piątek, 29 sierpnia 2014

90. dr Hans-Ulrich Grimm "Chemia w pożywieniu"

http://1.bp.blogspot.com/-GZLTCsI375k/U9DBCZ6O11I/AAAAAAAAJhQ/mLcKsgn-u3Q/s1600/Chemia-w-po%C5%BCywieniu.jpgCzłowiek bez jedzenia żyć nie może. To oczywiste. Jednak, czy z nim może żyć długo i zdrowo? Uginające się pułki pod ciężarem smacznych, pachnących i długoterminowych produktów, opakowanych w piękne, kolorowe opakowania, zachwycające ceną i dostępnością - to powszechny widok. Wystarczy wejść do pierwszego napotkanego sklepu, by spotkać się z czymś takim. Jednak, czy te, niemal idealne, produkty są tak naprawdę dobre dla konsumenta? Tej kwestii podejmuje się dr Hans-Ulrich Grimm.

Dr Hans-Ulrich Grimm jest dziennikarzem oraz autorem wielu światowych bestsellerów. Przez lata prowadził badania, których owocem jest niewprowadzenie wielu spożywczych potentatów do masowej dystrybucji. Obecnie mieszka w Stuttgarcie.

"Chemia w pożywieniu" traktuje o wszystkim tym, co wyniszcza organizm człowieka, a jest szeroko dostępne na rynku. Mowa tutaj o różnego rodzaju słodzikach dodawanych do napoi kolorowych, zastępujących "niezdrowy" cukier. Poruszana jest także kwestia innych dodatków do żywności, wzmacniających smak, zapach i wydłużających termin przydatności, które skutkują chorobami układu krążenia, chorobami serca oraz powodują szybsze starzenie się. Autor zabiera także głos w sprawie lubianych przez dzieci napoi i słodyczy, podawanych nie tylko, ku uciesze pociech, przez rodziców, ale także przez stołówki i szkoły. Produkty te, choć smaczne, prowadzą do nieodwracalnych zmian w organizmie (m.in. w jamie ustnej). Mowa także o margarynach - które nie są tak dobre, jak zapewniają producenci. Istotnym elementem "Chemii w pożywieniu" jest rozdział siódmy - "Chemia w pożywieniu może zagrażać Naszemu zdrowiu", będący leksykonem dodatków do żywności.

Żywienie nie jest mi tematem obojętnym, przywiązuje do niego bardzo dużą wagę. "Chemia w pożywieniu" była moim kolejnym krokiem do wyeliminowania ze swojej diety produktów, które mi szkodzą. Oczywiście jest trudne, a być może i niewykonalne, by wykluczyć wszystkie, gdyż dodatki do żywności są powszechnie używane we wszystkich produktach, jednakowoż można próbować je ograniczyć. Najnowsza pozycja dr Hansa-Ulricha Grimma przyniosła mi rzetelna dawkę informacji w tym temacie. Problemy poruszane przez autora są o tyle ważne, gdyż towarzyszą Nam każdego dnia. Zaskakujące jest w jaki sposób konsumenci są manipulowani przez producentów, a to wszystko w zgodzie z prawem (!!!). Autor przypomina, a być może i niektórym uzmysławia, że dla producentów żywności najmniej istotne jest zdrowie odbiorców, a jedynie wysoka sprzedaż i tania produkcja.

Dużą zaletą recenzowanej pozycji są liczne przykłady, które obrazują skutki dodawania chemii do pożywienia. Autor obrazuje je na przykładzie autentycznych postaci i przebiegu ich chorób. Dużym zaskoczeniem, a zarazem ułatwieniem w walce przeciwko szkodliwym dodatkom, okazał się fakt, że dr Hans-Ulrich Grimm powołuje się na znane marki, podając czytelnikowi do zrozumienia, które z nich faszerują swoje produkty chemią. Dzięki temu możemy dokładnie się dowiedzieć, które pozycje z półek sklepowych należy omijać.

