poniedziałek, 28 grudnia 2015

190. Piotr Pogorzelski "Ukraina. Niezwykli ludzie w niezwykłych czasach"

Autor dwukrotnie – ku mojemu zdziwieniu – wspomina we wstępie, że jego pozycja nie jest kolejną książką o Majdanie. I tak, ma racje. To nie jest książka o Majdanie, choć istotnie traktuje o wiadomych wydarzeniach. Jest to bowiem wydawnictwo, które penetruje niezwykle głęboko kwestie najnowszej historii Ukrainy, ukazując nie tylko zagadnienia polityczne, ale również przemiany społeczno–obyczajowe.

To, co przez ostatnie miesiące działo się za naszą wschodnią granicą, na Ukrainie, niewątpliwie miało wpływ na kształtowanie się nowych postaw tudzież idei społeczeństwa. Wydarzenia na Majdanie, aneksja Krymu, liczne demonstracje, wybory, ofiary – wszystko to sprawiło, że dosyć uśpiony, bierny naród, w krótkim okresie przeszedł istotną przemianę, walcząc o to, co dotąd nie stanowiło większego obiektu zainteresowania – o ojczyznę. Piotr Pogorzelski recenzowaną książką niezwykle rzetelnie i szeroko ukazuje tę transformację, uwypuklając nie tylko przeobrażenia w postawach i zachowaniach, ale przede wszystkim ożywienie – a być może zrodzenie się – duszy ukraińskiej. Ukraina. Niezwykli ludzie w niezwykłych czasach daje bowiem wyraz solidarności, patriotyzmu i walki – nierzadko przepłaconej krwią – o cele wyższe, o pryncypia. 

Książka Piotra Pogorzelskiego to swoiste kompendium wiedzy o wiadomych sytuacjach na Ukrainie, stojące w opozycji do tego, czym karmią nas media oraz zasłyszane donosy. Przekazy informacyjne, na podstawie których wyrabiamy sobie opinię, nierzadko stanowią źródło zamieszania i niejasności, jakie następują w świadomości odbiorcy w okresie, kiedy z wielu stron dochodzą go różne bodźce, a mętlik, z którym mimowolnie musi się zmierzać, nie pozwala na wygenerowanie jasnego, klarownego i zrozumiałego obrazu. Niniejsza książka – nie tylko ze względu na przejrzysty układ, czytelną i praktyczną formę – umożliwia to, prezentując czytelnikowi cały wachlarz informacji, faktów, obserwacji, wyrażających istotę wydarzeń, punkt wyjściowy do rozważań i oceny sytuacji na Ukrainie. Traktuje bowiem o nich w sposób szeroki i lapidarny jednocześnie, stopniowo naświetlając sytuację: od pierwszych, nieśmiało zapowiadających przewrót, okoliczności, przez Majdan, pierwsze ofiary, rosnące wsparcie, zaangażowanie różnych grup społecznych, po skutki oraz dzisiejszą sytuację. 

Ukraina. Niezwykli ludzie w niezwykłych czasach to pozycja poświęcona przede wszystkim obywatelom, ludziom, którzy na różne sposoby walczyli – i dalej walczą – o to, by żyć w lepszym kraju. To świadectwo zrodzenia się woli walki, poczucia, że o ojczyznę należy zabiegać, a jej dobro zależy wyłącznie od mieszkańców. Piotr Pogorzelski zdaje się odpowiadać na pytania Co? Kto? Kiedy? Jak?, gdyż Jego książka rozwiewa wszystkie wątpliwości, rozjaśnia i ukazuje w pełni to, z czym czytelnik mógł mieć problem. To książka niezwykle merytoryczna i przystępna, przeprowadzająca odbiorcę nie tylko przez najważniejsze zagadnienia, ale znacznie wypływająca od suchych faktów, jednoznacznych wydarzeń, ukazująca obserwacje społeczne, rodzące i ginące nastroje, kształtujące się postawy i zjawiska. To wydawnictwo, które ukazuje, że Ukraińcom nie jest jednak wszystko jedno, że nie jest to naród bierny, a ich wola walki, potrzeba zmian i śmiałego dążenia do lepszego jutra jest w stanie unieść się ponad podziały, połączyć tych ludzi – te środowiska – które w innych kwestiach działają wbrew sobie. Autor przywołuje ludzi niezrzeszonych, artystów, duchownych, organizacje, polityków, dziennikarzy, jednostki i szersze społeczności, ukazując ich założenia, zaangażowanie, sposoby walki oraz sukcesy. Piotr Pogorzelski tworzy portret – portret ludzi, którzy na naszych oczach dokonują czegoś wyjątkowego. Czegoś, czemu warto się przyglądać. Zdecydowanie.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 26 grudnia 2015

189. Emil Roszewski "Na tropie srebrnego kura"

Na tropie srebrnego kura to książka, która początkowo – na przestrzeni pierwszych kartek, pierwszych trzech rozdziałów – zachwyca, jednak z czasem, wraz ze zagłębianiem się w przedstawianą historię, zadowolenie i fascynacja zaczynają systematycznie maleć, a w ich miejsce wrasta znużenie. Znużenie spowodowane dosyć naiwną fabułą oraz naciąganymi i nieprawdopodobnymi rozwiązaniami.

