wtorek, 19 września 2017

320. Johanna Mo „Tak sobie wyobrażałam śmierć”

Nie tak sobie wyobrażałem śmierć. Oczywiście tę, o której mowa w tytule recenzowanej książki. Nie tak, inaczej. Zupełnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem rozczarowany, niezadowolony z tego, że poświęciłem trochę czasu tej pozycji, jednak musiałbym skłamać, mówiąc, że polecam ten kryminał.

Helena Mobacke, policjantka, wraca do pracy po długiej przerwie, spowodowanej tragedią rodzinną. Bohaterka, wciąż zmagając się z traumą, którą ów wydarzenie wywołało, mimo dawnego zaangażowania w dochodzenia oraz wysokiej pozycji zawodowej, nie do końca radzi sobie z zadaniami, które ponownie stawia przed nią zawód w policji. Walcząc z wewnętrznym załamaniem i głosami przeszłości, wyjaśnia sprawę wtrącenia pod metro młodego chłopaka, którego śmierć niesie ze sobą nie tylko chaos w mieście, ale także kolejne morderstwa.

Tak sobie wyobrażałam śmierć to książka typowa dla swojego gatunku. Niestety, niepoprawnie typowa. Wszystko, co się dzieje, realizuje się podług scenariusza czy planu, którego treść mości się w świadomości czytelnika, znającego choć trochę prawidła współczesnych kryminałów. Dostając opowieść o niespodziewanym przestępstwie, wepchnięciu młodego chłopaka pod pociąg, które stara się wyjaśnić wypalona, doświadczona przez los policjantka, tak naprawdę dostajemy cały zarys tego, co nas czeka – aż do samego końca. Tu nie chodzi o samą konwencję, podstawę tego rodzaju powieści, ale o pewną oczywistość, sposób przedstawiania i świata, i akcji, który, jak się zdaje, bazuje na dobrze znanych, naiwnych wręcz, taktykach. Mamy policjantkę po przejściach, zmagającą się z pracą zarówno na płaszczyźnie stricte zawodowej, jak i prywatnej, walczącej z rozpadem wewnętrznym, która, poznając coraz szerzej prowadzone śledztwo, obcuje z własnymi lękami i obawami. Nie byłoby to w istocie złe, można by wykorzystać – także w znany sposób – tę sposobność do kreślenia wielowarstwowego portretu psychologicznego, gdyby osobowość bohaterki była nie tyle spostrzeżona, zauważona, ile po prostu przedstawiona. Bo choć wiele mowa o Helenie Mobacke, o jej losach i przeżyciach, a trauma, która jej towarzyszy, powraca w narracji – nieco nachalnie – jak bumerang, tak naprawdę nic nam o niej nie powiedziano, niczego nie pokazano. Owszem, narrator kreuje opowieść o policjantce-zrozpaczonej matce, żyjącej na progu dwóch światów, dzisiejszego i dawnego, ale to jedynie jego uwagi, jego słowa – ciągle podkreśla bowiem świadomość braku syna, poczucie pustki, która wynika z nieobecności ukochanego dziecka. Nie ma to jednak nic wspólnego z decyzjami czy zachowaniami bohaterki, bo ta zdaje się postacią wyłącznie nakłutą kilkoma cechami i stanami, żyjącą jednak dość standardowo, schematycznie – bez szczególnych rys czy pęknięć. To, co o niej wiemy, to uwagi narratora, nie czytelnicze obserwacje. Poznajemy ją przez słowa, nie czyny, co sprawia, że jej odbiór ma charakter powierzchowny, przejrzysty, raczej mało wielowymiarowy. Brakuje takich scen, jak ta, gdy Helena nie wytrzymuje emocji, które towarzyszą przekazywaniu informacji o śmierci dziecka, i wychodzi z pomieszczenia, zostawiając tym swojego współpracownika bez wsparcia. Takie wydarzenia pozwalają spostrzec bohatera inaczej, dostrzegając, że jest nie tylko elementem opowiadanego świata, ale i jego usposobieniem – właśnie poprzez czyny czy zachowania, które w jakiś sposób świadczą o specyfice postaci. Ma miejsce natomiast natłok, w pewnym momencie nieznośnych już, uwag, dotyczących Antona – syna bohaterki. Zdaję sobie sprawę, że jest on tu postacią istotną, gdyż z jego braku wynika emocjonalny stan policjantki, jednak tak nieudolnie i nachalnie przemycana jest opowieść o nim, przewijająca się dosłownie co rusz, co chwilę, wciąż w tym samym kontekście, że zaczyna odgrywać nie tyle drugi plan, źródło zachowań Heleny, ile objaw nieudolnego budowania literackiego świata oraz osobowości Mobacke.