Jedynym mankamentem "Chemii w pożywieniu", o którym chciałbym napisać, to wyrażenie w każdym bądź razie, znajdujący się na stronie osiemdziesiątej dziewiątej, które, choć w mowie codziennej często spotykane, jest niepoprawne.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuje portalowi Sztukater.

wtorek, 26 sierpnia 2014

89. Marek Sołtysik "Zbrodniarze i cudotwórcy"

Niezmiennie od kilku lat interesują mnie środowiska artystyczne. Trudno mi się oprzeć pozycjom o nich traktującym, a co za tym idzie - moje regały okupowane są przez biografie, wspomnienia oraz różnego rodzaju relacje. "Zbrodniarze i cudotwórcy" to był mój kolejny krok do poszerzenia wiedzy o wyżej wymienionym środowisku,.

Marek Sołtysik- powieściopisarz, poeta, malarz, grafik oraz krytyk sztuki. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Wykładowca w Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Laureat licznych nagród, w 2012 r. odznaczony medalem Gloria Artis. Autor kilkudziesięciu książek i słuchowisk. Był redaktorem w "Życiu Literackim", prowadził "Pocztę Literacką" po Wisławie Szymborskiej. Autor książek: "Mocne ramiona pani kicz", "Roman Maciejewski. Dwa życia jednego artysty", "Piękni szaleńcy", "Sekrety Nieśmiertelnych" i "Jak upadają wielcy".

"Zbrodniarze i cudotwórcy" to zbiór siedemnastu tekstów, traktujących o dramatach, konfliktach, zdradach takich postaci jak: Stanisław Witkiewicz, Jan Matejko, Schulz Bruno, Bolesław Prus czy Michał Bałucki, a także wielu innych. Teksty o charakterze reporterskim przedstawiają historię, w których dochodzi do konfrontacji między uczciwymi i prawymi postaciami, a "potworami". W ten sposób, już w pierwszej przedstawionej historii, poznajemy Stanisława Witkiewicza (malarza, architekta, pisarza i teoretyka sztuki, twórce stylu zakopiańskiego), konfliktującego się z Andrzejem Chramcem. Powodem scysji, która rozgrywała się między innymi w sądzie, na podstawie oskarżenia wniesionego przez lekarza Jana Gaika, o zniesławienie i naruszenie godności Chramca, przez Witkiewicza, jako autora "Bagna". Z kolei w innym, trzecim, tekście, o tytule "Najtrudniejsza sprawa kryminalna", poznajemy okoliczności morderstwa zamożnej kobiety, Wincencji Sienickiej, której zwłoki znaleziono w Jej własnym mieszkaniu, w kuchni. Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że morderca, na kartce przyklejonej do szyby, pozostawił po sobie informację - Zabiłem z zemsty osobistej. Kto dopuścił się tak okrutnej zbrodni? Tego będzie próbowało dowieść śledztwo...

Kanwę Zbrodniarzy i cudotwórców" stanowią eseje drukowane w "Twórczości", miesięczniku "Kraków", a przede wszystkim w "Palestrze" - piśmie adwokatury polskiej. Marek Sołtysik zabierając czytelnika w literacką podróż, oprowadza go po świecie pełnym wybitnych artystów i ludzi, którym dobro nie jest obce i obojętne. Nie ukrywam, że zainteresowałem się tą książką, ze względu na porównanie do "Zbrodni i kary" Fiodora Dostojewskiego, które znajduje się w opisie recenzowanej pozycji. Zabierając się za lekturę oczekiwałem naprawdę wiele, jednak szybko doszedłem do wniosku, że nie jest to odpowiednia pozycja dla mnie. Przyznaję, że większość tekstów wywarło na mnie duże wrażenie i czytałem je bardzo zachłannie, jednakowoż kilka, zwłaszcza tych długich, okropnie mnie nużyło.

Na stronach "Zbrodniarzy i cudotwórców" przewijają się niezliczone nazwiska, zarówno bardzo znane, jak i nic, przynajmniej mi, nie mówiące, co zdecydowanie jest dużą zaletą niniejszej pozycji. Książka jest solidnym źródłem informacji o środowiskach artystycznych, tworzeniu, ale także o ludziach - ich naturze i postępowaniu. Na uwagę zasługuje także wyjątkowy język - prosty, aczkolwiek niezwykle trafny, barwny, podniosły i poetycki. Autor pisze w sposób niebanalny i bardzo wdzięczny, jednakowoż teksty nie trącą zbędną patetycznością. 

