodzaju protesty, organizacje, debaty, występy, postawy  – wielu środowisk zajmujących się działaniem na rzecz kobiet, pełni właśnie taką funkcję. Tak otwarte i niezakłamane mówienie o męskiej tyrani oraz niezawinionych cierpieniach i poniżaniach płci pięknej, o codzienności na Bliskim Wschodzie, nie tylko niesie ten zatrważający obraz w świat, co niewątpliwie jest już wartością samą w sobie (uświadamia bowiem szerokie społeczności), ale przede wszystkim zmusza opinię publiczną – zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną – do żarliwej dyskusji, zwracając uwagę na omawiane problemy. To istotne nie tylko dlatego, że kobiety, które doświadczają tak trudnej sytuacji, dostrzegają wybór, niełatwą alternatywę, ale dlatego, że pobudzona zostaje szersza, światowa dyskusja, co nie sprzyja milczeniu wielu organizacji i rządów, które – w co trudno uwierzyć – świadomie nie zabierają głosu w sprawie wiadomej, przekładając relacje gospodarcze nad humanitarność.

Książka Mony Eltahawy to pozycja, która w sposób brutalny i pełny ukazuje ogrom zjawiska, jakim jest uprzedmiotowienie, fizyczne wyzyskiwanie i nieludzkie traktowanie kobiet na Bliskim Wschodzie. Zjawisko to, o charakterze ciągłym, stanowi nie tylko niewymowne źródło cierpienia, poniżania i bólu ogromnej rzeszy kobiet na rozległym obszarze, ale również bezpośredni powód niezliczonych śmierci – zarówno tych, które wynikły z obrażeń fizycznych (związanych z obrzezaniem, przedwczesnym stosunkiem seksualnym, przemocą, gwałtem), jak i psychicznych. Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie jednoznacznie obrazuje, że sytuacja, w jakiej znajdują się kobiety z opisywanych obszarów, to nie kwestia kodu kulturowego, tradycji czy religii, które powinny zostać niezależne, niezmącone naszą ingerencją. Nie powinniśmy zezwalać na trwanie tej męskiej dominacji, niewątpliwej mizoginii, powołując się na wielokulturowość czy tolerancję. Nie sposób się na to powoływać, gdy dzieje się krzywda, gdy człowiekowi odbierane jest człowieczeństwo oraz wszystko to, co stanowi o nas, jako o istotach ludzkich. Nie powinniśmy na to zezwalać. Zarówno na to, co opisuje Mona Eltahawy, jak i na ciszę, którą traktujemy przedstawiane społeczności.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 2 listopada 2016

277. Maria Stepan "Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć"

Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć to reportaż szczególny, możliwy do odczytu na niezwykle piorunującej i naznaczającej płaszczyźnie, związanej z taką perspektywą i takimi wartościami, które czynią tę relację zapisem czegoś, co jawi się jako nadrzędne, nieuchwytne. Maria Stepan opisuje wydarzenia na Ukrainie, którymi nie tak dawno wszyscy żyliśmy, prezentując takie perspektywy i punkty wyjścia, które nie tylko wydają się warte poznania, ale przede wszystkim odkrywcze. Ukazują bowiem prawdę o tym, co ze względu na odmienne relacje i niejasności, wydawać się może zagmatwane. 

Sytuacje, które rozegrały się na Ukrainie, które mają swoje źródło w wielu zjawiskach, a fizycznie nabrały masy na Majdanie, stanowią punkt centralny opowieści Marii Stepan. Opowieści, która przytacza wszystkie te trudne dla ukraińskiego narodu wydarzenia, podlane krwią, bezwzględną miłością i oddaniem.  Bo opisy i relacje, które popełnia autorka, związane są z trudami i wyzwaniami, które zostały postawione przed naszym wschodnim sąsiadem, w związku z walką o postęp, rozwój i przynależność do lepszego świata, a następnie o suwerenność, niezależność i wierność ideałom. Bohaterowie, których prezentuje, a także postawy, które wyłaniają się z obserwacji wielu konkretnych postaci, zdają się wyrażać ducha tego narodu, skonfrontowanego z niełatwą, najgorszą z możliwych sytuacji – z wojną. Obserwując to, w co został uwikłany ten naród, Stepan prezentuje czytelnikowi przejmujące historie, które zdają się potwierdzać słuszność walki o pryncypia, udowadniając tym, że Ukraina to kraj silny, pełny woli walki i szlachetny. To książka, w której realia kreślą niewymowny obraz cierpienia, naznaczony patriotyzmem i przynależnością.

Marii Stepan udało się oddać coś, bez czego ta pozycja w moim przekonaniu nie miałaby sensu. Pisząc o wydarzeniach, w których uczestniczyła, które zmieniły bieg historii, opisując spotkania, w których uczestniczyła, obserwując to, co miało miejsce w tym straszliwym czasie, uwypukliła charakterystyczność, immanentność, nastrój – jądro sytuacji, które dotknęły ukraiński naród. Sportretowała wzajemną relację między tym, co spotkało ogół, a mianowicie wszelkie zmiany polityczno-ideologiczne, społeczne zrywy i ich konsekwencje, a tym, co związane z jednostką – odbiorem dziejących się wydarzeń, oceną następujących po sobie sytuacji, nastawieniem oraz oczekiwaniami i  nadziejami. Autorka buduje kreowany przez siebie obraz na jednostkowych relacjach i postawach, podpartych dość obiektywną i neutralną pod względem narracyjnym panoramą. Kreśli perspektywę, składającą się ze swoistych impresji, urywków doświadczeń, emocji oraz relacji, nieustannie mając na pierwszym planie człowieka. Człowieka, który walczy i w swej nieugiętości stawia ojczyznę oraz honor ponad własne życie, a równocześnie tego, który naznaczony wszystkimi słabościami, wyraża skruchę i wielkie przerażenie wobec ogromu cierpienia i niepojętej niemożności. Tą dwutorowością buduje nastrój omawianego zjawiska, pokazując, jak wielce determinuje i wpływa takie doświadczenie, jak wojna. Z jednej strony wyzwala wszystko, co szlachetne, nastawiając na postawę tyrtejską, wyprutą z wątpliwości, a z drugiej wyciąga wszystkie lęki i obarcza strachem, czyniąc człowieka bezbronnym – zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i mentalnej. 

Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć oprócz obrazów walki oraz patriotyzmu, ukazuje przede wszystkim moralny, filozoficzny aspekt wydarzeń, w których pogrążyła się Ukraina. Maria Stepan przejrzyście pisze o zbiorowym i jednostkowym poczuciu klęski, o poczuciu konieczności walki, o nadrzędnych wobec życia wartościach, o niezrozumieniu i współczuciu, które nie jest współmierne dla wszystkich. Kontrastując sytuacje, które rozegrały się w zbliżonym czasie, a które miały miejsce w Paryżu i na Ukrainie, brutalnie ukazuje rozbieżność w postrzeganiu rozmiaru cierpienia i utożsamianiu się z bólem. Z jednej strony mamy ogrom niezrozumienia i medialnego odzewu, z drugiej lapidarne współczucie, nieidące w parze ze zbiorowym żalem. To nieprawdopodobne, niezrozumiałe – jak pisze sama autorka – zjawisko, zdaje się mówić wiele o nas samych. Wiele, niestety złego – świadczącego o tym, że jednych stawiamy ponad drugich; że jedne ofiary są dla nas ważniejsze, niż inne. Tak jakby człowiek mógł mieć mniejszą lub większą wartość. Niepojęte. 

W recenzowanym reportażu mieszają się nie tylko postawy, dobro i zło, walko o coś i walka przeciw czemuś, ale także poziomy dojrzałości, świadomości, cele i wartości, które kierują ludźmi. Dzięki szerokiej panoramie obserwacyjnej czytelnik zatapia się w problemie całkowicie, dostrzegając rozmaite rozdźwięki i podobieństwa, oraz różnice w postrzeganiu tego samego problemu przez osoby, które żyją w tym samym miejscu, w takich samych warunkach. To frapujące, ale idealnie obrazuje, jak różni potrafią być ci, którzy uchodzą za jedność, jak wiele stanowi o nas jednostkowa historia, więzi rodzinne czy poczucie przynależności. To opowieść o ludziach, którzy postanowili stanowić o miejscu, w którym żyją, którzy sprzeciwili się uciskowi oraz niesprawiedliwości. To historia tych, którzy rozpoczęli drogę do lepszego jutra, do wolności, do uczestnictwa w lepszym świecie. To obraz krwawy i przerażający, wyodrębniający jako nadrzędną wartość ojczyznę. Książka dla tych, którzy pragną zrozumieć, czym tak naprawdę jest współczesna Ukraina, a także dla tych, którym nie jest obojętne to, co dzieje się dookoła. 

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 30 października 2016

276. Adam Brookes "Wojny szpiegów"

Adam Brookes napisał książkę o szpiegach i szpiegostwie. Jego bohater, Mangan, ukrywający się w Afryce Wschodniej, staje się sercem niebezpiecznych i niebywałych wydarzeń, dziejących się na niewidocznej dla ogółu arenie międzynarodowej. Zostając wplątanym w coś, co zdaje się przeczyć wszelkiej moralności i zasadom, postanawia dowieść prawdy.

W Wojnie szpiegów następuje wszystko to, czego może oczekiwać czytelnik od tego gatunku. To powieść napisana z rozmachem, oferująca historię, w której dzieje się dość dużo nie tylko na płaszczyźnie akcji, ale również struktury. Należy bowiem podkreślić, że Adam Brookes wybrał taki sposób obrazowania, który jest utkany z bardzo wielu elementów, wielu perspektyw, pozornie niezwiązanych, wzajemnie obcych. Obserwujemy wielu bohaterów, żyjących w różnych częściach świata, prowadzących różne, nierzadko kontrastujące ze sobą, życia, charakteryzujące się rozmaitymi wartościami i planami. Jednak, co stopniowo i nieśpiesznie następuje, wszystkie te perspektywy konsolidują się, tworząc niezwykle szeroki obraz świata, złożonego – co zostało osiągnięte dzięki wielu punktom wyjścia – z różnych barw, z różnych aspiracji i postaci. Ta integralność poszczególnych elementów, a także potoczystość w zespalaniu się tych składników ostatecznego rozwiązania, otoczona jest swoistym poczuciem enigmatyczności, co sprawia, że nastawienie czytelnika koresponduje z tym, o czym traktuje powieść. Mamy bowiem do czynienia z utworem, który opowiada o szpiegach, o siatce szpiegowskiej i tajnych operacjach, a sam czytający zaś, poznając historię, kolejne wątki, próbuje złączyć nawarstwiające się obrazy, wyglądając klucza, jakiejś definicji. Te poszukiwania, naznaczone ciągłym obcowaniem z tajemnicą, rodzi poczucie szpiegowania – zarówno tego, które prowadzą bohaterowie książki, jak i tego, które samoistnie – za sprawą wyglądania związków przyczynowo-skutkowych – uskutecznia odbiorca. 

To, co w dużej mierze stanowi o dobrym odbiorze recenzowanej powieści, to jej bogactwo fabularne. Adam Brookes proponuje historię, którą realizuje na wielu polach. Prowadzi swoich bohaterów nie tylko przez mrożące krew w żyłach wydarzenia, ale również rozmaite, niekiedy dość niespodziewane, miejsca. Akcja tej powieści – i bynajmniej nie jest to przesadzone – jawi się jako gęsta, szalenie intensywna. Wynika to przede wszystkim z mnogości zdarzeń i sytuacji, w których odnaleźć muszą się bohaterowie. Zostają porywani, przetrzymywani, bici, uwikłani w niebezpieczne znajomości oraz relacje, doznają krzywd i zmagają się z takimi okolicznościami, które wydają się tragiczne oraz graniczne. Wrażenie potęguje tło wydarzeń, a mianowicie społeczności, które bezpośrednio dotyka Wojna szpiegów. Wszystko, co ma miejsce w utworze, dotyczy elit, ludzi decyzyjnych, sprawujących władzę. To, w co uwikłał się główny bohater, wpływa nierzadko na losy całych narodów. Nawet więcej. Gra toczy się o sytuację gospodarczą i polityczną świata – wszystkich rynków ekonomicznych oraz poczucia bezpieczeństwa rzeszy ludzi. Walka o to, by spełnić własne cele i ambicje, by osiągnąć zyski i wielkie wpływy, a także kontratak, próba obrony dotychczasowego ładu, jawią się jako kanwa utworu. Jak wspominałem, oprócz wielu sytuacji i niezliczonych postaci, które przewijają się przez karty powieści, Wojny szpiegów zachwycają wachlarzem miejsc, w których rozgrywają się wydarzenia. To nie tylko podróże, ucieczki, pościgi i poszukiwania na terytorium poszczególnych krajów, ale przede wszystkim przenoszenie się akcji – oczywiście wraz z bohaterami, uwagą czytelnika – z kontynentu na kontynent. Azja, Europa, Afryka – we wszystkich tych rejonach mają miejsce istotne dla fabuły rozgrywki, a każde z tych miejsc – co stanowi niebywałą zaletę recenzowanej powieści – zostaje ukazane należycie. Relacje bohaterów z poszczególnymi krajami i obszarami, a także mieszkańcami oraz lokalnymi sytuacjami polityczno-gospodarczymi, oddają klimat i indywidualność tych lokalizacji.