Powieść Emila Roszewskiego to nieskomplikowana historia, traktująca o poszukiwaniach tytułowego srebrnego kura, będącego onegdaj własnością krakowskiego bractwa kurkowego, który – wskutek historycznych zawirowań ˜– zaginął, a o jego odnalezieniu – ze względu nie tylko na sentymentalną i zabytkową, ale przede wszystkim pieniężną wartość – marzy wiele społeczności. Główny bohater – za sprawą prośby siostry – wyrusza na poszukiwania, podróżując nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie – zagłębiając się w historię. Na jego drodze pojawiają się nie tylko sprzymierzeńcy, ale również wrogowie – ludzie, którzy chcą zarobić na tytułowym kuru.

Recenzowana książka należy do tych pozycji, których lektura ani nie zachwyca, ani nie ciąży. Jest to historia dosyć uniwersalna i schematyczna, solidnie oparta na sprawdzonej formie, pewnych fundamentach, które – przenikliwy czytelnik – szybko rozszyfruje. Emil Roszewski serwuje rzeczywistość podporządkowaną jednej czynności – poszukiwaniom srebrnego kura – oraz podzieloną na dwa wyraźne obozy: dobry i zły. Są zatem bohaterowie, którzy swym postępowaniem opowiadają się po stronie prawdy, szlachetności i pomocy, oraz postacie, którym te wartości są zupełnie obce, a ich działania zdeterminowane są wyłącznie przez żądzę pieniądza. Następuje – co nieuniknione – konflikt, bezpośrednia konfrontacja, starcie, w którym zwyciężyć może wyłącznie jedna strona – prawa lub lewa. Pojawiają się różnego rodzaju zagrywki – porwania, inwigilacja, pościgi, walki, knowania, podstępy – a także niespodziewane zwroty akcji: odkrycia, zmiany postaw i zaskakujące rozwiązania. Jest to więc książka pod względem technicznym powielająca schematy, niezaskakująca czytelnika formą oraz sposobami ukazywania świata przedstawionego.

Powieść Emila Roszewskiego razi nienaturalną rzeczywistością, ugładzeniem przebiegu wydarzeń oraz niezwykłym szczęściem i powodzeniem bohaterów. To, co się dzieje w poszczególnych rozdziałach – poszukiwania złotego kura, prowadzenie śledztw, inwigilacja – realizuje się tak nienaturalnie, że podczas czytania odczuwa się niekiedy irytację. Wszystko, co otacza głównego bohatera – świat, postacie, wrogowie, przypadkowo poznani ludzie, natura – zdaje się współpracować z nim, działając wyłącznie na jego korzyść: z każdej sytuacji wychodzi obronną ręką, każda sytuacja zdaje się naprowadzać go na cel, a niepowodzenia i nieszczęścia – takie jak porwanie i bycie więzionym – również w ostatecznym rozrachunku okazują się pomocne. Brak w tej książce naturalności, czegoś, co sprawiłoby, że przedstawiana historia mogłaby wyzwolić w czytelniku myśl, według której podobna sytuacja może mieć (albo już miała) miejsce w prawdziwym świecie. Brakuje jej również takich emocji, jak zawiedzenie i smutek – bo nawet, gdy bohaterom się nie wiedzie, gdy nie potrafią lub nie mogą znaleźć odpowiedzi bądź odpowiedniej drogi, to ich sytuacja jest chwilowa, powierzchowna, gdyż lada moment wszystko przybiera odpowiedni, pożądany kierunek.

Bohaterowie Na tropie srebrnego kura to postacie pozbawione interesującej osobowości, portretów psychologicznych i przewodnich cech charakteru. To poprawnie wykreowane sylwetki, obsadzone w konkretnych sytuacjach, które – determinując ich postępowania – stanowią o ocenie, jaką generuje czytelnik. Po lekturze nie sposób wyłowić z pamięci cechy bądź osobliwe własności poszczególnych postaci, jawi się wyłącznie istota głównego bohatera ˜– młodego, rozgarniętego intelektualisty, historyka–detektywa. To książka, w której postacie grają drugoplanową rolę, a ich indywidualność tonie w biegu wydarzeń, następujących faktów i okoliczności. Bohaterowie nie są prowadzeni – nie przekazują żadnej wartości, nie zostaje wybudowana żadna dramaturgia oraz nie zostaje uwypuklona jednostkowość – a jedynie traktowani w sposób utylitarny – wykorzystywani zostają do rozwoju wydarzeń, obsadzani w pewnych rolach do celów nadrzędnych (akcji powieści).