Nie do końca zdaje sobie sprawę, w jaki sposób powinienem traktować "Zbrodniarzy i cudotwórców". Być może źle do tej książki podszedłem, albo za dużo, lub całkiem co innego, od niej oczekiwałem, co tłumaczyłoby moje zmieszanie po jej lekturze. Jednakowoż uważam, że jest to książka warta uwagi, do której, co istotne, można wracać nieustannie, wyłuskując z jej treści cały czas coś nowego.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 22 sierpnia 2014

88. Cezariusz Andrejczuk "Podlasie z lotu ptaka"

Na ogół nie sięgam po albumy fotograficzne, jednak, w okresie wakacji, w czasie, kiedy większość polaków podróżuje po kraju, a nierzadko także po świecie, a ja - przytłoczony obowiązkami, zakotwiczony w miejscu zamieszkania, postanowiłem wybrać się w niezapomnianą podróż na Podlasie, w której towarzyszyć będzie mi Cezariusz Andrejczuk.

Cezariusz Andrejczuk urodził się w Białymstoku w 1966 r. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim oraz realizację telewizyjną w PWSFTviT w Łodzi. Fotografował architekturę starożytną i arabską na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Jest miłośnikiem przyrody swojego rodzinnego regionu, któremu poświęcił kilka albumów.

"Podlasie z lotu ptaka" to obszerny album fotograficzny, traktujący o Podlasiu. Autor zabiera odbiorcę w niesamowitą podróż, wysoko nad ziemią, pokazując piękno tego regionu oraz jego unikatowość. Zdjęcia, robione z lotu ptaka, prezentują nie tylko znane, lubiane i często odwiedzane przez polaków miasta, ale także małe, acz urokliwe, miasteczka oraz jeszcze mniejsze, ale równie piękne, klimatyczne wsie. W albumie odnaleźć można zdjęcia między innymi Doliny Biebrzy i Narwi, Białegostoku, Wasilkowa. Autor poświęca dużo zdjęć Białemustokowi, prezentując jego rozmaite walory m.in. architektoniczne (kościół św. Rocha, cerkiew św. Ducha na Antoniuku, drewniany ołtarz główny w Bazylice), przyrodnicze oraz estetyczne (Białystok we mgle, o poranku itd.). Na uwagę zasługują także liczne zdjęcia przyrody, na których Cezariusz Andrejczuk umieścił między innymi bociany, ryby, łabędzie, żubry, łosie, wierzby i żurawie. Warte chwili skupienia są również fotografie Tykocina (miasta w województwie podlaskim, w powiecie białostockim), które przedstawiają miasto skąpane w porannej mgle, z której wyłaniają się ciekawe obiekty budowlane - kościół, synagoga, a także wiosenne rozlewiska Narwi.

Jestem pod dużym wrażeniem zdjęć Cezariusza Andrejczuka. Muszę przyznać, że autor zmienił mój stosunek do fotografii, którą, do tej pory, traktowałem w sposób lekceważący. Zdawałem sobie sprawę, że potrafi zachwycić, jednak nie potrafiłem uzmysłowić sobie, że za jej pomocą można przekazać jakąkolwiek treść. A jednak... przy odrobinie wysiłku intelektualnego, kreatywności oraz chęci poznania świata, ze zdjęć można wyłuskać naprawdę wiele istotnych informacji! "Podlasie z lotu ptaka" gwarantuje nie tylko zaspokojenie wszelkich potrzeb estetycznych, ale także niesie ze sobą rzetelną pożywkę intelektualną. Przyglądając się uważnie zdjęciom Andrejczuka, można uzmysłowić sobie, jakie nieodkryte i nieopisane piękno tkwi w przyrodzie, a zarazem w prostocie. W pogoni za pieniędzmi i tytułami, zatraceni w konsumpcji, zapominamy o tym co istotne i nie dostrzegamy piękna, które permanentnie nam towarzyszy. Fotografie, na których widać kontrast między rozbudowanymi miastami, a ogromem natury, najdotkliwiej do mnie przemówiły, przypominając, że to nie ludzie dominują na Ziemi, a, często niedoceniona i zapomniana, natura. Niniejszy album odbieram jako manifest, traktujący o tym, aby zostawić i rzucić wszystko co przyziemne i błahe, a zająć się poszukiwaniem własnego szczęścia w zgodzie z naturą i przemijaniem.

