niedziela, 27 kwietnia 2014

60. Stosik - kwiecień 2014


Ze względu na to, że książka, którą aktualnie czytam, nie pozwala przeczytać się szybko, a serce się kraje, gdy na blogu cisza, postanowiłem, że już dziś, kilka dni przed końcem miesiąca, wrzucę swój stosik. A zatem: w kwietniu wszedłem w posiadanie sześciu książek:

1. Mariusz Szczygieł "Niedziela, która zdarzyła się w środę" (recenzja: KLIK)
2. Anya Ulinich "Petropolis"
3. Joy Fielding "Martwa natura" (recenzja: KLIK)
4. Nora Roberts "Błękitny dym" (recenzja: KLIK)
5. J.R.R. Tolkien "Hobbit, czyli tam i z powrotem" (recenzja: KLIK)
6. Arturu Perez-Reverte "Klub Dumas",


w tym jednej, "Hobbita...", w wyniku wymiany. 

Miałem także przyjemność wejść w posiadanie "Piwka z aniołem" w formie e-booka (recenzja: KLIK)

http://ecsmedia.pl/c/piwko-z-aniolem-b-iext24360354.jpg 

Do tej pory, w kwietniu, przeczytałem siedem książek, ale mam nadzieje, że do końca miesiąca przeczytam jeszcze dwie, które aktualnie czytam.

Największą przyjemność sprawiła mi lektura "Niedzieli, która zdarzyła się w środę", a zawiodła mnie powieść "Błękitny dym". 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

59. J.R.R. Tolkien "Hobbit, czyli tam i z powrotem"

Trudno recenzować klasykę. Trudno pisać o niej w sposób interesujący, ponieważ dzieła, które mogą nosić ten tytuł, są wszystkim dobrze znane. I porządnie zrecenzowane...  pisząc swoją opinię mam nadzieje, że przedstawię ją w sposób interesujący, że mój punkt widzenia będzie świeży i inny. A na temat "Hobbita, czyli tam i z powrotem" zostało już powiedziane absolutnie wszystko. Tak więc recenzując tą pozycję nic nowego nie wyłuskam, a z całą pewnością, powielę schematy. By się tego ustrzec postanowiłem, że nie skupię się na treści, a na swoich odczuciach i wnioskach.

John Ronald Reuel Tolkien (1892 - 1973) to światowej sławy pisarz, profesor filologii germańskiej w Oksfordzie, znawca literatury i języka staroangielskiego, autor wielu prac naukowych, który zasłynął jako powieściopisarz w roku 1937, publikując "Hobbita". Innym bardzo znanym dziełem Tolkiena jest trylogia "Władca Pierścieni", która została wydana w latach 1954 - 1955. Autor szybko został okrzyknięty mistrzem gatunku, czego dowodem są liczne wydania Jego dzieł.
Bilbo Baggins jest tytułowym hobbitem. Mieszka w pewnej dużej norze ziemnej, w której toczy spokojne i monotonne życie. Bilbo, jak każdy hobbit, jest smakoszem. Choć Jego życie to permanentna rutyna, to hobbit nie wydaje się być tym zmartwiony. Wręcz przeciwnie, podoba mu się to. Prawdopodobnie życie Bagginsa przebiegałoby nadal według utartych schematów, gdyby nie niespodziewane spotkanie z Gandalfem, które zaskutkowało wizytą trzynastu krasnoludów. To wydarzenie wywróciło do góry nogami ustabilizowane życie bohatera. Zostaje wciągnięty w niebezpieczną przygodę, której celem jest odzyskanie skarbów zrabowanych przez okrutnego smoka.