Jest jednak w tej książce coś, co stanowi jej niebywałą i nieodpartą zaletę – tło historyczne. Wykorzystanie bractw kurkowych – o których – muszę się przyznać – wcześniej nie słyszałem – okazuje się wyśmienitym pomysłem, gdyż autor nie tylko za ich sprawą buduje klimat i punkt wyjściowy kreowanej historii, ale również intryguje i przekazuje czytelnikowi wymierną wiedzę, która – za sprawą plastycznych, ciekawych dialogów – jawi się jako przystępna i klarowna.

3,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater. 

sobota, 19 grudnia 2015

188. Dariusz Michalski "Poletko pana Fogga"

Poletko pana Fogga należy do tych książek, które zachwycają wielowymiarowością. To, co zawarł w niej Dariusz Michalski, przybliżając czytelnikowi losy Mieczysława Fogga, porywa rozpiętością oraz mnogością perspektyw i źródeł. Ukazuje bowiem nie tylko losy artysty, którym się zajmuje, oraz ludzi z nim związanych, ale cały wachlarz społeczności i osób, które w jakimś stopniu determinowały bądź wpływały na życie Fogga tudzież środowisko, w którym się obracał. To książka o życiu człowieka, którego kochały tłumy, o chęci pomocy i dobroci, którą można nieść w każdych warunkach, oraz o estradzie i polakach, którzy kochali muzykę. To książka-świadectwo ukazująca to, co choć przeminęło lub mocno się zdeformowało, warte jest nie tylko podkreślenia, ale stanowczego uwypuklenia. Opowiada o tym, jak funkcjonowała polska estrada w dwudziestoleciu międzywojennym, czasach okupacji oraz PRL-u, stawiając za głównego bohatera Mieczysława Fogga – charyzmatycznego artystę, dobrego człowieka oraz bożyszcze tłumów. 

Nie ma gorszej ewentualności w związku z recenzowaną książką, niż odrzucenie bądź odłożenie jej za sprawą monumentalności, dużej ilości stron, które – przy pierwszym spotkaniu – zwłaszcza dla laików lub osób niezainteresowanych tą konkretną postacią – rodzą obawy. Uważam tak, gdyż ta pozycja – licząca niemal 600 stron (bez indeksu oraz różnego rodzaju spisów) – to nieocenione źródło informacji, potok faktów oraz postaci, w który czytelnik wchodzi, zachwycając się jego urokiem i dając się porwać jego szybkiemu prądowi. To książka niezmiernie ciekawa, poprowadzona interesująco i rzetelnie, charakteryzująca się stoickim sposobem opisywania i wybierania informacji – we wszystkim panuje umiar, zdaje się dominować zasada złotego środka. Autor pisze bardzo przystępnie, podając czytelnikowi wręcz bezpośrednio do wiadomości fakty i historie, które zaświadczają zarówno o samym bohaterze książki, jak i o środowisku artystycznym opisywanych lat. Dariusz Michalski lawiruje pomiędzy cytatami, publikacjami, relacjami i faktami, tworząc fascynujący portret Mieczysława Fogga: jego kariery, osobowości, życia prywatnego, relacji z otoczeniem i działalności. W książce płynnie przeplatają się dwie płaszczyzny: jednostkowa (dotycząca tytułowej postaci) oraz grupowa (ukazująca innych artystów, estradę muzyczną, trendy oraz preferencje, warunki itp.), tworzące niezwykle frapujący i dosadny obraz.

Mieczysław Fogg jawi się jako wybitna postać polskiej sceny muzycznej, zachwycająca nie tylko w Polsce, ale również za granicą, gdzie bardzo często grywał dla licznie gromadzącej się Polonii. Muzyk zadebiutował w Chórze Dana na deskach sceny warszawskiego teatru Qui Pro Quo, w którym – nie znając języka hiszpańskiego – wykonywał utwory w tym języku, stylizując się i uchodząc za wielką gwiazdę, członka chórku, który stanowi ucieleśnienie zagranicznego sukcesu. Występy chóru cieszyły się niebywałą popularnością, wypełniając po brzegi sale, w których odbywały się koncerty. Zarówno krytycy, jak i słuchacze, wyrażali zachwyt występami i nagraniami kwintetu, zauważając nie tylko liczne walory muzyczne, ale również niezwykle gorący odbiór publiczności. Największym uznaniem cieszył się właśnie obiekt zainteresowania książki Dariusza Michalskiego, o którym – w recenzji występu chóru – "Nowy Kurier Poznański" napisał następująco: ozdobą zespołu jest popularny piosenkarz p. Mieczysław Fogg, dysponujący niewielkim, ale dobrze postawionym, o niezmiernie miłej barwie tenorem. Solowy jego występ należał do najgoręcej oklaskiwanych numerów programu.  Chór Dana koncertował przede wszystkim w Polsce, jednak odbywał trasy po innych krajach, między innymi w Niemczech, Estonii, ZSRR, Finlandii, Norwegii, Austrii oraz USA. Jego popularność nie malała, czego dowodem są wspomniane wyżej, niesłychanie żarliwie przyjmowane, koncerty, a postawienie na karierę solową – która rozpoczęła się odejściem z chóru w marcu 1938 – bynajmniej nie spowodowała spadku popularności Fogga.  Jego kolejne poczynania – trasa z Mirą Zimińską, solowe płyty i koncerty – zostały także docenione przez słuchaczy.