5,5/6

Za album serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 19 sierpnia 2014

87. Jan Jastrzębski "Zaćmienie księżyca"

http://www.poczytajka.pl/pol_pm_Jan-Jastrzebski-Zacmienie-ksiezyca-176_2.jpgNie potrafię sobie przypomnieć, co dokładnie skłoniło mnie do tego, bym sięgnął po "Zaćmienie księżyca", nieznanego mi autora, Jana Jastrzębskiego. Być może, mało mówiąca, tajemnicza, okładka, albo intrygujący tytuł. W każdym razie, z wielkim zaciekawieniem zasiadłem do lektury tejże pozycji, oczekując od niej naprawdę wiele.

Jan Jastrzębski, urodzony w 1952 roku, ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1975 w dwutygodniku "Kamena", a na przestrzeni kolejnych lat publikował w m.in. w następujących czasopismach: "Nowy Wyraz", "Odra", "Sycyna", "Ocalenie przez poezję", "Topos" oraz w antologiach. Jest autorem licznych zbiorów prozy: "Fado w ogrodach", "Drżąc", Błoto", "Prozy kolejowe", "Dzwonek".

Pierwsze tygodnie stanu wojennego w Polsce. Do szpitala trafia Nagoreczny, główny bohater opowieści, w celu amputacji nogi, na wyraźne zalecenie miejscowego chirurga oraz doktora Powałki. Niezadowolony z miejsca, w którym musi przebywać, traktuje szpital jako konieczność, skutecznie odgradzając się, za pomocą gazety lub książek, od kompanów swojego cierpienia, z sali numer 7. Z czasem, wedle panującej zasady, głoszącej, że chodzący usługują leżącym, nawiązuje liczne znajomości, a szpitalny korytarz staje się jedynym miejscem obserwacji, z których może wyciągnąć wiele istotnych informacji oraz wartości. Nagoreczny staje się naocznym świadkiem cierpienia, nadziei, przemijania, a także bezlitosnej śmierci.

"Zaćmienie księżyca" to bardzo cieniutka, ledwie 64-stronnicowa, opowieść, o niezbyt skomplikowanej budowie. Główny bohater jest postacią, która za sprawą obiektywnych obserwacji, przeprowadzanych podczas wędrówek po szpitalnym korytarzu, dostarcza czytelnikowi refleksji na temat przemijania i życia. Jednakowoż, aby odczytać te wartości, należy tekst interpretować samodzielnie, gdyż autor nie pisze o nich wprost. Największą zaletą recenzowanej pozycji jest niewątpliwie język, który zachwyca od pierwszych stron. Jan Jastrzębski pisze w sposób bardzo plastyczny i wdzięczny, a nawet poetycki. Zdania zachwycają swoją złożonością i niebanalnością. Nie brak w nich podniosłości, jednak nie rażą zbędną patetycznością.

Najbardziej ubolewam nad tym, że autor zaniedbał analiz psychologicznych, zarówno bohaterów, jak i praw oraz wartości dominujących w wykreowanej rzeczywistości. Uważam, że w "Zaćmieniu księżyca" Jan Jastrzębski miał tyle dogodności do rozwinięcia opisów psychologicznych, że można mówić o grzechu ich niewykorzystania. Szpitalna, szara, przykra rzeczywistość, spotkani ludzie, których życie zdominowały rozmaite choroby, sytuacja polityczna kraju - niewyczerpane źródło możliwości!

Lektura najnowszej opowieści Jana Jastrzębskiego sprawiła, że począłem refleksje nad własnym życiem, otoczeniem i przemijaniem, jednak wynika to z mojej natury, a nie z tekstu recenzowanej pozycji. Autor wykreował interesującą rzeczywistość, stworzył niebanalnego bohatera, jednak ze względu na brak opisów obyczajowo-psychologicznych mam wrażenie, że książka nie spełnia roli, jaką spełniać powinna i jaką spełniać by  z całą pewnością mogła.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuje portalowi Sztukater.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

86. Oliver Sacks "Halucynacje"

Bardzo rzadko sięgam po literaturę naukową, jednakowoż wszystkie moje spotkania z nią, do tej pory, wspominam bardzo dobrze. Jedną z nielicznych pozycji tego gatunku, z którą miałem przyjemność niedawno obcować, jest książka Olivera Sacksa "Halucynacje".

