sobota, 31 maja 2014

69. Stosik - maj 2014

(przepraszam za fatalną jakość zdjęcia, ale, chyba tradycyjnie, zrobione telefonem)

Tak już chyba jest, że miesiąc maj zawsze mija bardzo szybko. Najpierw toczy się nieśpiesznie, by po  majowym weekendzie przyśpieszyć niemiłosiernie. Mijający miesiąc nie okazał się dla mnie łaskawy, gdyż nie oszczędził mi licznych zajęć i obowiązków, co sprawiło, że nie miałem dużo czasu na czytanie. Ale, jak się ostatecznie okazało, wygospodarowałem go na tyle, by przyswoić aż... 8 książek!

W tym miesiącu do moich zbioru dołączyło aż 15 książek:
1. Tadeusz Słobodziak "Nasza klasa" - z biblioteki, z półki "Zabierz do domu"
2. Wiesław Helak "Scenariusze syberyjskie" - egzemplarz recenzencki od Sztukatera
3. Łukasz Ksyta "Major Hubal. Historia prawdziwa" - jw.
4. Han Kang "Wegetarianka" - jw. - recenzja
5. Krzysztof Wiczanowski "Kilka krótkich opowiadań" - jw. - recenzja
6. Stefan Jaksch "Czas przeznaczenia" - jw. - recenzja
7. Krystyna Kolińska "Preteksty do wspomnień" - jw.
8. Paulina Sołowianiuk "Jasnowidzenie w salonie" - jw.
9. Judyta Sierakowska "Mołdawianie w kosmos nie lietajut bez wina" - jw.
10. Zofia Piłasiewicz "Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna" - jw. - recenzja
11. Stanisław Konopka "Takie zwyczajne - niezwyczajne życie" - jw.
12. Piotr Czerwiński "Międzynaród" - zakup własny
13. Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce [nie licząc psa] - zakup własny - recenzja
14. Maciej Maciejewski "W piekle lepiej być nikim" - zakup własny - przeczytana, aczkolwiek nie zrecenzowana
15. Joy Fielding "Teraz ją widzisz" - zakup własny - recenzja

Na blogu ukazała się także recenzja książki "Petropolis" - recenzja

Największą przyjemność przyniosła mi lektura "Syberyjskiego snu. Opowieści bezdrożnej", a zawiódł mnie zbiór opowiadań Krzysztofa Wiczanowskiego.

czwartek, 29 maja 2014

68. Stefan Jaksch "Czas przeznaczenia"



Mimo upływu czasu, rozwoju nauk, zmian kulturowych i obyczajowych, są kwestie, które pozostają niezmienne. Jedną z nich jest wiara w przeznaczenie.  Kiedyś wierzono, że ludzkie życie jest z góry zaplanowane, że wszystkie utrapienia, tudzież radości, są efektem woli bożej, z którą utożsamiano między innymi Fatum, Fortunę czy Tyche.  Dziś, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, w tej materii nie zmieniło się absolutnie nic. W dalszym ciągu wiele osób wierzy w przeznaczenie, upatrując w nim powody swojego szczęścia czy nieszczęścia. Tyle, że obecnie, by ustrzec się przed złym losem, zamiast składać modły i ofiary na ołtarzach, kontaktujemy się z wróżbitami, na przykład telefonując do programów oferujących podobne usługi. Osobiście nie wierzę w przeznaczenie, uważając, że wszystko co zdarza się w życiu, jest wynikiem przypadku albo ludzkich starań, w związku z czym lektura "Czasu przeznaczenia" zapowiadała się wyjątkowo interesująco. Nie mogłem się wręcz doczekać, by zasiąść do czytania, rozpoczynając z autorem żywą dyskusję, wymieniając poglądy.

"Do zatytułowania tej książki zainspirowały mnie losy bohatera, które nie mogły być dziełem przypadków, gdyż przypadków nie ma". W ten sposób, przedmową, autor wprowadza czytelnika w wykreowaną przez siebie rzeczywistość, podważając istnienie zbiegów okoliczności. Losy głównego bohatera, Andrzeja, mają być dla czytelnika drogą ku przekonaniu, że przypadki nie istnieją. Zmartwiony poważnymi problemami w pracy, powszechnymi strajkami, śmiercią matki oraz nieodwzajemnioną miłością do Barbary, która niespodziewanie, z dnia na dzień, znika, główny bohater postanawia wyemigrować z Polski. Udaje się do Austrii, gdzie obecnie przebywa Jego przyjaciel. Andrzej zamieszkuje w obozie dla uchodźców, gdzie przypadkiem spotyka zaginioną Barbarę. Ich miłość na nowo ożywa. Z czasem stabilizują się finansowo, kupują mieszkanie i wiodą spokojne, ustabilizowane życie. Niestety, bohaterka dowiaduje się o śmiertelnej chorobie swojej matki, która niedługo później umiera. Decyduje się na powrót do Polski, zostawiając na obczyźnie Andrzeja. Ostatecznie Barbara spędza w ojczyźnie kilka lat, opiekując się schorowanym, samotnym ojcem. Gdy w końcu dochodzi do upragnionego spotkania między zakochanymi, bohaterkę, na oczach mężczyzny, potrąca samochód. Zrozpaczony Andrzej wraca do Austrii, gdzie niedługo później poznaje kobietę, z którą rozpoczyna kolejny rozdział życia. 