Jestem pod ogromnym wrażeniem języka Tolkiena. Chyba nigdy nie spotkałem się z językiem tak plastycznym, lekkim, przyjemnym i bogatym. Coś niesamowitego... trudno to ująć w słowa, zrozumie mnie tylko ten, kto z nim obcował. Każde zdanie zdaje się być dokładnie przemyślane, żadne słowo nie znalazło się w nim przez przypadek. Już pierwsze zdania wywarły na mnie duże wrażenie, a kolejne strony przyniosły myśl, że choć treść - elfy, krasnoludy i gobliny, mnie nie interesują, to "Hobbita" warto przeczytać choćby tylko po to, by móc obcować z językiem Tolkiena. Gdybym miał podsumować ją jednym zdaniem, to powiedziałbym, że jest to idealnie skrojona treść. Oprócz języka warty uwagi jest także świat, w którym żyje Bilbo Baggins. Tolkien wykreował niebanalną rzeczywistość, która w każdym najmniejszym detalu jest dopracowana. Czytając "Hobbita" przenosimy się w miejsca, które są nam kompletnie obce. Zagłębiając się w przedstawioną historię przemierzamy nieprzebrane lasy i polany, wędrując z hobbitem i Jego kompanami, by odnaleźć zrabowane skarby. Poznajemy nietuzinkowe stworzenia (gobliny, elfy itp.), spotykamy się z niecodziennymi sytuacjami, wydarzeniami. Lektura recenzowanej powieści przyniosła mi ogrom przyjemności, pozwalając przenieść się w miejsca, o których nie miałem pojęcia. Zdecydowanie poszerzyła moje horyzonty.

"Hobbit, czyli tam i z powrotem" to z całą pewnością początek mojej przygody z fantastyką, po którą będę sięgał znacznie częściej.

8/10

czwartek, 17 kwietnia 2014

58. Joy Fielding "Martwa Natura"

http://merlin.pl/Martwa-natura_Joy-Fielding,images_big,29,978-83-7943-408-4.jpgMam dla Ciebie, drogi Czytelniku, pewne zadanie: wyobraź sobie, że nie panujesz nad swoim ciałem, straciłeś zdolność mówienia (ale cały czas słyszysz), nic nie widzisz; tkwisz w łóżku, a wokół Ciebie przewijają się ludzie. Wszyscy martwią się o Ciebie, życząc Ci rychłego powrotu do zdrowia. Lecz wśród nich jest jedna osoba, która do tej pory była Ci bardzo bliska, planująca Twoją śmierć. Wiesz kiedy ma nastąpić,bo jest już to ustalone, wiesz w jaki sposób, ale nie możesz temu zapobiec. Brzmi strasznie, prawda? A w takiej sytuacji musi się odnaleźć Casey, główna bohaterka powieści "Martwa natura".

Casey Marshall ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia: kochającego męża, urodę, zdrowie, wielką fortunę, dobrze prosperującą firmę, przyjaciół, piękny dom, wykształcenie. Wraz z mężem, Warrenem, planuje dziecko. Wszystko się zmienia, gdy pewnego słonecznego dnia, na pierwszym piętrze ogromnego parkingu, zostaje potrącona przez srebrną furgonetkę. Od tej pory, niegdyś przyjemna, rzeczywistość trzydziestoletniej Casey, staje się koszmarem. Uwięziona we własnym ciele, walczy o powrót do zdrowia. Co ciekawe, nie tylko z własnym ciałem, uczęszczając na ćwiczenie i przyjmując lekarstwa, ale także z jedną z najbliższych osób, która wydaje na nią wyrok śmierci. Powód? Tak, ten o którym pomyślałeś - pieniądze. Walka wydaje się z góry przesądzona. A jednak, pozbawiona fizycznych sił Casey, posiada coś, co pozwala Jej walczyć - ogromną siłę woli i przyjaciół.