Oliver Sacks jest autorem kilkunastu bestsellerowych książek, które szybko zdobyły uznanie czytelników na całym świecie. Są wśród nich "Muzykolofilia", "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem", "Przebudzenie i "Oko umysłu". Oliver Sacks jest czynnym zawodowo lekarzem. Mieszka w Nowym Jorku, gdzie wykłada neurologię i psychiatrię na Uniwersytecie Columbia.

Głównym zagadnieniem niniejszej pozycji, na co sam tytuł wskazuje, są halucynacje. Oliver Sacks, odrzucając przypuszczenia i utrwalony stereotyp, że halucynacje są objawem chorób psychicznych, wyjaśnia ich przyczyny powołując się na bardzo liczne przykłady. Autor obrazuje nie tylko przyczyny ich występowania, ale także przebieg, skutki oraz wrażenia i odczucia osób, które z nimi się zmagały. Oliver Sacks rzetelnie opisuje różne odmiany halucynacji, wśród których wymienić można Zespół Charlesa Bonneta (dotykający osoby zmagające się z problemami wzrokowymi), autohalucynacje (poczucie nieprzebywania w ciele), złudzenie posiadania amputowanej części ciała, a także halucynacje dźwiękowe, zapachowe itd. Autor "Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" opisuje także halucynacje, jakie doświadczył po zażywaniu rozmaitych narkotyków.

Zasiadając do lektury "Halucynacji" przepełniony byłem silną obawą, że z niesmakiem i zrezygnowaniem będę musiał odłożyć książkę, ponieważ zostanę obrzucony obcą mi, naukową terminologią, zawiłymi medyczno-psychologicznymi opisami, a także niezrozumiałymi przeze mnie zjawiskami. Jednak, na pohybel obawom, już pierwsze strony rozwiały moje lęki, a każdy kolejny rozdział utwierdzał mnie w przekonaniu, że "Halucynacje" to książka, po którą sięgnąć może każdy, nie tylko studenci neurologii czy psychiatrii. Oliver Sacks pisze w sposób bardzo przystępny, a liczne przykłady i odwołania do konkretnych przypadków sprawiają, że temat halucynacji można głębiej spenetrować, poznając go od bardziej "ludzkiej" strony.

Rolą, jaką upatruję w recenzowanej pozycji, jest przełamywanie mitu, że halucynacje dotykają wyłącznie osoby zmagające się z chorobami psychicznymi. Dzieło Olivera Sacksa ma szansę także przełamać temat tabu (jakim niewątpliwie są halucynacje), zmuszając społeczeństwo do dyskusji oraz refleksji na ten temat. Wydaje mi się także, że książka ma szansę "oswobodzić" osoby cierpiące na halucynacje, na których, po lekturze najnowszej pozycji Sacksa, otoczenie będzie odnosić się z większą akceptacją, tolerancją, a także zrozumieniem.

Po "Halucynacje" Olivera Sacksa powinien sięgnąć każdy, kto nie posiada wiedzy w tym temacie. Informacje, jakie niesie niniejsza pozycja, niezaprzeczalnie są bardzo interesujące i przydatne. Książka zmieni, być może, Twoje błędne nastawianie do osób cierpiących na halucynacje, a także pozwoli zrozumieć funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Książkę polecam także osobom planującym jakiekolwiek kontakty z narkotykami, a także zmagającym się na co dzień z halucynacjami.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 12 sierpnia 2014

85. Emilia Hinc "Żony alkoholika"

http://wfw.com.pl/images/books/1176/TSpCW1gNnVdCq4.jpgAlkoholizm jest tematem systematycznie poruszanym w literaturze. Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem poradników oraz pozycji naukowych związanym z tą chorobą. Popularne są także różnego rodzaje zapisku z próby jej przezwyciężenia oraz z konsekwencji, jakie poniosła osoba uzależniona. Najnowsze powieść Emilii Hinc, "Żony alkoholika", traktuje o alkoholizmie, jednak z innej perspektywy.