Poletko pana Fogga traktuje również o tej działalności muzyka – można by rzecz: tyrtejskiej – która przyczyniała się do wspierania walczących oraz ich rodzin, między innymi w trackie II wojny światowej. Śpiewał bez przerwy. Od rana do nocy, śpiewał patriotyczne piosenki, umacniał ducha walczącej Warszawy. To była pierwsza linia frontu. Wolał być na powierzchni, niż siedzieć w piwnicach! – napisał po latach Wiesław Budzyński. Umacniał duchem w trakcie Powstania Warszawskiego,  podczas którego – w różnych okolicznościach i miejscach – zagrał 104 koncerty. Grywał w szpitalach, kawiarniach, gettach i podziemiach. Wszędzie, gdzie się zjawiał, umacniał w walce, napełniał nadzieją i motywował. Pomagał.

Książka Dariusza Michalskiego to również niebywała sposobność do tego, by poznać – zatapiając się bez pamięci – polską estradę XX wieku: jej gwiazdy, trendy, zależności, kwestie techniczne. To fascynujący obraz tego zjawiska, przedstawiający je od strony kulis – przez pryzmat Mieczysława Fogga. Autor odmalowuje szereg istotnych wydarzeń kulturalnych oraz ukazuje blask i renomę osobistości, stanowiących o świetności muzyki ubiegłego wieku. To książka, w której ożywa przeszłość – powracają dawne przeboje, nazwiska i teksty (przytaczane zazwyczaj w całości), w której uwypuklone zostaje nawet to, co dla słuchaczy omawianego okresu estrady było niedostępne. Mam na myśli przede wszystkim kwestie techniczne rejestrowania dźwięku oraz wydawania muzyki, na czele z Fogg-Record – wytwórnią założoną przez Mieczysława Fogga w Warszawie w 1946 roku.

Recenzowana pozycja jest niewątpliwie warta uwagi. Zawiera bowiem to, co może okazać się ciekawe dla wielu społeczności – zainteresowanych polską muzyką, postacią Mieczysława Fogga, estradą XX wieku, kulturą, teatrem, historią. To książka obszerna, poprowadzona rzetelnie i treściwie. Autorowi udało się ukazać nie tylko życie wybitnego artysty, ale również wszystkie płaszczyzny, które w jakimś stopniu współgrały lub współistniały z muzyką opisywanych dekad. To tytuł wyjątkowy, stanowiący nie lada gratkę dla tych, którzy cenią merytoryczne pozycje, odkrywające minione lub zapomniane dzieje. Poletko pana Fogga przedstawia wszystko to, co chciałby wiedzieć zainteresowany czytelnik: życie prywatne, rozwój artystyczny, karierę, znajomości oraz środowisko, w którym obracał się Mieczysław Fogg. Gorąco polecam.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 13 grudnia 2015

187. Mariola Pryzwan "Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach"

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska to niebywałe zjawisko poetyckie. Jej wiersze cieszą się niesłabnąca popularnością, a zainteresowanie jej osobą nie maleje. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach zdaje się odpowiadać na te pytania, które czytelnik chciałby zadać, a także na te, które mogą okazać się pomocne przy odczytywaniu i interpretowaniu jej spuścizny.

To, o czym opowiada książka Marioli Pryzwan, to przede wszystkim dualna osobowość Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wyrażająca się w postawie życiowej oraz niemożności wygenerowania jednoznacznego portretu nie tylko Jej osoby, ale również Jej życia. Wspomnienia, które przywołuje autorka, choć zazwyczaj spójne i wyrażające wspólną myśl, tożsame duchem, niekiedy kontrastują ze sobą, nie tyle szokując czytelnika, ile wyprowadzając go z powrotem do punktu wyjścia, do chwili, kiedy zaczynał budować w swojej wyobraźni dowolny obraz poetki. Lektura tej książki tak naprawdę  nie wykształca żadnego konkretnego stanowiska, choć dostarcza bardzo wielu informacji i bodźców. Jednak, co wynika z niejednoznacznej osobowości artystki, przytaczane wspomnienia nie mówią jednym głosem, często się wzajemnie wykluczają, tak jak opinia co do postawy Pawlikowskiej wobec ludzi – jedni uważają, że była postacią empatyczną, skromną, sympatyczną, z kolei drudzy wyrażają opinię, jakoby funkcjonowała jako osoba wyniosła, powierzchowna, nieprzyjazna i odstraszająca potencjalnych przyjaciół.

Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach to próba uchwycenia tego, co stanowiło na kolejnych etapach życia – a także we wszystkich jednocześnie, jako wspólny mianownik, trzon osobowości – znamienną cechę, esencję Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Mowa więc nie tylko o poezji, która dla wielu stawała w opozycji do sposobu bycia i postępowania poetki, ale również o przykrościach i radościach, które istotnie determinowały życie bohaterki Marioli Pryzwan. Nawiązuję przede wszystkim do ułomności, z którą borykała się artystką – do krzywicy. To właśnie jej pod wieloma względami artystka podporządkowała swoje życie, ubierając się w taki sposób, by ukryć wadę postawy oraz zamaskować to, co mogłoby nie tylko przykuwać uwagę ludzi, ale przede wszystkim zaniżać samoocenę poetki. Za pomocą różnego rodzaju rozwiązań stylizacyjnych – narzutek, tiuli, szali, wielowarstwowych kreacji, długich, puszystych włosach – starała się ukryć swój największy mankament, przez co – w ocenie znajomych, przyjaciół oraz bliskich – wyglądała jak motyl, jak coś nieuchwytnego, zwiewnie sunącego przez powietrze. Dla wielu właśnie wygląd – któremu Maria Pawlikowska-Jasnorzewska poświęcała dużo czasu – stanowił niemałe zaskoczenie, gdyż wyrażał się raczej w stylu mieszczańskim, a nie – jak mogli przypuszczać ci, którzy znali artystkę wyłącznie za sprawą twórczości – w sposób oryginalny i niezwykle odmienny.

Ułomność, z którą zmagała się poetka, wyraźnie zaznacza się na kartach recenzowanej pozycji. Stanowiła ona nie tylko przykrość stricte fizyczną (estetyczną i zdrowotną), ale również duże obciążenie psychiczne, znaczny mankament, który niekiedy determinował postępowania poetki. Pierwsze małżeństwo, które zawarła w młodym wieku, wychodząc za mąż za porucznika Władysława Janotę Bzowskiego, wynikało między innymi z kompleksu dotyczącego uwarunkowań cielesnych, a co za tym idzie – próby udowodnienia zarówno sobie, jak i rówieśniczkom, że ułomność nie definiuje jej jako kobiety, a ona sama wciąż ma powodzenie u mężczyzn. Mężczyznom – których przecież w życiu Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej było tak wielu – Mariola Pryzwan poświęca należytą uwagę. Wspomnienia oraz materiały źródłowe, które przytacza autorka, prezentują w sposób obiektywny to, z czym musiała zmierzać się poetka: z nieudanymi związkami, rozwodami, zakochaniami oraz ostateczną, wielką miłością. Artystka próbowała związać swoje życie z trzema partnerami, z czego pierwszy związek – o którym mowa powyżej – okazał się niepowodzeniem, a drugi – na pierwszy rzut oka doskonały, wynikający z idealnego dobrania – zakończył się między innymi za sprawą licznych zdrad małżonka. Dopiero trzeci wybranek – Lotek, Stefan Jerzy Jasnorzewski – okazał się tym jedynym; tym, który towarzyszył poetce aż do śmierci.

Mariola Pryzwan przywołuje również te wspomnienia i relacje, które traktują o pobycie pisarki za granicą, wynikającym z wybuchu II wojny światowej. Właśnie te ustępy – stanowiące jedne z najmocniejszych, najbardziej zapadających w pamięć fragmentów książki – w dużej mierze tłumaczą, kim była – a może kim się stała – Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, oraz pokazują, jak jej twórczość była powiązana z życiem osobistym. Emigracja, której towarzyszyła poważna choroba (liczne operacje, złe samopoczucie), okazała się dla poetki na tyle intensywnym przeżyciem, że nie tylko miała wyraz w jej twórczości tudzież w prowadzonej korespondencji, ale wpłynęła również na jej osobowość, o czym wspomina Zofia Starowieyska-Morstionowa, mówiąc, że dopiero w ostatnim okresie życia zaczęła dostrzegać różnice społeczne, trudne sytuacje, w których los obsadzał ludzi, a których wcześniej – za sprawą uprzywilejowania i braku zainteresowania ˜– nie dostrzegała. Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach przedstawia również niezwykle przykre, choć fascynujące zarazem, zjawisko, jakie rozegrało się w życiu bohaterki Marioli Pryzwan. Nawiązuję do degradacji twórczej, którą wyzwoliła u poetki II wojna światowa. Degradacji, którą niektórzy nazywają "ofiarą wojny".

