niedziela, 29 czerwca 2014

74. Judyta Sierakowska "Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina"

"Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina", Judyta SierakowskaMołdawia. Małe europejskie państwo, i choć położone blisko Naszego kraju, to polakom mało znane. Biura podróży nie zachęcają wycieczkami w obszary historycznej krainy Besarabii, media nie podają najnowszych doniesień z tego kraju.Turyści, którzy zdecydują się jednak odwiedzić Mołdawię, zaskakują samych mieszkańców, gdyż, jak sami twierdzą, "tu nic nie ma". Judyta Sierakowska spędziła w Mołdawii trzy miesiące, a "Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina" jest rzetelnym zapisem z tejże wyprawy

Judyta Sierakowska jest z wykształcenia socjologiem, ale zawodowo spełnia się jako dziennikarz. Pisała m.in. dla "Przekroju", "Rzeczpospolitej", "Życia Warszawy" i "Focusa". Obecnie pracuje niezależnie, pisząc głównie do tygodników. Aktualnie pracuje nad książką o branży disco polo.

"Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina" to przede wszystkim  książka o Gagauzji, najbiedniejszym zakątku Mołdawii. Traktuje o zewsząd panującej biedzie i, często tragicznych, warunkach, o codziennym życiu mieszkańców, o ich przyzwyczajeniach, rutynowych czynnościach, o mieszkających tam Polakach, o kulturze, tradycji. Judyta Sierakowska przytacza różne historie Gagauzów oraz ich sylwetki, kreśląc w ten sposób obraz całego ("podzielonego" na dwa państwa - Gagauzję i Naddniestrze) narodu. Pisarka zabiera czytelnika w podróż po kraju, gdzie większość ludności nie zna ojczystego języka, gdzie w szkołach uczy się dzieci po rosyjsku, gdzie ludziom brakuje pieniędzy na mięso, gdzie podróżuje się marszrutkami oraz gdzie spożywa się wino w oszałamiających ilościach.

Intensywnie wypatruję pozycji, które byłyby w stanie pobudzić moje zmysły, płodząc różne stany emocjonalne oraz obrazy. Literatura podróżnicza często spełnia te zadania, prezentując czytelnikowi zachwycające widoki, malownicze pejzaże oraz niezwykłe miejsca. Najnowsza pozycja Judyty Sierakowskiej zdaje się rządzić innymi prawami, gdyż nie uświadczymy w niej nic podobnego. Autorka rezygnuje z sielskich obrazów, rozpatrując Mołdawię z perspektywy codziennego, być może szarego, życia.Odrzucając prezentacje walorów turystycznych, Sierakowska stawia sobie za cel uwydatnienie zasad egzystencji człowieka w Mołdawii, Jego relacji z otoczeniem, Jego codzienności oraz Jego zwyczajów. Dzięki temu poznajemy prawdziwe oblicze kraju, nie przepuszczone przez żadne filtry, nie ozdobione żadnymi zdobnikami i naciąganymi faktami. Sierakowska opisuje Mołdawię nie z perspektywy turystyki, ale z perspektywy przeciętnego obywatela, na przykładzie między innymi rodziny Pana Sławka.

Największą zaletą recenzowanej pozycji jest mnogość tematów. Judyta Sierakowska porusza wiele kwestii, pisząc o nich w sposób bardzo lapidarny, aczkolwiek interesujący i przynoszący dużo pożytecznych informacji. Autorka przytacza historie nie tylko związane z codziennym życiem Mołdawian, ale także z historią, polityką, kulturą oraz gospodarką. Pisząc o nadmiernym spożywaniu alkoholu (przeciętny obywatel wypija 19,2 litra czystej wódki rocznie!), wypijanym przy każdej nadarzającej się okazji ("[...]Po narodzeniu dziecka, przy chrzcie, przy śmierci, na wspominki, do śniadania i kolacji, na przystanku autobusowym na rozgrzanie, w marszrutce, żeby łatwiej się rozmawiało, na dzień dobry, by znajomość kwitła..."), autorka nie pozwala sobie na żadną subiektywną opinie. Ta bezstronność pojawia się także przy opisywaniu różnych spotkanych ludzi. Dzięki temu "Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina" są rzetelnym źródłem informacji o Mołdawii, a nie wspominkami z podróży autorki.