"Martwa natura" to moje pierwsze spotkanie z prozą Joy Fielding. Do sięgnięcia po tą książkę zachęciła mnie fenomenalna okładka, która cały czas wywiera na mnie duże wrażenie. Choć nie odzwierciedla w pełni istotę powieści, to niewątpliwie jest jej dopełnieniem. Absolutnie każdy element treści przypadł mi do gustu - akcja, bohaterowie, fabuła, forma, pomysł. Czuję się zobowiązany, by zaznaczyć, że "Martwa natura" to najoryginalniejsza powieść, jaką ostatnio przeczytałem. Dlaczego? A choćby dlatego, że prawie cała akcja ma miejsce w jednym miejscu - w sypialni rodziny Marshall, która niegdyś należała do rodziców Casey. Właśnie tam, uziemiona bohaterka, próbuje uniknąć śmierci. Początkowo czułem się trochę zawiedziony, bo oczekiwałem obszernych i wciągających poszukiwań sprawcy wypadku, a dostałem powieść społeczno-obyczajową z dodatkiem kryminału. Szybko jednak przekonałem się do "Martwej natury", bo wątek kryminalny stawał się coraz intensywniejszy, a sama powieść coraz bardziej wciągająca. Może się wydawać, że recenzowana pozycja jest nużąca - jedno miejsce akcji, jednowątkowa fabuła, a do tego wszystkiego, główna bohaterka, przez większość książki, jest pozbawiona władzy nad ciałem. Nic bardziej mylnego... autorka wykorzystała tą sytuację, by pozwolić czytelnikowi na skrupulatną obserwację bohaterów; w powieści spotykamy się z młodą narkomanką, permanentnie domagającą się pieniędzy, snobistyczną przyjaciółką, dwulicowym, pozbawionym skrupułów mężem, przebiegom gosposiom. Każda z tych postaci to próba analizy człowieka, którą autorka rzetelnie przeprowadziła. Wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się coraz więcej o ich postępowaniu i błędach, a w rezultacie poszerzamy wiedzę o samym sobie. Autorka poruszyła także bardzo istotny temat, jakim jest, uwaga - SPOILER, żądza pieniądza. Jestem pod ogromnym wrażeniem lekkości pióra Fielding, oraz umiejętności łączenia ze sobą gatunków. Nie lada wyzwaniem jest, by napisać kryminał, który będzie wyróżniał się treścią. Joy Fielding, amerykańskiej autorce wielu bestsellerów, po którą niewątpliwie niedługo sięgnę, zdecydowanie się to udało.

Recenzowana powieść jest bez wątpienia warta polecenia; przynosi dużą dawkę nauki o ludziach, ich naturze, pozwala zrozumieć ich postępowanie, ale daje także dobrą rozrywkę i powoduje dreszczyk emocji.


9/10

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

57. Nora Roberts "Błękitny dym"

Błękitny dym - Nora RobertsGdy sięgam po książkę zastanawiam się, co mi jej lektura przyniesie; gdy odnoszę wrażenie, że coś wartego uwagi, to od razu zabieram się za czytanie. W przeciwnym przypadku szybko ją odkładam, bo nie widzę sensu, by się z nią zaprzyjaźniać. Jest tyle wspaniałych pozycji, tylu ciekawych autorów, że szkoda trwonić czas na coś, co nie rozwija. Z tego powodu w moje ręce wpadają różne gatunki i różni autorzy. Z przyjemnością sięgam po wciągający kryminał, zaczytuję się klasyką, uciekam od rzeczywistości z fantastyką, ale nie stronię od reportażu. Czytam autorów polskich, ale także zagranicznych. Czytam pozycje wydane niedawno, ale także te, które pokryły się kurzem w bibliotece czy w księgarni. "Błękitny dym" był moim kolejnym krokiem w kierunku poszerzenia horyzontów, gdyż proza Roberts, choć wiele dobrego o niej słyszałem, była mi nieznana.

Baltimore 1985 rok. Pożar pizzerii Bianki i Gibsona Hale. Maj 1992 rok. Śmierć Josha Boltona spowodowana pożarem w Jego mieszkaniu. Baltimore 1996 rok. Śmierć Hugha Fitzgeralda, który następnie został spalony we własnym samochodzie. Baltimore 1999 rok. Podpalenie samochodu Luke'a. Baltimore 2005 rok. Seria podpaleń w mieście. w tym obiektów publicznych, prywatnych i samochodów. Wszystkie te wydarzenia zdają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. A jednak - coś je łączy, Wspólnym mianownikiem jest Reena Hale, oficer śledczy od spraw podpaleń. Wszystkie wymienione wydarzenia miały wpływ na życie bohaterki. W wyniku pożarów giną albo Jej partnerzy, albo zostają podpalone istotne dla Niej miejsca. Nieświadoma serii nieprzypadkowych podpaleń, wiąże się z Bo, z którym staje do walki z niebezpiecznym żywiołem. Dwadzieścia lat od pierwszego pożaru, podpalacz uaktywnia swoje działania, nie szczędząc ofiar. Jego cel jest jasny - chce zniszczyć Reene Hale. Powód? Zemsta...