Życie Pawlikowskiej daje świadectwo tego, że niezależnie od sytuacji, zawsze można prowadzić się godnie, iść z podniesioną głową. Zdaję sobie sprawę, że nie brzmi to ciekawie, że może odstraszać – w końcu to wyświechtany frazes – ale tak jest. Taką refleksję zrodziła we mnie lektura recenzowanej pozycji i właśnie nią chciałbym się podzielić. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach to książka obiektywna, utkana z niejednomyślnych głosów, zdań, które dzięki temu, ze kontrastują że sobą, tworzą obraz szerszy, bardziej wiarygodny i przemawiający. Nie jest to książka, która w pełni zaspokaja ciekawość, wyczerpuje temat, ale w sposób rzetelny odmalowuje postać wybitnej poetki. Nie jest to też książka, która mogłaby posłużyć za rzetelne opracowanie życia lub twórczości artystki. Przedstawia ona bowiem coś znacznie istotniejszego – ducha. Zebrane przez Mariolę Pryzwan wspomnienia wyrażają i określają te aspekty życia Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, które definiowały ją jako człowieka, które rzutowały na jej twórczość i które umiejscawiały ją wśród ludzi. To książka o poetce i o jej wewnętrznej przemianie. O jej duszy, o tym, kim była, jak postępowała, jak zapamiętali ją inni. To barwny patchwork utkany ze wspomnień. Barwny, gdyż składa się z wielu odcieni, nierzadko wyraźnie kontrastujących ze sobą.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.

sobota, 5 grudnia 2015

186. Igor Sokołowski "Spokojnie. To tylko Rosja"


Rosja jest wielka. A człowiek mały – tymi słowami Igor Sokołowski rozpoczyna tę porywającą opowieść o Rosji; kraju, w którym to, co dla ludzi zachodu osobliwe, stanowi coś oczywistego, codziennego. To zbiór tekstów z podróży autora po Rosji, prezentujący nie tyle sam kraj, ile obywateli – ich mentalność, poglądy, usposobienie, styl życia, patriotyzm i stanowiska wobec zachodu oraz polityki i historii. Sokołowski pokazuje ten obraz ojczyzny Dostojewskiego, który możliwy jest do dostrzeżenia wyłącznie podczas bezpośredniego spotkania. To książka o tym, że Rosję można albo kochać, albo nienawidzić – trudno wobec niej zachować neutralność, gdyż jest to miejsce charakterystyczne. Wyjątkowe zarówno pod względem geograficznym, jak i polityczno–społecznym.

Igor Sokołowski podczas swojej wyprawy przygląda się przede wszystkim człowiekowi. To właśnie on – obywatel Federacji Rosyjskiej – stanowi punkt zaczepienia recenzowanej książki, fundament, na którym stoi Spokojnie. To tylko Rosja. To opowieść o obywatelu tego kraju, o tym, co kształtuje jego mentalność, co zadaje mu ból, a co czyni szczęśliwym, spełnionym, i co pozwala mu wierzyć nie tylko w wyjątkowość własnej ojczyzny, ale również w jej wyższość nad innymi. To frapująca panorama społeczeństwa, obraz życia i portret rosjanów. Portret, który naradza się podczas rozmowy i obserwacji, a nie – czego powinniśmy się wystrzegać – na kanwie stereotypów, skrótów myślowych i tych kłamstw, w które wierzymy, i w które z wielu względów chcemy wierzyć.

Rosjanin to człowiek dumny. Należy nawet powiedzieć więcej: człowiek niezwykle dumny. Dumny z tego, że jest obywatelem kraju, który wydał na świat tych ludzi, którzy zmienili jego bieg – wielkich twórców, polityków, przywódców oraz naukowców. Dumny z tego, że jego ojczyzna jest powierzchniowo największa na świecie, że arena międzynarodowa musi się liczyć z jej istnieniem, a pod względem militarno–politycznym stanowi istotny punkt na mapie świata. Igor Sokołowski w sposób lekki i pozbawiony patosu ukazuje to poczucie wyjątkowości i wyższości, nie tylko portretując i dostarczając czytelnikowi szerokiego obrazu, ale pozwalając mu – co w moim mniemaniu niezwykle istotne – na własną analizę i ocenę. Autor nie próbuje wmówić odbiorcy – choć przez książkę przewija się kilka powierzchownych myśli o tym raju – konkretnego stanowiska i opinii, nie komentuje w sposób subiektywny, nie porywa się na wygłaszanie jednoznacznych ocen. Wszystko to zostawia czytelnikowi, a sam usuwa się w cień, nie stawiając swojej postaci w centrum. Przyjmuje pozycję osoby, która obserwuje, podróżuje i dostarcza informacji, i która nie pretenduje do roli mówcy, osoby predysponowanej do kształtowania poglądów innych osób. Ta postawa – obowiązkowa – przynajmniej w moim mniemaniu – w tego typu pozycjach – sprawia, że książka jest obiektywna, że traktuje w sposób pełny, nienaznaczony prywatą i przekonaniem o słuszności własnych racji.