Recenzowana pozycja nie jest debiutem literackim Emilii Hinc. W roku 2012 na rynku pojawiła się Jej pierwsza książka "Bawidamek", wydana pod skrzydłami Wydawnictwa Novea Res.

Paulina i Andrzej Leśniewscy na pozór prowadzą normalne życie. Andrzej codziennie chodzi do pracy, by utrzymać rodzinę - zajmująca się domem Paulinę oraz syna z pierwszego małżeństwa, Tomka. Jednak, pożycie małżeńskie nie układa się w sposób, jaki odpowiadałby bohaterce. Jej mąż, Andrzej, jest alkoholikiem, co jest głównym powodem poważnego kryzysu w ich związku. Dodatkowe problemy piętrzy Ewelina, była żona Andrzeja, która za wszelką cenę pragnie wkraść się w łaski byłego męża. Zrozpaczona i zrezygnowana Paulina szuka nadziei w grupie wsparcia dla rodzin alkoholików, którą prowadzi specjalista od uzależnień, pan Jackowski. Bohaterka szybko zaprzyjaźnia się z innymi kobietami, które, na pozór zdecydowane i odważne, nie potrafią odejść od swoich uzależnionych mężów. Sytuacja życiowa Pauliny ulega zmianie, gdy poznaje łudząco podobną do siebie Paulinę, z którą knuje odważną intrygę, której ofiarą ma paść sam Andrzej.

"Żony alkoholika" to wyśmienita lektura, która zawiera elementy powieści psychologicznej, obyczajowej oraz kryminalnej. Intensywny wątek sensacyjny został wzorcowo poprowadzony, a jego konstrukcja oraz akcja przypominają dzieła największych pisarzy tego gatunku. Autorka w sposób niezwykle interesujący rozwija jego akcje, prowadząc ją do zaskakującego finału, którego nawet najbardziej przenikliwy czytelnik nie jest w stanie przewidzieć. Oprócz dużej dawki solidnej rozrywki, Emilia Hinc serwuje rzetelną dawkę wiedzy o naturze człowieka. Pisarka stworzyła postacie o wielowymiarowej naturze, z której możemy odczytać wiele treści, traktującej o nas samych. Poruszana jest nie tylko kwestia uzależnienia, ale również  potrzeby przynależności, bliskości i kontaktu z drugim człowiekiem, a także zazdrości oraz wartości w życiu człowieka. Autorka nie podaje tych treści wprost, a przynajmniej ich głębi, ale zmusza odbiorcę do refleksji i wyłuskiwania ich sensu samodzielnie, co jest kolejną dużą zaletą. Zaskakujący jest realizm recenzowanej powieści. Emilia Hinc wykreowała rzeczywistość, stanowiącą trafne odbicie Naszej codzienności. Na uwagę zasługuje również dwutorowa narracja, dzięki której mamy szansę szerzej spenetrować naturę bohaterki, a także zrozumieć logikę Jej postępowań. 

Recenzowana pozycja to przede wszystkim głośny manifest, traktujący o potrzebie szacunku, miłości i relacji międzyludzkiej. Główna bohaterka, Paulina Leśniewska, przez krzywdy, jakie spotkały ją ze strony męża - odtrącenie, brak zainteresowania i szacunku, podejmuje szokujące, i niewątpliwie złe, decyzje, których celem jest szczęśliwe życie. Autorka, na przykładzie wykreowanych przez siebie postaci, obrazuje odbiorcy, jaką istotną rolę odgrywa w życiu uczucie przynależności. Sam alkoholizm, który bez wątpienia jest istotną składową powieści, przynajmniej w moim odczuciu, nie jest najistotniejszą kwestią niniejszej książki. 


5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 9 sierpnia 2014

84. Neely Tucker "Podła dzielnica"

Są książki, o których bardzo trudno pisać. Trudno wyrazić swoją opinię za pomocą wielu słów, a jeszcze trudniej za pomocą jednego. Jednak, tym razem wydaje mi się to banalnie proste, gdyż książkę, którą recenzuję, trafnie opisuje jedno słowo - mroczność.