Prawdę mówiąc zawiodłem się. Zabierając się za czytanie "Błękitnego dymu" miałem duże oczekiwania i pokładałem w niej duże nadzieje. Zachwycony opisem, okładką i renomą autorki zasiadłem do lektury z wypiekami na twarzy, które niestety szybko zniknęły na rzecz zniechęcenia. Czytanie szło mi mozolnie. Książkę, którą powinienem "połknąć" w trzy dni, przyswajałem ponad tydzień. I to tylko dlatego, że zmusiłem się do tego, by dokończyć lekturę w niedziele. Gdyby nie to, to pewnie nadal bym ją pochłaniał... akcja powieści jest niestabilna; raz toczy się bardzo szybko, by za chwilę stanowczo zwolnić. Raz autorka nie żałuje nam trupów i wydarzeń, a raz oferuje długie, nużące opisy, skupiając się na relacjach między postaciami, środowiskiem. Co do samych bohaterów - Roberts wykreowała bardzo interesujące postacie, lecz poskąpiła im wad i nie poszerzyła ich osobowości. Zdają się być płytcy, jednowymiarowi. Weźmy na przykład podpalacza - wiemy, że mści się, wiemy jak, ale nie przyświecają mu żadne głębsze idee. A przecież można było to wykorzystać, przedstawić czytelnikowi Jego ideologie, dodać wątki psychologiczne. Ahh, szkoda...  Czytając "Błękitny dym" niezmiernie irytowało mnie także to, że szybko doszedłem do wniosku, kim jest podpalacz. Posiadłem tą wiedzę już na początku, a Reena potrzebowała na to prawie 500 stron. Ponownie pojawił się u mnie zapał do czytania tuż przy samym końcu, gdy na kartkach pojawiało się coraz więcej krwi, ognia i zwrotów akcji, ale i to szybko minęło, bo autorka zaserwowała Czytelnikowi banalne zakończenie.

Nora Roberts jest znana z tego, że w niebanalny sposób łączy wątki romansowe, sensacyjne i przygodowe. Nie inaczej było w "Błękitnym dymie", dzięki czemu powieść można polecić nie tylko fanom kryminału. Ale rodzi się jedno pytanie - czy warto? 

5/10

wtorek, 8 kwietnia 2014

56. Tomasz Altowski "Piwko z aniołem"

http://ecsmedia.pl/c/piwko-z-aniolem-b-iext24360354.jpg
Największą zaletą literatury jest fakt, że każdy może znaleźć w niej coś dla siebie. Jest tak obszerna i porusza tak dużo tematów, że nie ma chyba kwestii, która nie byłaby poruszana w  jakiejś książce. Niezależnie od upodobań, poglądów, gustu, płci i wieku - literatura stoi przed Tobą otworem!  Z tej racji księgarnie i biblioteki pękają w szwach, a czytelnik często nie wie, po jaką książkę ma sięgnąć. Jeżeli jesteś zainteresowany wciągającą historią kryminalna z niebanalnym poczuciem humoru, to mam dla Ciebie radę - sięgnij po "Piwko z Aniołem" Tomasza Altowskiego.