Tłem akcji "Czasu spełnienia" są wydarzenia, jakie miały miejsce w Polsce w latach 70. i 80. XX wieku: zamieszki, strajki oraz stan wojenny. Choć są tylko tłem, ustępując miejsca refleksji nad przeznaczeniem, to z całą pewnością można stwierdzić, że są integralną częścią powieści. Lektura recenzowanej pozycji przyniosła mi wyraźny niedosyt, gdyż uważam, że dzieło Stefana Jakscha powinno zawierać szerszą retrospekcje oraz liczne przywołania historyczne tamtych lat.

Moim głównym zastrzeżeniem wobec "Czasu przeznaczenia" jest brak refleksji nad naturą głównego bohatera. Czy w szczęśliwym związku, czy po śmierci matki, czy po stracie miłości - cały czas jest taki sam; nie targają nim żadne emocje. Jego natura zdaje się być płytka, prawdę mówiąc mało interesująca. Choć domniemane przeznaczenie nie szczędzi mu rozczarowań i przykrości, to bohater zdaje się być obojętny na to. Czytając "Czas przeznaczenia" można odnieść wrażenie, że wykreowany przez autora bohater, oprócz swojej fizyczności, nie posiada absolutnie nic innego; żadnych emocji, żadnych myśli, żadnych refleksji. Lekturę powieści utrudniały mi także liczne rozdziały ;krótka, bowiem 250-stronnicowa książka dzieli się na cztery duże części, a także na 53 (!!!) rozdziały, co zdecydowanie burzy skupienie i zainteresowanie czytelnika. Sama akcja także pozostawia wiele do życzenia, gdyż jest bardzo niespójna i "rwana". Raz toczy się dynamicznie, raz nieśpiesznie...
 
Podsumowując, książka mnie nie nużyła, momentami była naprawdę interesująca, aczkolwiek nie wydaje mi się, abym pamiętał o niej za kilka lat. Nie jestem pewien, czy jest warta polecenia, ale uważam, że osoby wierzące w przeznaczenie, powinny po nią sięgnąć.


3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater

niedziela, 25 maja 2014

67. Krzysztof Wiczanowski "Kilka krótkich opowiadań"

http://www.dobreksiazki.pl/okladki/duze/kilka-krotkich-opowiadan-o648177i.jpg
Opowiadania omijam szerokim łukiem, wypatrując tekstów, które porwą mnie wciągającą fabułą i licznymi zwrotami akcji, szeroką analizą natury i postępowań bohaterów oraz ciekawymi, licznymi wątkami. Opowiadania, ze względu na swoją zwięzłość, nie są w stanie zaspokoić wyżej wymienionych potrzeb, więc z tego powodu bardzo rzadko po nie sięgam.

Zasiadając do zbioru opowiadań Krzysztofa Wiczanowskiego, o bardzo minimalistycznym i rzeczowym tytule, "Kilka krótkich opowiadań", nie oczekiwałem niczego, co mogłoby mnie wprowadzić w zachwyt. Jak się okazało - moje przeczucia okazały się prawdziwe.

"Kilka krótkich opowiadań" to zbiór pięciu opowiadań, traktujących o człowieku: o Jego uczuciach, problemach, potrzebach, relacjach z otoczeniem. Bohaterowie opowiadań Wiczanowskiego żyją w bliżej nieokreślonej przestrzeni, w miastach lub wsiach, pozbawionych nazw własnych. Autor zastosował ten zabieg, by uzmysłowić Czytelnikowi, że los, jaki dotknął bohaterów, może dotknąć każdego z Nas.

Pierwszym, a zarazem najdłuższym, opowiadaniem jest "Ballada o Kulawym". Głównym bohaterem jest starszy, utykający mężczyzna o imieniu Jan, postrach wszystkich dzieci, które uciekają na Jego widok, głośno krzycząc "Kulawy idzie! Uciekajcie!". Ów bohater prowadzi życie w małym miasteczku, do którego przeprowadził się z nieznanych przyczyn, przez co mieszkańcy traktują go w sposób nieufny. Mieszka w opuszczonej, starej, drewnianej chatce pod miastem. Wrogie nastawienie ludności wobec bohatera szybko przeradza się w akceptacje, a nawet zaufanie, gdyż w zamian za pieniądze lub resztki z obiadu, zlecano mu różne zadania i prace (takie jak ostrzenie noży, porządkowanie piwnic, wywożenie niepotrzebnych rzeczy). Szybko nawiązuje wiele znajomości, między innymi z gospodyniami, które obdarowują go wysłużonymi przedmiotami, typu wyszczerbiona miednica czy pęknięte lustro. Ku zaskoczeniu mieszkańców, Jan nawiązuje także znajomość z nauczycielem, z którym prowadzi inteligentne konwersacje o tematach "mniej przyziemnych", takich jak sztuka. Wszystko wskazuje na to, że utykający mężczyzna stał się pełnoprawnym mieszkańcem, akceptowanym przez sąsiadów. Jednak, gdy ginie córka Gebertów, ośmioletnia Emilka, głównym podejrzanym staje się właśnie Jan. Niewinny bohater musi zmierzyć się z niesłusznymi oskarżeniami, a nawet z próbą ataku na swoje życie.