Igor Sokołowski na swojej drodze spotyka ludzi, których wypowiedzi generują pewien tok myśleniowy o mieszkańcach Rosji. Jego rozmówcy oddają ducha rosyjskiego i prostują błędne wyobrażenia oraz informacje, które są albo nieprawdziwe, albo znacznie przekoloryzowane. To rozmowy, w których duma z przynależności do narodu przeplata się z prawdą o życiu w przedstawianym kraju, a lekkość życia z tragizmem. Bo Rosja, co również wyłania się z recenzowanej pozycji, to kraj zaniedbany i biedny. W dużej mierze wynika to z zasady przewróciło się, niech leży. Miejsca, które odwiedza podróżnik – przede wszystkim małe miejscowości – to obszary, na których podróżowanie jest nierzadko nie lada wyzwaniem – ze względu na niską jakość (albo brak) dróg – a usługi, które są obecne w niemal każdym miejscu w krajach zachodnich, nierzadko stanowią jedynie marzenie. To samo dotyczy zabudowań – domów, mieszkań, różnych budynków, hoteli – które zazwyczaj nadają się wyłącznie albo do kapitalnego remontu, albo do rozbiórki. Również Soczi – ubiegłoroczne miasteczko olimpijskie – na które władze Rosji wydały bardzo duże pieniądze (były to najdroższe igrzyska olimpijskie w historii) popadają w ruinę, a wzniesione obiekty są nie tylko niewykorzystywane, ale zostawione samopas.

To, co zatrważa, to opisy świątyń i cerkiew, które, za sprawą dawnej polityki ZSRR, niszczeją. Szerzenie ateizmu oraz wrogie nastawienie wobec jakichkolwiek formy wierzeń, doprowadziły do znacznego spadku liczby wyznawców, a co za tym idzie – niszczenia obiektów sakralnych. Te – wznoszone niegdyś z niesamowitą częstotliwością, obecne niemal w każdej – nawet małej – miejscowości – dziś często chylą się ku upadkowi, nie przypominając w niczym dawnej świetności. Jednym z najbardziej wymownych obrazów, jaki przytacza Igor Sokołowski, i który wywarł na mnie największe wrażenie, jest opis soboru św. Mikołaja, znajdującego się w miejscowości Kalazin, który – wskutek polityki stalinowskiej – znalazł się pod wodą – z wystającą ponad taflę wody wieżą, służącą jako punkt orientacyjny. Zimą, kiedy woda zamarza, można przyjrzeć się budynkowi z bliska, a w okresach suszy, kiedy woda ustępuje, można zobaczyć sobór w pełni. Zapadające w pamięć, nieprawdaż?

Spokojnie. To tylko Rosja stanowi interesujący portret rosjanów, uwzględniający to, co jako naród przejść musieli, co przechodzą i jak się odnoszą do tego, co się dzieje poza ich krajem. To książka o ludziach, którzy po upadku ZSRR zostali nadzy. Poczucie bezradności, oszukania i w pewnym sensie bezdomności, doprowadziło nie tylko do kształtowania się różnych postaw, ale przede wszystkim do zrodzenia się różnych nurtów i zjawisk, takich jak wróżbiarstwo, znachorstwo oraz ludowe wierzenia. Religie, które próbowały wypełnić lukę, jaką zrodził rozpad ZSRR, upatrując w tym szansy na odbudowanie swojej pozycji, nie były w stanie, za sprawą skutecznej stalinowskiej polityki, zyskać ponownie rzeszę wyznawców, co również przyczyniło się do wzrostu popularności – która, co ciekawe, niezmiennie trwa do dziś – różnych wierzeń i osobliwych praktyk. Igor Sokołowski portretuje jednak nie tylko tych ludzi, których doświadczyła historia. Porusza również kwestie młodszego pokolenia, które – choć dumne z tego, kim jest, choć pragnące kontynuować tradycję i utrzymywać wizję, jaką świat traktuje Rosję – żyje w sposób iście zachodni. I choć zdaje sobie sprawę, że życie w takich krajach, jak Polska, pod wieloma względami jest łatwiejsze i przyjemniejsze, to postrzega swój naród z wyższością.

Książka Igora Sokołowskiego to pozycja ciekawa. Przedstawia bowiem Rosję w sposób szeroki, ukazując ją przez pryzmat ludzi. To książka przede wszystkim o nich – o dumnych obywatelach Federacji Rosyjskiej. Dumnych z wielu powodów – historycznych, politycznych, społecznych. Autor ukazuje to, co stanowi esencję tego narodu – niezachwianą wiarę we własną wyjątkowość, niegasnący ogień patriotyzmu, przekonanie o własnej potędze i znaczeniu. To książka, która pozwala zrozumieć rosyjską mentalność. I ducha.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuje wydawnictwu MG. 