Głównym bohaterem powieści jest Maksymilian Tarkowski. Prowadzi biuro detektywistyczne, które choć istnieje od wielu lat, nie cieszy się popularnością. Z tego powodu Jego obowiązki ograniczają się do siedzenia na otyłej dupie cały dzień. Z racji braku zleceń nie posiada pieniędzy, a gdy już się pojawiają, to szybko je przepija w barze. W ten sposób, w monotonii i rutynie, toczy się życie Maksymiliana Tarkowskiego i prawdopodobnie nadal by tak wyglądało, gdyby nie zlecenie małego łysego Chińczyka, proszącego o pobicie mężczyzn, domagających się haraczu. Choć początkowo detektyw sceptycznie podchodzi do zlecenia, to ostatecznie, pod wpływem pieniędzy, których ostatnio mu brak, przystaje na propozycje. Następnego dnia, obudzony przez darcie ryja przemiłej sąsiadeczki, przystępuje do działania, konfrontując się z poszukiwanymi mężczyznami. Pozornie błaha akcja, kończy się nie najlepiej - Maksymilian "zabrał się" nie za tych, co trzeba, a dodatkowo został przez pobity. Kolejny dzień przynosi nieoczekiwany zwrot akcji - Tien, córka małego łysego Chińczyka, zniknęła, a ściślej mówiąc została porwana. Detektyw postanawia ją odnaleźć, co doprowadza go do willi, w której mają miejsca nielegalne gry w pokera. Postanawia wziąć w niej udział, co kończy się dla Niego nie najlepiej: zostaje uwięziony w piwnicy.

Opinie na temat "Piwka z aniołem" mogą być zdecydowanie skrajne, ale nie sposób się nie zgodzić,  że nie jest to pozycja dla wszystkich. Nie chcę wskazywać dla kogo konkretnie, choć ciśnie się na język dla mężczyzn, aczkolwiek przed lekturą warto sprawdzić, za co się zabieramy. Autor nie stroni od przekleństw, choć sama powieść nie brzmi wulgarnie. Choć jest ich w książce naprawdę wiele, podobnie jak kontrowersyjnych zbitek słownych, to nie odczuwa się wrażenia, że treść jest prymitywna czy chamska; zostały użyte w sposób znośny, a dodatkowo idealnie się wpisały w charakter bohatera. Jeśli jesteśmy już przy treści, to nie sposób ominąć poczucia humoru, którym przesiąknięta jest cała powieść. Warty uwagi jest także świat przedstawiony w "Piwku z aniołem".  Autor wykreował rzeczywistość, która zdecydowanie przypadnie do gustu czytelnikom ceniącym realizm. Jedynym "ale", jakie ciśnie mi się na usta, to pytanie: dlaczego ta powieść jest taka krótka?! Można było przedłużyć i skomplikować poszukiwania, dodać nowe wątki i dawkować napięcie. Zakończenie mogło być "zaserwowane" Czytelnikowi znacznie później, gdyż z przyjemnością poczytałoby się o Maksymilianie Tarkowskim i małym łysym Chińczyku znacznie dłużej.

7/10

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu:
https://fbcdn-sphotos-g-a.akamaihd.net/hphotos-ak-ash3/t1.0-9/1390609_581294741919443_86741551_n.jpg

Strona internetowa wydawnictwa: KLIK
Profil na facebooku: KLIK

niedziela, 6 kwietnia 2014

55. Cecelia Ahern "Pamiętnik z przyszłości"


http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/109000/109508/352x500.jpgCecelia Ahern jest niewątpliwie jedną z najbardziej popularnych autorek. Jej debiutancka powieść, wydana w 2004 roku, "P.S. Kocham Cię!" błyskawicznie stała się bestsellerem, doczekując się adaptacji filmowej. Nie inaczej dzieje się z innymi powieściami tej pisarki - rozchodzą się jak świeże bułeczki.

Po Pamiętnik z pryszłości, oraz inne powieści Ceceli Ahern, prawdopodobnie nigdy bym nie sięgnął. A jednak... recenzowana powieść długo zalegała półce, na której zresztą znalazła się przez przypadek, ustępując miejsca w kolejce do czytania innym książkom. Tak więc po długim wylegiwaniu na regale, w sobotnie popołudnie, postanowiłem, że zabiorę się za lekturę "Pamiętnika z przyszłości". Nie oczekiwałem wiele - miałem jedynie nadzieje, że zdołam dotrwać do końca, nie usypiając podczas czytania łzawych zdań. Jak się okazało, łzawych zdań nie było, a przedstawiona historia szybko mnie wciągnęła, nie pozwalając przerwać czytania. Wniosek - nie oceniać książki przed jej przeczytaniem.