Bohaterem innego opowiadania, o tytule "Droga do miasta", jest Wiera Aleksandrowna, kobieta w podeszłym wieku. Bohaterkę poznajemy w momencie, gdy czyta list od swojego wnuka, Miszy, mieszkającego w domu dziecka. Jest synem Jej trzeciej córki Swiety, prowadzącej niezobowiązujące życie. Wiera, stęskniona za dawno niewidzianym wnukiem, postanawia wyruszyć w podróż, by się z Nim spotkać. Niestety, do spotkania ostatecznie nie dochodzi, gdyż kobieta umiera na przystanku.

Opowiadania Krzysztofa Wiczanowskiego to teksty, które poza swoim dosłownym, ukazanym sensem, nie oferują nic innego. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że są zwykłymi "czytadłami". Autor, w moim mniemaniu, chciał napisać zbiór opowiadań, który zachwyciłby mądrością, wartościowością oraz formą. Niestety, nie udało mu się to. Teksty są pisane mało oryginalnym językiem, brak w nim polotu i finezji. Zdają się być napompowane zbędnym patosem. Bohaterowie nie są wyraziści, powielają liczne schematy, a ich postępowania nie zmuszają odbiorcy do żadnych refleksji.  Na uwagę nie zasługują także wartości i prawdy, jakie płyną, a raczej miały płynąć, z opowiadań. Autor oferuje czytelnikowi wyświechtane przemyślenia, których systematycznie podejmowali się pisarze w przeszłości.

Choć "Kilka krótkich opowiadań" przeczytałem raptem kilka dni temu, to dziś potrafię przypomnieć sobie tylko trzy z nich. Nie są to teksty, które zapadają w pamięć, prowokują do refleksji czy zaskakują. Są to średnio interesujące historie, napisane "ciężkim" piórem, nie wnoszące nic nowego w życie czytelnika.

2/6


Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater

środa, 21 maja 2014

66. Zofia Piłasiewicz "Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna"

http://www.globtroter.pl/zdjecia/polska/172322_polska.jpgNie jestem sympatykiem literatury podróżniczej. Nie śledzę z wypiekami na twarzy losów podróżników przemierzających odległe krainy, niebezpieczne miejsca czy niespenetrowane przez ludzi tereny. Za każdym razem, gdy zabierałem się za tego typu lekturę, odczuwam znużenie i dezorientację; nie porywały mnie opisy przyrody, trudu wędrówek czy walki z żywiołami. Omijałem szerokim łukiem szeroko pojętą literaturę podróżniczą do czasu, gdy, niespodziewanie, narodziło się we mnie nieopisane pragnienie ucieczki w dziewicze lasy, rozległe, dzikie tereny, miejsca niedotknięte przez cywilizacje; obiektem moich westchnień stała się Rosja, a marzeniem - podróż Koleją Transsyberyjską. Zachwycony intrygującym opisem książki, głoszącym, że "Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna" to "opowieść, która wciąga, snuje się jak dym z ogniska", tematem oraz niezwykle piękną okładką, zasiadłem do lektury pełny nadziei.

Autorka książki, Zofia Piłasiewicz, jest z zawodu psychologiem, natomiast podróżowanie wynika z Jej zamiłowań.  Została nagrodzona przez Kapitułę Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów Kolosu 2005 za przejmującą relację ze spływu rzekami Tuwy. Jest także laureatką m.in. nagrody specjalnej V Otwartego Konkursu Poezji im. Herberta. Zajmuje się również fotografią.

"Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna" jest zapisem dwóch podróży, w jakie udała się Zofia Piłasiewicz, wraz z mężem, Markiem, i przyjaciółmi. Zostawiając całą codzienność: pracę, znajomych, obowiązki, dom, dzieci, autorka udała się w głąb Rosji, na Syberię. Najpierw, jadąc przez kilka dni Koleją Transsyberyjską, poznając ludzi, zarówno Rosjan, podróżujących do rodzin lub w poszukiwaniu pracy, jak i polaków, zmierzających nad Bajkał lub do Mongolii; następnie maszerują przez dziewiczą tajgę i rozległe stepy, zawierając nowe znajomości z lokalnymi mieszkańcami, poznając ich kulturę, wierzenia i zwyczaje, walcząc o przetrwanie, by ostatecznie zmierzyć się z nieokiełznanymi nurtami Jeniseju, Chamsary i Uług-O, płynąc katamaranem.