Neely Tucker to dziennikarz z dwudziestopięcioletnim doświadczeniem. Przez trzynaście lat pracował w "The Washington Post".  Jest autorem bestsellerowego pamiętnika "Love in the Driest Season", wydanego w 2004 roku, który został uznany przez "Publishers Weekly" za jedną z dwudziestu pięciu najlepszych książek roku.

Do napisania "Podłej dzielnicy" zainspirowały autora wydarzenia, które miały miejsce pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Waszyngtonie, gdzie grasował  seryjny zabójca, a policja niezbyt starannie prowadziła śledztwo w jego sprawie.

Głównym bohaterem "Podłej dzielnicy" jest Sully Carter, były korespondent wojenny, obecnie dziennikarz "The Washington Post". Istotą powieści jest śledztwo w sprawie zabójstwa Sarah Reese, córki jednego z najbardziej wpływowych obywateli miasta, prezesa sądu federalnego, Davida Reese’a,. Dowody zebrane przez organy ścigania wskazują na to, że morderstwa dokonało trzech czarnoskórych mężczyzn, prawdopodobnie w celach rabunkowych, posiadających już kryminalną przeszłość. Jednak, na przeciw przypuszczeniom policji oraz medialnemu samosądowi, Sully rozpoczyna własne śledztwo, które szybko doprowadza go do zaskakujących wniosków. Bohater odnajduje powiązanie między śmiercią Sarah Reese, a nijaką  Laną Escobar, której zwłoki, kilka przecznic dalej, na boisku centrum rekreacyjnego, niedawno zostały odnalezione, a także tajemniczym  zaginięciem atrakcyjnej studentki, Noel Pittman. Dalsze śledztwo utrzymuje Cartera w przekonaniu, że oskarżeni mężczyźni są niewinni, a także prowadzi do odnalezienia kolejnych zwłok młodych kobiet, które prawdopodobnie zostały zamordowane przez tą samą osobę, która odebrała życie córce prezesa sądu federalnego.

Niewątpliwie największą zaletą książki jest jej mroczna atmosfera, z którą możemy obcować już od pierwszych stron. Autor wykreował rzeczywistość o niezbyt skomplikowanej naturze, gdzie wszystko zdaje się mieć swoje miejsce, a każdy bohater jednomyślnie należy do danej grupy - złej lub dobrej. Postacie "Podłej dzielnicy" są pozbawieni wielowymiarowej natury, a ich portrety psychologiczne ograniczone są do minimum. I choć główny bohater, Sully Carter, teoretycznie jest postacią po przejściach - uzależnioną od whiskey, nieszczęśliwą w miłości oraz zmagającą się ze złymi wspomnieniami, które miały duży wpływ na Jego psychikę, to w praktyce trudno o dostrzeżenie ich objawów i skutków. Mam na myśli to, że choć bohater systematycznie zagląda do kieliszka, to autor nie wykorzystał szerzej tej kwestii, spłycając jedynie do samej czynności, nie rozwijając opisami psychologiczno-filozoficznymi. Brakowało mi także u bohaterów wyraźnych zarysów osobowości, co znacznie wzbogaciłoby recenzowaną pozycję.

Na uwagę zasługuje specyficzny, nierówny rozwój akcji, który utrzymuje czytelnika w wyżej wymienianej, mrocznej atmosferze. Bohater, który rozwiązuje zagadkę serii morderstw, nie zmierza do celu drogą systematycznych sukcesów, co często w tego typu literaturze można uświadczyć, lecz cały czas "błądzi we mgle", szukając mordercy. W "Podłej dzielnicy" próżno szukać wyraźnych zwrotów akcji (choć paradoksalnie w treści jest ich kilka, lecz autor nie bazuje na nich wykorzystując je jako budulec napięcia), co także sprzyja panującej "dusznej" i mrocznej atmosferze. Warty uwagi jest także język i styl pisania autora: lakoniczny, pozbawiony zbędnych ozdobników, aczkolwiek trafny i plastyczny.