Powieść Wojna szpiegów to pozycja, która niewątpliwie przypadnie do gustu czytelnikom, którzy przepadają za wątkami szpiegowskimi, pościgami, tajemnicami oraz gęstą akcją. Adam Brookes napisał książkę, która intryguje, od której trudno się oderwać. Czyta się ją w napięciu, w przekonaniu, że wykreowany świat jest rzeczywisty, że opowiedziana historia z całą pewnością się rozegrała. To utwór o imponującej strukturze, bardzo sprawnie i ciekawie napisany. Bohaterowie, miejsca akcji, fabuła, rozwój wydarzeń oraz sposób przedstawienia, wszystko to wskazuje na niebywały kunszt literacki autora, na nieograniczoną umiejętność panowania nad generowaniem opowieści. To pozycja, którą śmiało mogę polecić miłośnikom gatunku. Nie zawiedziecie się.

5/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

poniedziałek, 24 października 2016

275. Piotr Kitrasiewicz "Jego ekscelencja na herbatce z Göringiem"

Powieści historyczne to taki twór, który przez lata napawał mnie strachem. Nie przed konfrontacją z wydarzeniami ubiegłymi, nie z nimi w istocie, ale przed zderzeniem się z natłokiem dat, opowieści i faktów, które mnie, jako laika tej dziedziny, niechybnie mogłyby przytłoczyć. Jego ekscelencja na herbatce z Göringiem to książka, która reprezentuje ten gatunek, prezentuje jednak czytelnikowi historię podaną w sposób ciekawy, realizujący się jakże daleko od tego, co stanowiło moją obawę.

Bohaterowie Piotra Kitrasiewicza to postacie historyczne, a wydarzenia, w których biorą udział, to sytuacje, które miały miejsce. Akcja powieści toczy się przed II wojną światową, zmierzając czasowo właśnie do niej. Kanwą utworu jest dyplomacja na linii Rzeczypospolitej oraz Trzeciej Rzeszy, ukazana przede wszystkim przez pryzmat głównego bohatera, Józefa Becka.

To, co stanowi największą zaletę powieści Piotra Kitrasiewicza, to niezwykle klarownie i plastycznie odmalowane realia, a także klimat i nastroje, które stanowią o czasie, w którym rozgrywa się akcja utworu. To niesamowite, z jaką precyzją autor osadza swoich bohaterów w realiach historycznych, jak płynnie panuje nad atmosferą i myślami, tworząc nie tylko wymownie ukazaną panoramę okresu przed II wojną światową, ale także obrazując rozmaite prądy ideologiczno-kulturowe, charakterystyczne dla przedstawianych lat. Należy podkreślić, bo to niewątpliwie najznamienitsza cecha tego utworu, że to, co zostaje ukazane, jawi się czytelnikowi nie tylko jako obraz do przyswojenia, który staje się poznawany poprzez uważną lekturę, ale przede wszystkim jako nastrój, w którym może uczestniczyć. Wynika to przede wszystkim z wewnętrznego usadowienia czytającego, który obserwuje wykreowaną rzeczywistość równocześnie z samego środka, jądra wydarzeń, jak i pozycji nieco zewnętrznej. Realizuje się to dwojako, gdyż mamy do czynienia zarówno z orientowaniem się w tym, co  ma miejsce, przez głównego bohatera, jak i z informacjami, którego dochodzą do niego z zupełnie innych stron. Dość często ma miejsce niemały dysonans, a wszelkie kontrasty oraz złudy, które nieustannie musi konfrontować postać Kitrasiewicza, zdają się stanowić klucz interpretacyjny powieści.

Poczucie złudy, o którym wspomniałem, a także enigmatyczność, nadzieja oraz celowe niedostrzeganie pewnych faktów, swoiste generowanie własnej wizji rzeczywistości, to istotne elementy Jego ekscelencji na herbatce z Göringiem, swoiste punkty zaczepienia przy odczytywaniu tego utworu. Cała otoczka, która następuje wobec jądra historii (nieubłaganie zbliżającego się wybuchu II wojny światowej, zaatakowania ojczyzny bohatera), buduje w czytelniku taki stan emocjonalny oraz tak specyficzne i mocno obecne nastawienie, że nie sposób przerwać lektury, zapominając o toku dziejących się wydarzeń. Ta niewątpliwie cecha wielkich pisarzy, książek, które przechodzą w pamięć, obecna jest również w tym utworze. Mam na myśli integralność akcji z poczuciem czytelnika, jego stanem ducha. Piotr Kitrasiewicz zapraszając czytającego do rzeczywistości, którą opisuje, jednocześnie zaprasza go do świata, który przez intensywność, sugestywność i plastyczność obrazu, jaki przedstawia, na czas lektury staje się światem odbiorcy. Wszystko, czego doświadczają bohaterowie, zaczynając od konkretnych wydarzeń i obecności w czymś nieuchwytnym (m.in. w klimacie, nastroju, ideach), kończąc na tragediach, które ponoszą, udziela się czytającemu, wielce zaabsorbowanemu tym, w czym uczestniczy.

Istotna jest również struktura powieści, stanowiąca warkocz utkany z dwóch płaszczyzn: kulturowej i historycznej. W ogóle, co należy podkreślić, autor w sposób szczególny podchodzi do kreowania rzeczywistości, gdyż niemal wszystko, co przedstawia, ukazuje w dwojaki sposób. Racje jednych przeplatają się z racjami drugich, prawdy obiektywne z subiektywnymi, nadzieje z faktami, argumenty z kontrargumentami, prawda z kłamstwem, obietnice z rzeczywistością. Dzięki temu powieść postępuje w tajemnicy, prowadząc czytającego ku prawdzie, ku pełnemu rozwiązaniu, przez niejasności oraz wybiegi. Niewątpliwie buduje to nastrój nie tyle grozy, ile przekonania, że coś z pewnością nastąpi, coś granicznego, jednak – mimo wiedzy historycznej, choćby minimalnej – trudnego do zdefiniowania. Wracając do dwutorowości percepcyjnej, akcja powieści toczy się właściwie na tych dwóch wspomnianych polach (kultury i wydarzeń historycznych). Zostały niebywale splecione przez autora, umożliwiając tym poznawanie opisywanego okresu przez fakty obiektywne (agresje zbrojne, dyplomację, politykę), jak i nieuchwytne nastroje, takie jak niewypowiedziane obawy, niezdefiniowane przeczucia oraz stany społeczne. Spory wyraz tej drugiej płaszczyzny realizowany jest przez kulturę i jej relację z ludnością, z naciskiem na sferę niemiecką. Daje to – ten dualny obraz świata – czytelnikowi szersze pole poznawcze, zapewniające nie tylko większą biegłość w rozumowaniu ukazywanego świata, ale także silniejszą obecność w "duszy" powieści – w klimacie oraz nastroju.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

wtorek, 4 października 2016

274. Karen Foxlee "Sukienka w kolorze nocnego nieba"

Karen Foxlee przyzwyczaiła mnie do swojej specyficznej narracji poprzednią powieścią, wielokrotnie nagradzaną Kruchością skrzydeł. Tym razem zaprasza czytelnika do rzeczywistości nieco podobnej, również opowiadającej o relacjach – w tym ponownie rodzinnych – jednak realizującej się na inny sposób: we wspomnianym utworze świat bohaterów, typowej rodziny, rozlatywał się, w tym zaś, w Sukience w kolorze nocnego nieba, zdaje się zlepiać – z wielu mniejszych, na pozór kontrastujących ze sobą. 