Największą zaletą "Syberyjskiego snu. Opowieści bezdrożnej" jest sposób, w jaki autorka, Zofia Piłasiewicz, przybliża Czytelnikowi swoją podróż. Kreśli ją w sposób gawędziarski, bez zbędnego bagażu informacji i patetycznych opisów, skupiając się nie tylko na pięknie przyrody, niesamowitości napotkanych miejsc, lokalnych kulturach, wyzwaniach fizycznych oraz emocjach towarzyszących w poznawaniu świata, ale także na "błahostkach" (opowiadając jakie znaczenie w podróży, na skraju wycieńczenia, ma filiżanka kawy, chleb czy czekolada), które często są pomijane w literaturze podróżniczej, na rzecz zbędnych opisów przyrody. Intrygujący jest także fakt, że oprócz podróży cielesnej Zofia Piłasiewicz przybliża nam podróż, prawdopodobnie tą ważniejszą, wewnętrzną. Czytelnik jest świadkiem rozwoju duchowego bohaterki, która zmaga się nie tylko z przeciwieństwami fizycznymi - wody, mgły, zmęczenia, ale także z barierami duchowymi, takimi jak strach, niepewność czy lęk.

Kolejną zaletą recenzowanej pozycji jest niezwykle plastyczny i trafny język, jakim posługuje się autorka. Zofia Piłasiewicz w sposób bardzo naturalny włada słowem, potrafiąc zilustrować odbiorcy piękno i monumentalność przyrody oraz emocje, jakie towarzyszyły Jej w podróży. Jestem pod dużym wrażeniem lekkości pióra podróżniczki oraz zdolności przelewania niecodziennych wrażeń, jakie wywiera podróż, na papier.

 Niewątpliwie kolejną zaletą "Syberyjskiego snu. Opowieści bezdrożnej" są fotografie, autorstwa autorki, Zofii Piłasiewicz, w jakie została wzbogacona książka. Prawie pięćdziesiąt wyjątkowych zdjęć, przedstawiających przyrodę, interesujące miejsca, kulturę oraz tubylców, zdecydowanie są idealnym dopełnieniem przedstawionych historii.

Najnowszą pozycję Zofii Piłasiewicz polecam wszystkim miłośnikom podróży, czytelnikom pragnącym poszerzyć horyzonty (gdyż "Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna" zawiera wiele ciekawych i wartych uwagi informacji) oraz osobom, które z utęsknieniem spoglądają za horyzont, marząc o ucieczce od codzienności i cywilizacji.

5/6

Za książkę serdecznie dziękuje portalowi Sztukater

piątek, 16 maja 2014

65. Joy Fielding "Teraz ją widzisz"

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/135000/135663/352x500.jpgZ wielką niecierpliwością (i jeszcze większym entuzjazmem) wyglądałem chwili, gdy zasiądę do lektury "Teraz ją widzisz", Joy Fielding. Moje poprzednie spotkanie z tą autorką okazało się strzałem w dziesiątkę (recenzja: KLIK), więc byłem przekonany, że i kolejne mnie zachwyci. I jak się okazało - miałem racje.

Joy Fielding jest autorką kilkunastu powieści, z których większość zajmuje wysokie miejsca na listach bestsellerów "New York Timesa". Jej powieści mają podłoże psychologiczne, charakteryzują się wnikliwą obserwacją rzeczywistości oraz interesującymi wątkami sensacyjnymi, które często Fielding oferuje czytelnikom. W języku polskim ukazały się m.in.: "Szepty i kłamstwa", "Laleczka", "Strefa szaleństwa" czy "Martwa natura".

Marcy Taggart to pięćdziesięcioletnia kobieta, której los nigdy nie szczędził. Najpierw Jej matka, gdy Marcy była w wieku szkolnym, popełnia samobójstwo, skacząc z dachu, następnie, kilkanaście lat później, Jej córka, Devon, ginie w tragicznym wypadu na jeziorze, a Jej ciało nie zostaje nigdy odnalezione. Teraz, dwa lata później, opuszcza ją mąż, Peter, tuż po dwudziestej piątej rocznicy ślubu, którą planowali razem spędzić w Irlandii. Ostatecznie w podróż wyrusza sama bohaterka, a miejsce złości i rozpaczy, spowodowane rozwodem, szybko zajmuje nadzieja i wiara, gdyż Marcy przypadkiem dostrzega, przez szybę w pubie, zaginioną córkę, Devon. Główna bohaterka rozpoczyna poszukiwania, co spotyka się z zaniepokojeniem siostry Judith, Petera oraz Vica Sorvina, który jest nową sympatią bohaterki. Poszukiwania prowadzone na własną rękę zdają się nie przynosić skutków, a jedynie przysparzają Jej kłopotów, gdyż Marcy trzykrotnie trafia na posterunek policji, zostaje potrącona oraz okradziona. Mimo wszystko, nie zamierza się poddać; wierzy, że Jej córka żyje, a Ona jest w stanie ją odnaleźć.