Główną bohaterką powieści jest szesnastoletnia Tamara Goodwin. Jej życie bez wątpienia mogłoby być scenariuszem komedii romantycznej: mieszka w luksusowej posiadłości, robi zakupy w najlepszych, co za tym idzie - najdroższych, sklepach, podróżuje  bez wyrzeczeń, piękni, bogaci i młodzi znajomi, brak obowiązków.  Od urodzenia otaczało ją to, co najlepsze. Wszystko uległo zmianie, gdy znalazła nieżyjącego ojca na podłodze w gabinecie, a przy nim leżące tabletki i opróżnioną karafkę whiskey. Następne dni przyniosły nieoczekiwane zmiany - bank przejął dom, gdyż jak się okazało ojciec ukrywał zadłużenie, a szesnastoletnia Tamara wraz z matką, przeżywającą depresję, wprowadza się do Rosaleen i Arthura, na wieś. Właśnie tam główna bohaterka nawiązuje znajomość z Waselevem, chłopakiem, który prowadzi bibliotekę objazdową. W jej zbiorach Tamara odnajduje oprawioną w skórę i zamkniętą na kłódkę książkę, która... przewiduje przyszłość, a dokładniej mówiąc - kolejny dzień. Bohaterka podąża tropem wskazówek enigmatycznej książki, który doprowadza ją do zadziwiających odkryć.

Recenzowanie tej powieści jest dla mnie nie lada wyzwaniem, ponieważ mam mieszane uczucia. Wczoraj, a dokładniej dziś w nocy, byłem pod ogromnym wrażeniem. Natomiast teraz mój zachwyt gdzieś czmychnął.... nie za bardzo wiem do jakiej szufladki ją "wsadzić". Biję się z myślami, gdyż z jednej strony jestem zadowolony z lektury, a z drugiej uważam, że książka jest naiwna i wypruta z jakichkolwiek wartości. Nie sposób autorce odmówić pomysłu, poprowadzenia akcji i fabuły, ale z ręką na sercu można wypomnieć brak bocznych wątków czy życiowych prawd. Zdecydowanie brakuje w pozycji Ahern próby refleksji nad ludzką naturą, a okazji do tego w niej nie brak, oraz dorzucenia "bonusów" do przedstawionej historii; można było na przykład rozszerzyć wątki z Marcusem czy z Weseleyem. Największą zaletą powieści jest akcja, która przebiega bardzo dynamicznie, dzięki czemu nie sposób przerwać lekturę (mimo, że pierwsze 50 stron odrobinę nuży). Warto oddać autorce pokłony za realistyczne postacie; w powieści brak idealizacji, bohaterowie trafnie odzwierciedlają ludzką naturę, kierują nimi zrozumiane przez czytelnika motywy. Należy także zwrócić uwagę na plastyczne opisy, dzięki którym można było bez problemu zobaczyć to, co widzi Tamara (między innymi ruiny zamku).

"Pamiętnik z przyszłości" zdecydowanie należy do tych książek, które mają zapewnić interesującą rozrywkę. Nie jest to powieść ucząca, nie jest to dzieło zaskakujące pod względem formy czy treści. Jest to lekka książka w sam raz na niedzielne popołudnie. Jeżeli szukasz czegoś takiego, to gorąco polecam.

6/10

piątek, 4 kwietnia 2014

54. Mariusz Szczygieł "Niedziela, która zdarzyła się w środę"


Reportaż jest jednym z tych gatunków, o których wiem mało.Nigdy mnie nie ciekawił, więc nigdy po niego nie sięgałem. Jednak wszystko się zmieniło, gdy dowiedziałem się, że pod redakcją Mariusza Szczygła wychodzi antologia polskiego reportażu XX wieku. Postanowiłem, że muszę ją jak najszybciej zakupić. Niestety, nie zawsze chcieć to móc... to dwutomowe dzieło kosztuje ok. 150 zł. Muszę więc z tym zakupem się wstrzymać, wypatrując okazji, na którą mógłbym zażyczyć sobie tę pozycję.

"Niedziela, która zdarzyła się w środę" wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem, gdyż natrafiłem na nią w księgarni, w której dowiadywałem się o "100/XX". Nie mogąc kupić najnowszej pozycji Szczygła, zaopatrzyłem się w inną, znacznie tańszą. Zainteresowany piórem autora, jak i pięknym wydaniem (!), od razu zasiadłem do lektury.