Niezwykle interesująca warstwa tekstowa została wzbogacona o liczne zdjęcia, przedstawiające rzeczy codziennego użytku, kulturę, intrygujące miejsca, zarówno te "wystawne", typu pomniki czy oficjalne miejsca, jak i mniej pokazowe, oraz samych Mołdawian. Wydawnictwo zostało także dopełnione licznymi ilustracjami (np.: butelkami wina, latoroślami, zwierzętami), których, według mnie, w książce jest o wiele za dużo.

6/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater

poniedziałek, 23 czerwca 2014

73. Krystyna Kolińska "Preteksty do wspomnień"

"Najwyższy czas, aby uwolnić zamknięte w pudłach i szufladach "pamiątki z przeszłości", wywołać z ogromnej przestrzeni czasowej znanych mi ludzi na różnych życiowych drogach..." - w ten sposób Krystyna Kolińska wprowadza czytelnika w przywołaną przez siebie rzeczywistość, pełną wybitnych postaci (pisarzy, artystów, profesorów), opowiedzianą błyskotliwym i inteligentnym językiem. Nakładem wydawnictwa Iskry autorka podejmuje próbę ocalenia wspomnień, w sposób, jak dotąd najtrwalszy - przelewając je na papier.

Krystyna Kolińska, urodzona 23 grudnia 1923 roku, jest absolwentką Uniwersytety Poznańskiego (dziś Uniwersytetu Adama Mickiewicza). Autorka wielu książek, m.in.: "Tajemnice na sprzedaż", "Szatańska księżniczka. Opowieść o Izabeli Czajce-Stachowicz", "Miłość, namiętność, zbrodnia", "Słynne procesy", "Szaniawski. Zawsze tajemniczy". Na swoim koncie ma nagrody za całokształt twórczości m.in. nagroda ZAIKS-u im. Karola Małcużyńskiego oraz Związku Rzemiosła Polskiego im. Władysława Reymonta. Odznaczona Krzyżem Armii Krajowej, odznaką Akcji "Burza", "Gloria Artis" ministra kultury.

"Preteksty do wspomnień" zostały podzielone na sześć dużych rozdziałów: "Pamięć", "Różne czasy, różni ludzie", "Opowieści", "Portrety", "Wiek XX i Nowe Tysiąclecie", "Relacje". W każdym z rozdziałów pisarka rozpatruje przeszłość oraz wspomnienia z innej perspektywy - na przykładzie swojej osoby, jak i bliskich znajomych, serwując ogólny zarys wydarzeń, przedstawiając konkretne historie i wydarzenia z życia konkretnych osób, oddając tło i klimat omawianych lat. Autorka objaśnia relacje, jakie łączyły ją z różnymi, często wybitnymi, ludźmi, takimi jak Yoshiho Umeda, Zbigniew Raszewski, Rosa Bailly, Krystyna Skuszanka, Igor Bełza, Ignacy Mosia, Leopold Buczkowski czy Eryk Lipiński. Kolińska nie przedstawia pełnego życiorysu omawianych postaci, a jedynie konkretne spotkania, wybrane wspomnienia, fragmenty wywiadów, opowieści czy anegdot. Treść utworu stanowią nie tylko nienamacalne wspomnienia, ale liczne listy, telegramy, zdjęcia, fakty historyczne i relacje.