Losy głównej bohaterki, dorastającej Rose Lovell, to historia na pozór powierzchowna, raczej typowa, dość oczywista. Przynajmniej ta, z którą przybywa do nowego, kolejnego w ciągu ostatnich lat, miasteczka. Wychowuje ją ojciec, zmagający się z alkoholizmem. Jej matka nie żyje, przez co wpływ, jaki determinuje postawę dziewczynki, wynika głównie z nierozgarniętego, enigmatycznego rodziciela. Po przeprowadzeniu się do nowego miejsca zamieszkania, bohaterka trafia do nowej szkoły, w której nawiązuje relację z jedną z uczennic. Postacie szybko się integrują, czemu niewątpliwie sprzyja wyglądane przez wszystkich wydarzenie, poprzedzane prowadzonymi już licznymi przygotowaniami oraz staraniami – coroczna parada dożynkowa. By móc w niej uczestniczyć, Rose – za namową koleżanki – udaje się do Edie Baker, z którą przygotowuje suknię. Suknię o kolorze nocnego nieba. 

Powieść Karen Foxlee to książka, którą czyta się w poczuciu tajemnicy. To właśnie ta enigmatyczność sprawia, że Sukienka w kolorze nocnego nieba jawi się czytelnikowi jako magiczna, intrygująca opowieść, ukazująca świat niebywały i pociągający na różnych polach. Z jednej strony przykuwa uwagę historią, która się w nim rozgrywa – niejasnymi poczynaniami, tajemniczo postępującą akcją, niezdefiniowanymi bohaterami; jednak z drugiej – nie wiem, czy nie z tej istotniejszej – samą rzeczywistością, która w ujęciu czasowym zdaje się nieuchwycona. Bo to, co się dzieje podczas akcji właściwej, co czytający obserwuje z wielką uwagą, choć istotnie wynika z wydarzeń aktualnych dla głównych postaci, to rozciągnięte jest znacznie szerzej, po sytuacje, które teoretycznie odeszły w zapomnienie z upływem czasu, po ludzi, których już nie ma, którzy ostali się wyłącznie w mniemaniu potomnych. I być może to, ta nieobecność pojmowana w kategoriach niebycia, fizycznego nieistnienia, przy jednoczesnej niemalże cielesnej obecności, wynikającej z myśli, percepcji, świadomości żyjących, stanowi klucz interpretacyjny do recenzowanej powieści. Bo przeszłość w tym utworze, pojmowana i odbierana jakkolwiek – jako dzieje minione, jako konkretna historia, jako wydarzenia, które wybrzmiały, jako ludzie, których już nie ma – odgrywa rolę niesłychaną, nieustanie nie tyle dopominając się czy dając o sobie znać, ile trwając – w myślach bohaterów. Wciąż powraca, wciąż ożywa, wciąż determinuje decyzje, a jej źródłem są nie tylko wspomnienia czy okoliczności, które przywołują ją z rzekomego niebytu, ale przede wszystkim miejsca i jej następcy – bohaterowie, którzy żyją, drepcząc po prochach poprzedników.

To, czego doświadcza główna bohaterka, to składowa procesu, który tożsamy jest dla każdej osoby w jej wieku – odkrywania własnej istoty, zagłębiania się we własnym człowieczeństwie, pojmowania tego, kim się jest. Otoczenie, w którym przebywa, wpływa na jej dojrzewanie w sposób kluczowy, znaczący, różnorako kierując tym procesem. Z jednej strony zmaga się z immanentną potrzebą bliskości, niekoniecznie w pełni zaspokajaną: brak matki oraz życie przy boku niezorganizowanego, nomadycznego, zmagającego się z uzależnieniem ojca, zapewne obciążają jej psychikę, nie pozwalając na wyjście poza świat, który dotąd przyswoiła, poznała. Z drugiej strony nowe otoczenie, do którego podchodzi dość sceptycznie, ze względu na własne doświadczenia, zdaje się determinować ją wiążąco, ukierunkowując w stronę przeciwną, niż robi to najintymniejsze środowisko. Gdy prywatnie podlega alienacji, zmagając się ze swoistym poczuciem piętna, obcości, zewnętrzne otoczenie wyrywa ją z osobności, próbując wtłoczyć w panującą rzeczywistość, wraz ze  wszystkimi jej zjawiskami i przedmiotami: relacjami, prawidłami, modami, pragnieniami oraz oczekiwaniami. Ze względu na młody wiek – jakże chłonny i podatny na wpływy oraz próby kształtowania – poddaje się swoistym presjom, wychodząc poza wykreowane przez siebie granice, przechodząc ciekawe przeobrażenie. Towarzyszą oczywiście temu różnego rodzaju emocje i stany, które jawią się bohaterce dość obco, niekiedy złowrogo.

Powieść Karen Foxlee to opowieść o dorastaniu, relacjach międzyludzkich oraz złudności. O tym, jak mylne potrafią być ludzkie wyobrażenia, jak daleko może iść prawda od pierwszych interpretacji oraz oczekiwań. To książka, w której różne światy – głównej bohaterki, Edie, jej rodziców, ojca Rose, przyjaciół – przenikają się, tworząc coś, co oprócz różnych związków i zawiłości, przynosi namacalny wręcz dowód na złudę: intencje oraz oczekiwania nie mają żadnego znaczenia; sięgają bruku, gdy konfrontują się z rzeczywistością. Sukienka w kolorze nocnego nieba to dość smutna historia o wkraczaniu w dorosłość, niekoniecznie z pozycji niedojrzałej, idealistycznej. Pod tym względem autorka przełamuje pewną konwencję, gdyż jej bohaterka od początku doświadcza tragizmu oraz niewiary w to, co zewsząd ją otacza. Dalszy tok wydarzeń, stanowiący kanwę recenzowanego utworu, zdaje się utwierdzać ją w tym przekonaniu, a czytelnika – zgodnie z filozoficznym stanowiskiem panta rhei – poruszać lekkością w ukazywaniu zmienności, niepoczytalności, niepewności wobec tego, co uznane za stałe, dogmatyczne.

5/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Dobra Literatura

piątek, 30 września 2016

273. Kamil Sipowicz "Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt"

Kamil Sipowicz recenzowaną książką zwraca uwagę na świat, który zdaje się ginąć, być pochłanianym przez nasz, większy. Mowa o świecie zwierząt, braci mniejszych.  Rzeczywistości, która, choć nieustannie trwa przy naszej, stanowiąc z nią integralną całość, postrzegana bywa jako podległa, mniej istotna. Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt to pozycja, która uwypukla jej znaczenie, stawiając znak równości między ludźmi a zwierzętami. 

