wtorek, 1 grudnia 2015

185. Fiodor Dostojewski "Biesy"


Biesy to książka, która sprawiła mi wielką przykrość. I nie mam na myśli szczerego, obnażającego ludzkie wady przekazu, który mógłby ugodzić w moją godność. Nie nawiązuje do historii, która mogłaby mieć na mnie na tyle silny wpływ, że uroniłbym przez nią łzy. Nie przywołuję ze wspomnień ludzi, którzy odeszli, a których przypomina mi któryś z bohaterów. Nie, to nie to. Chodzi o coś zupełnie innego. Do powieści Fiodora Dostojewskiego podchodziłem dwukrotnie. I właśnie ten pierwszy raz, nacechowany wielkim zainteresowaniem i dobrym wrażeniem poprzednimi pozycjami, z którymi miałem okazję obcować – Zbrodnia i kara, Gracz, Wspomnienia z domu umarłych – przyniósł mi smutek. Dlaczego? Niesiony zachwytem nad spuścizną Dostojewskiego, onieśmielony prawdą o człowieku, która bije z jego utworów, pełny wrażenia wielowymiarowymi postaciami, z którymi kontrastuje czytelnika, zasiadłem do lektury, mając nadzieję, że tę obszerną książkę przeczytam w mig, jednym tchem. Szybko okazało się, że moje zamiary mogą się nie ziścić, a lektura książki stoi pod dużym znakiem zapytania. Dlaczego? Gęsta – niesłychanie gęsta – atmosfera, specyficzny klimat oraz niezwykle nieśpieszna akcja ostudziły mój zapał, a przedstawiana rzeczywistość nie zachwyciła w sposób zbliżony do poprzednich przygód z prozą Fiodora Dostojewskiego. Zmartwiony odłożyłem książkę na półkę. Powróciłem do niej po kilkunastu dniach. Dziś wiem, że postąpiłem słusznie. 

Powieść czyta się trochę tak, jakby obcowało się z inną, zupełnie obcą, zapomnianą rzeczywistością. To świat na pozór znany, zarządzany dokładnie tymi samymi zasadami, które determinują nasz. Jednak za sprawą języka, sposobu opisywania i definiowania świata przedstawionego, ujmowania myśli i spostrzeżeń, czytelnik dostaje do rąk książkę, która daje świadectwo czegoś, co upłynęło, co przeminęło, co choć trwało, to – jak wszystko – się skończyło. Piszę nieco enigmatycznie, więc uważam, że jestem zobowiązany do tego, by podkreślić myśl, która zarówno podczas lektury, jak i teraz – długo po niej – przyświeca mi w głowie: niełatwo pisać o tej pozycji. Niełatwo, gdyż cała jej istota – treść, bohaterowie, wydarzenia, klimat, sens – jest nieco nieuchwytna, tkwiąca gdzieś obok, poza moją świadomością. A z drugiej strony – głęboko we mnie. Dziwne, nieprawdaż?

Dzieło Fiodora Dostojewskiego traktuje o rewolucji. Przedstawia ją jednak w sposób zgoła odmienny, niż można się spodziewać. Ukazuje próbę odsunięcia od władzy dotychczasowych rządzących, początkowo za sprawą relatywnie niegroźnych posunięć – nadgryzienie ucha przez Nikołaja Stawrogina czy rozbicie festynu – a następnie przez coraz groźniejsze wybryki i decyzje. Dostojewski pokazuje, jak idee – zarówno te szczytne, jak i o wątpliwym podłożu moralnym, nieco powierzchowne – przejmują świadomość ludzi, ukierunkowując ich postępowanie i plany w niebezpieczną nie tylko dla innych, ale i dla nich samych stronę. Biesy stanowią krytykę tego, co dla niektórych bohaterów brzmi utopijnie i realizuje się jako szczyt marzeń oraz wizja idealnego świata. 

To, co niewątpliwie stanowi cechę charakterystyczną twórczości Dostojewskiego, ma miejsce również w recenzowanej pozycji. Pisarz roztacza przed czytelnikiem nie tylko porywającą i niezwykle wymowną wizję omawianego i rozpatrywanego przez siebie tematu, ale ukazuje fascynujące osobowości, szerokie i głębokie portrety psychologiczne wykreowanych przez siebie bohaterów. To opowieść o tym, jak idee doprowadzają do upadku moralnego, więc pisarz takowe uwypukla. Kreuje postacie, które w sposób zrozumiały, na oczach czytelnika osiągają pewien pułap niepowodzenia lub konkretnej sytuacji życiowej, co daje odbiorcy świadectwo i obraz skutków, które mają miejsce w życiu człowieka po podjęciu rozmaitych decyzji lub zaangażowaniu się w pewne idee. Dostojewski ukazuje paletę charakterów i osobowości, które posuną się daleko, by osiągnąć – często kosztem innych – własne cele.

Biesy to powieść szczególna. Czyta się ją z zachwytem, choć niekiedy przez łzy, niezrozumienie i niechęć. Jest to pozycja trudna, nie do przebrnięcia w mig. Wymaga nie tylko skupienia, ale  również odpowiedniego podejścia, nastroju i cierpliwości. To fascynujący portret dziewiętnastowiecznej Rosji, pełny absurdalnych, komicznych i tragicznych scen. To w końcu opowieść o złudnych marzeniach, o tym, jak idee zasysają i przejmują kontrolę nad człowiekiem. To książka, która nie każdemu podejdzie. Jednak – jak mniemam – każdy powinien po nią sięgnąć.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

1 komentarz:

  1. Ja nie mam cierpliwości do takich powieści (klasyków ) więc się nie skusze.

    OdpowiedzUsuń