Uważam, że najważniejszym zadaniem literatury jest niesienie wiedzy. Niekoniecznie tej z datami, cyframi, postaciami czy wydarzeniami w tle, ale tej, o którą w dobie braku czasu, walki o pozycję, pieniądze i uznanie, najtrudniej; wiedzę o samym sobie. Literatura, niezmiennie od lat, pozwala nam spenetrować ludzką naturę, śledząc samych siebie. Niestety, często jest tak, że autorzy podejmując analiz człowieczych postępowań, osobowości i problemów robią to w sposób patetyczny, na co zwykle nie odnajdujemy czasu i ochoty. Na szczęście są autorzy, którzy potrafią przekazać rezultaty swoich obserwacji, rozmyślań czy doświadczeń w sposób "lekki"i interesujący. Z całą pewnością do takich pisarzy  należy Joy Fielding, która w "Teraz ją widzisz" z chirurgiczną precyzją kreśli czytelnikowi istotę nadziei, matczynej miłości, a także tęsknoty. Autorka, zręcznie posługując się wątkiem sensacyjnym, w sposób zapierający dech w piersi oddaje to, o czym często zapominamy - jak ważni w życiu są inni ludzie, a zwłaszcza rodzina. Poczynania Marcy Taggart, głównej bohaterki powieści, to idealny przykład nieprzebranej rodzicielskiej miłości, która potrafi przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. Losy bohaterów zdają się być przestrogą, a może i nauczką, dla Czytelnika. Oprócz wartości, które  płyną z recenzowanej powieści, na wyróżnienie zasługuje także dynamiczna akcja, od której nie sposób się oderwać. Wydarzenia wykreowane przez Fielding są na tyle interesujące i ujmujące, że lektura przebiega bardzo płynnie. Do tego przyczyniają się także liczne zwroty akcji oraz systematycznie pojawiające się nowe postacie, urozmaicające fabułę.

Istotną częścią powieści jest Irlandia, miejsce, w którym toczy się akcja. Czytając "Teraz ją widzisz" nie można odgonić od siebie wrażenia, że autorka za wszelką cenę chciała przekazać czytelnikowi jak najwięcej informacji na temat tego kraju. Niestety, robi to w sposób ciężkostrawny, serwując stos dat oraz wydarzeń historycznych, które "wpycha" taksówkarzowi, drugoplanowemu bohaterowi, do ust.

5/6

poniedziałek, 12 maja 2014

64. Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce [nie licząc psa]"

Trzech panów w łódce [nie licząc psa] - Jerome K. JeromeTą książkę pragnąłem przeczytać od dawna. Kilka tygodni temu wpadła w moje ręce w księgarni, przez kolejnych kilka tygodni oczekiwała na swoją kolej, by w końcu, w pochmurny weekend, mogła wypełnić swoją powinność, zapewniając mi godziwą dawkę rozrywki.

Temat, o którym traktuje powieść, jest mi zdecydowanie obcy. Żegluga, podróże łodzią zawsze mnie nużyły, rodząc moją niechęć do tego typu literatury. Próbowałem tą niechęć przezwyciężyć, czytając między innymi "Znaczy kapitan", ale za każdym razem ostatecznie ponosiłem klęskę. Tym razem, zachwycony licznymi rekomendacjami, podchodziłem do lektury, także o tematyce podróży statkiem, "Trzech panów w łódce [nie licząc psa]", z wielkim optymizmem i nadzieją. Czy się nie zawiodłem? Tego nie jestem pewien....

"Trzech panów w łódce [nie licząc psa]" to opowieść opisująca podróż trzech mężczyzn, którzy przebyli 123 mile, z Kingston do Pangbourne, Tamizą. Tytułowi panowie to George, Harris i Jerome, który jest zarazem narratorem. W podróży towarzyszy im także Montmorency – pies Jerome’a. Jak się zapewne można domyślić, podróż nie przebiega bez zakłóceń i nieoczekiwanych wydarzeń - tytułowych bohaterów spotyka mnóstwo niezaplanowanych, aczkolwiek zabawnych i interesujących, przygód. Co ciekawe, te przygody, jak i sama podróż, nie skupiają całej uwagi czytelnika, a jedynie jej część, gdyż drugim trzonem powieści są wspomnienia, opowiadania, historie oraz anegdoty bohaterów.

Lektura recenzowanej pozycji przyniosła mi ambiwalentne odczucia; z jednej strony "Trzech panów w łódce [nie licząc psa]" to fenomenalna, lekka powieść, w sam raz na deszczowe sobotnie popołudnia, pełna ciepłych opisów, interesujących historii, zabawnych i inteligentnych anegdot, emanująca niezmiennym optymizmem, ale z drugiej strony zdaje się być zwykłym czytadłem o nieskomplikowanej, prawdę mówiąc naiwnej, fabule. Choć bardzo mocno pragnąłem przeczytać tą książkę, to lektura zdawała się dłużyć niemiłosiernie - z  dwóch dni, bo w tyle powinienem przyswoić treść tej książki, do prawie pięciu. Tłumaczę to tym, że preferuję powieści o mocno zarysowanej akcji, charakteryzujące się szybko rozwijającą się akcją i wielowątkowością, a "Trzech panów w łódce [nie licząc psa]" jest odwrotnością moich upodobań - akcja toczy się nieśpiesznie, pozbawiona wyrazistej fabuły i bohaterów, brak w niej wątków pobocznych, a sam wątek główny często ustępuje retrospekcją, przypowiastkom oraz licznym anegdotą.Także humor, który jest największą zaletą powieści, nie do końca mi odpowiadał. Nie przepadam za specyficznym angielskim humorem, prawdę mówiąc uważam go za naiwny i trywialny.