Bohaterami Sipowicza, obiektem jego zainteresowań są – jak łatwo wywnioskować już z samego tytułu – zwierzęta. Przede wszystkim te, które są wiernymi – lub mniej wiernymi, przelotnymi, niezobowiązanymi – dzikimi – kompanami jego codzienności. A jest ich co niemiara, zarówno domowych, jak i nie. Twórca mieszka bowiem wraz z żoną na Roztoczu, które rozciąga się między Kraśnikiem w Polsce i Lwowem na Ukrainie. Tereny te, jakże pierwotne i nieprzebyte, zamieszkują rozmaite stworzenia i porastają różnorakie rośliny. Czas zdaje się tu toczyć zupełnie inaczej, na ewidentnie innych zasadach: w zmowie z przyrodą, porami roku, sezonami oraz porami dnia. W tej książce Sipowicz pozwala dojść do głosu wszystkim tym, którzy stanowią o jego rzeczywistości, uwypuklając znaczenie nie tylko tytułowych – predysponowanych do miana najważniejszych, na czele z  Ramoną – zwierząt, ale wszystkich, z którymi w różnych relacjach nawiązuje kontakt. Snuje spostrzeżenia i obserwacje, stawiając nie siebie, a właśnie ich – braci mniejszych – na piedestale.

Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt to książka, w której widoczne jest przede wszystkim podejście Sipowicza do zwierząt. Podejście, które nie zaskakuje, nie wywiera wrażenia, ale przywraca w mniemaniu czytelnika swoistą harmonię, równowagę w postrzeganiu świata ludzkiego oraz zwierzęcego. Bo – nie sposób nie zauważyć – zwykliśmy traktować tych, z którymi dzielimy planetę, jako nie tyle nie tak ważnych, co my, ile mniej znaczących. W świecie Ramony ma zaś miejsce zupełnie inne podejście, stojące w kontrze, a przy tym absolutnie naturalne: zwierzęta są pełnoprawnymi obywatelami, stoją dokładnie na tym samym stopniu znaczenia, co ludzie. Co więcej, Sipowicz zauważa, że to one – wbrew temu, co możemy mniemać o samych sobie – są wyżej położone w hierarchii uwzględniającej rozwój, perfekcyjność, gdyż w swojej formie – jako zwierzęta – osiągnęły doskonałość, pełnie, są istotami skończonymi, dopełnionymi, a my nie. Spostrzega również, zastanawiając się nad okrucieństwem mordu, że dopóki będziemy zabijać zwierzęta, nie mamy szans na wyższy rozwój duchowy. 

Kontemplacja braci mniejszych – ich natury, istoty, zachowań, relacji z człowiekiem – stanowi istotną składową recenzowanej książki. Kamil Sipowicz zdaje się przeglądać w opisywanych zwierzętach, wyglądając nie tylko ich prawdziwego oblicza, ale przede wszystkim znaków, obrazów, cech ludzkich. Doszukuje się tego, o czym być może niekiedy zapominamy: zwierzęta, jak ludzie, czują, potrafią okazywać radość, strach, smutek. Bywają dobre, bywają złe. Nie są wyrwane z kontekstu, są determinowane przez różne zjawiska, a ich postawa – jak u nas – wynika z wielu wpływów, takich jak otoczenie, przeszłość oraz pragnienia. Dopatrując się w nich tego, co jakże ludzkie, znamienne i tożsame z tym, czym jesteśmy, uwypukla ich znaczenie, umniejszając tym wyjątkowości człowieka. Zdaje się, że nie pisze o tym wprost, nie mówi bezpośrednio o równowartości ludzkości i zwierząt, ale z jego opisów, z tego, jak ukazuje przedstawiane istoty, wyłania się ewidentne spostrzeżenie: choć dzieli nas wiele, jesteśmy połączeni wieloma wspólnymi cechami, które powinni być gruntem pod wspólną relację. Zauważa, jak bogaty jest ich świat, przyglądając się różnorodności nie tylko charakterów czy zachowań zwierzaków, ale również niepowtarzalności związków, w jakie wchodzą. Pisze o tym, jak wygląda to pod jego dachem, doszukując się w zachowaniach tytułowych domowników m.in. zazdrości czy potrzeby uznania, oraz przełożenia na relacje z ludźmi, zaznaczając zbawienne wpływy: np. psy lub koty uszczęśliwiają swoich opiekunów, ci zaś dogadzają im, spełniając ich oczekiwania oraz zapewniając różnego rodzaju dobra. 

Kamil Sipowicz kreuje opowieść o świecie, który jawi się jako wyrwany z rzeczywistości, którą znamy. Opisuje życie wolne i naznaczone kontaktem z naturą oraz zwierzętami, zdeterminowane przez upływ czasu pojmowany w kategoriach wyłącznie przyrodniczych (zmieniających się pór dnia i roku). Zachwycają go wydarzenia i zjawiska proste, mające miejsce w otoczeniu ciszy i natury. Wszystko, co tworzy tę sielską krainę, zazębia się, przenika: człowiek ze zwierzyną, ludzki dorobek ze środowiskiem, nasza rzeczywistość z rzeczywistością braci mniejszych, nasze losy z ich losami. To obraz świata kompletnego, prawdziwego, nastawionego na przeżywanie szlachetnych wartości i piękna, które wynika z kontaktu z tym, co pierwotne. Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt generuje w czytelniku tęsknotę do czystych relacji ze zwierzętami, samo wydanie książki zaś – ubogacone ilustracjami Olgi Sipowicz – do nieustannego zagłębiania się w przedstawianą wizję.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 27 września 2016

272. Anna Kaniecka-Mazurek "Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić"

Skłamałbym, gdybym powiedział, że ta książka w pełni sprostała moim oczekiwaniom. Zabierając się za lekturę, zaintrygowany tytułem oraz opisem, spodziewałem się naprawdę wiele, zwłaszcza treści, która zmusiłaby mnie do przemyśleń, pokazując zupełnie obcy skrawek rzeczywistości. Ostatecznie nie czuję rozczarowania, nie żałuję poświęconego czasu, jednak nie mogę powiedzieć, że Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić to powieść, która wywarła na mnie większe wrażenie. 

Utwór Anny Kanieckiej-Mazurek to opowieść o kobiecie, której życie przez immanentną składową istnienia, jaką jest płeć, zostało naznaczone tragedią. Urodzona jako dziewczynka, wbrew oczekiwaniom i pokładanym w niej nadziejom ojca, została poddana osobliwemu wychowaniu, realizującemu resztki nadziei i ambicji zaborczego rodziciela. Stając się dorosłą, choć coraz bardziej wyswobadzała się spod destrukcyjnych wpływów, nieustanie podlegała oddziaływaniu tego, czego dotąd doświadczyła. Wychowanie zaważyło na jej późniejszych losach, a decyzje tych, którzy sprawowali nad nią opiekę, wciąż odbijało się w jej dorosłych poczynaniach.