Największą zaletą, a zarazem największym zaskoczeniem dla mnie, "Pretekstów do wspomnień" okazał się "ciepły", wręcz "domowy", wydźwięk tekstów. Bardzo często, w przypadku biografii, ma miejsce surowość, patetyczność oraz utrzymywanie zasady "data + wydarzenie". W wspomnieniach Kolińskiej nie uświadczymy nic podobnego; autorka serwuje czytelnikowi wybiórczo, aczkolwiek starannie, wybrane wydarzenia, pozbawione biograficznego patosu, mające na celu zilustrować konkretne sytuacje. Dzięki temu recenzowana pozycja zachowuje niezobowiązującą, miejscami wręcz luźną, aczkolwiek zawsze przemyślaną i odpowiednią, formę. Dużą zaletą przedstawianych historii jest ich lapidarność oraz rzeczowość. Autorka w sposób bezstronny kreśli przywoływane przez siebie sytuacje, nie przepuszczając ich przez pryzmat późniejszych doświadczeń czy wniosków.

"Preteksty do wspomnień" są nieocenionym źródłem informacji o prywatnym życiu elit artystycznych i naukowych, ich osobowościach, zwyczajach i codzienności. Rzetelnym dopełnieniem treści są liczne, pochodzące często z prywatnych źródeł, zdjęcia, skany listów, telegramów i pamiętników. Należy także wspomnieć, że książka nie powinna być traktowana jako biografia Krystyny Kolińskiej, gdyż nie traktuje o kompletnym życiu autorki, a jedynie o relacjach z wybitnymi osobami.

Najnowsza książka Krystyny Kolińskiej zainteresuje czytelników szukających informacji z życia tzw. "świadków epoki" oraz elit artystycznych. Niniejsza pozycja jest nieocenionym zbiorem ciekawych historii, interesujących anegdot i poruszających wydarzeń. Autorka w sposób niezwykle umiejętny prowadzi czytelnika w świat swojej, niewątpliwie barwnej, przeszłości, pokazując mu to, co jest zdecydowanie warte zapamiętania.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 20 czerwca 2014

72. Michał Witkowski "Zbrodniarz i dziewczyna"

Michał Witkowski należy do grona tych pisarzy, po których sięgam bez zastanowienia. Nie potrzebuję rekomendacji znajomych, pozytywnych recenzji, zachęcających cen - sięgam po Niego ze świadomością, że na pewno się nie rozczaruje. Dwie poprzednie powieści - głośne i szokujące "Lubiewo" oraz zaskakujący "Drwal" wywarły na mnie bardzo duże wrażenie, co przełożyło się na niecierpliwe wyglądanie kolejnej propozycji.

Michał Witkowski, urodzony w 1975 roku, jest finalistą Nagrody Literackiej Nike 2006 i laureatem Nagrody Literackiej Gdynia 2006 za kultową dziś powieść "Lubiewo" (moja recenzje: klik). Witkowski jest także jednym z najgłośniejszych oraz najbardziej medialnych polskich pisarzy. I nie z powodu kontrowersyjnych i łamiących tabu powieści, ale przez liczne skandale, domniemane romanse, nieszablonowe stylizacje oraz odważne wyznania.

Michaśka (Michał Witkowski), główny bohater powieści, podobnie jak w przypadku poprzedniego kryminału, "Drwala" (który cechy kryminału zawierał w śladowych ilościach), znowu "pakuje" się w dużą aferę. Tym razem nie z enigmatycznych, samotnym, mieszkającym w leśniczówce drwalem, ale z okrutnym, bezwzględnym zbrodniarzem, zwanym Przedwojennym Mordercą. Z zimną krwią morduje swoje ofiary, stylizując je na przedwojenną modę, by ostatecznie porzucić zwłoki w miejscach, które są bliskie Witkowskiemu. Na przeciw zbrodniarzowi próbują wyjść funkcjonariusze prawa, na czele ze Studencikiem (nazwanym tak przez głównego bohatera), którym towarzyszy sama Michaśka, wypatrująca "czegoś do prozy". Bezskuteczne poszukiwania nabierają tempa, gdy zostają odnalezione zwłoki Soni, córki wpływowych, znanych i zamożnych rodziców. Od tej pory ofiar jest coraz więcej, a niebezpieczny morderca atakuje z zaskoczenia. W obawie o swoje życie główny bohater ucieka do, słynnych już (za sprawą dwóch poprzednich powieści) Międzyzdrojów, gdzie w dalszym ciągu prowadzi śledztwo. Tym razem na własną rękę. Towarzyszą mu postacie, które pojawiły się na stronach "Drwala" - Jadzia Parszywa, Kreweta oraz słynny legendarny luj.  