O ile mało można powiedzieć o samych bohaterach, gdyż są nie dość przedstawieni, ukazani, o tyle nie sposób powiedzieć, że samo dochodzenie nie wciąga lub nudzi. Racja, jest równie typowe, co cała opowieść, bazuje bowiem na znanych prawach i sposobach konstruowania tego typu narracji, jednak ze względu na tempo porywa. Tę książkę czyta się prędko, raczej bez wysiłku, poświęcając jej odpowiednio dużo uwagi, by oderwać się od doczesności na kilka godzin. Tak sobie wyobrażałam śmierć kładzie nacisk na postępowanie, nie zaś na same zabójstwa, naturę antagonisty czy pościgi. To raczej powieść, której akcja dzieje w murach komendy, gdzie zespół funkcjonariuszy bada i rozpatruje nie tylko powody dokonanych przestępstw, ale również potencjalne następne uderzenia – na kolejne ofiary. Szukanie powiązań między tymi, którzy już skończyli na torach metra, wnikanie w ich życie i szukanie ewentualnych wydarzeń z przeszłości, będących źródłem ich nieszczęścia, robienie wywiadów oraz badań terenowo-społecznych to zadania, którymi głównie zajmują się bohaterowie powieści. Poświęcając się w pełni tym wyzwaniom, zatracają właściwie własne osobowości. Śledzimy ich bowiem wyłącznie w kontekście zawodowych czynności – cała książka została ograniczona zatem do tego, nie pozostawiając miejsca np. na portrety psychologiczne postaci. Dlatego uważam, że grubą przesadą jest opis wydawcy, głoszący, że Tak sobie wyobrażałam śmierć nikogo nie pozostawi obojętnym. Zostawi, i to w moim przekonaniu nie jedną osobę. Wynika to właśnie z przejrzystości tudzież miałkości postaci (w tym głównej bohaterki), braku tego czegoś, tej iskierki, która napędzałaby literacki świat, wyróżniając go z wielu innych. Czyta się jednak tę książkę swobodnie, raczej bez literackich czy emocjonalnych uniesień, ale – co ważne – z poczuciem zainteresowania. Dla zabicia czasu lub w trakcie dłuższej podróży.

3/6

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 15 września 2017

319. Ołeksij Czupa „Dziesięć słów o ojczyźnie”

Problemem Dziesięciu słów o ojczyźnie jest budowanie prawdziwego obrazu na zupełnie nierealnym fundamencie, oderwanej od rzeczywistości podstawie. To frapujące, ale tak w istocie jest. Narracja snuta przez autora kieruje się w stronę aktualnego portretu zarówno – powiedzmy – konkretnego ukraińskiego problemu, jak i pewnych wyobrażeń, krocząc po drodze zupełnie dalekiej od tego, co możliwe. Bo wszystko, co opowiedziane, choć sili się na to, by brzmieć wiarygodnie, obraca się w przerysowaną historię, niekoniecznie zakończoną wnioskiem czy morałem.

Ołeksij Czupa napisał powieść jak najbardziej na czasie. I nie tylko ze względu na to, że dotyczy wyzwań, przed którymi stoi współczesna Ukraina, ale także dlatego, że porusza temat emigracji i wszystkiego tego, co związane z ojczyzną. Samo pojęcie ojczyzny, rozumiane tutaj naprawdę szeroko, zdaje się słowo-kluczem, przewijającym się na kilku płaszczyznach: konkretnego znaczenia, tożsamości, wyobrażenia oraz pochodzenia. Wszystkie te perspektywy nakładają się na siebie, tworząc coś, co można odbierać w kategoriach więzi, które łączą każdego nas nie tyle z daną przestrzenią, ile sumą obrazów i doświadczeń, umiejscawiających nasze pochodzenie w konkretnym regionie. Przynależność realizuje w tej opowieści ważną rolę, związaną z ojczyzną – jednak, jak już pisałem, nie narzuconą, a nieświadomie wybraną, np. jako skutek pewnych decyzji czy wyborów, niekoniecznie naszych, których źródła możemy szukać we wczesnym dzieciństwie. Należałoby się tutaj zastanowić, co tak naprawdę sprawia, że pewne miejsca traktujemy jako swoje, jako wybrane do tego, by w nich mieszkać, powołując się na przykład na powinność względem siebie czy historii, a co deklaruje nas do wiązania się z danym regionem czy miejscem. W świecie Czupy brak refleksji nad tymi zagadnieniami, nad ogólnie rozumianym pochodzeniem, a występuje wyłącznie coś znacznie silniejszego – osobliwy pociąg, niezdarte przekonanie o konieczności decyzji o powrocie do macierzy, determinujący postanowienia. Dziesięć słów o ojczyźnie to pod tym względem powieść o przemianach, a właściwie – gdyby spojrzeć na to odwrotnie, z drugiej strony – o ich braku. Przebywanie  na obczyźnie, choćby i długie, nie jest w stanie pozbawić człowieka tego, co – zdaje się mówić książka – najcenniejsze – tożsamości czy poczucia przynależności. Można cieszyć się lepszymi warunkami, wyglądać nawet perspektyw, jednak świadomość pochodzenia czy przeznaczenia (związanego właśnie z miejscem, z którym czuje się więź) zwycięża, ostatecznie wpływając na decyzje czy wnioski. I dotyczy t nie tylko przebywania na emigracji. Także przeszłość, choćby już „załatwiona”. „ustalona”, nie jest poza nami – to, co identyfikowaliśmy za własne, co naznaczone jest naszą – powiedzmy, że w tym przypadku ojczystą, narodową czy rodzinną – ofiarą, zawsze będzie pobrzmiewać nutą nostalgii czy tęsknoty, niezależnie od poprawności politycznej czy uwarunkowań, które wynikają z nowego porządku lub ustaleń. W takich sytuacjach znajduje się zarówno Roman, przybysz ze wschodu, z Ukrainy, jak i Kochanowska, pisarka mieszkająca w Polsce. On, będąc dość długo za granicą, coraz mocniej – mimo wysokiej stopy życia – tęskni za ojczyzną, ona zaś, mówiąc o Lwowie, podkreśla jego polskość oraz wartość. 