Integralność między dojrzałą postawą a dzieciństwem to temat obecny nie tylko w psychologii, ale również w literaturze. Znane są czytelnikowi utwory – zarówno te bardziej popularne, kanoniczne, jak i te, które zyskały mniejszą uwagę – które dotykają tej relacji, obrazując, jak destrukcyjny lub zbawienny wpływ ma wychowanie. Anna Kaniecka-Mazurek w swojej powieści również porusza ten temat, ukazując losy bohaterki, Zofii, której pojawienie się na świecie nie szło w parze z wyobrażeniami ojca. Ten, zaintrygowany sportem, pokładający nadzieje w tej dziedzinie, oczekiwał bowiem, że jego żona – Mirka – urodzi syna, który zrealizuje wszystkie jego aspiracje i marzenia, przynosząc tym chlubę oraz poczucie spełnienia. Niestety, rodzinę dopełniła córka, co początkowo okazało się niemałym rozczarowaniem, jednak z czasem – po oswojeniu się z zaistniałą sytuacją – stało się początkiem planu B, innego rozwiązania. Mężczyzna postanowił bowiem tak wychować pociechę, by mogła również osiągać sukcesy w sporcie, w innej dyscyplinie. Mając na celu ustaloną dla córki przyszłość, przez całe jej dzieciństwo postępował tak, jakby wychowywał chłopca. Wprawiając dziecko w określony schemat, ukierunkowując na wybrane przez siebie postawy, dając rzekomo odpowiedni przykład, pozbawił jej poczucia kobiecości, generując w jej świadomości przekonanie, zgodnie z którym nie tylko powinna być, ale jest... przedstawicielem przeciwnej płci. 

To, czego Zofia doświadczyła, dorastając, nie odeszło w zapomnienie w chwili, gdy stała się niezależna, gdy zapoczątkowała szereg prób, które miały na celu odcięcie się od przeszłości. Wyprowadzka, dążenie do zmiany w postrzeganiu samej siebie, inne towarzystwo – wszystko to zdawało się nieść nowe jutro, pomagać, jednak ostatecznie nie przynosiło żadnych rezultatów, a bohaterka – choć pozornie układająca sobie życie – wciąż ponosiła klęskę. Mówimy bowiem o postaci, która została ukształtowana w taki sposób, że jej fundamenty są nie tylko sprzeczne z tym, kim jest, ale przede wszystkim nieustannie determinują jej losy – oczywiście w kontrze do oczekiwań. Nieszczęście, jakiego doświadcza, zdaje się realizować znacznie straszniej i wymowniej, gdyż szkodząc jej, zaniżając morale i przynosząc cierpienie, wynika jednocześnie z niej samej, z jej psychiki, świadomości. To nie rodzaj karmy, zła doświadczonego ze względu na znajomości, smutku spowodowanego niemożnością... To problem, który ciąży, który działa destrukcyjnie, a przy tym wynika z jednostki, której dotyczy. Portret, który popełnia autorka, ukazując tę dwoistość przypadku bohaterki, intryguje, ewidentnie obrazując nierozerwalność mniemania i formy, duszy i ciała. Bo wszystko, co ma miejsce w życiu Zofii, determinowane jest jej stanem ducha, który z kolei wynika z innych płaszczyzn, w których ewidentny prym wiedzie wychowanie. To one jawi się jako najistotniejszy generator ludzkich postaw i zachowań, a także jako ta składowa człowieka, z którą nie sposób walczyć, której nie można się wyzbyć. Całe dorosłe życie wynika z okresu dzieciństwa, a dojrzała postawa zbudowana jest na bazie wychowania. Te powiązanie jest kluczem do zrozumienia historii Zofii, do szerszego odczytania recenzowanej powieści. 

Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić to utwór o kobiecie, która nie wiedząc kim jest, żyła w ciągłym poszukiwaniu odpowiedniego wcielenia, zlokalizowanego w rozmaitych relacjach, związkach. To opowieść, która zdaje się realizować gombrowiczowską konieczność formy, jednak wynikającą nie z tych samych, co w Ferdydurke, płaszczyzn. W rzeczywistości wykreowanej przez Annę Kaniecką-Mazurek, bohaterka nieustannie poszukuje odpowiedniej roli, satysfakcjonującego znaczenia, gdyż nie została nim obdarzona w dzieciństwie. Obdarta i wyzbyta z tego, co znamienne dla człowieka – cech i postrzegania związanego z płcią, z własną istotą – oraz ulepiona według uznania ojca, stworzona na obraz jego myśli, stała się postacią bezbarwną, bez znaczenia i szerszego wymiaru. Zabłąkana i nieobyta z samą sobą, mimochodem ruszyła w poszukiwania wymiaru, w którym mogłaby się zrealizować, poczuć się osobą zdefiniowaną, tożsamą z tym, kim jako człowiek jest. Pozbawienie jej immanentnego przekonania o samej sobie zmusiło ją do wyglądania kolejnego – niedostępnego. Bo – zdają się mówić losy bohaterki – jeśli człowiek nie nabędzie na wczesnym okresie przekonania o samym sobie, nigdy go nie uzyska. 

Książka Anny Kanieckiej-Mazurek to pozycja, która mimo intrygującej historii, nieco rozczarowuje. Przede wszystkim ze względu na niesamowicie rozbudowane opisy kwestii genealogicznych bohaterów, które – ku mojemu zdziwieniu – nie tylko nie stanowią o niczym istotnym w świecie akcji właściwej, ale również nużą. Choć to opowieść o tym, jak wiele o nas stanowi przeszłość, to tak głębokie zaglądanie w dzieje minione, dotyczące dziadków lub dalekich głównej bohaterce postaci, nie rzutuje w żaden sposób na jej losy. Oczywiście, postawa Zofii wynika z wychowania, a te z wychowania jej rodziców, na co składają się również warunki zewnętrzne, takie jak wydarzenia historyczne czy środowiskowe, jednak przez znaczną część utworu czytelnik śledzi losy następujących po sobie postaci (dziadków z jednej strony, dziadków z drugiej strony, innych członków rodziny), które zdają się nie prowadzić do niczego konkretnego. Brak zarysowanego celu w tej części opowieści zanudza, a także powoduje niemałą dezorientację w odnajdywaniu się w wykreowanej rzeczywistości. 

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 25 września 2016

271. Marcin Szczygielski "Poczet królowych polskich. Powieść i klucz"

To, co ujęło mnie w książce Szczygielskiego, to przede wszystkim klarowność ciągłości czasu i istnienia, rozumianego jako integralny związek między tym, co minione, a tym, co dzisiejsze. Poczet królowych polskich to bowiem powieść, w której czas i teraźniejszość jawią się zupełnie szerzej, zahaczając swoim zasięgiem o płaszczyzny i wydarzenia rzekomo tak odległe i nieistotne, a w rzeczywistości tak naznaczające i determinujące. 