Co ciekawe, "Trzech panów w łódce [nie licząc psa]" w pierwotnym zamyśle autora, miało być poważnym przewodnikiem turystycznym, oferującym użyteczne informację podróżnika. Sprawy przybrały inny bieg wydarzeń, a Jerome K. Jerome, zamiast przewodnika, stworzył ciepłą, pełną przypowiastek i anegdot, zabawną powieść. Komu polecam? Fanom angielskiego humoru oraz miłośnikom podróży wodnych.

3/6

środa, 7 maja 2014

63. Han Kang "Wegetarianka"

Wegetarianizm jest tematem, który cały czas budzi dyskusje. Mimo zapewnień dietetyków, twierdzących, że zrównoważona dieta wegetariańska jest dietą zdrową, ciągle ma swoich przeciwników. Osoby praktykujące ten styl życia nierzadko są krytykowane przez najbliższych. Podobnie było w przypadku Yeong-hye, głównej bohaterki powieści "Wegetarianka", która niespodziewanie, z dnia na dzień, postanowiła wyrzucić ze swojego jadłospisu produkty mięsne.

Han Kang urodzona w 1970 roku w Kwangju w Korei Południowej, absolwentka filologii koreańskiej na Uniwersytecie Yonsei, jest autorką pięciu powieści cieszących się rosnącą popularnością na całym świecie. Debiutowała jako poetka, publikując w magazynie literackim "Munhak kwa Sahoe" wiersz "Seulska zima". W 2013 roku na rynku pojawił się Jej najnowszy zbiór poezji "Schowałam w szufladzie zmierzch".

Yeong-hye, tytułowa wegetarianka, prowadzi nudne, przeciętne, monotonne życie przy boku przeciętnego
męża, Cheonga. Jest żoną wzorową: wierna, posłuszna, wyrozumiała, oszczędna. Ponadto wspiera budżet domowy, pisząc teksty do komiksów. Całe Jej życie się zmienia, gdy pod wpływem koszmarów sennych, odrzuca dotychczasowe ideologie, wybierając wegetarianizm. Decyzji tej za rozsądną nie uważa zaniepokojony mąż, który w nadziei odciągnięcia żony od bezmięsnej diety, zwraca się z prośbą o pomoc do najbliższej rodziny - szwagierki, In-hye, oraz teściów. Ów pomoc kończy się nie najlepiej, gdyż między bohaterką a Jej ojcem dochodzi do poważnej scysji, w wyniku której Yeong-hye podcina sobie żyły. Dalsze feralne wydarzenia (pobyt w szpitalu psychiatrycznym, niespodziewane zachowania bohaterki) wyraźnie obrazują jakie relacje, pozornie trwałe i silne, a naprawdę kruche i słabe, łączą rodzinę bohaterki.

Powieść "Wegetarianka" składa się z trzech powiązanych ze sobą części, w których śledzimy losy głównej bohaterki przez pryzmat różnych postaci: męża, szwagra-artysty, siostry. W powieści mamy do czynienia z dwoma rodzajami narracji: pierwszoosobowej, w której jest przedstawiony początek wegetarianizmu bohaterki oraz reakcja społeczeństwa, i trzecioosobowej, w której dowiadujemy się o Jej późniejszych losach. Spotykamy się także z retrospekcją. Swobodna zabawa formą, jakiej dokonuje autorka, jest jednym z największych plusów recenzowanej pozycji; dzięki niej czytelnik może dokładnie poznać naturę głównej bohaterki, głębiej spenetrować Jej losy, a także szczegółowo zaobserwować Jej powiązania z otoczeniem. Na uwagę zasługuje także język: prosty, chłodny, surowy, oszczędny, bez zbędnych ozdobników, aczkolwiek trafny i plastyczny. Minimalizm językowy idealnie współgra z realizmem, od którego wręcz kipi "Wegetarianka". Stawiając na oszczędność słowa i treści, Han Kang stworzyła intymną relację między czytelnikiem a postaciami, co jest kolejną wielką zaletą książki. 

Wegetarianizm, który, jak się może początkowo wydawać, nie jest istotą powieści, a  jest jedynie sposobem, w jaki Han Kang pragnie zwrócić uwagę na potrzebę bliskości, akceptacji i wolności w życiu człowieka. Kreśląc losy bohaterki, autorka, w sposób niebanalny, przypomina o skomplikowanej ludzkiej naturze, która kształtuje się przez całe życie. Z powieści odczytać można także przestrogę, że błędem jest kierowanie się instynktami w poznawaniu świata. Jedyną drogą, ku zrozumieniu rzeczywistości, jest rzetelna obserwacja i tolerancja.

"Wegetarianka" z całą pewnością nie jest powieścią łatwą; wymaga skupienia, refleksji, czasu. Jest pozycją budzącą liczne pytania, do których odpowiedzi nie znajdziemy w tekście. By zrozumieć jej sens i przekaz należy wykazać się dużą wrażliwością i spostrzegawczością. Jest powieścią nie kończącą się z chwilą przeczytania ostatniego zdania. Jest to dzieło, które żyje w świadomości czytelnika przez długi czas. Żyje, nie dając spokoju...