wtorek, 1 grudnia 2015

185. Fiodor Dostojewski "Biesy"


Biesy to książka, która sprawiła mi wielką przykrość. I nie mam na myśli szczerego, obnażającego ludzkie wady przekazu, który mógłby ugodzić w moją godność. Nie nawiązuje do historii, która mogłaby mieć na mnie na tyle silny wpływ, że uroniłbym przez nią łzy. Nie przywołuję ze wspomnień ludzi, którzy odeszli, a których przypomina mi któryś z bohaterów. Nie, to nie to. Chodzi o coś zupełnie innego. Do powieści Fiodora Dostojewskiego podchodziłem dwukrotnie. I właśnie ten pierwszy raz, nacechowany wielkim zainteresowaniem i dobrym wrażeniem poprzednimi pozycjami, z którymi miałem okazję obcować – Zbrodnia i kara, Gracz, Wspomnienia z domu umarłych – przyniósł mi smutek. Dlaczego? Niesiony zachwytem nad spuścizną Dostojewskiego, onieśmielony prawdą o człowieku, która bije z jego utworów, pełny wrażenia wielowymiarowymi postaciami, z którymi kontrastuje czytelnika, zasiadłem do lektury, mając nadzieję, że tę obszerną książkę przeczytam w mig, jednym tchem. Szybko okazało się, że moje zamiary mogą się nie ziścić, a lektura książki stoi pod dużym znakiem zapytania. Dlaczego? Gęsta – niesłychanie gęsta – atmosfera, specyficzny klimat oraz niezwykle nieśpieszna akcja ostudziły mój zapał, a przedstawiana rzeczywistość nie zachwyciła w sposób zbliżony do poprzednich przygód z prozą Fiodora Dostojewskiego. Zmartwiony odłożyłem książkę na półkę. Powróciłem do niej po kilkunastu dniach. Dziś wiem, że postąpiłem słusznie. 

Powieść czyta się trochę tak, jakby obcowało się z inną, zupełnie obcą, zapomnianą rzeczywistością. To świat na pozór znany, zarządzany dokładnie tymi samymi zasadami, które determinują nasz. Jednak za sprawą języka, sposobu opisywania i definiowania świata przedstawionego, ujmowania myśli i spostrzeżeń, czytelnik dostaje do rąk książkę, która daje świadectwo czegoś, co upłynęło, co przeminęło, co choć trwało, to – jak wszystko – się skończyło. Piszę nieco enigmatycznie, więc uważam, że jestem zobowiązany do tego, by podkreślić myśl, która zarówno podczas lektury, jak i teraz – długo po niej – przyświeca mi w głowie: niełatwo pisać o tej pozycji. Niełatwo, gdyż cała jej istota – treść, bohaterowie, wydarzenia, klimat, sens – jest nieco nieuchwytna, tkwiąca gdzieś obok, poza moją świadomością. A z drugiej strony – głęboko we mnie. Dziwne, nieprawdaż?

Dzieło Fiodora Dostojewskiego traktuje o rewolucji. Przedstawia ją jednak w sposób zgoła odmienny, niż można się spodziewać. Ukazuje próbę odsunięcia od władzy dotychczasowych rządzących, początkowo za sprawą relatywnie niegroźnych posunięć – nadgryzienie ucha przez Nikołaja Stawrogina czy rozbicie festynu – a następnie przez coraz groźniejsze wybryki i decyzje. Dostojewski pokazuje, jak idee – zarówno te szczytne, jak i o wątpliwym podłożu moralnym, nieco powierzchowne – przejmują świadomość ludzi, ukierunkowując ich postępowanie i plany w niebezpieczną nie tylko dla innych, ale i dla nich samych stronę. Biesy stanowią krytykę tego, co dla niektórych bohaterów brzmi utopijnie i realizuje się jako szczyt marzeń oraz wizja idealnego świata. 

To, co niewątpliwie stanowi cechę charakterystyczną twórczości Dostojewskiego, ma miejsce również w recenzowanej pozycji. Pisarz roztacza przed czytelnikiem nie tylko porywającą i niezwykle wymowną wizję omawianego i rozpatrywanego przez siebie tematu, ale ukazuje fascynujące osobowości, szerokie i głębokie portrety psychologiczne wykreowanych przez siebie bohaterów. To opowieść o tym, jak idee doprowadzają do upadku moralnego, więc pisarz takowe uwypukla. Kreuje postacie, które w sposób zrozumiały, na oczach czytelnika osiągają pewien pułap niepowodzenia lub konkretnej sytuacji życiowej, co daje odbiorcy świadectwo i obraz skutków, które mają miejsce w życiu człowieka po podjęciu rozmaitych decyzji lub zaangażowaniu się w pewne idee. Dostojewski ukazuje paletę charakterów i osobowości, które posuną się daleko, by osiągnąć – często kosztem innych – własne cele.

Biesy to powieść szczególna. Czyta się ją z zachwytem, choć niekiedy przez łzy, niezrozumienie i niechęć. Jest to pozycja trudna, nie do przebrnięcia w mig. Wymaga nie tylko skupienia, ale  również odpowiedniego podejścia, nastroju i cierpliwości. To fascynujący portret dziewiętnastowiecznej Rosji, pełny absurdalnych, komicznych i tragicznych scen. To w końcu opowieść o złudnych marzeniach, o tym, jak idee zasysają i przejmują kontrolę nad człowiekiem. To książka, która nie każdemu podejdzie. Jednak – jak mniemam – każdy powinien po nią sięgnąć.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.