Powieść Szczygielskiego to utwór, w którym jednostka mierzy się z niezmierzonym ogromem przeżyć, wydarzeń, postaci, zjawisk i historii, które miały miejsce w przeszłości – zarówno w tej, która w sposób bezpośredni dotknęła bliskich czy rodziny, jak i tej, która dotyczyła ludzkości. Bohaterowie książki – na czele z główną bohaterką – zagłębiają się w niej, próbując nie tyle rozwiązać zagwozdki, nadać sens nierozstrzygniętym sprawom czy odnaleźć odpowiedzi na nurtujące lub przemilczane pytania. Czynią to, by odnaleźć się w tym, co ma miejsce teraz, teoretycznie z dala od tego, co dotknęło niegdyś żyjących. Pojęcie aktualnie rozgrywających się wydarzeń wymaga bowiem od nich szerszego – znacznie szerszego – spojrzenia na własne położenie, które – co idzie wręcz lawinowo, konieczna perspektywa niesie niezbędność kolejnej – w sposób immanentny poszerzane jest o kolejne okresy, kolejne postacie, kolejne wydarzenie. Wszystko, co następuje teraz, ma swą genezę w przeszłości, mocno zakorzenione powody i argumenty. I piszę o tym nie bez powodu, bo to istotny klucz do zrozumienia recenzowanego utworu. W świecie, w którym toczy się akcja powieści, w rzeczywistości, w której żyją  jej bohaterowie, każda decyzja niesie za sobą szereg skutków i owoców, które następują niekoniecznie bezpośrednio po sytuacji, której dotyczą – niekiedy rozłożone są w czasie, dając o sobie znać dopiero w dalekiej przyszłości, dotykając tym potomnych, kolejne pokolenia. Poczet królowych polskich dotyczy bowiem historii jako tej, która jest dziedziczna, ciągnąca się latami, następująca w czasie, a przy tym zupełnie poza nim – nie podlega upływowi, wciąż jest obecna i permanentnie determinuje. Widać to również po wydarzeniach najświeższych, dopiero nabierających wymiaru – bodziec lub sytuacja popychają bohaterów do decyzji, które definitywnie generują dalszy tok wydarzeń, zmuszając np. do podejmowania granicznych postanowień. 

Poczet królowych polskich to powieść z kluczem, dotyczy bowiem realnych postaci i prawdziwych wydarzeń, poddanych fikcji literackiej oraz takim wybiegom i zabiegom, by uzyskały interesujący dla czytelnika wymiar. Cała ta opowieść rozgrywa się na kilku zasadniczych płaszczyznach, a wielotorowa narracja umożliwia znacznie szerszą obserwację, głębsze przeniknięcie i poznanie. Dostajemy powieść, w której jedna opowiadania historia, przedstawiana jest z kilku perspektyw – zarówno personalnych (dotyczących punktu widzenia poszczególnych bohaterów), jak i czasowych. To znaczące, gdyż zgłębiając powieść, możemy dostrzec jej niejednoznaczność interpretacyjną, realizującą się w sposób relatywny. Każdy bohater, każda decyzja i każdy ciąg przyczynowo-skutkowy, który możemy w niej dostrzec, możliwy jest do odczytania na wiele sposobów, zależnych od punktu wyjścia. W rzeczywistości wykreowanej przez Szczygielskiego ma miejsce bowiem to, co tak wielce dotyczy nas – niejednoznaczność decyzji, zwłaszcza tych, które są tak głęboko zakorzenione w przeszłości. To, co dla bohaterów, którzy żyją podczas akcji właściwej, jawi się jako niezrozumiałe, głupie czy błędne, dla tych, którzy postępowali w sposób oceniany, wydawało się klarowne i oczywiste. Nie ma tutaj, w tym świecie, dogmatów, a relacje międzyludzkie, niekiedy tak ociężałe i niezbadane, zdają się fundamentem, punktem, wobec którego toczy się cała opowieść. Bo to bohaterowie są oczkiem w głowie autora, to im przygląda się najbardziej, to ich stawia wyżej niż akcję powieści. Czytelnik ma świadomość tego, obserwuje ich znaczenie zupełnie naturalnie, dostrzegając wszystko to, co ich spotyka zarówno w wymiarze następujących wydarzeń, jak i kreacji literackiej rzeczywistości. Zostają bowiem uwikłani w rozmaite zjawiska i sytuacje, takie jak wojna, prześladowania na tle narodowościowym, zdrady, rozstania, emigracje czy codzienne życie, ale również niezwykle mocno obsadzeni są w pajęczej sieci relacji. Funkcjonując, obijają się swoimi pragnieniami i decyzjami o innych, niekiedy stojących w kontrze, innym razem działających zgodnie z oczekiwaniami, prezentując czytającemu niezwykle frapujący portret – jednostki w różnych kontekstach.

Recenzowana książka to utwór, który czyta się z dużą przyjemnością, bardzo płynnie. To mimo to powieść naznaczona smutkiem, rozczarowaniem i bólem, spowodowanym odejściami i rozstaniami. Braki, jakich doświadczają bohaterowie, determinują nastrój czytelnika. A dotyczą potrzeb różnych, wynikających z wielu płaszczyzn człowieczeństwa. Cierpią na niedostatek, na brak informacji oraz niezrozumienie własnego położenia, smucą się ze względu na brak akceptacji i poczucie wyalienowania, zamartwia ich to, co ukrywają przed nimi inni, oraz to, co zasłoną tajemnicy potraktował czas. Zdają się jednak przede wszystkim cierpieć wskutek odejść. Książka Szczygielskiego to utwór, który naznaczony jest odchodzeniem i samotnością. Nic, na czele z czasem i ludźmi, nie jest w tej rzeczywistości stałe, wszystko płynie, wszystko przemija, ubywa. Związki, relacje, prawdy, informacje, pozorna stałość, pamięć – wszystko to zatraca, zamazuje się każdego dnia, tracąc własne kontury i znaczenie. Przed tym rozpadem, przed tą nieuchronnością upływu, próbują bronić się bohaterowie, walcząc lub starając się nie zwracać uwagi na przemijanie. Zwodzi ich to jednak na manowce, prowadzi do ostatecznej klęski, a determinujące nas zjawisko stanowi dla nich graniczne doświadczenie. Poczet królowych polskich to książka, w której przemijanie przenika się z ciągłością, a przeszłość z tym, co obecne. To powieść, którą warto przeczytać.
5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 17 września 2016

270. Heinz Heger "Mężczyźni z różowym trójkątem"

Trudno pisać o tej książce, zachowując neutralną postawę. Właściwie – nie sposób. Mężczyźni z różowym trójkątem to bowiem pozycja, którą czyta się w przerażeniu i przekonaniu, że obcuje się z opisem czegoś, co nie może być prawdziwe, co nie mogło mieć miejsca – ze względu na brutalność obrazu, jaki przedstawia. Ta pozycja nie pozostawia czytelnika w obojętności, złudzeniu – całkowicie odkrywa okrucieństwo wydarzeń, o których traktuje, bezwzględnie ukazując przerażającą prawdę.