5/6

Za książkę serdecznie dziękuje portalowi Sztukater:


niedziela, 4 maja 2014

62. Anya Ulinich "Petropolis"

http://merlin.pl/Petropolis_Anya-Ulinich,images_big,1,978-83-7359-841-6.jpg
Antysemityzm, rasizm, autorytarna matka, rozbita rodzina, niespodziewana ciąża, bieda, niechciane dziecko, ubezwłasnowolnienie - wszystko to wskazuje na to, że lektura "Petropolis" jest lekturą ciężką, traumatyczną i depresyjną. Ku mojemu zdziwieniu, zagłębiając się w losy Szaszy Goldberg, głównej bohaterki powieści, której los nie oszczędził wyżej wymienionych sytuacji, odniosłem zupełnie inne wrażenia. 

Anya Ulinich przyszła na świat w 1973 w Moskwie. Wraz z rodzicami w wieku siedemnastu latu, wyemigrowała do USA, gdzie ukończyła Instytut Sztuk Pięknych w Chicago i Uniwersytet Kalifornijski w Davis. Jest pasjonatką malarstwa, co przekłada się na Jej prozę, oraz autorką kilkudziesięciu obrazów olejnych. Recenzowana pozycja jest Jej debiutem literackim, bardzo dobrze przyjętym przez krytyków oraz czytelników.

Główną bohaterką powieści jest nastoletnia Sasza Goldberg. Wraz z rodzicami, z autorytarną matką, Lubow Goldberg, i ojcem, Wiktorem Goldberg, mieszka na Syberii, w niedużym mieście, o niecodziennej nazwie - Azbest II. Miasteczko, niegdyś obóz pracy, zdaje się być końcem świata; jest to miejsce wyzbyte z jakiegokolwiek życia - brak w nim kin, teatrów, miejsce kipiące rutyną i szarością, nie oferujące możliwości rozwoju. By ustrzec córkę od bytowania w tej przytłaczającej rzeczywistości, Lubow Goldberg stara się o posłanie Saszy do renomowanego liceum plastycznego w Moskwie. Ambitne plany matki nie rujnuje nawet niespodziewana ciąża czternastolatki; wszystkie obowiązki związane z wychowaniem nowo narodzonego dziecka bierze na siebie Lubow, a córkę, zgodnie z zamiarem, posyła do znakomitej szkoły. Niestety, jak to często bywa, dojrzewająca córka ma inne plany - zamierza wyemigrować do USA, za sprawą agencji matrymonialnej kojarzącej rosyjsko-amerykańskie pary. Nowy narzeczony szybko rozczarowuje Saszę, w związku z czym postanawia znowu uciec. W ten sposób trafia do zamożnej rodziny Tarkanów, pomagającej uchodźcom, z której także po czasie zamierza czmychnąć.

Sięgając po "Petropolis" spodziewałem się ciężkiej, wymagającej powieści, w której akcja toczyć będzie się nieśpiesznie, o uroku skrytym pod grubą warstwą nihilizmu, smutku i buntu (jak to w okresie dojrzewania bywa). Lektura  mnie zaskoczyła; zamiast patetycznych opisów i przygnębiającej akcji dostałem przewrotną fabułę, interesującą treść, której piękno tkwi w czarnym humorze, wartki rozwój akcji, zabawę formą i intrygujące postacie. Autorka wykreowała bohaterów, którzy zaskakują wielowymiarową naturą - otrzymujemy postacie, które trudno podzielić na dobre i złe. Mamy do czynienia z charakterami różnorakimi - dostajemy całą paletę osobowości, z której możemy wysnuć wiele informacji o samym sobie. Ulinich przedstawia świat niewyidealizowany, w którym postępowanie bohaterów jest zrozumiałe i ludzkie. Na uwagę zasługuje także lekkość zabawy formą. Autorka posługuje się narracją trzecioosobową, pierwszoosobową oraz retrospekcją w sposób bardzo naturalny. Warty uwagi jest także rozwój akcji, którym powieść często zaskakuje. Trudno przewidzieć dalsze postępowanie głównej bohaterki, przez co lektura jest cały czas interesująca. 

Należy także wspomnieć o intrygującym tytule, zainspirowanym poematem Osipa Mandelsztama, wybitnego rosyjskiego prozaika i poety, jednego z głównych przedstawicieli akmeizmu oraz o rzucającej się w oczy, nietuzinkowej okładce. Autorem ilustracji na obwolucie jest Jacek Kopalski, autor wielu okładek książek Stephana Kinga. 

"Petropolis" jest jedną z tych książek, które wspomina się po latach. Nie jest pozycją przełomową, ale zdecydowanie wartą uwagi; Ulinich wykreowała interesującą, niebanalną rzeczywistość, od której trudno się oderwać. Polecam czytelnikom ceniącym realizm oraz dobry humor.