"Niedziela, która zdarzyła się w środę" traktuje o polskiej rzeczywistości lat 90. XX wieku. Jest to zbiór reportaży poruszający szeroki wachlarz tematów - od szarej codzienności, przez bezrobocie, ludzką naturę, ogłoszenia, aż po kulturę. Szczygieł zaskakuje lekkością pióra i trafnością słów. Pisze w sposób autentyczny, używając ironii, nie narzucając czytelnikowi opinii.

Jedną z opisywanych historii jest los ludzi "dobrowolnie" zwolnionych (zdaje sobie sprawę, że brzmi to irracjonalnie) z wrocławskiego zakładu sprzętu komputerowego, Elwro. Jedną z postaci jest Grażyna Ozimek, która "na pożegnanie" dostała 25 pensji, około 41 milionów złotych.  Zakład Elwro został wykupiony przez niemiecko koncern Siemens, jeden z największych producentów systemów telekomunikacyjnych na świecie. Choć nowi właściciele zobowiązali się do nie zwolnienia starych pracowników, to zaraz po przejęciu zakładu zaproponowali większości układ - wy piszecie podanie o "zwolnienie na własną prośbę", my Wam dajemy 25 miesięcznych pensji. Ci, którzy nie zgodzili się na tę ofertę, byli szykanowani i straszeni, co w rezultacie doprowadzało do przyjęcia oferowanej propozycji. Jedną z tych osób była Grażyna Ozimek. Zwolnienie przyniosło ze sobą katastrofalne skutki; po 19 latach rutyny: dom - przystanek - Elwro - dom, nie może  odnaleźć się w rzeczywistości. Elwro powraca do Niej nawet w snach. Teraz, jako bezrobotna, mówi o sobie Jestem człowiekiem likwidacji, gdyż do emerytury zostało Jej pięć lat, a na utrzymaniu ma męża i osiemnastoletniego syna. My jesteśmy do likwidacji - powtarza.

Na kolejnych stronach pojawiają się historie innych byłych pracowników - Aliny Maciąg oraz Jej rodziny, Ryszarda Karolak, księgowej, kierowcy, pani z działu zaopatrzenia, mechanika oraz tych, którzy nie mieli nic wspólnego z zakładem z Wrocławia. Poznajemy "Polskę w ogłoszeniach", czyli jak zarobić milion w minutę, poszukujących pracy, sprzedających kamienie żółciowe, sposób na dorobienie się, sprzedających zużyte koperty... spotykamy się także z pokrzywdzonymi, walczącymi ze słowem pedał, kryzysem w stosunkach narzeczeńskich oraz z niepokojącą pieczątką. Dalsza lektura przynosi nam podróż po placu budowy Lichenia, kulturze lat 90. i po wielu chwilach tamtych lat.

Spotkałem się z opinią, że Mariusz Szczygieł to od ponad 10 lat najwybitniejszy reporter swojej generacji.... Za krótko obcuję z reportażem, by móc odnieść się do tej opinii, ale lektura "Niedzieli, która zdarzyła się w środę" pozwala mi wierzyć, że tak naprawdę jest. Pióro Szczygła jest niesamowite! Lekkie, płynne, pełne ironii i wyczucia. Pisze o przykrej rzeczywistości, pełnej kurzu i szarości, z intrygującego punktu widzenia. Czytając odnosi się wrażenie, że Szczygieł jest rzetelny i obiektywny. A to jest niezbędne w pisaniu reportaży. Podziw wzbudza także spostrzegawczość autora; "Niedziela, która zdarzyła się w środę" to leksykon osobowości. Poznajemy postacie o przeróżnych temperamentach, charakterach i postrzeganiu rzeczywistości.

Bardzo dobrym tekstom towarzyszą zdjęcia  Witolda Krassowskiego, który dokumentował aparatem Polskę w tym samym czasie, co Szczygieł piórem. "Niedziela, która zdarzyła się w środę" zachwyca nie tylko treścią, ale i wydaniem - duży format, piękna okładka, zdjęcia dopełniające reportaże. Pozycja zdecydowanie godna polecenia. 