Mężczyźni z różowym trójkątem dotyczą przede wszystkim jednostki w kontekście wydarzenia tak tragicznego i granicznego, jakim jest obóz koncentracyjny. To przerażająca relacja z miejsca, w którym realizował się odwrócony dekalog, stanowiąca rozwinięcie tematu obozowego – dotyczy bowiem sytuacji i społeczności, które – nawet w powojennej europie – zostały schowane za zasłonę milczenia, zepchnięte w niebyt oraz świadomą alienację. To pozycja o tych, którzy stanowili temat tabu – ludziach, którzy zostali wepchnięci w piekło ze względu na odmienną – homoseksualną – orientację. Na mocy Paragrafu 175. Okrucieństwo wynikające z uprzedzeń i poczucia wyższości, a także mniemanie, że można decydować o cudzych losach, naznaczone nienawiścią i brutalnością, skontrastowane z niezrozumieniem i niewinnością, tworzą szeroki obraz historii społeczności, której odebrano człowieczeństwo w ramach rzekomego wymiaru sprawiedliwości za przestępstwo – nieodpowiednią miłość.

Przez całą opowieść o zagładzie przetacza się jedna kluczowa myśl, zdeterminowana dezorientacją oraz rozpaczą – jak można karać ludzi, którzy niczego złego nie zrobili, a jedynym zarzutem, który został wobec nic wystosowany, to uczucie do przedstawiciela tej samej płci? To pytanie, na które ani czytelnik, ani autor, nie znajduje odpowiedzi, rozrywa serca – zarówno opowiadającego, jak i czytającego. Konfrontuje bowiem w swojej istocie dwie skrajne natury, dwie kontrastujące płaszczyzny, zjawiska – niezmierną nienawiść i pogardę z czystą miłością i niewinnością. Ten obraz – dwutorowości opisywanych wydarzeń – zdaje się rozlewać na wszystkie składowe relacji, ukazując, jak niezrozumiałe jest czynienie krzywdy przez zbrodniarzy, jak niezawinione jest cierpienie tych, które przedstawiane piekło dotyczy. Jest to bowiem opowieść o jednym z najokrutniejszych okresów w historii ludzkości, czasie, w którym upadły wszystkie wartości, a człowiek stał się bestią, sędzią i katem. Ukazuje jednak ten okres narracją nieco odmienną, bardziej szczegółową, gdyż dotyczy konkretnej społeczności – homoseksualnej. W ten sposób rzuca nie tylko światło na losy konkretnej grupy społecznej, ale również całego okrucieństwa obozowego – robi to jednak w kontekście tych, którzy obsadzeni zostali  w nim na bazie Paragrafu 175.

Charakterystyczna dla Mężczyzn z różowym trójkątem – oraz dla innych relacji (nie tylko związanych z obozami zagłady), które dotyczą wydarzeń determinujących ludzką naturę tudzież postawę – jest niemożność ocenienia, jednomyślnego zakwalifikowania postępowania więźniów, opartego na podstawie powszechnie panujących systemów moralnych lub tradycyjnych hierarchii wartości. Wspomina o tym przede wszystkim Heger, opisując swoje kontakty i relacje z nazistowskimi wojskowymi, sprawującymi władzę nad przebywającymi w obozach. Mowa przede wszystkim o bliskich, zażyłych, intymnych – chciałoby się rzec: niemoralnych – powiązaniach, zapewniających protekcję oraz ochronę przed wieloma sytuacjami – śmiercią, niezwykle trudną pracą oraz przemocą. Takie relacje – będące w powszechnej pogardzie, wyraźnie naznaczające jednostkę, która się im poddaje – w świetle opisywanych wydarzeń nie jawią się w sposób tak oczywisty, wymagają znacznie szerszej interpretacji, głębszego zastanowienia. Autor nie bez powodu ukazuje je w takim kontekście, gdyż obrazuje nie tylko jedną z metod, za których sprawą możliwe było polepszenie sobie warunków w obozach koncentracyjnych, ale przede wszystkim uwypukla wolę życia oraz determinacje, która generuje zachowania i postawy. W obliczu śmierci – jak wspomina sam Heger – człowiek potrafi zrobić wiele, wyzbywając się niekiedy samego siebie, własnego człowieczeństwa, by uniknąć ostateczności. To książka, która ukazuje wolę życia nadzwyczajnie wprost, bezpośrednio, naocznie. Porusza bowiem jej jądra, kontrastując pragnienie trwania, istnienia, które determinuje różne niejednoznaczne zachowania, z łatwością i powszechnością odbierania życia.

Relacja Hegera to w dużej mierze opisy okrucieństwa i zła, które wydarzyło się w przedstawianym obozie zagłady. To książka, w której dobitnie i brutalnie widać to, co stanowiło codzienność tego miejsca – niewymowne cierpienie za niezawinione krzywdy. To opowieść o tych, którzy doznali piekła na ziemi, którym odebrano człowieczeństwo i podstawowe prawa, których pozbawiono życia. Mężczyźni z różowym trójkątem opowiadają historię społeczności – ukazaną na przykładzie poszczególnych losów – której życie zdeterminowały cudze uprzedzenia, cudze poczucie wyższości. Oni – ludzie, którzy przypisali sobie prawo do decydowania o innych – naznaczyli granicznymi przeżyciami całe rzesze osób, traktując je w sposób nieludzki, przedmiotowy. Autor roztacza opisy sytuacji, podczas których ciało i wszystko to, co związane z istnieniem, traktowano bez szacunku, bez żadnego poszanowania i moralności. Mamy do czynienia z obrazami tortur, śmierci, oderwania od życia całej sfery sacrum oraz wyjątkowości. Człowiek – zwłaszcza ten prześladowany, m.in. za orientację homoseksualną – nie znaczy tutaj nic, nie ma żadnej wartości, a jego istnienie jest uwarunkowane od woli lub uprzedzeń innych – rzekomo lepszych, wartościowszych – społeczności. Tytułowych mężczyzn pozbawiono prawa do życia, potraktowano jako niegodnych przebywania wśród "normalnych". Wszystko to w imię niezrozumiałych przekonań, motywowanych nienawiścią. To książka, w której śmierć – jakże powszechna, obecna – miesza się z niezmierzonym pragnieniem życia, a przynależność do pewnej grupy społecznej tożsama jest z alienacją, brakiem szacunku. To relacja o świecie, w którym wszystkie wartości sięgnęły bruku, a odwrócony dekalog realizuje się w każdej chwili, każdego dnia. Pozycja absolutnie wstrząsająca, niewątpliwie warta uwagi.

6/6