5/6

czwartek, 1 maja 2014

61. Terry Pratchett "Nacja"

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/48000/48486/352x500.jpgW ostatnim czasie coraz częściej sięgam po fantastykę. Jestem tym zdziwiony, gdyż jeszcze kilka tygodniu temu byłem przekonany, że nie możliwe jest, bym stał się sympatykiem tego gatunku. A jednak - sięgam po nią z coraz większą przyjemnością. Niedawno zaczytywałem się Andrzejem Pilipiukiem, tydzień temu zachwycałem się Hobbitem, a dziś skończyłem czytać "Nację" Terry'ego Pratchetta.

Terry Pratchett jest jednym z najbardziej poczytnych autorów fantasty. W 1998 roku został Kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego, a dziesięć lat później otrzymał tytuł szlachecki. Najbardziej znany jest Jego cykl "Świat dysku", który doczekał się licznych adaptacji filmowych, animowanych i komiksowych oraz gier, zarówno komputerowych jak i planszowych, które powstały na Jego podstawie. "Nacja" jest  pierwszą od powieści "Johny i bomba" książką spoza wyżej wymienionego cyklu.

Głównym bohaterem powieści jest Mau, nastoletni chłopiec, którego poznajemy w okolicznościach przemienienia się w mężczyznę, według zwyczaju, jaki praktykuje się w tamtejszej kulturze. Każdy chłopiec, by oficjalnie dojrzeć i stać się szanowanym mężczyzną, wyrusza w samotną wyprawę na Wyspę Chłopców, gdzie poprzez przetrwanie i powrót na rodzimą wyspę, udowadnia swoją męskość. Powrót jest nie lada sukcesem, gdyż pobyt na Wyspie Chłopców wymaga wielu umiejętności, sprytu i siły, więc jest niezwykle celebrowany. Urządzane są uroczyste uczty, w których biorą udział wszyscy mieszkańcy Nacji, tytułowej wyspy, na której dzieje się główna akcja, oddający część nowemu mężczyźnie. W patetycznym nastroju, wypełniony dumą i radością, powracający Mau oczekuje należytych mu uroczystości i szacunku. Wielkie jest Jego zdziwienie, gdy nie dostrzega nikogo, kto wyglądałby Jego powrotu. Miejsce dumy, podziwu i uroczystości zastępują poobalane drzewa, zniszczone domy i kany oraz porozrzucane po całej wyspie zwłoki. Kres życia na Nacji wyznaczyła wielka fala, niszcząc wszystko to, co miało dla głównego bohatera wartość.Jednak, jak to często bywa, nieszczęścia lubią chodzić parami; na wyspie znajduje się bowiem także inna postać, której wielka fala nie oszczędziła - Ermintruda, córka gubernatora, która jako jedyna przeżyła rozbicie statku Słodka Judy na wyspie. Pech, a może szczęście, połączyło tych dwóch niepasujących do siebie bohaterów - wykształconą, obytą i kulturalną bogaczkę z młodym, dzikim mężczyzną mieszkającym na nieznanej wyspie, by razem stawili czoło przeciwieństwom, odkrywając sens życia, wiary i relacji międzyludzkich.

Jestem pozytywnie zaskoczony prozą Pratchetta. Choć spotkałem się z nią w przeszłości, czytając "Spryciarza z Londynu", to nie utożsamiałem z nią nic nadzwyczajnego. Wszystko wskazuje na to, że teraz ulegnie to zmianie...

"Nacja" to napisana bardzo  plastycznym, prostym i ciepłym językiem powieść, której wymowa zostawia wiele do myślenia. Autor zmusza czytelnika do refleksji nad tematem wiary oraz jej sensem. Bohaterowie zadają fundamentalne pytania: Czy ma ona sens? Czy jest potrzebna? Jaka jest jej rola  życiu? Autor, na potrzeby fabuły, wykreował religię, pełną symboli, prawd i rytuałów.W powieści mamy do czynienia z kontrastem między wierzącym, konserwatywnym kapłanem, Atabą, a wątpiącym, szukającym prawdy Mau. Toczące się między nimi rozmowy oraz używane przez nich argumenty, to klasyczny przykład "walki" wiary z nauką, której przebieg w powieści może pomóc czytelnikowi w identyfikacji Jego poglądów religijnych.

Utwór traktuje także o równości i solidarności międzyludzkiej, jako najważniejszej wartości. O ile w kwestii wiary autor daje czytelnikowi wolną rękę, wskazując jedynie rozwiązania, to z porozumienia i tolerancji czyni pryncypium. Nie znający się bohaterowie, pochodzący z innych szerokości geograficznych, kultur, mówiący w innych językach, nawiązują znajomość. Zapominając o różnicach i rozbieżnościach, drogą akceptacji i jedności, tworzą zespół, który ma szansę istnieć i działać.W sposób wymowny autor kreśli nam wartość, jaką ma współpraca i akceptacja.

Czy "Nacja" jest warta polecenia? Zdecydowanie tak! Terry Pratchett mimochodem serwuje dużą dawkę refleksji, podając ją w sposób, który zainteresuje czytelnika w każdym wieku - dzieci i młodzież, ze względu na baśniowy klimat, a dorosłych ze względu na liczne przemyślenia.


4/6