4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater. 

sobota, 2 sierpnia 2014

83. Antoni Ark "Historia pewnej przyszłości"

http://wfw.com.pl/images/books/1171/KA9tOZ5UxvOzO2.jpgTa, nazwijmy to, książka, jest o tym, o czym jest. Osobiście uważam tylko jeden sposób za właściwy, jak poznać jej treść,i Ty dobrze go znasz, potencjalny Czytelniku. Metoda ta jest wprawdzie czasochłonna, jednak wydaje mi się najbardziej stosowna. Chociaż z początku książka może Ci się wydać nieco inna albo może odwrotna. Niemniej, zachęcam do lektury -  intrygujące, nieprawdaż? Takimi właśnie tajemniczymi, aczkolwiek niezwykle interesującymi, słowami, próbuje zachęcić Antoni Ark do lektury swojej najnowszej książki, o równie enigmatycznym tytule - "Historia pewnej przyszłości".

Nieodległa przyszłość. Stany Zjednoczone współpracujące z Rosją, Chinami, Japonią, Francją, Niemcami, Kanadą i Wielką Brytanią (2033 r.), próbują uratować ludzkość przed pędzącą w stronę Ziemi bryłą skalno-lodową o średnicy 160 kilometrów, III wojna światowa wygrana przez Rosję (2049 r.), która stała się posiadaczem każdego skrawka ziemi i morza, upadek wartości i religii to wydarzenia, które miały miejsce w rzeczywistości wykreowanej przez Antoniego Arka, autora niniejszej pozycji. Także w niej, w roku 2073, gdy do portu w Gdańsku przybywa kontenerowiec Jurij Gagarin, zostaje przytoczona Viktorowi, młodemu praktykantowi, przez starego marynarza, historia Jana,  mężczyzny, który po zbiegu niekorzystnych wydarzeń (kłótni z ojcem, zawodu w miłości) wyrusza w świat, docierając aż do Ameryki Północnej, by niedługo później pojawić się w Gdańsku i na zawsze odmienić losy Polski i świata.

Pierwszą kwestią, którą chciałbym poruszyć, to niecodzienne, a być może i szokujące, wydanie. Na pierwszy rzut oka "Historia pewnej przyszłości" zdaje się być przeciętnie i mało interesująco wydaną pozycją, o nieciekawej, dosadniej mówić nudnej, okładce, która bynajmniej nie zwraca na siebie uwagi. Jednak, ma jedną charakterystyczną cechę... zgodnie ze słowami autora, będącymi jednocześnie opisem powieści, "Historia pewnej przyszłości" może początkowo wydawać się odwrotna. Zapewne rodzi się Wam w głowie jedno pytanie: co to wszystko ma znaczyć? I słusznie, należą się wyjaśnienia... okładka, podczas lektury, znajduje się do góry nogami. Czy słusznie? Nie wiem. Nie podoba mi się ten pomysł i nie mogę zrozumieć jego sensu. Przynajmniej w odniesieniu do niniejszej pozycji.

Przedstawiona historia nie do końca mnie porwała, choć początkowo, muszę przyznać, czułem się bardzo zafrapowany. Wykreowana przez autora rzeczywistość nie wywarła na mnie na tyle silnego wrażenia, bym nie mógł oderwać się od lektury. A wręcz przeciwnie... czytanie bardzo mi się dłużyło, czego owocem były liczne przerwy, nawet kilkudniowe. Nie porwały mnie liczne zwroty akcji oraz jej dynamiczność. Podczas czytania systematycznie ogarniała mnie irytacja, której genezy upatruje w mnogości absurdalnych wydarzeń, mających miejsce w fabule. Także filozoficzny i psychologiczny wydźwięk powieści nie spotkał się z moja aprobatą, gdyż, najzwyczajniej w świecie, go nie dostrzegłem. Dużym zaskoczeniem okazał się dla mnie rozdział III, gdzie autor, Antoni Ark, osobiście tłumaczy czytelnikowi, o czym tak naprawdę traktuje powieść. I choć zgadzam się z Jego przemyśleniami, między innymi na temat przyzwoitości, to uważam, że tego typu sytuacja jest niedopuszczalna. Piękno czytania polega między innymi na tym, że odbiorca samodzielnie wyłuskuje wartości i informacje płynące z danego utworu.

2,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.