Duże zamieszanie wśród czytelników wywołała poprzednia pozycja Witkowskiego, która promowana była jako kryminał. Podczas lektury należało porządnie wytężyć zmysły, by doszukać się jego cech. Tym razem, według zapewnień samego autora, powieść zdecydowanie posiada cechy kryminału, o czy mogę zaświadczyć. Niestety, zaświadczyć mogę także, że "Zbrodniarz i dziewczyna" zawiera liczne wady, których zdecydowanie można było uniknąć. Po pierwsze - klęska urodzaju! Niekiedy, podczas czytania, odnosiłem wrażenie, że Witkowski wyznaje zasadę "Im więcej, tym lepiej". By zaskoczyć czytelnika robi naprawdę wiele - podsuwa tajemnicze tropy, serwuje liczne zmiany akcji, umieszcza w fabule wielu dziwnych bohaterów, koloryzuje akcje, poddaje się dygresjom, sugeruje błędne rozwoje akcji, próbuje porwać opisami, wzbogaca powieść wieloma wątkami pobocznymi. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że są to same zalety. Jednak, gdy obcuje się z książką przez dłuższy czas, to można odnieść wrażenie zmęczenia. Dużą wadą jest także fakt, że Michaśka, główny bohater, przykuwa większą uwagę niż sama akcja. Przypuszczam, że wynika to z licznych, często zbędnych, dygresji, subiektywnych opinii autora, a także wielu odwołań do poprzednich powieści, w których także była bohaterem.

Dużym zaskoczeniem był dla mnie mroczny i nihilistyczny wydźwięk powieści. Wstrząsające opisy sekcji zwłok, będące mocnym trzonem utworu, stały się idealnym sposobem, by utrzymać czytelnika w myśli, że wszystko przemija, a ludzie, pod względem fizycznym, są słabi i marni. Wnioski, jakie wyciąga bohater, porażają, ale mogą się okazać także powodem do rozmyślań nad własnym egzystencjalizmem. Na uwagę zasługuje także sposób, w jaki pisze Witkowski. Język "Zbrodniarza i dziewczyny" jest bardzo oryginalny, pełny osobliwych cech, wyjątkowo wdzięczny, aczkolwiek pozbawiony niepotrzebnej podniosłości.

"Zbrodniarz i dziewczyna" utrzymała mnie w przekonaniu, że Witkowski jest jednym z najlepszych polskich autorów, oferującym czytelnikowi niebanalną prozę, nie ustępującą w niczym zachodnim autorom, którymi tak bardzo się zaczytujemy.


5/6

niedziela, 15 czerwca 2014

71. Paulina Sołowianiuk "Jasnowidz w salonie, czyli spirytyzm i paranormalność w Polsce międzywojennej"

Dwudziestolecie międzywojenne jest niewątpliwie interesującym i wyjątkowym okresem w polskiej sztuce. Mnogość propozycji awangardowych, liczne grupy artystyczne, prężny rozwój filmu, radia oraz telewizji, a także wybitni twórcy, tworzący w tym okresie, tacy jak Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Julian Tuwim, Stefan Żeromski, Witold Gombrowicz, sprawiają, że zainteresowanie tą epoką jest niezmienne. Te lata są także intrygujące z powodu rozkwitu popularności spirytyzmu nad Wisłą.

Paulina Sołowianiuk, urodzona w 1985 roku, ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jest autorką książki "Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz" wydanej w 2011 roku. Mieszka, pracuje i pisze w Norwegii.