10/10


wtorek, 1 kwietnia 2014

53. Zygmunt Miłoszewski "Bezcenny"

Bezcenny - Zygmunt MiłoszewskiBezcenny - tytuł powieści Miłoszewskiego, obraz, o jaki walczą bohaterowie, a miałem także nadzieje, że i czas, który spędzę przy tej książce. Niestety - tak nie było. Recenzowana powieść, rekomendowana przez wielu krytyków i czytelników, nie była dla mnie niczym wartym uwagi. Powiem więcej - była dla mnie nudna.

Być może nie mam prawa do wyrażania swojej opinii na temat "Bezcennego", gdyż nie doczytałem powieści do końca (a zawsze to robię, nawet gdy książka bardzo mnie nudzi), aczkolwiek uważam, że mam do powiedzenia coś ciekawego na jej temat. A zatem...

Istotą powieści jest próba przechwycenia obrazu Rafaela, "Portret młodzieńca", który został wywieziony z Polski po II wojnie światowej. W tym celu zostaje skompletowana, przez samego premiera RP, czteroosobowa drużyna, w której skład wchodzą: doktor Zofia Lorentz, emerytowany major Anatol Gmitruk,  Karl Boznański oraz światowej klasy złodziejka dzieł sztuki, Lisa Tolgfors. Sposób na odzyskanie najcenniejszego polskiego dzieła jest jeden - kradzież. Według ustaleń obraz znajduje się w prywatnej kolekcji pewnego amerykańskiego miliardera. Czteroosobowa grupa, pod przewodnictwem Zofii Lorentz, wyrusza za Atlantyk, gdzie ma w konspiracji wyświadczyć Polsce przysługę. Niestety - "skok" na willę, w której rzekomo znajduje się "Portret młodzieńca", przebiega niepomyślnie - okazuje się, że w budynku jest jedynie kopia dzieła, a całe wydarzenie kończy się strzelaniną, a w rezultacie ucieczką do Polski.

Jak już wspominałem, książki nie doczytałem. Moja przygoda z "Bezcennym" kończy się na ucieczce bohaterów do Polski. Dlaczego? A dlatego, że gdybym postanowił kontynuować lekturę, to przez najbliższych kilka tygodni nie przeczytałbym nic innego. Powieść Miłoszewskiego bardzo mnie nużyła. Jednorazowo byłem w stanie przeczytać maksymalnie trzydzieści stron.

Trudno jest mi oceniać tę powieść, gdyż przeczytałem jedynie połowę książki (a nuż może w drugiej połowie zacznie się intrygująca akcja, interesujące wątki i porywające opisy?), ale uważam, ze największym minusem pozycji Miłoszewskiego jest Jej akcja. Wszystko dzieje się (nie wiem, czy mnie zrozumiecie) niepłynnie i za szybko: raz jesteśmy w kancelarii premiera, za momencik w USA obserwujemy dom, w którym znajduje się obraz, za chwilę czytamy o napadzie, jesteśmy świadkiem strzelaniny, by po chwili znowu wrócić do Polski. Zdecydowanie za szybko! Lekturę utrudniały mi też przesadzone opisy, które często omijałem, by nie stracić chęci do czytania. Irytujące jest też stanowisko czytelnika wobec bohaterów: możemy się im jedynie biernie przyglądać. Autor nie zrobił nic, byśmy mogli zastanawiać się nad wykreowanymi postaciami i ich postępowaniami. Paradoksalnie same postacie są naprawdę interesujące: Miłoszewski nadał swoim bohaterom różne charaktery i temperamenty, co jest chyba największą zaletą recenzowanej powieści.

Odkładam "Bezcennego" na półkę z wrażeniem, że autor nie udźwignął zadania. Pomysł jak najbardziej ciekawy, można z niego naprawdę wiele wycisnąć, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia... no, przynajmniej według mnie, bo czytając recenzję innych odnoszę wrażenie, że miałem do czynienia z  całkiem inną powieścią.

4/10