Dziesięć słów o ojczyźnie, wbrew oczekiwaniom, popada w schemat, sentyment. Mamy do czynienia z dość przewidywalną – mimo próby zagrania podrzędnym utworem (pisanym przez bohaterkę) w głównej opowieści – narracją, podpartą niezłożonymi skrótami myślowymi, istniejącymi w imię takich przeżyć i wartości, jak pochodzenie, ojczyzna, tęsknota czy emigracyjna przemiana. Główny bohater doświadcza nieszczęścia, przypadkowo jednak trafia na kobietę, która oferuje mu w obcym kraju pomoc. Z czasem zaczyna ich łączyć coraz głębsza relacja, którą Roman stara się skrzętnie ukryć, wszak wyjechał z Ukrainy nie sam, a z ukochaną narzeczoną. Rozmowy, które toczy z Polką, oczywiście, dotyczą emigracji, wątków patriotycznych, poczucia tożsamości oraz historii, i choć ułożone są rzekomo pod książkę, którą Kochanowska pisze, to tak naprawdę to one, wraz z enigmatyczną relacją, grają pierwsze skrzypce w opowieści. Spostrzegam to nie bez powodu, ponieważ właśnie ten obraz bohatera – będącego z ukochaną w obcym kraju, decydującego się na wyjazd ze względu na trudne warunki i brak perspektyw, tęskniącego, mimo wszystko, za ojczyzną – jawi się dość przewidywalnie, co sprawia, że niepodobna nie przewidzieć, co będzie miało miejsce dalej, na jakie tory zejdą opowieść o Kochanowskiej i Romanie. Oczywiście, to powieść prawdziwa i smutna, bo czerpiąca z przykrych ludzkich doświadczeń, ale przez poprowadzenie i sposób opowiadania także nieodkrywcza, wtórna. To, o czym pisałem wcześniej, czyli budowanie realnej opowieści na mało prawdopodobnych fundamentach, wpisuje się w listę mankamentów tej książki, gdyż zabiera jej specyficzny rodzaj prawdomówności. Oczywiście, może się zdarzyć tak, jak najbardziej, że komuś, kto zdecydował się na emigrację i kogo okradli w obcym kraju, pomaga zupełnie obca kobieta, oferująca mieszkanie i pieniądze, w zamian za pomoc przy pisaniu książki, ale nagromadzenie dość niemożliwych zdarzeń (np. półroczne przebywanie niewidomej bohaterki, Ołeny, w Polsce, związane z licznymi spacerami po mieście, naznaczone przekonaniem, że przebywa w.... Pradze (a przecież na ulicach słychać np. polski język)) niszczy rodzaj możliwego współczucia czy utożsamiania się problemami bohaterów. Książka, którą pisze jedna z postaci, z czasem wkracza we właściwą akcję powieści, próbując przechytrzyć czytelnika, sprawiając, że zacierają się dwa plany – literacki, czyli ten właściwy, głównej opowieści, oraz podrzędny, czyli wynikający z powstającego w trakcie akcji utworu. Niestety, okazuje się to nieskutecznym sposobem gry z odbiorcą, ponieważ „książka w książce” nie wydaje się interesująca, a sytuacja, gdy jej akcja wkracza w akcję utworu nadrzędnego, zdaje się bardzo naciągana i nierealna.

Ołeksij Czupa zabiera tą książką głos w sprawach ważnych i aktualnych. Robi to jednak nie dość wyraźnie i nie dość wymownie, zarysowując wyłącznie jakiś kontur myśli czy sytuacji, pozostawiając przy tym problemy w stanie niedopowiedzianym. Bohaterowie, o których opowiada, zdają się istnieć jednocześnie i w konkretnym świecie, i w pewnej uniwersalnej krainie, jakby bez wyrazu. Bo choć wiadomo, gdzie żyją, skąd pochodzą, ta ich „tutejszość” nie jest widoczna, nie jest rozpatrzona – jest jedynie wspomniana. Ich czyny nie świadczą o wyraźnej osobowości czy tożsamości, odzwierciedlają wyłącznie pojedyncze sytuacje, w których uczestniczą. To książka bardziej o niecodziennym splocie wydarzeń z życia trójki bohaterów niż opowieść o tożsamości i narodowości, Polsce i Ukrainie.

3/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.