Okres między zakończeniem I Wojny Światowej, a wybuchem II Wojny Światowej to czas, w którym ogromną popularność zyskały spotkania spirytystyczne. Modę na nie rozpoczęły siostry Margaret, Leah i Kate Fox, które wiosną 1948 roku zaobserwowały w rodzinnym domu wędrówki mebli i stały się świadkami niecodziennych wydarzeń. Wydarzenia te zapoczątkowały powstanie nowego nurtu, błyskawicznie rozprzestrzeniającego się po całym świecie. Wśród jego zwolenników znaleźli się nie tylko przeciętni obywatele, ale także wybitni, cenieni artyści oraz politycy. Do tego grona należeli między innymi: Stanisław Ignacy Witkiewicz, Zofia Kossak-Szczucka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Władysław Reymont oraz Józef Piłsudski. Dobie "wirujących stolików", przywoływania duchów, przepowiadania przyszłości, wróżb, stawiania horoskopów, porozumiewania się z zaświatami dały się porwać wszystkie klasy społeczne, upatrując w niecodziennych praktykach rozrywkę, magię lub natchnienie. Autorka, Paulina Sołowianiuk, przybliża także postać najsławniejszego, najpopularniejszego i najbardziej cenionego jasnowidza tamtych lat - inżyniera Stefana Ossowieckiego. Z Jego usług korzystali nie tylko artyści i politycy, ale także służby bezpieczeństwa, prosząc o pomoc w poszukiwaniu zaginionych osób. Inżynier był postacią goszczącą we wszystkich istotnych miejscach, przebywającą wśród elit inteligenckich, osób tworzących kulturę. Jego przyjaciel, Adrian Czermiński, nazywał go jednym z najbardziej ruchliwych ludzi na świecie, gdyż, ze względu na swoją niemalejącą sławę, miał mnóstwo zobowiązań zarówno zawodowych, jak i towarzyskich.

Paulina Sołowianiuk w recenzowanej pozycji podejmuje się niezwykle interesującego tematu. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, autorka "Tej pięknej mitomanki. O Izabeli Czajce-Stachowicz" nie skupia się na samej istocie spirytyzmu, a jedynie na zachowaniu różnych osób wobec niego. Nie uświadczymy w recenzowanej pozycji rozległych opisów spotkań spirytystycznych, nie poznamy sposobów komunikowania się z zaświatami, nie przeczytamy interesujących anegdot, ciekawostek związanych z niezwykłymi wydarzeniami, a jedynie poszerzymy swoją wiedzę na temat wybitnych postaci tamtych lat, spotykających się nad okrągłymi stolikami. Zatem śmiało można powiedzieć, że "Jasnowidz w salonie, czyli spirytyzm i paranormalność w Polsce międzywojennej" jest jedynie wartym uwagi rozszerzeniem, wymagającym od czytelnika zakresu wiedzy w temacie, o którym traktuje. W innym wypadku lektura recenzowanej pozycji może okazać się nieowocna i ciężka.

Zdecydowanie największą zaletą pozycji "Jasnowidza w salonie" jest mnogość źródeł, z których korzysta autorka. Treści nie stanowią tylko fakty, których odnalezienie nie sprawiłoby czytelnikowi kłopotu, ale także liczne anegdoty, opowieści, wspomnienia, rozmowy czy fragmenty listów. Autorka rozpatruje kwestie spirytyzmu z różnych perspektyw - artysty, polityka, przeciętnego obywatela, zwolennika, niedowiarka. Paulina Sołowianiuk serwuje odbiorcy paletę różnych poglądów, opinii i zdań, nie narzucając własnych przekonań, co jest zdecydowanie kolejną dużą zaletą. Warto także wspomnieć o licznych fotografiach wzbogacających książkę oraz o wdzięcznym, będącym trafnym dopełnieniem treści, wydawnictwie.

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 5 czerwca 2014

70. Stanisław Konopka "Takie zwyczajne - niezwyczajne życie"

Rzadko sięgam po utwory, których trzonem są wspomnienia. Abym się za nie zabrał, podobnie jak w przypadku biografii, muszą traktować o osobie wybitnej, która cieszy się w moich oczach szacunkiem, którą podziwiam albo której jestem ciekawy. Na moich półkach znajdują się tylko dwie tego typu pozycje - pośmiertna biografia Szymborskiej oraz opis młodzieńczych lat Stalina. Niedawno, za sprawą intrygującego tytułu oraz interesującego opisu, do tej kolekcji dołączyła pozycja Stanisława Konopki "Takie zwyczajne - niezwyczajne życie".

Recenzowana pozycja to zbiór wspomnień autora obejmujących lata 1948-1980, dotyczących wczesnego dzieciństwa, rodziny i najbliższego otoczenia, przesiedleń, obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarstwa. pobytu w wojsku, jak i warunkach tam panujących, oraz kariery zawodowej. Autor nie przedstawia tylko swoich losów, aczkolwiek posuwa się znacznie dalej, kreśląc historię swoich rodziców, dziadków, pradziadków, a także historię rodziny swojej żony. Adresatami "Takiego zwyczajnego - niezwyczajnego życia" są dzieci autora, Katarzyna i Artur, pragnącego, by Jego pociechy poznały historie rodziny "z pierwszej ręki".

Do przeczytania niniejszej książki, jak już wspominałem wyżej, zachęcił mnie niezwykle interesujący tytuł oraz opis. Spodziewałem się zwięzłej, aczkolwiek treściwej i poruszającej, historii, traktującej o losach ludzi, na które duży wpływ miała II Wojna Światowa. Oczekiwałem przenikliwych opisów powojennej rzeczywistości, stawiających w centrum odczucia i spostrzeżenia bohatera. Niestety, znacznie się przeliczyłem, gdyż wspomnienia Stanisława Konopki nie są niczym innym, jak przeciętnym, mało interesującym zapisem losów rodziny, z jakimi możemy się spotkać rozmawiając z osobami, które żyły w latach, które opisuje autor.. Brak w nim głębszych wartości, trafnych uwag, próby ich zrozumienia czy ocenienia. Trudno doszukać się w nich czegokolwiek, co mogłoby zachwycić. Nawet sama treść nie brzmi interesująco - nie jest ani poruszająca, ani zabawna, a nawet momentami nużąca. O ile dla osób spowinowaconych z autorem, pragnących spenetrować losy swoich przodków, niniejsza pozycja może okazać się interesująca, to dla Czytelnika jest ciężkostrawna i nudna.

W czytaniu bardzo przeszkadzał mi zabieg, jakiego często dokonywał autor, prawie na każdej stronie, polegający na wtrąceniu w zdanie różnych informacji za pomocą ukośników: "[...] /ojciec waszego dziadka - Konstantego II/" , "[...] / mimo pozytywnej opinii profesora Bardiniego/" , "[...] /wtedy chyba "Zielonogórska/" , "[...] /tylko nie na służbowe". Czytanie utrudniały mi także liczne znaki wykrzyknienia, które autor, Stanisław Konopka, ewidentnie nadużywa.  Co do samego języka, jakim zostało napisane "Takie zwyczajne - niezwyczajne życie", - bardzo surowy, obrany ze wszelkich możliwych ozdobników, pozbawiony polotu i swoistości. Można odnieść wrażenie, że autorem recenzowanej pozycji jest uczeń, który jak najdokładniej pragnie rozpatrzyć temat swojej pracy, nie przywiązując uwagi do języka.

Dzieło Stanisława Konopki nie jest utworem, który na długo pozostaje w pamięci. Jest to książka bardzo przeciętna, pozbawiona znaków charakterystycznych oraz, w moim mniemaniu, nie warta polecenia.

2/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.